Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








REDAKCJA

SPIS TREŚCI Wywiad z p. Stanisławem Wrykiem, dziennikarzem POLSAT NEWS......................3s. Strefa dziennikarzy..........................................9s. Nie tylko nauka (Radio SCOOL).....................10s. Z miłości do szkoły..........................................11s. ACTA = rewolucja?..........................................12s. Na POhybel cenzurze!.....................................13s. Piraci na Karaiby..............................................14s. Ja i Bakara........................................................16s. Pretty Little Liars............................................18s. Świat według Lyncha.......................................21s. Po co kobiecie tusz do rzęs?..........................23s Terenówki z pazurem.......................................24s. Japońskie hotele kapsułkowe.......................25s. Jak kupować aparat fotograficzny?...............26s. Od juniora po gwiazdę Bundesligi.................27s. Loże vip na Euro..............................................28s.

REDAKTOR NACZELNY Adam Nyczke REDAKTORZY: Edyta Krajewska Sandra Afek Marika Kempa Kinga Zawadzka Agnieszka Stradowska Anna Obst Paulina Węgielska Gabrysia Pieprzyk Jagoda Urban Ola Bernat Magda Burdziąg Jan Pyska Marta Duralska Krystian Urbanowicz Bartosz Dobrowolański Artur Kraśniewski Konrad Busza WYDAWCA: Aleksandra Pepińska Wyścig po Newsa
Wywiad z... panem Stanisławem Wrykiem, reporterem telewizji Polsat.


Sandra Afek: KIM PAN CHCIAŁ BYĆ W DZIECIŃSTWIE? CZY OD RAZU DZIENNIKARZEM? Stanisław Wryk: Chciałem być podróżnikiem. Marzyłem o tym, że będę podróżował po świecie i opiszę miejsca, w których byłem. Chciałem też jeździć wszędzie rowerem, a potem myślałem, że  przejadę nim cały świat...więc takie miałem marzenie, a co do zawodu... po prostu chciałem się gdzieś przemieszczać... Edyta Krajewska: CZYLI MOŻNA POWIEDZIEĆ, ŻE JUŻ CHCIAŁ PAN MIEĆ DOSTĘP DO INFORMACJI?  WIEDZIEĆ, CO DZIEJE SIĘ W PANA OTOCZENIU I NA ŚWIECIE? S.W: Tak, można powiedzieć. Mnie od samego początku interesowały spotkania z ludźmi. W czasach licealnych byłem bardzo towarzyski i nadal jestem. S.A: CZY TRUDNO BYŁO ZOSTAĆ DZIENNIKARZEM? S.W: Myślę, że wymaga to bardzo dużo pracy, trochę też szczęśliwego zbiegu okoliczności, ale przede wszystkim ogromnej pracy, bo to aż 90% naszego wysiłku. S.A: GDZIE PRACOWAŁ PAN



WCZEŚNIEJ, PRZED ERĄ POLSATU? S.W:.Wcześniej pracowałem w Radiu „Afera”- studenckim radiu poznańskim, gdzie najpierw byłem dziennikarzem, potem redaktorem programowym, czyli miałem pod sobą wszystkich prowadzących(to było prawie 40 osób). Potem pracowałem dla ośrodka „Karta”, gdzie zajmowałem się wywiadami z osobami, które były świadkami historii. Jeździłem po Wielkopolsce, nagrywając wielogodzinne rozmowy, potem je opracowywałem. Następnie pisałem trochę dla miesięcznika „Metropolia”, aż znalazłem się w Polsacie. E.K: SKĄD POMYSŁ NA ZOSTANIE REDAKTOREM TELEWIZYJNYM? S.W: Zawsze fascynowała mnie telewizja, to znaczy nie sama w sobie telewizja, tylko serwisy informacyjne. Uwielbiałem oglądać przede wszystkim Wiadomości, to jak byłem mały, a potem Fakty. Zawsze się zastanawiałem, jak to jest tam z drugiej strony, zza tego szklanego ekranu. S.A: CZY PODCZAS KRĘCENIA MATERIAŁU WYDARZYŁA SIĘ JAKAŚ NIEBEZPIECZNA SYTUACJA? S.W: Pamiętam, że podczas powodzi we Wrocławiu przy nas pękły prowizoryczne wały. Mieliśmy dosyć poważne problemy z autem, bo relacjonowaliśmy na żywo to,  co się działo i zapomnieliśmy o tym, że zostawilismy je na zalnym osiedlu. Bardzo mało brakowało, jakieś 2 lub 3 minuty i tak mieliśmy szczęście, że wyciągnęła nas koparka. Potem suszyliśmy auto przez kilka dobrych dni, mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu. S.A: JAKIE SZCZEGÓLNE MOMENTY UTKWIŁY PANU W PAMIĘCI? S.W: Muszę powiedzieć, że jest taka historia, którą bardzo miło wspominam. To taki materiał, który robiliśmy o najstarszej i pierwszej w zasadzie psycholożce, która zajmowała się uzależnionymi od alkoholu. Ta pani ma już 70 lat i cały czas pracuje. To było takie spore przeżycie, bo to niesamowity człowiek, o którym niewiele się mówi w mediach, natomiast dla setek alkoholików jest matką, ciocią. S.A: CZY PRACA REPORTERA JEST TRUDNA? S.W: Jest to na pewno taka niestandardowa praca, to znaczy jest zupełnie inna od pracy w biurze czy pracy sprzedawcy. To jest taka praca, która wymaga sporej aktywności od człowieka, aktywności psychicznej oraz tego, aby człowiek był bardzo dyspozycyjny, co też często nie jest łatwe. E.K: CZY NIE CHCIAŁBY PAN POWIEDZIEĆ CZASAMI „MAM JUŻ TEGO, DOSYĆ” I ODPOCZĄĆ OD TEJ PRACY NA JAKIŚ CZAS? S.W: Jest tak, że po jakimś czasie (w moim przypadku to są trzy miesiące) człowiek dochodzi do takiego momentu bardzo dziwnego zmęczenia, nawet nie musi bardzo



dużo pracować, ale sam fakt, że trzeba być cały czas czujnym, że trzeba cały czas wszystko sprawdzać, to właśnie powoduje, że jest się zmęczonym psychicznie i powoli zaczyna się czuć również bardzo zmęczonym fizycznie. Wtedy wyjeżdżam na 5-7 dni i przez ten czas jestem poza obiegiem informacji i wracam do równowagi. Mój dziadek nazywał to płodozmianem, bo człowiek ciągle coś robi, cały czas wykonuje podobne czynności, a potem musi nagle zrobić zupełnie coś innego, wyjechać na wieś albo do lasu i wtedy wszystko wraca do normy. S.A: CZY ZDARZA SIĘ, ŻE DZWONIĄ DO PANA W NOCY I MUSI PAN JECHAĆ NAKRĘCIĆ REPORTAŻ? S.W: Tak. Na szczęście nie zdarza się to często, natomiast zdarzają się takie sytuacje, że człowiek śpi albo zasypia i przychodzi SMS, np. ostatnio nagle przyszedł SMS, że w poznańskim poprawczaku wybuchł bunt i wtedy nie ma wymówki, że to północ, trzeba jechać i nie patrzeć na zegarek… wtedy siedzieliśmy przed tym poprawczakiem do 2.30 w nocy, a rano trzeba było przed 6.00 pojechać do redakcji i zesłać te zdjęcia, które zrobiliśmy. Szalona noc. E.K: CZY UWAŻA PAN, ŻE PAŃSKĄ PRACĘ MOŻNA PORÓWNAĆ DO WIELKIEGO  WYŚCIGU SZCZURÓW”? S.W: Myślę, że wyścig szczurów to złe określenie. Bardzo cieszę, że są koledzy z innych stacji, bo konkurencja czy rywalizacja jest zdrowa. Wydaje mi się, że o takim wyścigu między mediami nie ma mowy. To raczej jest zdrowa konkurencja, jeśli ktoś coś zrobi lepiej od nas albo szybciej lub poda jakieś informacje, których my nie mamy, to jest znak, że oni są dzisiaj lepsi, działają szybciej, następnego dnia my musimy być lepsi, ale to nie wyścig szczurów, raczej wyścig po newsa. S.A: ZAKOTWICZYŁ PAN W TELEWIZJI POLSAT NA DOBRE? S.W: Jestem młodym reporterem, to znaczy pracuję w Polsacie 5 lat, więc myślę, że jeszcze wiele przede mną. Bardzo dużo muszę się jeszcze nauczyć. Myślę, że w samej formie telewizyjnej jest jeszcze dużo rzecz,y których chciałbym spróbować, takich większych form, nie tylko newsowych, np. felieton telewizyjny czy reportaż. Traktuję swoją pracę w kategoriach rozwoju, nieważne w jakiej stacji.. staram się najlepiej reprezentować naszą redakcję ale w kategoriach samorozwoju dziennikarskiego, żeby wiedzieć więcej, żeby robić jeszcze lepsze materiały, żeby jeszcze lepiej i szybciej zdobywać informacje i to jest cel, który mi prześwieca. S.A: CZY DŁUGO OSWAJAŁ SIĘ PAN Z KAMERĄ? S.W: To nie było łatwe. Przed pracą w Polsacie byłem na praktykach w Telewizji Polskiej, ale tam nie występowałem przed kamerą, więc mój pierwszy raz.. odbył się podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Nie było



to łatwe, ale kamera mnie mobilizuje, czuję się jak zawodnik, który ma zaraz wystartować do biegu. Samo oswajanie z kamerą trwało długo, bo to nagrywanie zdarzeń, wypowiedzi i siebie. S.A: ZDARZYŁY SIĘ PANU "WPADKI" PODCZAS WEJŚCIA NA ŻYWO? S.W: Wpadki się zdarzały. Pamiętam, że pomyliłem tytuły piosenek (to było na moim pierwszym live) „Monika dziewczyna ratownika” z piosenką „Córka rybaka” o takich piosenkach właśnie opowiadałem, a w moim wykonaniu wyszło: „Monika córka rybaka”. Później nie miałem takich bardzo poważnych wpadek, ale były śmieszne. Pamiętam, jak mój kolega podczas wejścia na żywo miał powiedzieć o tym, że pies pogryzł człowieka a powiedział, że to człowiek pogryzł psa, więc zdarzają się takie historie. Mam nadzieję, że taka największa wpadka mnie się nie przytrafi. E.K: A NIECODZIENNA SYTUACJA? S.W: Cztery lata temu w Poznaniu był Zinedine Zidane, mieliśmy wszyscy wielką frajdę i przyjemność, bo mogliśmy porozmawiać z Zidanem. Mój kolega poprosił o wywiad z nim, co nie było łatwe, bo z taką gwiazdą, jak się później okazało, jest trudniej porozmawiać niż z naszym prezydentem. Najgorsze było, to że musiał on znać pytania wcześniej i je zaakceptować, dopiero wtedy można było z nim porozmawiać. Kolega, który namówił Zidana do rozmowy, tygodniami przygotowywał się do tej rozmowy, ja  z racji tego, że  studiowałem we Francji i mówiłem po francusku, miałem być jego wsparciem. Jednak na chwilę przed samą rozmową z Zidanem jego manager poinformował nas, że Zidan przyjmie tylko jedną osobę, no i to ja miałem z nim porozmawiać. Jednak na kilka sekund przed rozpoczęciem rozmowy, manager zmienił zasady i powiedział, że nie mogę zadawać pytań po francusku (wg ich standardów), pytania z j.angielskiego miał tłumaczyć na francuski sam manager. To było dosyć komiczne, szczególnie, że odpowiedzi Zidana, mimo, że je rozumiałem, menadżer skwapliwie tłumaczył również. S.A: WOLI PAN ROBIĆ REPORTAŻE CZY USIĄŚĆ ZA BIURKIEM I MÓWIĆ O TYM, KTO ZA CHWILĘ POJAWI SIĘ NA ANTENIE? S.W: Większą radość sprawia mi robienie materiału, czyli wracam do swoich marzeń, to czasami wzbudza zdziwienie wśród moich znajomych, bo większości osób, które pracują (tak mi się wydaje), radość sprawia występowanie przed kamerą, na ekranie,



natomiast mnie wielką radość sprawia praca przy realizowaniu materiału. To jest jak ułożenie czegoś z klocków, ma się pomysł, ma się bohaterów i potem są zdjęcia, a następnie trzeba to wszystko jakoś poukładać, żeby to fajnie wyglądało, więc to jest chyba taka największa radocha. E.K: CZY W TAKIM RAZIE MOŻNA PANA NAZWAĆ PRACOHOLIKIEM? S.W: Nie. Pamiętam, jak jeden z operatorów, z którym pracowałem, nazywał mnie pracusiem, to znaczy… urodziłem się w Poznaniu i myślę, że mam takie poznańskie podejście do pracy. Ja bardzo sobie cenię ludzi, którzy pracują bez względu na to, jaki zawód wykonują. Sam też lubię dużo pracować- tak od zawsze, ale czy jestem pracoholikiem? Nie! Kiedy wyjeżdżam na kilka dni odpocząć, to nie mam odruchu, żeby nagle włączyć komórkę albo sprawdzić, co się dzieje, wręcz odwrotnie. Wydaje mi się, że ważna jest równowaga po prostu. Jak się jej nie ma to potem dziwne rzeczy dzieją się z ludźmi. S.A: CZY TRUDNO JEST ZDOBYĆ PRACĘ W MEDIACH? S.W: Trudno mi na to pytanie odpowiedzieć. Czy jest ciężko? Wydaje mi się, że jeśli mam coś powiedzieć o pracy w mediach dla was, dla młodych ludzi, to jest to taki zawód, w którym liczy się doświadczenie. To nie jest praca, której można się nauczyć na studiach albo można się jej nauczyć, czytając książkę, bo to nie ma żadnego znaczenia, kiedy szukamy pracy. Każdy redaktor zapyta o praktykę, a jeśli ktoś powie, że ma świetne wykształcenieale teoretyczne, to znaczy, że bardzo niewiele umie. S.A: DLACZEGO PAN PROWADZI WARSZTATY W WSNHiD? S.W: Zostałem zaproszony do prowadzenia warsztatów przez mojego byłego operatora Mateusza Górnego, który te warsztaty prowadził przede mną. Troszeczkę występowałem tam, jako tak zwana „maskotka”, to znaczy pojawiłem się i miałem trochę poopowiadać, na czym ten zawód polega. To było moje pierwsze spotkanie z warsztatami i pierwsze spotkanie z ludźmi w waszym wieku. Sprawia mi to bardzo dużą radość, to znaczy cieszę się, jak słyszę tak, jak od was, że było fajnie, a nie nudno. Zawsze byłem troszeczkę takim typem człowieka, który lubił nie dość, że bardzo dużo mówić, to bardzo lubiłem jeszcze dzielić się swoją wiedzą i spostrzeżeniami. Cieszę się, jeśli w jakiejś grupie jest przynajmniej kilka osób, które też chcą tego słuchać. S.A: CZY POJAWIŁA SIĘ JAKAŚ GRUPA, KTÓRĄ SZCZEGÓLNIE PAN PAMIĘTA? S.W: Każda grupa jest inna. Była grupa, z którą nie dało się pracować i nie wiedziałem, dlaczego przychodzili wszyscy,zupełnie nie byli zainteresowani tematem. Potem się okazało, że to była grupa, która



musiała zdobyć punkty z jakiegoś przedmiotu, czyli przychodzili tak naprawdę tylko, by otrzymać zaliczenie. Była grupa, która stale stawała w kontrze, wszystko, co mówiłem odrzucali. Były też takie grupy, jak Wasza, które są najfajniejszymi zespołami do pracy, to znaczy, że chcecie(przynajmniej takie miałem wrażenie) czegoś się dowiedzieć. Macie własne zdanie, a to tworzy ciekawe interakcje, czyli taką rozmowę, dialog, takie grupy najbardziej lubię. S.A: JAKĄ RADĘ DAŁBY PAN PRZYSZŁYM DZIENNIKARZOM Z NASZEJ SZKOŁY? S.W: Jak najwięcej czytać, czytać i jeszcze raz czytać. Jak najwięcej zadawać sobie i innym pytań, szukać zawsze dziury w całym i zawsze szanować rozmówcę. E.K: BARDZO PANU DZIĘKUJEMY ZA ŻYCZLIWOŚĆ I POŚWIĘCENIE NAM CENNEGO CZASU. S.W: Nie ma sprawy. To ja Wam powinienem podziękować, że przeprowadziłyście ze mną wywiad, to był pierwszy mój wywiad w życiu i chyba jedyny. Sandra Afek Edyta Krajewska UWAGA: STREFA DZIENNIKARZY
Nie wiemy, czy zostaniemy dziennikarkami, czy gwiazdami filmu polskiego lub może naukowcami z dziedziny fizyki jądrowej, ale wiemy na pewno, że warto poznawać to, co nowe…


W Wyższej Szkole Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa wprowadzono projekt Strefa Młodzieży. Ma on na celu rozwijanie zainteresowań młodych ludzi. Jest to cykl, który łączy w sobie spotkania psychologiczne, warsztaty ze znanymi osobami i rozrywkę. W Poznaniu możemy wziąć udział w warsztatach z takich dziedzin, jak: dziennikarstwo, projektowanie, aranżacja wnętrz, film czy fotografika. Miałyśmy okazję uczestniczyć w warsztatach prasowych, jak i telewizyjnych. Najbardziej spodobały nam się warsztaty telewizyjne prowadzone najpierw przez Jarosława Kuźniara, dziennikarza TVN 24, a następnie przez Stanisława Wryka oraz jego operatora Mateusza Górnego z Polsat News. Poznałyśmy plusy i minusy zawodu dziennikarza, dowiedziałyśmy się, jakie cechy są potrzebne, aby osiągnąć sukces, miałyśmy okazję spróbować swoich sił przed kamerą, co było nie lada wyzwaniem (aż trudno uwierzyć, jak przeciętny człowiek spina się na widok sprzętu operatora), dowiedziałyśmy się, jakie tematy są interesujące z punktu widzenia profesjonalnego dziennikarza telewizyjnego (np. co wydaje się nam być kontrowersyjne- tematy które pomogą naszym odbiorcom się dowartościować). Po kilku spotkaniach miałyśmy już jakieś spojrzenie na ten zawód. Naszym zdaniem jest to praca dla osób silnych psychicznie, potrafiących działać pod presją, nie przywiązujących większej wagi do życia rodzinnego Miłość czy kochanie?



(chyba, że mąż, żona są również dziennikarzami) i co najważniejsze ciekawych świata. W tym przekonaniu utwierdziły nas słowa Bartosza Węglarczyka, dziennikarza Dzień Dobry TVN i Gazety Wyborczej, z którym niestety miałyśmy okazję spotkać się tylko raz…. Ale za to wzięłyśmy udział w warsztatach prasowych prowadzonych przez Aleksandrę Przybylską (redaktor Gazety Wyborczej) i Lecha Bojarskiego (dziennikarza Gazety Wyborczej).To było ciekawe doświadczenie, a najciekawsza była wizyta i praca w Redakcji Gazety Wyborczej, gdzie mogłyśmy zobaczyć, jak wygląda praca dziennikarza prasowego od kuchni. Nie wiemy, czy zostaniemy dziennikarkami, czy gwiazdami filmu polskiego lub może naukowcami z dziedziny fizyki jądrowej, ale wiemy na pewno, że warto poznawać to, co nowe… Jagoda i Gabrysia NIE TYLKO NAUKA... Nasze własne (prywatne) studio szkolnego Radia SCOOL 27 stycznia zostało uroczyście otwarte. Na szóstej lekcji w piątek odbyła się uroczystość z okazji tego wydarzenia. Obecne były prof. Joanna Popławska oraz pani vcedyrektor, prof. Małgorzata Bekas. Oprócz nauczycieli przed świeżo otwartym studiem pojawiło się wielu uczniów, głównie z klas dziennikarskich. Zjawili się także absolwenci ze szkolnego Zespołu Wokolanego Vigilamus, którzy gromkim głosem odśpiewali radosną pieśń. Na koniec uroczystej inauguracji przepowadzono konkurs, który polegał na wymyśleniu hasła reklamującego nasze radio. Osoba, która napisała na kartce swoją propozycję, otrzymała gratyfikację w postaci słodkiego ciastka... Redakcja O!Krzyku, gratuluje studia nagraniowego, bo jak potwierdziła prof. Popławska, inicjatywa zrodziła się w jej głowie już parę lat temu. Profesor Bekas także wyraziła swoje zadowolenie. Stwierdziła, że wszystkie przedsięwzięcia, które realizowane są ponadprogramowo, bardzo ją cieszą. Radiowcom życzymy szczęścia w eterze!! Krystian Postanowiłam się odważyć i opisać kilka absurdów szkolnej rzeczywistości. Przychodząc do tej szkoły, nie spodziewałam się, że będę musiała się dusić w mieszance ludzkich zapachów. Chciałabym,aby okna na korytarzach mogły być otwierane w każdej chwili, a nie tylko wtedy, gdy pracownik szkoły uzna, że jest to konieczne. Rozumiem, że okna są pod kluczem (jak i my sami) ze względu na nasze bezpieczeństwo, jednak ubolewam nad tym, że nikt mojej dorosłości nie bierze zbyt serio, choć, kiedy patrzę na moich kolegów z klasy, czasem nie dziwi mnie to zupełnie.
Z miłości do szkoły...


Brakuje mi także luster! Jako, że jestem przedstawicielką płci pięknej, co jakiś czas mam potrzebę skorygowania swojego makijażu, w celu zapewnienia samej siebie,czy aby nie znajduje się on w nieodpowiednim miejscu. Niestety, w czasie przerwy łazienki, przypominają ostoję nieoswojonych istot, które rzucają się na lustro, niczym dzikie sarny do paśnika , co sprawia, że zanim dostanę się do lustra, zadzwoni dzwonek, a z łazienki wyjdę w takim samym stanie, jak przed wejściem do niej (a nasi szkolni mężczyźni dziwią się, że tak często dziewczyny urządzają sobie wycieczki do toalety). Nie wspomnę już o kolejkach do powyżej wymienionej toalety, niczym za czasów PRLu, kiedy to kolejka stała po mydło, czy proszek do prania. "Mężczyźni" naszego liceum skarżą się na brak swobody podczas korzystania z szaletów, mianowicie krępuje ich fakt, że pisuary nie są oddzielone od siebie np. ścianką. Prawdę mówiąc w ogóle się im nie dziwię. Jest mi również strasznie przykro z powodu zakazu noszenia krótkich spodenek i spódniczek przed kolana. Wydaje mi się, że jest to ograniczanie stylu młodych ludzi. Tym bardziej boli mnie ten fakt, kiedy widzę innych w leginsach, nikt im nie czyni wyrzutów, a jak ja założę na te leginsy krótkie spodenki, jestem podana- jak na tacy- pogromcom krótkich spodenek. Bareja kiedyś nakręcił swoje "Alternatywy 4" a ja dzisiaj kreślę swoje alternatywy 25. Kinga ACTA = rewolucja?
... czy użycie, przykładowo zdjęcia obrazu Van Gogha do prezentacji multimedialnej będzie przestępstwem, za które grozić nam będzie do 5 lat więzienia?


ACTA, czyli Anti Counterfeiting Trade Agreement (umowa handlowa dotycząca zwalczania obrotu towarami podrabianymi) to międzykrajowe porozumienie, które ma za zadanie unicestwić piractwo w sposób dość kontrowersyjny i przesadny. Każda strona publikująca czyjąś twórczość (nie jest ważne czy to obrazek, czy muzyka) bez zgody twórcy, zostanie usunięta, w tym popularny kwejk czy demotywatory. Dodatkowo cała treść internetu będzie filtrowana przez dostawców z treści "niewłaściwych", a co za tym idzie, zniknie wolność słowa i cała "anonimowość" w internecie, każda wypowiedź pisana na facebookowym czacie, poczcie mailowej czy chociażby gadu- gadu, będzie musiała być ocenzurowana. Wystarczy tylko pomyśleć, jakie to pociągnie za sobą konsekwencje. Na przykład bardzo popularna strona internetowa YOUTUBE.COM będzie oczyszczona w około 80%, zostanie tylko muzyka na oficjalnych kanałach artystów, oczywiście, o ile też nie usuną i jej. To tylko część z przykrych i zarazem katastrofalnych konsekwencji, jakie przyniesie nam ACTA. Wraz z oczyszczeniem internetu zostaną z niego wymiecione pomoce dla uczniów, lektury czy chociażby opracowania. Czy użycie np. zdjęcia obrazu Van Gogha do prezentacji multimedialnej będzie przestępstwem, za które grozić nam będzie do 5 lat więzienia? A jeśli zostnie zastosowana dezinformacja, utajnione zostaną ważne informacje? Nawet, jeśli ktoś się o takim zatajonym fakcie dowie, to nie będzie mógł nikomu go przekazać, gdyż jego wiadomość zostanie ocenzurowana...prawie jak telefony na  podsłuchu



za komuny. Ponadto, jakby się zastanowić, to internet jest władzą, można zastosować masową manipulację ludzkich umysłów za pomocą tego masowego środka przekazu, dosłownie, jak w filmie sciencefiction, tyle że to prawdziwe życie, i to się dzieje naprawdę. Na całym świecie ludzie buntują się przeciw temu absurdowi, przeciwko odebraniu praw do wolności słowa i życia. W większości miast organizowane są pikiety oraz protesty, na transparentach wypisano hasła sprzeciwu, a internet jest dosłownie oblepiony obrazkami oraz tekstami nakłaniającymi do walki z wrogiem, którym jest jeden dokument. Kto wie, czy z naszej planety, na której bardziej lub mniej beztrosko żyją ludzie, niekoniecznie świadomi tego, co się dzieje, siły rządzące poszczególnymi państwami nie zrobią kopi świata takiej, jak w popularnym filmie "Matrix". Artur Na POhybel cenzurze! Na ulicach Poznania odbył się strajk przeciwko wprowadzeniu ustawy ACTA. Tłum protestantów zablokował ruch uliczny całego centrum. Doszło do starć z policją i dewastacji mienia. 26 stycznia na ulicach Poznania odbył się strajk przeciwko wprowadzeniu ustawy ACTA. Tłum ludzi (ok.5 tys. osób) przeszedł trasę od Starego Rynku, przez Plac Wolności, ulicę Święty Marcin, Rondo Kaponiera, aż do siedziby Platformy Obywatelskiej przy ul. Zwierzynieckiej i placu Mickiewicza. W demonstracji uczestniczyły nie tylko osoby dorosłe, ale także młodzież. Zbulwersowani obywatele za wszelką cenę chcieli pokazać swój bunt, co doprowadziło do starć z policją, do dewastacji przystanków i siedziby Platformy Obywatelskiej. Zbesztano także, dość niecenzuralnie, rządzących. PIRACI NA KARAIBY!!!



Tłum protestantów zablokował ruch uliczny całego centrum, tworząc zatory,zatrzymał pojazdy komunikacji miejskiej. Dewastacji uległy auta, po których przebiegno, na których siadano z transparentami. To wszystko zmusiło policję do podjęcia radykalnych środków, min. interwencja polegała na zastosowaniu armatek wodnych, ustawiono funkcjonariuszy uzbrojonych w tarcze, kaski i pałki jako blokadę. Zbuntowani internauci nie szczędzili obraźliwych komentarzy. Na znak buntu zostały odpalone race oraz petardy. Ogrom niezadowolenia dopełniały transparenty, maski i liczne przemówienia. Celem całego strajku było pokazanie rządowi, że w naszym kraju istnieje wolność słowa, która dotyczy także internetu, uznawanego według ustawy ACTA za miejsce piractwa i nielegalnego udostępniania plików. Reakcja ludzi może i jest kontrowersyjna, jednakże każdy obywatel ma prawo do swojej prywatności i nowa ustawa nie powinna tego ograniczać. Ola i Magda Problem ACTA jest złożony. Oto naprzeciw siebie stanęli rozjuszeni wizją braku dostępu do darmowych plików internauci, niektórzy snuli wizję końca świata (trudno się temu dziwić, skoro dla młodych ludzi to internet jest światem) i Rząd, reprezentowany przez policję, z racji tego, że do tłumu dołączyła chuliganeria (której obojętny jest temat demonstracji, byle była zadyma).



Niestety, odnoszę wrażenie, że większość demonstrantów nie zagłębiła się w problem, zawłaszczania cudzej (wypracowanej) własności. Podrabianie marek czy transfer plików jest uznawany przez prawo za czyn karalny (ciekawe, że w realu kradzież płyty by oburzyła, a w necie tę samą własność uznaje się za dobro niczyje). Jeśli nie stać mnie na perfumy Channel 5, to nie kupuję podrabianego flakonu, tylko oryginalne perfumy innej firmy w dostępnej dla mnie cenie. Wiem, że za maską ACTA kryją się wielkie korporacje i ich interesy, wiem, że młodzi ludzie boją się orwellowskiej wizji inwigilacji, ale czyż nie jesteśmy codziennie podglądani i to nie tylko przez wścibskie sąsiadki, ale np. przez nasze zaprzyjaźnione GOOGLE – które nie tylko szuka dla nas, ale przede wszystkim o nas informacji.. co jemy, co lubimy, jakie są nasze preferencje… Przeciwnicy ACTA straszą nas również wycofaniem leków generycznych z aptek, ale przecież dla ACTA kluczowe jest słowo „podrobione”, a zamienniki – to leki, produkowane po upłynięciu terminu ochrony patentowej, muszą zostać dopuszczone do obiegu po spełnieniu wymagań i farmakologicznych, i technologicznych, i wreszcie prawnych… Kluczowe wydaje się tu rozróżnienie między zamiennikiem a fałszywką (również dla naszego zdrowia to ważne, Bóg raczy wiedzieć, co zawierają fałszywki, może to samo, co podrobiony Channel). Choć pewnie największe obawy budzi roztaczana wokół wizja wtargnięcia do domu policji w kominiarkach, która zabiera nasze mienie na podstawie domniemania winy…, tylko skąd takie czarnowidztwo, skoro nasz komputer po prostu jest czysty... ap Ja i Bakara
...nie można się poddawać, po każdym upadku należy ujarzmić swoje lęki i wsiąść na konia raz jeszcze...


Należę do klubu jeździeckiego Rancho, który znajduje się w Poznaniu przy ulicy Beskidzkiej. Moja przygoda z Bakarą zaczęła się pół roku temu. Wspólnie z nią spędzam trzy godziny tygodniowo. Przed zajęciami muszę ją bardzo dokładnie wyczyścić i ubrać w ogłowie, siodło i ochraniacze. Moja pierwsza jazda polegała na ćwiczeniach, rozciąganiu ciała na koniu, oczywiście Bakarka była na lonży pod kontrolą instruktora. Po kilku lekcjach zaczęłam jeździć samodzielnie, co sprawiło mi ogromną radość. Z pasją kłusowałam i nie popełniałam błędów, więc podjęłam następny krok, jakim był galop. Na samym początku denerwowałam się trochę - myślałam, to takie trudne, wysoki koń, a jak spadnę? Kiedy zaczęłam galopować, czułam się wspaniale i nabrałam ogromnego zaufania do Bakary. Lubię z nią spędzać czas, ponieważ wtedy zapominam o własnych problemach. Czuję sporą satysfakcję, kiedy zdobywam z moją Bakarą nowe umiejętności, choć czasem bywają i chwile trudne - ostatnio spadłam z konia, moi rodzice z przerażeniem patrzyli jak dosiadam Bakarę ponownie... cóż sądzę, że nie można się poddawać, po każdym upadku należy ujarzmić



swoje lęki i wsiąść na konia raz jeszcze ...ale, aby możliwe upadki złagodzić, a jazdę konną uczynić bezpieczną... potrzebujemy kilku wazżnych rekwizytów jeździeckich(oprócz konia oczywiście:) ). Kiedy zaczynamy jeździć konno, musimy pamiętać o dobrze dobranym stroju, który można kupić w Poznaniu w salonach: przy ulicy Lutyckiej 34 i Ratajczaka 18. Obowiązkowo, każdy jeździec musi posiadać kask, który w trakcie upadku będzie chronił jego głowę. Potrzebne są również buty, które wytwarza się z gumy, a ich obcasy zapobiegają wyślizgiwaniu się stopy ze strzemienia. Bryczesy (spodnie) mają naszycia na udach, by ochronić miejsca najbardziej narażone na obcieranie; spodnie muszą mieć także rzepy lub suwaki przy kostce, by nogawki trzymały się nogi i się nie zawijały. Musimy zaopatrzyć się również w rękawiczki, które chronią ręce przed otarciami, potrzebujemy także palcatu (czyli bata), by utrzymać konia w ryzach (nie wolno koniowi go pokazywać, bo może się spłoszyć!), ale jeśli koń nie reaguje na ruch łydek, to musimy użyć bata (niestety). Do pełnego ekwipunku niezbędne będą jeszcze sztylpy, które chronią przed otarciami na łydkach... ...no i gotowe, można zacząć jeździć! Paulina „Pretty Little Liars”
Gatunek – dreszczowiec, dramat, thriller Emisja – ABC Family ( USA, 2010 r. ) oraz AXN ( PL ) Liczba odcinków - +40


Aria, Spencer, Emily, Alison i Hanna tworzyły grupę popularnych przyjaciółek w niewielkim i spokojnym miasteczku Rosewood. Ufały sobie bezgranicznie, często powierzały sobie swoje największe sekrety. Ich przyjaźń zakończyła się po zaginięciu Alison, która była liderką paczki, a także doskonałą manipulantką. Dziewczyny obwiniały się o minione wydarzenia, choć tak naprawdę nie mogły nic zrobić, a nowych wiadomości o sprawie nie przybywało. W końcu oddaliły się od siebie i uznały, że tylko Alison podtrzymywała ich wieloletnią znajomość. ,,Yes, two can keep a secret If one of them is dead." Rok później dziewczyny znów będą musiały połączyć swoje siły i zmierzyć się z duchami przeszłości. Każda z nich zaczyna dostawać tajemnicze wiadomości od „A”, które są pełne mrocznych sekretów, znanych tylko i wyłącznie Ali. Każda z nich ma nadzieję, że nadawcą jest właśnie ona, lecz szybko ją tracą – policja odnajduje ciało zaginionej. „Alison: Friends share secrets. That's what keeps us close.” Ich przyjaźń odradza się na nowo, łączy je chęć odkrycia,



co tak naprawdę wydarzyło się minionego lata i tożsamości nadawcy sms'ów, listów czy maili. Po pewnym czasie robi się niebezpiecznie. Nastolatki odkrywają, że znalazły się w sytuacji bez wyjścia. Są szantażowane, zastraszane, ale mimo to wciąż dzielnie brną i dowiadują się coraz dziwniejszych rzeczy. Muszą podejmować ważne decyzje, ryzykować życie, wybierać między przyjaciółmi czy ukochanymi. Wtedy najbardziej potrzebują siebie nawzajem i nie żałują, że zaufały sobie ponownie – w końcu dzielą tak ważny sekret. „Spencer: You stole sunglasses? From who? Hanna: Not from a person. From a store. God, I have some class." Myślę, że jak w każdym serialu, każdy znajdzie postać, z którą będzie mógł się utożsamić. Aria wzbudza ogromne zainteresowanie, głównie dzięki swojej urodzie – wyraziste oczy, brwi, rzęsy i dzięki stylowi, ale też dojrzałości emocjonalnej, otwartości i odwadze. Rodzinę i przyjaciół stawia na pierwszym miejscu. Spencer uważana jest za prymuskę – faktycznie, jest bardzo inteligentna, ma najlepsze oceny, szybko łączy fakty. Rzecz jasna, pozory mylą i nie jest „ukochaną córeczką tatusia”. Emily jest wysportowana, poświęca się głównie drużynie pływackiej. Jest niezdecydowana i uległa, ale bardzo czuła. Natomiast Hanna jest bardzo barwną postacią. Ma dobre chęci i złote serce, jednak nie zawsze wszystko idzie po jej myśli. Jest przezabawna i odrobinę głupiutka – tutaj stereotyp o blondynkach się sprawdza. „You swore you'd never tell!" „Pretty Little Liars” to seria dla każdego, kto lubi tajemnicę i odrobinę dreszczyku. Nic dziwnego, że został doceniony chociażby na znanej na całym świecie gali Teen Choice Awards Fabuła rozwija się dynamicznie, co chwile jesteśmy czymś zaskakiwani, co uważam za największy atut. MARTA Diane, last night I dreamed...
...czyli świat według Lyncha


David Lynch jest amerykańskim reżyserem, scenarzystą oraz producentem filmowym. Należy do grona najbardziej kontrowersyjnych artystów, jego filmy cechują się WIELKIM indywidualizmem, a ich akcja zazwyczaj toczy się na pograniczu jawy i snu. Urodził się 20 stycznia 1946 w Missoula w stanie Montana, studiował sztuki piękne w bostońskiej School of the Museum of Fine Arts. Jego filmowym debiutem był horror psychologiczny ''Głowa do wycierania'', nakręcona w 1977 roku. Film powstawał przez 5 lat i został naszpikowany bogatą symboliką. ''Głowa...'' opowiada o młodym mężczyźnie, który zostaje ojcem dziecka wyglądem przypominającego obcego z kosmosu. Jego drugi film nosi nazwę ''Człowiek Słoń'' z 1980 roku, był on nominowany w ośmiu kategoriach do Oscara. Wystąpili w nim wybitni przedstawiciele kina brytyjskiego, tacy jak Anthony Hopkins czy John Hurt. Obraz opowiada historię nieszczęśnika chorującego na rzadką chorobę charakteryzującą się zniekształceniem ciała. Bohater wycieńczony byciem atrakcją, wyjętą niemalże prosto z cyrku, spotyka lekarza, który bada jego osobliwą przypadłość. Trzecim filmem była



ekranizacja książki Franka Herberta ''Diuna''. Akcja rozgrywa się 10191 w świecie, gdzie najważniejszą substancją jest przyprawa zwana melanżem, a jedynym miejscem, gdzie się ją wydobywa, jest planeta Arrakis, czyli Diuna. Spektakularny sukces odniosło jego kolejne dzieło, ''Dzikość Serca'' z 1990 roku, z Nicholasem Cage'em w roli głównej.Obraz został nagrodzony Złotą Palmą dla najlepszego filmu na festiwalu w Cannes. Historia opowiada o Lulu i Sailorze, którzy odbywają fascynującą podróż będącą równocześnie ucieczką przed matką, która chce ich rozdzielić. W 1989 roku Lynch zajął się realizacją serialu, ''Miasteczka Twin Peaks'', który, jak się okazało, zyskał niebywałą oglądalność i popularność - dzisiaj można o nim z całą pewnością powiedzieć, że jest kultowy. Serial składał się z dwóch sezonów, w których pojawia się wiele intrygujących zdarzeń i postaci. Jedną z nich był Agent Dale Cooper, który na oczach widzów przez dwa sezony starał się odgadnąć wszystkie tajemnice tytułowego miasteczka. ''Zagubiona Autostrada'' z 1997 ukazuje podróż w najmroczniejsze zakątki ludzkiej psychiki i zmusza do myślenia. Historia trudna do opowiedzenia, ponieważ film jest niezwykle skomplikowany i posiada masę wątków, które każdy indywidualnie może sobie tłumaczyć. Dzieła Davida Lynch'a wyróżniają się na tle innych filmowych przekazów głownie swoją specyficznością, umożliwiają także samodzielność w odgadywaniu i interpretowaniu filmu. Wspaniała muzyka jest nieodłącznym elementem każdego obrazu. Polecam Ania Po co kobiecie tusz do rzęs? Tusz do rzęs, kosmetyk, inaczej znany wszystkim kobietom jako mascara. Małe podłużne opakowanie, a w środku maź, najczęściej czarnej barwy.
To dzięki niemu nasze rzęsy stają się dłuższe, a spojrzenie zyskuje na wyrazistości. Mały, z pozoru niezauważalny przyjaciel każdej z nas, który potrafi zdziałać cuda. Większość mężczyzn twierdzi, że liczy się naturalne piękno (ale dla siebie wybierają te umalowane, zgodnie z trendem banalnego piękna).


Owszem, zgodzę się, że naturalność jest w cenie, jednak delikatnie wytuszowane rzęsy nie odzierają nas z niej, a nadają hipnotyzującego spojrzenia. Jak wszystko na tym świecie, tusz do rzęs także bywa zdradliwy. Chwila słabości lub głupawa romantyczna komedia potrafią doprowadzić nas do płaczu, a wtedy kapiemy czarnymi łzami. Czy to jednak wystarczający argument, by zaprzestać tuszowania oczu? Co dzień,podczas porannej toalety, patrzę z przerażeniem w lustro. Podkrążone oczy,opuchnięte ze zmęczenia powieki nie prezentują się zbyt okazale. Kilkanaście minut spędzonych przed zwierciadłem, a  poświęconych na dyskretne ubieranie twarzy, to rutyna,w jaką dałam się schwytać. Czy jednak mogę to nazwać utrapieniem? Chyba nie. Może moja egzystencja nie jest wybitnie ciekawa, całe nastoletnie życie obraca się wokół szkoły, często trudno znaleźć chwilę swobody...ale jeśi już ona nadejdzie, to lubię posiedzieć w ciemnym pokoju wśród aromatycznych świeczek, słuchać ulubionej muzyki, lubię rozmarzyć się przed snem, lubię oglądać stare fotografie, wspominać szczęśliwe i smutne zdarzenia... i nawet jeśli trochę nieswojo czuję się, mówiąc o tym otwarcie, to jednak co tu kryć...tusz do rzęs skutecznie maskuje moje skonfundowanie. :) Mari Kempa Terenówki z pazurem
"...coraz częściej ekskluzywne marki samochodów wypuszczają "pseudoterenówki". Oprócz znanego nam wszystkim Porsche Cayenne pojawił się również  nowy Maserati oraz Bentley..."


Moda na samochody typu SUV już przeminęła, lecz nie przeszkadza to producentom aut we wprowadzaniu następnych modeli na rynek. Co ciekaw,e coraz bardziej ekskluzywne marki samochodów wypuszczają "pseudoterenówki". Oprócz znanego nam wszystkim Porsche Cayenne pojawiły sie nowe Maserati oraz Bentley. Najbardziej jednak zaciekawił mnie projekt nowego Lamborgini. Jest ono stylizowane na sportowy model Aventador, co widać po ostrych kształtach nadwozia oraz światłach. Nowe dziecko firmy z Bolonii ma otrzymać silnik od Gallardo, czyli potężne V10 o mocy 575km. Z taką mocą może konkurować z takimi potworami, jak BMW X6M czy Mercedes ML 63 AMG. Według planów ma to być czterodrzwiowe Cupe. Samochód ma się ukazać na wiosennych targach w Pekinie. Szef Lamborghini zapowiedział, że auto nie zostanie zaprezentowane wcześniej niż w 2015 roku. Pamiętajmy, że to nie pierwsza terenówka od Lambo. Pierwszą było LM002, które ukazało się pod koniec lat 80. Dzisiaj to prawdziwy rarytas. Mimo lekkiej absurdalności ceny i formy samochody typu crossover bardzo dobrze się sprzedają. Myślę, że chodzi głównie o rozmiar i poczucie komfortu jazdy. Dużym atutem jest, także pakowność i  przestronne wnętrze. Gdy do akcji wchodzą suvy produkowane przez marki typu Porsche czy Ferrari do atutów dochodzi moc, prowadzenie. Jednak tak naprawdę kupno takiego auta to pójście na kompromis, pomiędzy sportowym cupe a rodzinnym autem. Gdy będziemy chcieli zjechać z drogi, nasza pseudoterenówka znów nas zawiedzie. Podsumowując, myślę że takie auta są przeznaczone dla ludzi szalonych,  ale przecież właśnie tak powstają auta z pasją. Jasiu Japońskie hotele kapsułkowe Klaustrofobiczny sen
Hotel kapsułowy (kapuseru hoteru) to typowy japoński wynalazek. Poza samą Japonią takie hotele otwierane są w wielkich miastach lub przy dużych portach lotniczych (np. londyńskie lotnisko Gatwick). W Warszawie w październiku 2009 roku otwarto pierwszy hotel tego typu w Polsce.


Te unikatowe hotele stały się bardzo popularne w Kraju Kwitnącej Wiśni, którego mieszkańcy są zdecydowanymi miłośnikami minimalizmu. Typowa kapsuła to niewielki boks o wymiarach 200x100cm, w którym jest umieszczono łóżko (a właściwie materac), telewizor, radio, budzik, regulowane oświetlenie. Kapsułki takie są ułożone jedna na drugiej najczęściej w jednym dużym pomieszczeniu po kilkaset lub kilkadziesiąt. W hotelach kapsułowych dostępne są m.in. jacuzzi, łazienki, nawet mechaniczne szczoteczki do zębów, nasączone fluorem. Chociaż dla Europejczyka taki hotel może być zaskoczeniem, to w Japonii nie jest Jak kupować?



on niczym niezwykłym. Jest to praktyczne rozwiązanie problemu noclegu w warunkach życia i pracy Japończyków. Korzystają z nich przeważnie pojedynczy zapracowani biznesmeni, kobiety jednak mają prawo do wynajęcia pokoju, w którym znajdują się cztery kapsułki. Takie „klaustrofobiczne dziuple” można też spotkać także w fabrykach, by zapewnić pracownikom nocleg. Niezależnie od rodzaju gości, wszystkich obowiązują podobne zasady – zdjęcie butów po wejściu na teren hotelu. Ciekawostką na polskim rynku usług noclegowych jest otwarty również pod koniec 2009 roku na warszawskim Żoliborzu hostel Wilson, w którym znalazło się 8 kapsuł. Kapsuły są wyciszone, hałas tłumi także japońska mata zastępująca drzwi. Godzina snu w takiej kapsule kosztuje 4 złote , a noc to koszt około 60 złotych. Dla porównania, japońskie ceny za nocleg wahają się w granicach 4000 jenów (80zł). Agnieszka S. Często ludzie nie wiedzą, jaki aparat wybrać. Jedni wolą aparaty kompaktowe takie, które zmieszczą się w kieszeni i są proste w obsłudze, więc i tanie, inni wolą nieco bardziej zaawansowane aparaty kompaktowe(np.canon G12,Olympus ZX1n, które są nieco droższe i bardziej skomplikowane w obsłudze. Są jeszcze tacy, ktorzy wybierają lustrzanki cyfrowe, dość drogie (ceny zaczynają się od ok 2tys.) i skomplikowane w obsłudze. Ostatnio pojawiły się też aparaty bezlusterkowe, które



są alternatywą dla tradycyjnych lustrzanek - jeśli liczy się dla nas wielkość aparatu. Przy kupnie aparatu trzeba wykazać się daleko idącym zdrowym rozsądkiem, żeby niepotrzebne funkcje nie przyćmiły nam późniejszej frajdy z robienia zdjęć. Sprawa robi się bardziej skomplikowana,gdy spojrzymy na to, że jeden producent może oferować dobrą optykę, ale gorsze przetworniki obrazu, a to psuje efekt końcowy. Oczywiście producent może zaproponować nam sprzęt odporny na zniczszenie, ale za to z gorszym zoomem i z gorszą jakością obrazu. Zwróćmy uwagę na kilka aspektów: 6MP jest wystarczającą ilością pikseli, jednak większość producentów ma w swojej ofercie aparaty z rozdzielczością pow.10MP, więc można odpuścić sobie ten aspekt przy doborze aparatu. Żaden aparat kompaktowy nie robi dobrych zdjęć powyżej czułości 400ISO, wyższa czułość często prowadzi do rozmycia obrazu. Jedynie lustrzanki umożliwiają robienie zdjęć przy czułości pow 1000ISO. Zoom. I to jest moim zdaniem najważniejszą cechą aparatu. Zwykłemu amatorowi wystarczy 10 - krotny zoom, lecz jeśli chcemy zająć się fotografią przyrodniczą, przyda się zoom rzędu pow 30.Taki zoom ma np. FinePixHS20EXR lub dowolna lustrzanka z teleobiektywem. Czas działania baterii jest ważną kwestią, jeśli aparat chcemy wykorzystać podczas wyjazdów. Warto wybierać takie akumulatory, które na jednym ładowaniu zrobią ok 300/400 zdjęć. Nie ma nic gorszego niż odmawiający posłuszeństwa aparat, wtedy, kiedy jest najbardziej potrzebny (ciekawe miejsca, nagłe sytuacje). Z własnego doświadczenia dodam, że bardzo ważna jest szybkość działania aparatu, wiele zdjęć może nie wyjść, bo aparat nie ustawił ostrości na czas lub ustawia ją źle. Warto przetestować wybrany model w sklepie pstrykając fotki dookoła siebie i sprawdzić, czy czas reakcji aparatu nam odpowiada. Na koniec jeszcze jedno ostrzeżenie: lustrzanka uzależnia od dokupywania dodatkowych obiektywów i akcesoriów, trzeba być więc czujnym :)) KONRAD Od juniora po gwiazdę Bundesligi
Robert Lewandowski pseudonim „Lewy”, urodzony 21 sierpnia 1988 w Warszawie, jeszcze parę sezonów temu był znany jedynie kibicom drugoligowego Znicza Pruszków,a teraz zachwyca się nim cała piłkarska Europa. Jest uznawany za najlepszego polskiego napastnika i trudno wyobrazić sobie bez niego Euro 2012.


Swoją karierę z piłką zaczął w 2004 roku, kiedy trafił do Varsovii Warszawa. Trzy miesiące później przeszedł do klubu Delty Warszawa, w którym grał do lata 2005 roku. Dla stołecznego klubu strzelił w IV lidze 4 bramki. W sezonie 05/06 trafił do drużyny rezerw Legii Warszawa, która grała w 3 lidze. Strzelił tylko dwie bramki. Latem w 2006 roku Legia sprzedała Lewego za śmieszną sumę 5 tysięcy złotych do Znicza Pruszków. W Pruszkowie Lewandowski dostawał więcej szans gry, które bardzo dobrze wykorzystywał. Pokazują to liczby: w ciągu dwóch sezonów strzelił 38 bramek. Był także królem strzelców w III i II lidze polskiej. Po dwóch latach spędzonych w Zniczu dostał oferty z najlepszych klubów w Polsce. Po zawodnika zgłosiły się m. in. Lech Poznań, Wisła Kraków i… Legia Warszawa, która kilka lat wcześniej łatwo pozbyła się piłkarza, sprzedając go za 5 tys. złotych. Robert wraz ze swoim menedżerem, Cezarym Kucharskim, wybrał ofertę z poznańskiego Lecha. Już w debiucie strzelił swoją pierwszą bramkę w Ekstraklasie. Po dobrych występach w Lechu dostał powołanie do kadry Polski na mecz z San Marino. Również w debiucie strzelił bramkę. W sezonie 2009/2010 Lewy zdobył z Lechem mistrza Polski oraz wywalczył sobie koronę króla strzelców (18 bramek). Po sezonie mistrzowskim Lewandowski dostał propozycję od Borussi Dortmund. Klub z Westfalii kupił zawodnika za 4,5 mln euro. W swoim debiutanckim sezonie w Bundeslidze wystąpił w 33 spotkaniach, w większości wychodząc z ławki rezerwowych, strzelając 8 goli i zaliczając 3 asysty. Zdobył również mistrzostwo Niemiec. W aktualnym sezonie 2011/2012 Lewandowski na dobre zagościł w pierwszej „11” swojego klubu, spychając na ławkę rezerwowych Lucasa Barriosa. Robert został wybrany najlepszym napastnikiem w rundzie jesiennej. Jednym z powodów tego wyróżnienia jest strzelenie 12 bramek oraz zaliczenie 3 asyst.Oczywiście Robert Lewandowski jest pewniakiem do gry w kadrze na Euro 2012. Bartek Loże vipowskie na Euro, czyli kilka słów o tym, jak będą bawić się bogacze...
KiBIC NA LO(N)ŻY...


Na stadionie Miejskim w Poznaniu znajduje się 45 lóż vipowskich dla 480 osób, ich cena to 200 tysięcy złotych rocznie, cen na Euro nie podano, ponieważ zależy to od UEFA. Na Stadionie Narodowym znajduje się łącznie 65 lóż VIP, z których każda przeznaczona jest dla 12 osób. Za Wynajem loży do końca 2012 roku trzeba zapłacić 450 tys. złotych, za korzystanie z niej do końca 2013 roku 700 tys. złotych. Loże to oferta all inclusive...barek,plazma,skórzane fotele- to wszystko możesz mieć, tylko musisz dobrze za to zapłacić…. Właściwie w takiej loży można by zamieszkać, ponieważ wykupujemy do niej dostęp na 24 h, codziennie:). Możemy urządzić spotkanie towarzyskie, konferencję prasową. Taka oferta na pewno przyciągnie biznesmenów, szkoda, że maluczkim ta łaska nie przypadnie w udziale. A może PZPN (skoro otrzymał 16 lóż na mecz z Niemcami) da szansę i nam, zorganizuje konkurs, w którym loża będzie nagrodą? Loże w Gdańsku kosztuję 400 tys. złotych, we Wrocławiu tyle, ile w Poznaniu, Nie jestesmy więc najdrożsi, ale to pwenie dlatego, że widok stale zmienianej trawy na stadionie, nie pretenduje do rangi pokoju z widokiem... Ciekawi mnie, czy naprawdę oglądanie meczu za dźwiękoszczelną szybą, na plazmie, bez zgiełku i rozentuzjazmowanych krzyków kibiców jest warte tej CENY? IGOR