Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








WIELKANOC !!!



Hola, Jedynko! Ach... Przed nami upragniony czas, mianowicie okres Świąt Wielkanocnych, a zaraz po nich weekend majowy! Dla jednych będą to chwile spędzone w rodzinnym gronie, dla innych - ostatnie chwile przed egzaminem, postrachem gimnazjalistów. Nie ma się czego bać, należy trzymać się myśli, że się będzie miało dużą liczbę punktów, strach jest nie na miejscu. A wracając do numeru świątecznego, znajdziemy w nim krytyczne spojrzenia na świat naszych redaktorów, tzn. wiele recenzji! Ponadto, pragnęliśmy jak najdokładniej ująć ciekawe chwile spędzone na różnorakich warsztatach, spotkaniach i tym podobnych. Mamy nadzieję, że nasze dziennikarskie wywody się Wam spodobają. :) Na koniec pragnę wraz z całą redakcją „Ale numer!” oraz naszą niezmiernie wyrozumiałą opiekunką, panią Lidią Zyskowską, życzyć wam spokojnych, radosnych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego. Red. nacz. Kacper Kozłowski Spis treści: Recenzja „Cmętarza Zwieżąt” i „Miasteczka Salem" - str.18 Fotoreportaż ze spotkania z motorowcami str. 16-17 Relacja z Młodzieżowych Warsztatów Dziennikarskich str.5 Ciąg dalszy….. str. 13 Relacja z „Kamieni na szaniec” str. 8



Zwyczaje świąteczne w innych krajach str. 4 Recenzja "Niezgodnej" str. 11 Kącik Informatyczny str. 19 Nowinki z Jedynki! Chwile trudu… Jak wspomniałem we wstępniaku, trzecioklasistów czeka teraz jeden z ważniejszych egzaminów w życiu. Stwierdzenie to może wydać się dziwne, lecz to prawda – od niego zależy dostanie się do wymarzonego liceum (czyt. studia i dalsza kariera). Jest to bardzo ważny czas, lecz stresowanie się w nim tylko pogorszy sytuacje. Trzeba się pouczyć, wierzyć w siebie i… napisać. Redakcja trzyma za was kciuki! Szwajcaria Już niedługo, bo od 5 maja, uczniowie naszej szkoły będą mieli okazję pojechać na wycieczkę - obóz językowy do upragnionej Szwajcarii, ojczyzny serów, franków oraz najlepszych dróg świata. Życzymy miłej zabawy. „Samorządowcy” Dnia 11 kwietnia odbyły się wybory do samorządu szkolnego. Podczas wyborów każdy z nas mógł wybrać swojego faworyta. Zwyciężyło sześciu uczniów, byli nimi: Kamila Bogusz, Karolina Królik, Patrycja Oleszek, Piotr Pietrzyk, Wiktoria Serafińczuk, Kuba Wiącek. Gratulujemy! Konkurs talentów „Słowik” Pierwszego dnia wiosny odbył się coroczny konkurs talentów przeznaczony dla uczniów naszej szkoły. Mogliśmy w nim zobaczyć wielu utalentowanych gimnazjalistów, m.in. Nikolę Majewską, zespół The Olimpic Band, Stanisława Stefaniaka wraz z Danielem Skwierzem i wielu innych. Promocja szkoły Dnia 15 kwietnia odbyła się promocja szkoły, podczas której mogliśmy gościć wielu przyszłych uczniów naszej szkoły. Przy okazji mieliśmy możliwość zobaczyć wielki talent naszych uczniów i opiekunów. Jednak to nie wszystko, chcieliśmy podziękować za cały trud włożony w przygotowania, za nieprzespane noce, godziny płaczu i jeszcze gorsze rzeczy, o których nie da się słuchać. Dzięki tak wspaniałym uczniom i wyspecjalizowanej, chętnej do pracy kadrze nasza szkoła jest tak wspaniała, jak jest! Konkurs o „Złote Pióro” burmistrza miasta Świdnik Dnia 10.04.2014 r. uczniowie naszej szkoły, zmęczeni po lekcjach, wzięli udział w dyktandzie o „Złote pióro”. Jak się okazuje, nasze dobre wyniki były zadziwiające, ponieważ ów konkurs był na poziomie powyżej trzeciej klasy gimnazjum. To jest dopiero wyczyn! Red. Międzynarodowe zwyczaje wielkanocne :)
Nie wszędzie Święta Wielkanocne obchodzi się tak jak u nas. Oto wybrane przykłady – święta w czterech różnych krajach.


Włochy Włosi najczęściej Wielkanoc spędzają poza domem. Nie mają zwyczaju polewania się wodą w wielkanocny poniedziałek. Najważniejszym momentem świąt jest obiad, na który tradycyjnie podawana jest baranina lub jagnięcina. Na włoskim stole jako przystawka pojawiają się plasterki salami i jajka na twardo. Na pierwsze danie podaje się barani rosół z pierożkami cappelletti, a na drugie - pieczone jagnię. Włosi nie mają zwyczaju święcenia pokarmów, a symbolem jest dla nich baranek. Swoje tradycyjne ciasto colomba, czyli gołębica, kupują przeważnie w cukierni. Czechy W przedświąteczny piątek maluje się pisanki. Czesi kupują tego dnia także baranki z biszkoptowego ciasta. Kolejne dni to czas zadumy nad magią świąt Wielkiej Nocy. W niektórych regionach Czech zamiast oblewania się wodą w poranny poniedziałek, chłopcy biją dziewczęta długimi gałęziami jałowca: twardymi, sprężystymi i okrytymi ostrymi szpilkami. Obite dziewczyny wynoszą z domów i wrzucają do strumyków lub wanien z wodą. Brrr… Stany Zjednoczone Święta w USA ograniczają się do jednego dnia. W niedzielę wielkanocną organizowane są konkursy na najciekawszy Easter Bonnet - kapelusz, który wygląda jak wielkanocny stroik. Na świątecznym stole, oprócz jajek, pieczonej szynki w słodkim sosie i ciast, nie ma specjalnych potraw. Dzieci zbierają jajka schowane przez Easter Bunny, a później muszą je zjeść. W Stanach z okazji świąt zajączek przynosi dzieciom prezenty. W koszyczku znajdują się najczęściej słodycze, owoce oraz drobne upominki. Szwecja W Skandynawii panuje zwyczaj przebierania się za Påskkäringar czyli „wielkanocne wiedźmy” .W Wielką Sobotę spacerują po domach i w zamian za ofiarowanie świątecznych kartek, laurek i życzeń dostają do koszyka jakieś łakocie lub inny prezent. Påsk lördag, czyli Wielka Sobota, jest najważniejszym dniem w świątecznym czasie. W godzinach popołudniowych spożywa się wykwintny obiad złożony przede wszystkim z jajek i ryb. Dzieci natomiast mają okazję do radości, ponieważ w ten właśnie dzień zajączek wielkanocny (påskhare) przynosi im wielkie wielkanocne jajko, w którym znajduje się ogromna ilość cukierków. Marysia Relacja z warsztatów dziennikarskich !!!
W dniach od 2 do 4 kwietnia, nasza redakcja brała udział w XIII Młodzieżowych Warsztatach Dziennikarskich, które odbywały się w Telewizji TVP Lublin i Radiu Lublin. Tematem przewodnim warsztatów były „Media w podróży” Nasi młodzi dziennikarze przez trzy dni uczestniczyli w wielu wykładach na temat reportażu, zawodu dziennikarza i fotoreportera.


Jedne z ciekawszych zajęć prowadził Pan Maciej Wasilewski - opowiadał m.in. o akcji „Niewidzialna ręka”, a także zachęcał do wzięcia w niej udziału. Nasz redaktor naczelny zaryzykował i postanowił się zgłosić. Jak mówi, było warto! W ostatni dzień warsztatów nastąpiło rozstrzygnięcie konkursu na reportaż pt. „Podróż w słowie” i fotoreportaż „Podróż w obrazie”. Tematy ściśle nawiązywały do motywu przewodniego spotkania. I tutaj również Kacper Kozłowski pokazał klasę. Wygrał konkurs wojewódzki i niespodziewanie, po nieoczekiwanej wygranej, wypromował naszą gazetkę! Na zakończenie, po rozdaniu nagród, nastąpiły bardzo miłe podziękowania dla prowadzącej i pożegnania dla uczestników. Podsumowując całość, można powiedzieć, że Młodzieżowe Warsztaty Dziennikarskie są wielkim „wypałem”. Red. Na następnej stronie fotoreportaż - - - - - - - - - - - >

"Moja Afryka" o. Kazimierz Szymczycha, Sekretarz KEP ds. Misji; spotkanie zostało zilustrowane materiałem filmowym nakręconym w Demokratycznej Republice Konga

Relacja z filmu „Kamienie na szaniec”
Witam wszystkich, jak zwykle bardzo serdecznie. Po raz kolejny bez lidu, bo, szczerze mówiąc, ostatnio nie mam do tego głowy. Bez zbędnego owijania w bawełnę, pewnie większość z was była ostatnio ( ta, ostatnio, 31 marca... ) w naszym kinie na filmie pt. „Kamienie na szaniec”.


Raczej nie będę opisywał całej książki pod pretekstem relacji z filmu, bo po co. Jeśli ktoś nie oglądał, to trudno - albo obejrzy, albo przeczyta lekturę wcześniej czy później. Na pewno, jak też pewnie zauważyła większość widzów, praktycznie zredukowano postać Alka, jednego z głównych bohaterów. Słyszałem opinie na temat tego wyboru, prawie wszystkie negatywne. Mimo że jeszcze nie czytałem książki, uważam podobnie. Może przejdę do głównego wątku. Film zaczyna się od akcji w ramach Małego Sabotażu przeprowadzanych przez Rudego, Zośkę, Alka i ich kolegów: ściągnięcia flag niemieckich z ratusza i powieszenia polskich oraz od zagazowania kina. Oczywiście później akcja się rozkręca, harcerze dostają w końcu broń i tak dalej, i tak dalej. Gdzieś tak w połowie filmu porywają Rudego. Gestapo go przepytuje, stawia opór, więc go torturują. Oczywiście, Zośka nie stoi z założonymi rękami. Organizuje akcję, by uratować Rudego. Akcja już ma dojść do skutku, ale trzeba ją przerwać, bo nie dostali pozwolenia od przywódcy AK, którego akurat nie było w Warszawie. Po kilku dniach organizują kolejną akcję, tym razem udaną. W pewnym sensie udaną, bo opłaconą śmiercią wielu jej uczestników. Bezpiecznie zabrano Rudego do mieszkania Zośki, później do szpitala. Za późno. Rudy zmarł na stole operacyjnym. Historia kończy się smutno, bo ginie Rudy, Zośka i Alek w osobnych akcjach. Mimo wszystko film mi się podobał. Naprawdę, reżyser sie postarał. Nawet nie narzekam na przesadzone sceny tortur. Temu filmowi daje 8 punktów na 10. I tak dużo, zresztą zawsze daję coś około tego. A książkę przeczytam. Jan "JaZGier" Jabłoński Nasi nauczyciele ... Wywiad z Panią Katarzyną Kolanicką
Bohaterką naszego wywiadu jest najlepiej ubrana kobieta w szkole, która poza tym jest bardzo sympatyczną nauczycielką języków: angielskiego i francuskiego. Tak, to Pani Katarzyna Kolanicka.
Ale Numer1

R.N.: Dzień Dobry! Zacznijmy od pierwszego pytania. Skąd pani pochodzi i jak znalazła się pani w naszej szkole? K.K.R.: Dzień dobry! Pochodzę z Lublina i tak jak to zwykle bywa, złożyłam podanie o pracę i zostałam przyjęta przez panią dyrektor. R:W jakiej szkole się pani uczyła? K.K.R: Uczęszczałam do Liceum nr 8 w Lublinie do klasy EDB z językiem francuskim :) R:A gdzie i co pani studiowała? K.K.R: Studiowałam dwa kierunki na UMCSie. Filologię romańską ze specjalizacją nauczania języka francuskiego oraz filologię angielską. R:Czy miała pani ulubiony przedmiot w szkole, poza tymi, których pani uczy? K.K.R: Tak, bardzo lubiłam chemię. R:A jaki był pani znienawidzony przedmiot? K.K.R: Znienawidzony to może za mocne słowo, ale słabo sobie radziłam z fizyką. R: Czy ma pani jakieś ciekawe wspomnienia z naszej szkoły, którymi mogłaby się pani z nami podzielić? K.K.R: Tak, jedno z takich najbardziej pozytywnych, najfajniejszych wspomnień to ten czas, kiedy w ubiegłym roku szkolnym przygotowywałam uroczystość zakończenia roku z klasą 3b, której byłam wychowawczynią.

Ale Numer1

Dużo razem przebywaliśmy, dużo rozmawialiśmy i przedstawienie, które zrobiliśmy, okazało się sukcesem. Dzieciaki były zadowolone, ja także, nauczycielom się też podobało, więc to jest jedno z moich ulubionych wspomnień. R: Co lubi pani robić w wolnym czasie? K.K.R: Najbardziej lubię czytać, wszystko co mi tylko wpadnie w ręce. Słowo pisane to jest to, co lubię najbardziej, ale lubię też dobre kino i lubię gotować. R: Jakaś ulubiona książka, film, potrawa? K.K.R: Wiele jest takich, ale jedną z moich ulubionych książek to na pewno „Mistrz i Małgorzata”. Ulubionego filmu jednego jedynego to chyba nie mam, a jeśli chodzi o potrawy, to wszystko co jest słodkie. Najbardziej to chyba lubię sernik. ;) R: Jakie kraje pani zwiedziła? K.K.R: Byłam bardzo krótko we Francji, byłam w Hiszpanii, we Włoszech i w dawnym Związku Radzieckim - jeszcze jako dziecko. R:Czy woli Pani J. francuski czy J. angielski? K.K.R: Jedno i drugie, bo są to tak różne języki i zupełnie inne systemy językowe… Inaczej się ich uczy, więc bardzo chętnie łączę nauczanie tych dwóch języków. R: Czy ma pani jakieś marzenie, którym mogłaby się pani z nami podzielić? K.K.R: Chciałabym wyjechać na przynajmniej 2-3 tygodnie do Londynu i mieć nieograniczony czas wolny, nieograniczone fundusze na zwiedzania miasta. R: Jak się czuje pani w naszej szkole? K.K.R: Bardzo mi się podoba i atmosfera, i współpraca z nauczycielami oraz z uczniami. Uważam, że mamy wiele pozytywnych osób w naszej szkole. Dzieciaki są świetne, bardzo chętnie współpracują, rozwijają swoje pasje i zainteresowania, pomagają sobie nawzajem. Bardzo mi się podoba praca w naszym gimnazjum. R: Czy jest pani za tym, żeby były gimnazja, czy woli pani dawną podstawówkę? K.K.R: Myślę, że jedno i drugie ma swoje plusy i minusy. Jeśli chodzi o gimnazjum, to plusem jest to, że przez te trzy lata jesteście w takim odizolowaniu, kiedy dorastacie, możecie się lepiej poznać i nauczyć się współpracy, ale z drugiej strony to też jest jakiś czynnik stresujący dlatego, że w dość wczesnym wieku trzeba zmienić szkołę, zaprzyjaźnić się z nowymi osobami, znaleźć swoje miejsce w swoim środowisku. R:Dziękuję za bardzo miły wywiad! K.K.R.: To ja dziękuję, byłam zaszczycona Warto obejrzeć!!! „Niezgodna” to film zrealizowany na podstawie światowego bestsellera, pierwszej części trylogii o tym samym tytule, autorstwa Veroniki Roth. Książkę przeczytałam od razu po jej polskim wydaniu i chociaż sceptycznie nastawiłam się do tej pozycji ze względu na liczne porównania do „Igrzysk śmierci”, powieść pozytywnie mnie zaskoczyła.

Ale Numer1

W dystopijnym Chicago, w świecie Beatrice Prior, społeczność jest podzielona na pięć odłamów, każdy kształcący konkretną cechę – Prawość (szczerość), Altruizm (bezinteresowność), Nieustraszoność (odwagę), Serdeczność (spokój, pokojowe nastawienie) i Erudycja (inteligencję). W wyznaczony dzień każdego roku wszyscy szesnastolatkowie muszą wybrać odłam Chicago, któremu poświęcą się na resztą swojego życia. Beatrice wybiera między pozostaniem z rodziną, a byciem sobą – nie może mieć tych dwóch rzeczy naraz. Więc dokonuje wyboru, który zadziwia wszystkich, nawet ją samą. Reżyserem filmu jest Neil Burger, który popularność zdobył swoim światowym dziełem „Jestem Bogiem”. Scenarzyści idealnie poradzili sobie z wyznaczonym im zadaniem. Obsada nie składa się z najpopularniejszych aktorów, acz bez wątpliwości znakomitych! Shailene Woodley (Beatrice Prior) oraz Ansel Elgort (Caleb Prior) wystąpili już razem we wzruszającym dramacie „Gwiazd naszych wina” (na polskich ekranach już 6 czerwca!). Natomiast piękna Zoe Kravitz, znana z nowego XMen’a, wcieliła się w rolę Christiny. Pozwolę sobie również wspomnieć o genialnym obsadzeniu Milesa Tellera w roli Petera. Mimo że jest to ciemny charakter w serii, Miles sprawił, że polubiłam Petera! Obsada wykonała kawał dobrej roboty, która zaowocowała produkcją o wiele lepszą niż pierwsza ekranizacja ”Igrzysk śmierci”! Mam małe zastrzeżenie do zaangażowania Theo Jamesa do roli Four.



Dlaczego on ma więcej mięśni niż włosów na głowie? Na pewno nie wyobrażałam sobie cudownego Cztery jako ciemnoskórego osiłka. Uważam, że o otrzymanie tej roli starali się aktorzy z o wiele lepszym doświadczeniem i atutami. Lecz nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Znakomity soundtrack (szczególnie utwór „Run boy run”, używany do zapoznania nas z frakcją Nieustraszonych) i niesamowicie przystojny Caleb (nie wyobrażam sobie innego aktora w roli tego Erudyty!) wynagradzają wszystkie wady filmu. "Mam małe zastrzeżenie do zaangażowania Theo Jamesa do roli Four. " Zdania krytyków są podzielone. Wiele osób jeszcze przed obejrzeniem filmu określa go jako tani romans pokroju „Zmierzchu”. Ale jaki sens ma stwierdzenie, że nie smakują nam króliki, zanim ich nie spróbujemy? Może się okazać, że są bardzo smaczne i smakują jak kurczaki! Po przeczytaniu opinii stwierdzam jednoznaczną tezę: „Niezgodna” może przypaść do gustu każdemu, nie tylko nastolatkom. Nie można się jednak nastawiać z góry przed obejrzeniem, że film okaże się porażką! Pewne jest, że wątek miłosny nie jest głównym wątkiem filmu. Wręcz idealnie przeplata się z pozostałymi elementami adaptacji. Polecam go bez względu na płeć bądź wiek. Musicie go obejrzeć! Tylko NIE ZAPOMNIJCIE PRZECZYTAĆ KSIĄŻKI! Marta
Ciąg dalszy opowieści fantasy ...


Było ciemno. O dziwo, nawet z otwartymi oczyma. Wokół śmierdziała zgnilizna. Powietrze było gęste, a wokół niczego. Nie, zaraz, coś jedno było. Podłoga. Tak, podłoga pod plecami była. Twarda jakaś. Powoli do Arthantira wracała właściwa świadomość. Czuł, że krew zaczyna ponownie na dobre w nim krążyć. Senność już prawie odeszła. Wraz ze świadomością przybył ból, albowiem zanim jeszcze ciemność opanowała jego umysł i otoczenie, pamiętał, że rozciął sobie głowę. Albo przynajmniej coś w nią uderzyło. Ból był nie do zniesienia. Ta. Nie do zniesienia dla zwykłych ludzi, natomiast dla krasnoluda to był chleb powszedni. Hojna natura obdarzyła krasnoludów potężnymi, trwałymi kośćmi i, hm, jakby to powiedzieć, obniżoną świadomością, zarówno bólu jak i innych odczuć. Tak więc fakt, że tak strasznie cierpiał z powodu głowy, oznaczał, że sprawa naprawdę jest poważna. Że może tym razem naprawdę nie dać rady. Ale to przecież krasnolud. A jakby tak co chwila się poddawał jakiś krasnolud, na przykład ten w kopalni, w kuźni albo, o zgrozo, na froncie, to



dziedzictwem tej zacnej rasy byłaby jedynie kupka piachu i parę pogruchotanych kości. Spróbował wstać. Na dobry początek. Na szczęście nogi nie odmawiały posłuszeństwa. Podłoże, jak się zdążył domyślić, kamienne lub z innego, twardego materiału. Udało mu się wstać na proste nogi. Rozejrzał sie, ale wokół była tylko ciemność. Po omacku poszukał ściany. W końcu jakaś chyba musiała być. Po krótkiej chwili znalazł oparcie. To juz było coś. Zaczął iść wzdłuż tej ściany, sam nie miał pojęcia w którą stronę. Robił to wszystko instynktownie, nie pozwalał panice przejąć nad nim kontroli. Całe szczęście, że nauczył sie tej sztuki już dawno temu, w podobnej sytuacji, kiedy także był bez żadnej pomocy. Z tym że wtedy były zupełnie inne okoliczności. I nie był ślepy. W każdym bądź razie wyruszył na ślepo, po kamieniu, za oparcie mając także kamienną ale już ścianę. Zauważył, że powierzchnia ściany jest nie tylko chropowata, ale także nierówna. To miała wgłębienia, to prawie całe głazy wystawały, jakby miały zaraz ześlizgnąć się z jej powierzchni. Niejednokrotnie to przeszkadzało, czasem nawet te kawały skały zagradzały mu prawie drogę. Niejednokrotnie ledwo się przeciskał między dwoma ścianami. Wiedział, że żadna istota nie mogła zbudować tego miejsca, żaden człowiek, krasnolud czy przedstawiciel innej rasy. To miejsce zbudowała sama natura, a jak się wcześniej mógł domyślać, woda. Teraz jeszcze o tym nie miał pojęcia, ale taką możliwość także podejrzewał. W końcu droga skończyła się ślepym zaułkiem. W tym miejscu dwie przeciwległe ściany praktycznie stykały się ze sobą. Próbował się przecisnąć, lecz wtedy bogata dieta krasnoludów dała o sobie złośliwie znać. Był po prostu za gruby, aby się przecisnąć. Nie było dla Arthantira żadnej drogi naprzód. Mógł tylko teraz siedzieć nieporadny pod złączeniem skalnych ścian albo pójść w tył i poszukać innej drogi. W końcu jeśli jest to jaskinia, nie ma na pewno jednego tylko tunelu. Postanowił wybrać drugą opcję. Z wielkim trudem odwrócił się w bardzo wąskim korytarzu. Prawie wybił sobie przy tym bark. Prawie. Ruszył naprzód, przyzwyczajony już, że nie ma pojęcia, gdzie idzie i po czym. Jednakże pamiętał wszystkie wgłębienia i uwypuklenia. Gdy było ciaśniej, szedł bokiem, gdy szerzej, dotykał obydwoma rękami ścian po bokach, aby nie zgubić drogi. Szedł poprzez mrok, nie mając pojęcia, co tam się może kryć. Przez cały czas niczego nie słyszał. Na początku wydawało mu się to normalne, ale gdy już rzeczywistość zaczęła do niego jaśniej docierać, wydało mu się to dziwne. Żeby absolutnie żadnego dźwięku oprócz dźwięku jego kroków? Niemożliwe. Przecież każda jaskinia, w której był, miała jakichś mieszkańców. A to nietoperze wiszące u sklepienia jaskini, a to węgorze pluskające się w jeziorkach solnych, albo też inne, bardziej mroczne istoty, o których do tamtego czasu tylko słyszał z legend. Ale nigdy w jaskini nie było cicho. Nigdy. Niczym grom z jasnego nieba ciszę przerwał cichy brzdęk. Był bardzo cichy, ale w tej ciszy wszystko, co wydawało jakikolwiek odgłos, było tak głośne jak strzał z armaty. Arthantir nie wiedział, co robić. Rozglądał się nadaremnie, wiedział bowiem, że nic nie zobaczy. Przykucnął tak nisko, jak tylko potrafi. Pomyślał bowiem, że to może być jedno ze stworzeń z legend, które słyszał. Zresztą dlaczego by nie? Przecież tyle razy ta teoria się sprawdzała.



Ale tym razem obawiał się, że to nie jest jakiś zwykły, trzymetrowy niedźwiedź jaskiniowy albo niegroźny wąż kryształowy. Wiedział, co wydaje taki niewinny dźwięk. Wiedział już, że nie ma szans. Pomacał jednak plecy w nadziei, że jego dwuręcznemu toporowi udało się przetrwać. Dziękował bogom, gdy poczuł jego zimną stal na końcu owiniętego w skórę jelenia drzewca. Jakimś cudem jego pas podtrzymający topór na plecach nie zerwał się. Za to właśnie dziękował. Nasłuchiwał, choć wiedział, że długo jeszcze nic nie usłyszy. Topór z umocowanym na jego życzenie specjalnym ostrzem umieszczonym na samym końcu drzewca, wystające ponad normalne ostrza topora. Kowal, który na jego życzenie robił tę operację, kpił sobie, że taki topór to już nie topór, jeno halabarda. Oczywiście, dla krasnoludów jest to obelga, bowiem topór krasnoluda to jakby część jego duszy, stróż, na którego zawsze może liczyć, a nie „włócznia wartowników”. Jednakże Arthantir był zadowolony ze swej decyzji. Wiedział, że w chwilach takich jak ta, narzędzie do dźgania jest po prostu niezastąpione. Nagle usłyszał drugi brzdęk, tak jak podejrzewał, zupełnie niespodziewanie. Teraz o wiele głośniejszy. Powoli zaczął coś widzieć, skądś dobiegało światło. Zobaczył zarys ściany skalnej, porysowanej wieloma cięciami pazurów. Nie wiedział, gdzie jest źródło tego światła. To był dla niego bardzo zły znak. Powoli na tej ścianie zarysowywał się jego cień. Usłyszał trzeci brzdęk, trzy razy głośniejszy od poprzedniego. Widział już swój cień, czarną sylwetkę na błękitnym świetle. Modlił się, aby tylko się nie odwrócić przedwcześnie, gdyż wiedział już dobrze, co jest za nim. Zacisnął mocno oczy i gwałtownie odwrócił się. Jego toporo - halabarda uderzyła w coś twardego, lecz nie miał pojęcia w co, gdyż nic nie widział. Na ślepo wymachiwał swą bronią, mając nadzieję, że w coś trafi. Mimo że miał zamknięte oczy, widział stwora, ponieważ blask, jakim emanował, był tak silny, że powieki nie stanowiły żadnego oddzielenia od rzeczywistości i mógł bez problemu zobaczyć stwora. A było na co popatrzeć, mimo grozy jaką napawała bestia. Było to dziwadło mające wysokość dwóch dorosłych mężczyzn, a szerokość zaledwie trzonu włóczni. Nie miało to jednej paszczy, a przynajmniej tak wyglądało. Zamiast głowy i pyska miało to coś jakby ssawkę wypełnioną płynnym błękitem, a Arhtantir wiedział ze swojego kowalskiego doświadczenia, że jest to rozpalony do płynności kryształ fuyst, niebieski minerał, którego używa się wśród krasnoludów jako farby do witraży. Tutaj służył on chyba jako swego rodzaju oślepiacz, który miał za zadanie zdezorientować ofiarę blaskiem, jakiego nie ma, według legend, nawet poranne słońce. To coś nie miało oczu. Chyba. Arthantir w każdym bądź razie takowych nie widział, widział jednak dobrze wypełnione tym samym kryształem co pysk stwora żyły, pulsujące lekko. Bestia miała sześć nóg, z czego przednie, najbardziej wysunięte do niego, najdłuższe. Ogon potwora mierzył dziewięć stóp i miał na zakończeniu malutką ssawkę, identyczną jak ta z przodu, tylko że mniejszą. Pozostawiała za sobą skrystalizowaną ziemię, a dokładniej skałę. Arthantir pamiętał, jak się nazywa taki stwór. Jego imię brzmiało Gasshuts. Jan " JaZGier" Jabłoński

Fotoreportaż ze spotkania z motorowcami Dnia 11.04.2014 r. przedstawiciele naszej redakcji wybrali się na interesujące spotkanie z pionierami świdnickiej motoryzacji. Opowiadali oni bardzo ciekawe, niewyobrażalne historie ze swojej kariery, a także podróży podczas niej odbytych. Wspomnijmy jeszcze, że była to trójka panów- motorowiec, jego szef oraz konstruktor motorów typu WSK. A ciekawskich zapraszamy na stronę naszej świdnickiej Strefy Historii – miejsca, w którym się owo wydarzenie odbywało.





KAWAŁY O ZAJĄCZKU I MISIU ... Przed sklepem w lesie stoi w kolejce mnóstwo zwierząt: niedźwiedzie, lisy wilki, jeże itp. Przez kolejkę przepycha się zając. Rozpycha inne zwierzęta łokciami, wreszcie jest na początku kolejki! W tym momencie łapie go niedźwiedź i mówi: "Ty zając, gdzie się wpychasz?! Na koniec!" I mach! rzuca go na koniec kolejki. Zając znowu się przepycha, ale znowu łapie go niedźwiedź i odrzuca na koniec. Zając powtarza swój wyczyn jeszcze kilka razy, ale za każdym razem niedźwiedź wyrzuca go na koniec. Wreszcie obolały Zając otrzepuje się z kurzu i mówi do siebie: "Nie to nie. Nie otwieram dzisiaj sklepu!" Jedzie zajączek z niedźwiedziem na jeden bilet i przychodzi kanar. To niedźwiedź schował zajączka do kieszeni w marynarce i pokazuje bilet. Kanar się pyta: - A co pan tam trzyma w kieszeni marynarki? Niedźwiedź uderza się w pierś (tu powinien być taki zamaszysty gest), wyciąga spłaszczonego zajączka i mówi: - Zdjęcie kolegi. Żyrafa opowiada zajączkowi : - Nawet nie wiesz, jak to wspaniale mieć taką dłuuuugą szyję. Sięgnę wszędzie, do każdej gałązki, a potem... Pomyśl: każdy listek, który zerwę i przeżuję, wędruje potem tak dłuuugo, dłuugo w dół... Ach... jaka to rozkosz... Zajączek słucha nie reagując. Żyrafa ciągnie dalej: - A gdy przychodzi upał... Idę nad rzekę, pochylam głowę, zaczerpuję wody... Nie wyobrażasz sobie, jaka to rozkosz, gdy zimna, orzeźwiająca woda spływa w dół, chłodząc mnie coraz bardziej i bardziej... Moja szyja rozkoszuje się tym chłodem, centymetr po centymetrze, metr po metrze, a ja wraz z nią... Ech, gdybyś wiedział, zajączku, jak to wspaniale mieć taką dłuuugą szyję. Zajączek przechyla tylko lekko głowę i pyta: - A powiedz, rzygałaś kiedyś? Dwaj przyjaciele - zajączek i niedźwiedź jada pociągiem. Niedźwiedź widząc konduktora przypomniał sobie, że nie kupił biletu. Uradzili wiec, że zajączek da niedźwiedziowi swój bilet, a niedźwiedź weźmie zajączka do łapy i wystawi za okno - tak żeby kanar nie widział, że trzyma zajączka. Po chwili wchodzi kanar i mówi: - Bilety do kontroli - Proszę - niedźwiedź podaje bilet zajączka. - A co tam misiu za oknem trzymasz? - Aaaa, teraz już nic! - mówi niedźwiedź i pokazuje pusta łapę. Przyjeżdża zajączek na rowerze do baru. Wchodzi i patrzy, a tam siedzą same wilki. Po paru godzinach piany zajączek wychodzi z baru i widzi, że ktoś mu ukradł rower. Zdenerwowany zajączek wraca do baru i pyta się wilków: - Który z was ukradł mi rower? Jeżeli się nikt nie przyzna, to zrobię to co mój dziadek lat temu. Popłoch wśród wilków i po chwili rower się znajduje. Zajączek już ma wychodzić. - Zaraz, zaraz, a co twój dziadek zrobił lat temu? - pyta jeden z wilków. - Poszedł pieszo - mówi zajączek.



Nowość na rynku - Sony XPERIA Z1 Compact Telefon "idealny" odpowiadający wymogom dzisiejszego użytkownika. Telefony marki SONY należą do najczęściej wybieranych przez konsumentów. Model ten charakteryzuje się przekątną ekranu 4,3 cala, aparatem o rozdzielczości 20,7 megapikseli oraz systemem Google Android 4.4. Dodatkowo telefon posiada zdolność maksymalizacji jasności ekranu do 515 cd/m2, co jest bardzo dobrym wynikiem. Natomiast kontrast wynosi 1 : 1648, co oznacza, że jest ona lepsza niż w iPhone 5C. Producent oferuje smartfon w czterech wersjach kolorystycznych : biały, czarny, limonkowy oraz neonowo różowy. Jest to kolejne urządzenie na rynku , które wykazuje pyłoodporność oraz wodoodporność. To cecha szczególnie ważna w dzisiejszym świecie. Ogółem uznać można ten telefon za najlepszy wyprodukowany do tej pory przez SONY. Peprimdope Recenzja „Cmętarza Zwieżąt” i „Miasteczka Salem”
Dowiedziałam się, że lubiana przeze mnie piosenka Ramones pt. „Pet Sematary” została stworzona na podstawie książki. Z ciekawości przeczytałam recenzję na jej temat.


Wtedy stwierdziłam, że może to być interesująca lektura. Tak właśnie zapragnęłam przeczytać „Cmętarz Zwieżąt” Stephena Kinga, znanego jako Król Horroru, a także doskonały pisarz literatury fantasy. I nie zawiodłam się. Tytułowy Cmętarz Zwieżąt jest na ogół zwykłym, zbudowanym przez dzieci cmentarzem dla zwierząt. Właśnie, na ogół. Wszystko toczy się wokół rodziny Creedów: Louisa, Rachel, Ellie i Gage'a, która, jak każda, przeżywa wzloty i upadki, jednak po przeprowadzce do Ludlow wiele w życiu jej członków się zmienia. . Akcja zawiązuje się szybko, ale mimo to zachowana jest ta codzienność - osłona mrocznej tajemnicy. W książce poruszanych jest wiele tematów tabu. Pokazuje nam też, że czasem lepiej pogodzić się ze śmiercią (co jest bardzo trudne) niż próbować jej zapobiec za wszelką cenę oraz o tym, że ludzie są skłonni do ogromnych poświęceń dla osób bliskich ich sercu. Przyznaję, pisarz naprawdę umie zaskoczyć splotem wydarzeń, przez co od tej książki w zasadzie nie można się oderwać. Po jej przeczytaniu od razu zapragnęłam zapoznać się z resztą twórczości autora. Sięgnęłam więc po wychwalane „Miasteczko Salem”. Tutaj akcja nie rozwinęła się tak płynnie i szybko. Pierwsze sto stron posłużyło poznaniu wszystkich mieszkańców miasteczka i głównych bohaterów: Bena Mearsa, Susan Norton, Marka Petrie i Matta Burke. Na początku trudno było zapamiętać, kto jest kim, ale później powtarzane kilkakrotnie nazwiska same weszły do głowy. Gdy do książki wreszcie dołączyły moce nadnaturalne, przez kolejne trzysta stron nie mogłam się od niej oderwać. Głównym tematem „Miasteczka Salem” były, w naszych czasach tak popularne, wampiry, ale zostały one przedstawione tak jak powinny. Zamiast wzbudzać sympatię otoczenia, siały strach. Były mroczne, zabójcze i bezwzględne. Do niektórych fragmentów wracałam kilkakrotnie. Żałuję nawet, że książka była taka krótka. Która książka jest lepsza: „Miasteczko Salem” czy „Cmętarz Zwieżąt”? Nie umiem wybrać. Obie lektury wywarły na mnie wielkie i oczywiście pozytywne wrażenie. Spodobał mi się styl pisania Kinga i jestem pewna, że sięgnę jeszcze po wiele książek jego autorstwa. Na razie gorąco polecam wam „Cmętarz Zwieżąt" i „Miasteczko Salem". Naresi