Musisz zainstalować flash player pobierz instalator
HUK! HUK! HUK! HUK! HUK! HUK! HUK! HUK! HUK! HUJ! HUK! HUK! HUK! HUK! HUK!
SEX, DRUGS & ROCK'N'ROLL?
POKOLENIE '89
Do dyskusji o naszym pokoleniu zainspirowała nas seria artykułów opu-blikowanych w "Dzien-niku".
HUK!
Jagoda, rocznik '90: Jakie jest pokolenie '89, nasze pokolenie?
Dawid, rocznik '90: Gdyby myśleć kategoriami lepsze czy gorsze, powiedziałbym: nie takie złe, ale lepsze od kolejnych. Prosty przykład - obecnie już w gimnazjum dzieci piją, palą a nauka nie jest dla nich ważna.
Ania, rocznik '91: Internet jest dla nas bogiem. Myślę, że dokonały się zmiany w sposobie komunikacji międzyludzkiej. Bycie „on-line” wypiera często kontakt na żywo.
Ula, rocznik '91: Dużym problemem jest fakt, że rodzice często w kontaktach z nami zastępują siebie telefonem komórkowym.
Jagoda: A co z imprezami? Czy są dla nas ważne?
Dawid: Sądzę, że nie jestem typem imprezowicza, bo taka osoba bawi się co najmniej raz w tygodniu. Sobota i niedziela to dni odreagowania od szkoły i szaleństw. Ja wolę siedzieć w domu przed telewizorem oglądając dobry film lub mecz, co nie znaczy, że w ogóle unikam imprez. Czasami balujemy ze znajomymi. Uważam, że większość moich znajomych prowadzi rozrywkowe życie. Mimo to potrafią poradzić sobie z obowiązkami w szkole. Ania: Nie stronię od imprez, aczkolwiek bawię się w sposób kulturalny. Nie potrzebuję alkoholu, aby się „rozweselić”. Ważne jest dla mnie, bym czuła się dobrze w towarzystwie, z którym mam okazję spędzać w danej chwili czas.
Ula: Ja z racji tego, że mieszkam w bursie, mam duży kontakt z ludźmi i całe wieczory często przesiadujemy razem w pokojach – czasami się wygłupiamy, czasami śpiewamy przy gitarze, a czasami po prostu rozmawiamy. Gdy przyjeżdżam
HUK!
do domu, odpoczywam od imprez.
Jagoda: A jakie znaczenie w waszym życiu ma historia?
Ula: Historia nie jest moją pasją, nie wgłębiam się w szczegóły, ale szanuję to że ludzie poświęcali się dla dobra ogółu.
Marcin, rocznik '91: Ja uważam, że kiedyś ludziom wiodło się gorzej. Wystarczy wspomnieć o naszych rodzicach, którzy godzinami stali w kilometrowych kolejkach po zakupy. My natomiast obecnie mamy wszystko „ot, tak” - na zawołanie. W ogóle myślę, że powinniśmy rozmawiać z rodzicami czy dziadkami o tym, co miało miejsce dawniej, by następnie te informacje przekazywać kolejnym pokoleniom. W ten sposób można uniknąć wielu błędów.
Ania: Każde pokolenie ma problemy, z którymi musi się borykać. Przez wieki wiele się zmieniło. W czasach, w których żyjemy, obawa o jutro nie jest wielka – nie musimy stawać z bronią u nogi czy uciekać do domów przed dwudziestą drugą. Obecnie wielu jest wśród nas ludzi ambitnych, wiadomo – balangowiczów też nie brakuje, ale najważniejsza jest umiejętność łączenia dwóch – zdawać by się mogło – skrajnych postaw.
Michał, rocznik '93: Myślę, że naszemu pokoleniu żyje się lepiej niż poprzednim. Spójrzmy na elektronikę. Jeszcze kilkanaście lat temu nikt nie słyszał o czymś takim jak komórka czy odtwarzacz mp3. Dzisiaj trudno jest wyobrazić sobie życie bez telefonu czy Internetu. Świat wciąż idzie do przodu, więc za kilka lat będzie można mówić o zupełnie nowym pokoleniu – technika rozwija się przecież dynamicznie, a wraz z nią – społeczeństwo.
Jagoda: A jak jest u was z piciem alkoholu? Czy bez niego nie jest możliwa dobra impreza? Marcin: W naszej szkole odbywają się rajdy i najczęściej polegają na tym, że każdy bierze plecak wypchany alkoholem. Kiedyś zapytałem koleżankę z dobrego domu, mającą dwoje kochających rodziców, taką, której nie brakuje niczego, dlaczego tyle pije. Odpowiedziała, że dla niej świat bez alkoholu jest szary, beznadziejny, pije tylko dlatego, żeby na chwilę o tym zapomnieć, żeby wszystko było kolorowe. Dla mnie jest to bez sensu, bo co z tego, że będzie miała chwilę przyjemności, jak i tak zaraz wróci do tego „szarego świata”.
Michał: Każdy człowiek będzie kiedyś chciał się napić, żeby się rozerwać.
Jagoda: Ja nie będę chciała się napić. Wiem, że się nie upije i nawet nie chcę wiedzieć, jak to jest.
Marcin: Ja swoje osiemnaste urodziny będę świętował nad morzem – jedziemy na pięć dni z klasą i codziennie będą osiemnastki. Stwierdziłem, że może być ciekawie, a moja mama mi prosto w twarz powiedziała, że wrócę trzeźwy do Tarnowa, nie upiję się tam, najwyżej kupię sobie jedno piwo, które i tak mi nie będzie smakować. Miała rację – tak będzie, bo wiem, że nie zrobię czegoś takiego, nie potrzebuję alkoholu.
Ula: Ja na razie nie mam pomysłu na swoją osiemnastkę, ale jeśli zaproszę osoby pijące, kupię jakiś alkohol, sama wypiję tylko szampana. Byłam ostatnio na urodzinach mojego kolegi, poszliśmy w kilka osób do pubu i nie było tam żadnego alkoholu, nikt się o niego nawet nie upominał – w moim towarzystwie jest wielu abstynentów.
Marcin: W moim przypadku jest wręcz przeciwnie – na osiedlu każdy pije i pali (i to od małego), w szkole kumple nie wyobrażają sobie tygodnia bez alkoholu, inni znajomi też popijają. Ja byłem na osiemnastce u koleżanki i w sumie jako
HUK!
jedyny tam nie piłem, ani mnie, ani innym to nie przeszkadzało. Trzy dziewczyny co chwilę biegały do łazienki, bo rzygały. Nie był to zbyt fajny widok.
Ula: Ja ogólnie nie mam nic do alkoholu, jeśli ktoś pije, to jego sprawa, mnie on nie smakuje.
Ania: Ja odnoszę czasami takie wrażenie, że jak ktoś mnie pyta, czy piję, a ja odpowiadam, że nie, to on myśli sobie o mnie: ale z niej odludek!
Michał: Czy ktoś z was kiedykolwiek palił?
Kasia, rocznik '92: Próbowałam, z czystej ciekawości.
Ania: Ktoś cię do tego namówił?
Kasia: Nie, sama z siebie poszłam do koleżanki i poprosiłam o jedną „fajkę”. Pomyślałam: ciekawe, jak to jest, spróbuję! Poszłam więc za szkołę, tam zapaliłam i o mało co się nie udusiłam, dziwiłam się, jak oni to robią. Parę razy jeszcze próbowałam, zaczęłam obracać się w towarzystwie ćpunów, palaczy. Koleżanka wciągnęła mnie w takie bagno, że ciężko było mi z niego wyjść. Też popalałam i prawie wpadłam w nałóg. Potem pokłóciłam się z tą koleżanką, wyszłam z tego wszystkiego i życie stało się dla mnie lepsze.
Michał: A ja nigdy nie paliłem, chociaż już w piątej klasie podstawówki mi to proponowano. Nigdy nie dałem się skusić.
Ula: Mnie nigdy nikt nie proponował, ale przecież jakbym chciała spróbować, nie miałabym z tym żadnego problemu, ale dla mnie to po prostu śmierdzi. Kiedy byłam mała, mama opowiadała mi jak kiedyś spróbowała papierosa, a potem przez pół dnia rzygała – to mnie obrzydziło, nigdy nie sięgnę po „fajkę”.
Marcin: A mnie denerwuje to że ktoś sam pali papierosy, pije alkohol i mówi: ja już się uzależniłem, ale ty nie pij, to jest złe. To jest dla mnie chore i śmieszne, nie wiem, czy ma mi być żal tej osoby, czy mam się z niej śmiać... To jest przecież hipokryzja.
Michał: To co napisała Marta Megger w Dzienniku, że dla nas nie istnieje impreza bez alkoholu, jest nieprawdą. Znam mnóstwo ludzi, którzy dobrze się bawią, a nie piją. Dużo jest takich, którzy się uczą, są dobrze wychowani, kulturalni i z „dobrego domu”, ale znam też mnóstwo osób, które też są z „dobrego domu”, a staczają się na dno. Znam dziewczynę, która w pierwszej klasie gimnazjum była najlepsza, miała same szóstki, natomiast już na pierwszej zielonej szkole zaczęła się staczać. Zaczynało się od picia piwa, a kończyło już na ciężkich narkotykach.
Ania: Jak to się u niej zaczęło? Pewnie ktoś ją namówił...
Michał: Zaczęła spotykać się z chłopakiem, który był niezbyt ciekawym typem. On ją w to wciągnął. Dziś dziewczyna ma problemy ze zdaniem do następnej klasy, a nauczyciele przecierają oczy ze zdumienia.
Marcin: To zależy od środowiska, ale myślę, że jeśli człowiek ma zasady i wie, czego chce w życiu, nawet złe towarzystwo go nie zepsuje. Swoje cele można zrealizować tylko dzięki ciężkiej pracy. Można się uczyć w ciągu tygodnia, a weekend przeznaczyć na zabawy i picie. Nie zgadzam się z Martą Megger, ponieważ jest wiele takich osób.
Jagoda: A co sądzicie o tym, że dla naszego pokolenia takie wartości jak miłość, przyjaźń, rodzina się nie liczą?
Michał: Myślę, że ludzie w pewnym wieku zaczynają dorastać do miłości. Rodzina też ma dużą wartość. A przyjaźń? Głównie dziewczyny mają swoje najlepsze przyjaciółki, na które mogą liczyć. Właśnie, dziewczyny, macie kogoś
HUK!
takiego, z kim możecie o wszystkim porozmawiać?
Kasia: Siostra jest moją przyjaciółką. Mama też, nigdy się nie kłócimy, nie potrafię na nią podnieść głosu. Mam do niej szacunek, ale o intymnych sprawach wolę porozmawiać z kimś innym.
Ula: Kłócę się z moją mamą ze względu na nasze temperamenty. Często wydzieramy się na siebie nawzajem, a po dwóch minutach jest wszystko ok. Przez to ze mieszkam w bursie, mam z nią teraz mniejszy kontakt.
Jagoda: Czy macie jakieś autorytety?
Dawid: Autorytetem dla mnie jest mama. Podziwiam ją za trud włożony w moje wychowanie. Potrafi sobie poradzić w każdej sytuacji.
Ula: Ja nie mam żadnego konkretnego autorytetu, znam dużo ludzi godnych podziwu, ale ja stworzyłam sobie wirtualny obraz człowieka idealnego i staram się do niego dążyć. Po prostu jestem taka, że nie dostosowuję siebie to świata, ale dostosowuję świat do siebie, dlatego ułożyłam własny system wartości.
Marcin: Dla mnie autorytetami są moi rodzice, za to, jak mnie wychowali, jak się zachowują, jak pokazują mi model kochającej się rodziny.
Ula: Ja też podziwiam moją mamę i mam do niej ogromny szacunek.
Kasia: Dla mnie moja mama jest autorytetem, wychowała mnie i dwóch braci na dobrych ludzi, zawsze jesteśmy dla niej na pierwszym miejscu.
Jagoda: Dla mnie także jedną z najważniejszych osób jest mama, bo włożyła wiele trudu w wychowanie mnie i mojego rodzeństwa.
Spisały: Jagoda Michalak,
Ula Modrzyk, Ania Markowska A CO MYŚLĄ O NAS INNI?
Ola, rocznik '82: Mogę ocenić wasze pokolenie na podstawie młodzieży w Warszawie. Zauważyłam, że osoby w wieku piętnastu czy szesnastu lat są niekulturalne, nie szanują innych ludzi, nie ustępują miejsca osobom starszym, przepychają się, nie mówią „dziękuję”, „przepraszam”. Moja mama pracuje w szkole i często mi opowiada, co tam się dzieje. W głowie mi się nie mieści, że dzieciaki jadą na zieloną szkołę po to, żeby się napić. Mimo że są świadome konsekwencji, nikt się z tym nie kryje. Potrafią powiedzieć do pani „ku**a, spier***aj!”.
Aneta, rocznik '83: Ja na przykładzie mojej siostry, która ma szesnaście lat, widzę, że to zależy; są osoby rzeczywiście zepsute, ale są również zupełnie inne, które szukają swojej ścieżki w życiu. Czasami napotykają złe osoby i przez nie schodzą na złą drogę. Kiedy my byłyśmy w tym wieku, było tak samo - środowisko miało duży wpływ.
Usiadłem królowi
na głowie
Pozornie to jeden z wielu mieszkańców Warszawy. Starszy mężczyzna posiada jednak coś, co odróżnia go od innych. Ogromną wiedzę o tym mieście. Z Krzysztofem Przygodą, przewodnikiem turystycznym rozmawia Jagoda Michalak.
HUK!
HUK!: Jak długo mieszka Pan w Warszawie?
Krzysztof Przygoda: Całe życie. Podobnie jak kilka pokoleń moich przodków. Pierwsi z nich przeprowadzili się do tego miasta po powstaniu styczniowym w 1867 roku.
HUK!: Gdy wybuchła II wojna światowa, był Pan dzieckiem. Co najbardziej zapamiętał Pan z tamtych czasów?
Krzysztof Przygoda: Jako mały chłopiec mieszkałem na przeciwko kolumny Zygmunta. Pewnego dnia w wyniku działań wojennych posąg króla spadł z postumentu. Kiedy to spostrzegłem, wybiegłem z domu i stanąłem przed zniszczonym pomnikiem. Nieświadomy niebezpieczeństwa, niewiele myśląc, usiadłem królowi na głowie. Przypominam sobie, jak bardzo wtedy zdenerwował się mój tata!
HUK!: Coraz mniej osób pamięta tamte czasy i może pochwalić się takim przeżyciem. Gdy oprowadza Pan po mieście grupy turystów, lubi opowiadać o miejscach ważnych dla bohaterów, którzy poświęcili życie dla ojczyzny. Czy znał Pan kogoś, kto zasługuje na miano bohatera?
Krzysztof Przygoda: Moje dzieciństwo to czas naznaczony doświadczeniem wielu różnorodnych aktów bohaterstwa - na przykład Tarzan, chłopak z mojego podwórka, nazywany jak bohater książek i filmów z powodu dużej siły fizycznej. Gdy w czasie powstania warszawskiego Niemcy próbowali opanować jeden z budynków przy Placu Zamkowym, nagle pojawił się tam ten chłopak Tarzan i wrzucił do tego budynku kilka granatów. Zawsze, kiedy to wspominam, nie mogę nadziwić się, jak z tak dużej odległości można było wykonać tak celny rzut. Tarzan-bohater kilka dni później dołączył do grona bohaterów,
HUK! Warszawa jest miastem cudownym
i pełnym tajemnic
którzy polegli w walce, zginął na Czerniakowie.
HUK!: W jaki sposób rozpoczęła się Pana praca w charakterze przewodnika turystycznego?
Krzysztof Przygoda: W 1956 roku trafiłem do PTTK (Polskiego Towarzystwa Turystyczno – Krajoznawczego). W tym czasie należałem do zrzeszenia Koło, skupiającego m.in. inżynierów. Zrzeszenie wysłało mnie na kurs przewodniczy i postanowiłem skorzystać z tej szansy. HUK!: Co w tej pracy jest najważniejsze i czy jest ona satysfakcjonująca?
Krzysztof Przygoda: Cieszę się, że dzięki niej ludzie mogą poznać Warszawę inną niż ta którą oglądają na co dzień w mediach. Nie jest to tylko miasto władzy, stolica, do której przyjeżdżają ludzie załatwić swoje sprawy w czasie demonstracji.
Stolica i pierwsze wrażenie
HUK!
To przede wszystkim miasto coraz częściej odwiedzane przez turystów z całego świata, pełne tajemnic i życia.
HUK!: Czy istnieje miejsce w Warszawie, które darzy Pan szczególnym sentymentem?
Krzysztof Przygoda: Jestem wciąż zakochany w Starówce. Tutaj mieszkałem przez wiele lat i bardzo się do niej przywiązałem.
HUK!: A gdyby miał Pan wybór, chciałby Pan zamieszkać w innym mieście?
Krzysztof Przygoda: Spędziłem w Warszawie całe życie. Prawie nigdy się stąd nie ruszałem. Trudno mi sobie nawet wyobrazić, że miałbym mieszkać gdzie indziej. Warszawa jest dla mnie wyjątkowym miastem.
HUK!: Gdyby mógł Pan żyć w innych czasach, to jakie by Pan wybrał?
Krzysztof Przygoda:Ciekawie żyło się w czasach dynastii Jagiellonów. Chciałbym się przyjrzeć, jak rodziła się i kształtowała Polska, która wtedy stanowiła potęgę w całej Europie. Co prawda wtedy Warszawa była niewiele znaczącym grodem, ale obserwacje byłyby na pewno fascynujące.
Jagoda Michalak Trudno nie zaliczyć Warszawy do miast nowoczesnych. Dominują nad nim biurowce i gmachy. Jednak dla osoby, która poznaje stolicę, jest ich zdecydowanie zbyt dużo. Te wielkie budynki odwracają uwagę od różnych zabytków.
Warszawa zdaje się być miastem szarym. Trudno o zieleń, wśród której można się schronić i odpocząć od szarej codzienności.
W stolicy wszyscy się spieszą. Każdy jest zabiegany. Ludzie, gdy idą ulicą, nawet nie widzą drugiej osoby.
Co jednak powoduje, że o przyjeździe tutaj marzy tak wiele osób i to nie tylko turystów? Tutaj przede wszystkim nie można się nudzić. Trudno znaleźć miasto, w którym jest aż tyle miejsc rozrywki. Warszawa to największy w Polsce rynek pracy. Tylko w takim mieście można mieć szanse, żeby się tak naprawdę wybić i zostać „kimś”.
HUK!
Historyczne puzzle
Teraźniejszość jest kontynuacją przesz-łości. Co więc zrobić, aby poznać lepiej historię? Czytać mo-nografie, podręcz-niki, publikacje uczonych, oglądać filmy dokumentalne, poszukiwać informacji w Internecie. Albo... odwiedzić niezwykłe Muzeum Powstania Warszawskiego.
HUK!
Wchodzę w ciemność, w tle słychać dźwięki imitujące bicie ludzkiego serca. Na ścianach fotografie Warszawy z czasów okupacji, obwieszczenia, poruszające materiały o ludziach, którzy przebywali w obozach koncentracyjnych...Nagle moim oczom ukazuje się duży napis: Akcja „Burza”.
Czytam historyczne tło. Wołyń. W lutym 1944 roku powstaje 27. Wołyńska Dywizja Piechoty. Dowództwo nad nią obejmuje major Jan Kiwerski „Oliwa”. Premier Mikołajczyk nawołuje do współpracy z Sowietami. Ma bowiem nadzieję, że w ten sposób uda się powstrzymać stronę niemiecką przed ewentualnym atakiem. Dowódca Armii Krajowej - generał Tadeusz Bór- Komorowski - ma jednak zupełnie inne zdanie na ten temat. Zdaje sobie bowiem sprawę, że strona radziecka już zaciera ochoczo ręce, dążąc do całkowitego militarnego podporządkowania wojsk polskich. Co ciekawe – omija szerokim łukiem kwestię uznania Rządu Emigracyjnego z siedzibą w Londynie jako legalnej polskiej władzy. Ostatecznie mjr Kiwerski decyduje się na współpracę strony polskiej i radzieckiej. Po jego śmierci żołnierze walczący wcześniej w szeregach 27. Dywizji
HUK!
są przymusowo wcielani do wojsk gen. Zygmunta Berlinga. Podobna sytuacja ma miejsce w Wilnie.
Spoglądam na wystawę. Przymrużone oczy, oddalam się, cofam. Lipiec 1944 roku. Wojska AK Okręgów Wileńskiego i Nowogródzkiego przygotowują się do prowadzenia bardzo ważnych działań. Pełni optymizmu, ale jednocześnie z pewnymi obawami, opracowują operację „Ostra Brama”. Próby wyzwalania Wilna wiążą się z koniecznością współpracy z Armią Krajową. Komendant Okręgu Wileńskiego – płk Aleksander Krzyżanowski „Wilk” zostaje aresztowany. Niewielu żołnierzom udaje się dostać się na drugą stronę rzeki Bug... Do tego walki we Lwowie, toczące się od 22 do 27 lipca przynoszą kolejne straty, mimo że prowadzone są przy wsparciu wojsk sowieckich. Ostatecznie dowódca Okręgu Lwowskiego płk Władysław Filipkowski „Janka”- rozbraja swoje oddziały.
1 sierpnia 1944 roku w Warszawie wybucha powstanie. Podchodzę do miejsca, gdzie wyświetlany jest materiał filmowy z okresu wojennego. I już jestem obok tamtych wydarzeń.
Godzina W – 17.00. Miliony ludzi na ulicach. Jedni w popłochu uciekają do swoich mieszkań, inni poczuwają się do obowiązku walki o wolność ojczyzny, narażając swoje życie. Karabiny, moździerze, właściwie wszystko to co może przydać się do walki, zostaje rozdzielone między ochotników do walki.
Już po miesiącu staje się jasne, że siły powstańcze pomimo uporu, nie mają zbyt wielkich szans w starciu z nieprzyjaciółmi Powracam do teraźniej-szości. Słucham relacji przewodnika, staram się zapamiętać szczegóły. Uwagę zwraca strój żołnierski umieszczony w gablocie. Dodatkowy ekwipunek – broń.
W głowie kołacze mi się pytanie o sens akcji. Nie wiem, gdzie szukać odpowiedzi. Spoglądam na muzealną ceglaną ścianę. Wielu cegiełek brakuje. W ich miejscu umieszczone są zdjęcia ludzi, którzy przeszli przez wojenne piekło.
W tych historycznych puzzlach brakuje ostatniego elementu – zakończenia. W paź-dzierniku 1944 roku, w Ożarowie podpisany zostaje akt kapitulacji. Nastaje kres dążeń niepodległościowych.
Są miejsca, które poma-gają pojąć ogrom zdarzeń wpływających na dalsze losy społeczeństwa. Jednym z takich miejsc jest Muzeum Powstania Warszawskiego.
Ania Markowska
Klepsydra muzealnego czasu
Za mosiężnymi drzwiami kryje się multimedialna twierdza. W warszawskim Muzeum Powstania daje się poczuć smak dążenia do wolności, która była marzeniem tysięcy bohaterów. Jak dziś spoglądamy na ich dzieło?
HUK!
HUK!
Krok za krokiem po kamiennej posadzce. Historia za historią, ludzki los obok ludzkiego losu, dramat obok dramatu. Pomiędzy nimi na betonowej ścianie plakat. Przedstawia 10 obowiązków Polaka. Przechodząc do następnych pomieszczeń coraz mocniej zdajemy sobie sprawę, że w czasie Powstania Warszawskiego wszystkie te powinności wypełniali młodzi ludzie, także nasi rówieśnicy. Chwila refleksji nad ich losem, a także nad tym, czy dziś bylibyśmy w stanie powtórzyć, co zrobili. Czy starczyłoby nam odwagi?
Pragnienie za wszelką cenę
Wydarzenia przedstawione na kartach kalendarzowych umieszczonych na ścianach, fotoplastikony i filmy ukazują Polaków, którzy nie zapomnieli o swojej polskości. Tchórzostwo nie zakorzeniło się w nich mocno, walka o dobro ukochanej ojczyzny nie przegrała z wygodą. - Ludzie walczący w Powstaniu byli bardzo honorowi. Stworzyli wzór walecznych bohaterów. Za wszelką cenę pragnęli wolności - mówi Ania z Ostrowca Wielkopolskiego, 17 lat.
Idea wolności
Wielu młodych ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, co wydarzyło się na polskich ziemiach w czasie wojny. To dla nich jest Muzeum. Pozwala doświadczyć przeszłości. Niektóre materiały są drastyczne i przerażające, ale pomimo tego każdy obywatel Polski powinien się z nimi zapoznać. Przecha-dzając się muzealnymi ścieżkami przez chwilę można poczuć się powstańcem.
HUK!
Nie nudzą
Można było oddać Polsce bez wahania majątek. Można było powierzyć jej szczęście osobiste. A bywali ludzie, którzy oddali życie. Poruszając się po tym obiekcie można dostrzec magiczną aurę, jaka udziela się zwiedzającym. - Ogromne wrażenie zrobiły na mnie wszystkie eksponaty. W żadnym muzeum nie spotkałam się z takim realistycznym ukazaniem rzeczywistości. Można odczuć to co przeżywali nasi bohaterowie. Nie ma zbędnego zanudzania jak w innych muzeach - mówi Magda z Tarnowa, 15 lat. Nikt po przejściu przez fragment w taki sposób podanej historii nie wychodzi obojętnie.
Odgłosy padania strzałów, wystrzałów z armaty czy przyśpiewek żołnierskich dodaje jeszcze więcej duszy temu miejscu. Przechodziły mnie dreszcze. A pomysł kalendarzowych kartek to bardzo oryginalna pamiątka. Mnóstwo plakatów i ogłoszeń jak i studnie ze zdjęciami oddają całe okrucieństwo wojny - opowiada o swoich doznaniach Agnieszka.
Warto to przeżyć, żeby lepiej zrozumieć naszą przeszłość.
Ela Zakrzewska
Używajcie mózgu!
Igor Zalewski, dziennikarz i felietonista opowiedział o mediach i pracy dziennikarza.
HUK!
HUK!: Czy praca dziennikarza jest ciężka?
Igor Zalewski: „Robienie” mediów jest trudne, ponieważ trzeba je robić ciągle i nieustannie. Jeśli przez dziesięć lat ktoś codziennie redaguje gazetę, jego mózg przypomina zżętą, wyciśniętą ścierkę. Każdy ma przecież ograniczoną kreatywność, tymczasem codziennie gazeta musi być ciekawa, lepsza od konkurencji, tak, aby się dobrze sprzedać. W czasie pracy w tygodniku „Wprost”, podczas zebrań redakcyjnych, byłem świadkiem cotygodniowego, niesamowicie męczącego naprężania umysłu, a i tak w końcu okazywało się, że na część pomysłów wpadła przed nami konkurencja.
HUK!: A co robi się, kiedy nie ma dobrych pomysłów, nic ważnego się nie dzieje?
Igor Zalewski: Zdarzało się, że w latach 30-tych ubiegłego wieku w radio BBC co godzinę, ubrany w smoking spiker, ogłaszał: „There is no news today”. Ale dziś to jest niemożliwe. Media są towarem i jak nic się nie dzieje, trzeba „wziąć kondoma i powiększyć go do rozmiaru cepelina”. Bagatelna wiadomość urasta do wielkiej rangi, szczególnie w telewizjach informacyjnych. Dziennikarze zatracają poczucie, co jest ważne, a co nie. Dobrym przykładem są opady śniegu, które były przecież od zawsze, ale dziś są niczym odkrywanie Ameryki.
HUK!
HUK!: Jakie zna Pan inne przykłady nadymania banalnej informacji?
Igor Zalewski: Dwa lata temu wszystkie polskie media uczyniły tragedię narodową z emigracji Polaków. Polska przestanie istnieć, bo opuszczają ją gromady geniuszy – krzyczały wszystkie gazety i telewizje. Tymczasem wystarczy chwila refleksji: emigracja ma pozytywne elementy - zmniejszyło się bezrobocie, ludzie zaczęli poznawać świat.
HUK!: Wiemy już, że dziennikarze nie zawsze podają sprawdzone informacje lub je kreują pod tezę. Tymczasem ludzie często traktują informację podawane przez media jako prawdę objawioną.
Igor Zalewski: Moja ciocia usłyszała kiedyś w radiu, że Chińczycy w XVII wieku wynaleźli broń atomową i zaczęło w to wierzyć. Nikt nie powinien traktować mediów mediów jak moja ciocia, bezkrytycznie, bezrefleksyjnie. Nie traktujcie mediów w ten sposób, bo tworzą je tak samo głupi ludzie, jak wszystko inne na świecie. Media nie są wyspą w morzu przeciętności i debilizmu, zamieszkiwaną przez światłych erudytów. Mógłbym przytoczyć mnóstwo anegdot na temat głupoty dziennikarzy. Mnie również zdarzały się wpadki.
HUK!: Ale zdarzają się w mediach osoby rzetelne. Komu w takim razie wierzyć?
Igor Zalewski: Ktoś może mieć swojego ulubionego dziennikarza, autorytet. Ale historia postępu jest oparta na obalaniu autorytetów. Można kogoś szanować, ale nie róbcie tego bezmyślnie!
Dobrym podejściem jest uodpornienie się od nadmiaru informacji.
Gdybyśmy próbowali wchłonąć wszystkie informacje, zwariowalibyśmy. Pomyślcie - dbamy o komputery, instalując na nich oprogramowanie antyspamowe, natomiast znacznie mniej dbamy o nasze mózgi. Wchłaniamy bzdury, którymi wypełnione są media. Ich problemem jest nadmiar, przed którym nie umiemy się bronić. To jest tak, jak z niezdrowym jedzeniem – zjadamy czipsy, które mają w sobie tylko tłuszcz i nic więcej, ale nie chce nam się potem już sięgnąć po coś bardziej wartościowego. Z mediami jest tak samo.
HUK!: Które media uważa Pan za najmniej wartościowe?
Igor Zalewski: Przyjęło się, że telewizja jest gumą do żucia dla oczu i fabryką głupot. W mojej opinii, najgorsze jest radio komercyjne – dziesięć tych samych piosenek, co pięć minut reklama, co jakiś czas ktoś mówi: „Hej! Mamy do wygrania dziesięć litrów mleka. Dzwońcie!”
Ula Modrzyk
Od kuchni
Oglądając pro-gramy informa-cyjne mało kto zastanawia się jak one powsta-ją. Lepiej rozu-mieć media to
znaczy spojrzeć na nie z dwóch stron – widza i twórcy.
HUK! N
Nawet krótka wizyta w redakcji telewizji potrafi zaskoczyć i sprawić, że na media patrzy się inaczej. Za przygotowanie informacji w telewizji odpowiedzialnych jest wiele osób. Tymczasem, w powszechnej opinii, duża część odbiorców m.in. „Teleexpressu” albo „Panoramy” uważa, że twórcą programu jest tylko prezenter.
Zapomina się o dziennikarzu, który każdego dnia poluje na newsy, kreuje tematy. Z kolei, gdy patrzy się na prognozę pogody, pogodynka wskazuje na mapie, jaka temperatura będzie na danym obszarze kraju.
Czy to znaczy, ze telewizja kłamie? Za dużo powiedziane. To raczej triki. Szkoda, że to one właśnie częściej przyciągają tłumy widzów.
Okazuje się, że tak naprawdę porusza się po blueboxie, a w tle nie ma żadnej mapy. To niebieska plansza, na którą później jest montowany obraz z mapami pogody.
Czy to znaczy, ze telewizja kłamie? Za dużo powiedziane. To raczej triki. Szkoda, że to one właśnie częściej przyciągają tłumy widzów.
Dawid Sikora
Ostrowskie granie
Warto zapamiętać te nazwy. O trzech ostrowskich zespołach Blues Doctors, KROCK i Moo Moo Milk może być niebawem głośno...
HUK!
W 2004 roku we Wrocławiu spotkało się czterech mieszkańców Ostrowa. Wspólna fascynacja amerykańskim bluesem z domieszką funky i soulu sprawiła, że postanowili grać wspólnie. Tak narodził się zespół Blues Doctors. Liderem zespołu jest charyzmatyczny Błażej Smok (wokalista). Wraz z Michałem Szpajdą (gitara basogwa), Przemkiem Haską (perkusja) i Benedyktem Kunickim (gitara elektryczna) potrafią na koncertach zaczarować najbardziej wymagającą publiczność. Na płycie „Tak całymi dniami” słychać, że muzycy wypracowali już swoje wyjątkowe brzmienie. Pomimo to wciąż zaskakują nowymi aranżacjami utworów znanych już publiczności.
Rok później narodził się inny ostrowski zespół KROCK, który wraz z Blues Doctors co roku otwiera Festiwal Jimiway w Ostrowie Wielkopolskim. Obecny skład tworzy czterech muzyków Szymon Mielcarek (wokal, gitara), Tomasz Szukalski (gitara basowa), Krzysztof Siewruk (gitara elektryczna) i Mikołaj Duczmal (perkusja). Muzyka, jaką tworzą KROCK'i, to rock z domieszką bluesa. Na razie zespół nie ma na swoim koncie wielu sukcesów, jednak na każdym koncercie potrafią zaczarować publiczność. Swoje charakterystyczne brzmienie zawdzięczają w głównej mierze gitarzyście, który wciąż
HUK!
poszukuje nowych inspiracji dla zespołu. Obecnie zespół nagrywa płytę z autorskimi utworami.
Rok temu powstał zespół Moo Moo Milk. Mateusz Bródka (wokal), Michał Kaczmarczyk (gitara), Przemysław Kokot (harmonijka), Bartosz Matuszczak (gitara basowa) oraz Michał Mońka (perkusja) stworzyli zespół, grający dojrzałą muzykę, pomimo że muzycy są w młodym wieku. Moo Moo Milk ma już na koncie kilka naprawdę udanych koncertów, podczas których udało im się zachwycić publiczność. Wystąpili również w popularnej audycji Okolice Bluesa, udowadniając, że granie akustyczne nie jest dla nich najmniejszym problemem.
Co łączy wszystkie wymienione przeze mnie pasja zespoły? Pochodzenie, pasja, inspiracje. Zarówno Blues Doctors, KROCK jaki i Moo Moo Milk wzorują się na takich mistrzach gatunku jak Lynyrd Skynyrd, The Black Crowes, Jimi Hendrix, Derek Trucks Band czy Stevie Ray Vaughan. Te trzy zespoły udowadniają nam, że jeśli ma się pasję i odrobinę chęci można wiele zdziałać.
Wszystkie zespoły można usłyszeć na koncertach w Ostrowie, a także w Internecie.
Moo Moo Milk: http://www.myspace.com/mlekoodkrowy
Blues Doctors:
http://www.bluesdoctors.info/
KROCK:
http://www.krock.icx.pl/
Karolina Grześkowiak
Szekspir 2009
Kanon literatury romantycznej „Romeo i Julia” został przeniesiony w widowisku teatru Buffo w inne realia. Ze szkodą dla dzieła Szekspira.
HUK!
Werona to miasto gniewu i zła. Konflikt pomiędzy rodami to tylko tło, żeby pokazać, iż świat jest zbudowany na niesprawiedliwości. W nim to zamożni rozdają karty, reszta to tylko pionki w ich grze.
Taki pomysł sprawił, że spektakl wydaje się być przeładowany wątkami pobocznymi. Twórcy usiłowali przekazać zbyt wiele spostrzeżeń, dotyczących tego, dokąd zmierza ludzkość.
Przykładem jest śmierć Benvolio, kiedy to widz obserwuje krew sączącą się z rany zamordowanego. W teatrze takie zabiegi są zdecydowanie zbędne, a nawet niewskazane.
Całości wiele ujmują również trywialne teksty piosenek, które zabijają romantyzm oraz unikalność Szekspirowskiego dramatu. Na dodatek utworom wiele ujmuje fatalna praca dźwiękowców. Trudno wczuć się w musical, kiedy nie można zrozumieć słów, co zdarzało się nagminnie.
Negatywne w spektaklu są również tak zwane ''małe wielkie rzeczy'' jak na przykład kieliszki przyklejone do tac kelnerów czy też torba Vistuli w sklepie z ubraniami dla kobiet. Te drobnostki to jednak kropla w morzu negatywów, gra aktorów będących odtwórcami tytułowych postaci nie była na najwyższym poziomie. Zdolności wokalne Juli były bez zastrzeżeń, niestety jej gry nie można pochwalić- doprawdy uroda to nie wszystko. Romeo natomiast był wykreowany na chłopca bez osobowości, pozbawiono go cech charakteru, które w oryginalnej sztuce tworzyły go niepowtarzalnym kochankiem.
Scena ostatniej, a zarazem pierwszej wspólnej nocy kochanków była sztuczna, niby piękna, niby romantyczna, ale zupełnie nienaturalna. Pozbawiona miłości i namiętności. Każdy, kto choć raz znalazł się w podobnej sytuacji, doskonale wie, co mam na myśli.
Pragnę jednak ukłonić się w stronę scenografii. Wizualna i techniczna oprawa spektaklu była na najwyższym poziomie, podobnie jak gra byłego księdza, przyjaciela Romea, oraz choreografia, zwłaszcza podczas zakupów Juli i jej matki. Nie wystarczy to jednak, aby zrównoważyć wszystkie niedopatrzenia. Współczesną wersję Romea i Juli poleciłabym widzowi niewymagającemu lub takiemu, który chce dać swojemu intelektowi odpocząć.
Karolina Grześkowiak
Patrząc z góry na miasto
Dwunastopiętrowy hotel w centrum miasta musi kryć w sobie jakąś tajemni-cę. Dzięki temu z pozoru mało ciekawy wieczór może zamienić się w... bardzo interesujący widok.
HUK!
Późny wieczór w hotelu. Grupka młodych ludzi wraca do pokojów, jak zazwyczaj - windą. W środku ścisk. Ciasne pomieszczenie nie sprzyja rozmowom. Oddechy mieszają się, a ruchy są skrępowane.
Winda sunie wolno w górę. Czuje się napięcie - wszyscy chcą jak najszybciej uciec z tej klatki. Pełne zaduchu metalowe pudełko z każdym piętrem wydaje się coraz mniejsze.
Po chwili ktoś odsłania tablice z przyciskami. Na jasnoczerwony kolor świeci się czwarte piętro. „Ktoś w końcu wysiądzie”, myślą pasażerowie. I tak się staje. Po chwili kilka osób opuszcza windę. Teraz tablica przycisków mieni się od czerwonych światełek. Jednak winda nie zatrzymuje się na każdym piętrze. Jedzie od razu na samą górę, na dwunaste. Zdziwienie, zaskoczenie. Dlaczego tak? A za chwilę ciekawość. Zaczynają się rozmowy. Co kryje
dwunaste piętro? Dziesiąte, jedenaste... Drzwi osobowego dźwigu otwierają się. Ciemność rzuca się w oczy pasażerów. Ciemne ściany, posadzka, mrok. Pierwsza myśl - jak stamtąd uciec. Jednak za chwilę grupka niepewnie wychodzi z windy. Głuche odgłosy kroków słychać dwa razy głośniej. Oddech nierównomierny. Ruszamy jeszcze wyżej. Tym razem schodami. Na zimnej posadzce robi się
HUK!
jaśniej. Na półpiętrze znajduje się okno. Szerokie, jednak aby przez nie cokolwiek zobaczyć, trzeba się nisko pochylić.
Jedna osoba z grupy spogląda w dół. Widok jest tak piękny, że chociaż nic nie mówi, na jego twarzy można zauważyć zdumienie. Kto nie chciałby mieć pod sobą pociągów, świecącą pustką gąsienicę ulic. Z góry widać wyraźnie – miasto idzie spać. Tylko w niektórych kamienicach daje się zauważyć niewielkie światła. Nocne lampki? W centrum Pałac Kultury i Nauki z mało widocznym zegarem. Hotele jak wielkie pudełka, na których widnieje świecący napis. Jak tu pięknie!
Dawid Sikora
Feel the unity
of mentality and traditions
How do you think what is the biggest problem for the young people in 17-18 years?
HUK!
Of course, it is a choice of a profession. How to realize yourself, how to find yourself in big world of opportunities? These questions are common for the young from all countries. This winter boys and girls from all corners of Poland and their guests from Belarus are looking for the answers to journalistic questions together. International program for young people who want to connect their lives with journalistic help them not only to meet new friends, but to understand what is the profession of journalist. The company “Nowe Media” planned for participant’s big culture and informative program: visiting old town of Warsaw, going to the performance “Romeo and Julia”, meeting with journalists etc. The project continues one week and takes place in Warsaw – the city of high churches and old squares. For us Belorussian students, this program was like a miracle, because we just couldn’t imagine that for somebody it is important: to reveal for us the secrets of media world. There are no analogous programs in Belarus.
Usually our pupils of last classes have to choose a university without clear imagination about what exactly they want. Only one guideline they have it is the opinion of their parents. But parents are parents, but they can’t regulate our lives endlessly. Schools don’t give occupational adaptation too. In this case journalistic program in Warsaw is a perfect opportunity to the Belorussian to check their wish for journalistic. Also it is good project for the development of cultural
Wyprzedaż!
HUK!
HUK!
relations between Poland and Belarus. Today journalistic in my country is in terrible situation: we have good specialists, but we haven’t got freedom for them. There are to two types of journalistic in Belarus – state and independent. But to be an independent journalist in Belarus means to be in an opposition to the political system.
Problems of democracy, freedom, right to take and spread any information freely are uptodate for Belorussian n journalistic.
That’s why project like this would be useful for our students. But I think now it is very difficult for economical and other reasons to make such program in Belarus.
As Belorussian I can say Belarus should maintain political, economic and cultural relations with European Soviet and especially with its closest neighbor – Poland. Our history is bound in one big carpet of historical events. And the young shouldn’t forget about it.”Warsztaty Dzienikarskie” is a unique project what helps Belorussian and polish students to feel the unity of mentality and traditions.
Alina Moroz - Przepraszam, to mój rozmiar – pani w zielonym kubraczku odpycha mnie i chwyta pierwszą z brzegu parę dżinsów rozmiaru S. Choć wie, że najwygodniej czuje się w XL, nie może przepuścić żadnej okazji.
Na wieszaku mizerny czarny sweterek. Dlaczego kosztuje mniej? Z powodu dziury w okolicach rękawa. Przeceniony, ale też zniszczony. Nie szkodzi. Pani w kubraczku łapie go i rusza w stronę przymierzalni.
Kotara zasłonięta. Zaczyna się przedstawienie. Najpierw upada zielony kubraczek, potem kapelusik. Trzeba przecież przymierzyć sweterek. Za ciasny. Oprócz tego - dziura w okolicach rękawa. Może dżinsy? Też nie. Trzeszczą w szwach...
Wszystkie witryny krzyczą SALE, SALE, SALE. Litera „S” jest bardzo kształtna. Niczym pnącze oplata swoje sąsiadki – A, L i E. Litera „S” kusi jak wąż. „Uwaga, uwaga! Dzisiaj wszystkie dżinsy z kolekcji zimowej 20 procent taniej!
Pstryk!
Nie lubię ustawiać ludzi. No może lubię, ale nie tak. Potem jest na mnie. A bo mina nie taka, a bo lepiej było na poprzednim, a może lepiej wcale.
HUK!
Żeby zrobić dobre zdjęcie, trzeba uchwycić chwilę i czasem sporo to trwa. Ludzie po drugiej stronie obiektywu mają prawo się niecierpliwić. Kolejne pretensje. Zaczyna się wymuszone szczerzenie ząbków. A mnie chodzi o spontaniczny uśmiech. Dlatego, kiedy nie uda mi się go z nich wydobyć, daję im wolną rękę. Trzy obojętne strzały, wystarczy. Zwykle efekt jest mizerny, a oni i tak pewnie będą zachwyceni.
Myślicie, że to proste? Nie, nie jest proste, chociaż te nowe, elektroniczne cuda to nawet same znajdują wykrzywioną w uśmiechu twarzyczkę i zdjęcie robią. I to bez pytania. Ludzie - to już przesada! Kiedy spokojnie ustawiam czułość, wartość przesłony, oni już się niecierpliwią. Dla nich to strata czasu. Komentują - Przecież wystarczy wcisnąć ten srebrny przycisk! W czym problem?
Bywają skromni eksperci, którzy chcą, ale nie zawsze potrafią. Posiadają sprzęt fotograficzny powyżej przeciętnej krajowej, bardzo dużo pieniędzy i troszkę zawyżone mniemanie o sobie i swoich umiejętnościach. Najczęściej spotykam takich gdzieś w centrach handlowych, gdy dają jeść za darmo albo wyprzedażom towarzyszą jakieś radosne występy. Ustawiają się gdzieś na końcu sali, za filarem (co wynika z ich skromności oczywiście) krzycząc, że zasłaniam i się nie znam. W swoje aparaty mają wbudowany dwustudwudziestopięciokrotny zoom optyczny i stukrotny cyfrowy. Jeśli zechcą, mogą fotografować nawet pryszcze na mojej twarzy, stojąc ode mnie o pół kilometra dalej. Dlatego wolę ich unikać.
Sytuacja rytualna. Nie mam ze sobą sprzętu, padły baterie, ogólnie jestem nieprzygotowany. Lud pragnie zdjęcia na tle ślicznego pomnika. Ciche pytanie z tłumu, czy nie mogę zrobić komórką. Przestańcie! Komórką to mogę sobie ewentualnie zrobić zdjęcie rozkładu jazdy, żeby nie zapomnieć. Chyba że lubicie potem zgadywać, kto stoi koło kogo i dlaczego jest taki rozmazany.
Właśnie dlatego czasem mam wrażenie, że popularne portale typu naszaklasa czy fotka.pl mają za zadanie szerzyć nowe, prawdopodobnie niesłusznie krytykowane przez profesjonalistów trendy w fotografii. Słusznie. Po co potrzebny dziś ludziom fotograf? Lepiej wyciągnąć ręce nad siebie i poprawić grzywkę. Nie ma sensu tego zmieniać, kłócić się, bo to oni mają liczebną przewagę. Walka z wiatrakami, ot co.
Michał Woroniak
HUK! REDAKTOR NACZELNY: MICHAŁ WORONIAK
SEKRETARZ REDAKCJI: MARCIN ŚWIĄDRO
REDAKCJA: ULA MODRZYK, ANIA MARKOWSKA, DAWID SIKORA, JAGODA MICHALAK, ALINA MOROZ, ELA ZAKRZEWSKA, KAROLINA GRZEŚKOWIAK
FOTOGRAFIA: MICHAŁ WORONIAK, DAWID SIKORA
OPIEKUN REDAKCJI: MARCIN GRUDZIEŃ