Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








Od redakcji Spis treści

Bez Tytułu Reaktywacja

Serdecznie witamy w wydaniu specjalnym "Bez Tytułu Reaktywacja". Ten numer w całości poświęcony jest czasom PRLu. Postaramy się Wam, drodzy czytelnicy nieco przybliżyć ten okres historii. Nasi dziennikarze skradali się z kamerą, zbierali cenne informacje, przeprowadzili ciekawe wywiady. Opisywali zjawiska i sytuacje. Te na szczeblu lokalnym, a także krajowym. I choć tematyka jest trudna, to warto zajrzeć do tego numeru, by lepiej poznać komunistyczną rzeczywistość. A dla umilenia czasu czeka na Was komiks i anegdoty. Życzymy miłej lektury! Redakcja Deklamuj Lenina..........3 Dzieciństwo w PRLu....6 Bimber w pralce...........7 Kwiatki na betonie......10 Oficerki na strychu.....14 Polonez'82.................17 Klatki z przeszłości....19 Na polskich drogach..20 Wspomienia pani Marii Górniak, byłej nauczycielki języka rosyjskiego w Szkole Podstawowej w Siemiątkowie. Deklamuj Lenina

Bez Tytułu Reaktywacja "Grupa ta zrobiła na mnie ogromne wrażenie, ponieważ zetknęłam się z inną kulturą, innymi twarzami i ubraniami."

Skończyłam Liceum Ogólnokształcące w Kórniku im. Jadwigi Zamoyskiej, niedaleko Poznania. Uczęszczałam do niego w latach 1961-65. Miejscowość ta znana jest ze średniowiecznego zamku. Przybywają do niego wycieczki, nie tylko z różnych regionów Polski, ale i z zagranicy. Widziałam turystów z Anglii, Francji, a nawet z Etiopii, gdzie gościem dość poważnym jak na tamte czasy był Heine Selassie. Grupa ta zrobiła na mnie ogromne wrażenie, ponieważ zetknęłam się z inną kulturą, innymi twarzami i ubraniami. Mimo, że mieszkam w Siemiątkowie, czuję ogromny sentyment do tej szkoły i jestem na każdym zjeździe absolwentów. Pierwsze kroki Na tamtych terenach rozpoczęłam pracę – w Szkole Podstawowej w Radzewie. Była to tzw. „tysiąclatka”, wybudowana w ramach hasła „Tysiąc szkół na tysiąclecie państwa polskiego”, nowa i bardzo dobrze wyposażona. Dzieci, jak na typowe środowisko wiejskie, było ok. 170. Włącznie z dyrektorem kadra szkoły wynosiła osiem osób. Była do niej dołączona szkoła rolnicza, która prowadziła zajęcia w godzinach popołudniowych. Ja również w niej pracowałam, miałam wtedy około dwudziestu lat. Jako młoda osoba prowadziłam zajęcia świetlicowe. Polegały one na tym, że organizowaliśmy wystawianie sztuk, m.in. „Moralność Pani Dulskiej”. Zapamiętałam ją do dzisiaj. Była to wielka uroczystość, ponieważ pieniądze, które zarobiliśmy ze sprzedaży biletów, zostały przeznaczone na środki kulturalne, jak płyty do adapteru. Pracowałam w niej przez trzy lata. Po powrocie w rodzinne strony, dostrzegłam różnice między tymi dwoma

Bez Tytułu Reaktywacja

województwami. W Wielkopolsce rolnictwo było postawione na wysokim poziomie. Na Mazowszu dopiero po 10 latach uzyskiwano taką ilość plonów, jaką wyprodukowano w województwie wielkopolskim. Ludność była zamożna, wobec czego wprowadzano nowoczesne maszyny. Problemy i sukcesy Na własne życzenie, z niemałymi trudnościami z powodu zmiany obszaru terytorialnego, rozpoczęłam pracę w Szkole Podstawowej w Koseminie. Przepracowałam tam dwa lata. Był to mały, stary budynek oświatowy z ośmioma klasami. Od razu odczułam, że nie dorównuje „tysiąclatce”. Klasy wyglądały skromnie, warunki pracy były trudne. Środowisko było biedne jak na tamte czasy. Dzieci skromnie ubrane, zapracowane w swoich rodzinnych gospodarstwach. Był również problem z ośrodkami kulturowymi. Najbliższym miastem był Sierpc, oddalony o prawie 20 kilometrów. Po 2 latach przeniosłam się do Szkoły Podstawowej w Jeżewie koło Uniecka, kolejnej „tysiąclatki”. Pracowałam w niej rok. Kadra składała się z siedmiu osób. Budynek był oczywiście nowy z niewielką ilością dzieci (około stu). Pomieszczenia były ciasne, szczególnie trudno było przeprowadzać lekcje wychowania fizycznego, ponieważ nie było przeznaczonych do tego przestrzeni. Wykorzystywano place wokół szkoły. Najtrudniej było jednak w okresie jesiennym i zimowym, ponieważ wyjście na powietrze było wtedy niemożliwe. Mimo tego dzieci i tak odnosiły sukcesy sportowe, zwłaszcza w piłce ręcznej. Od grudnia 1971 roku po powrocie z urlopu macierzyńskiego, zaczęłam pracować w Szkole Podstawowej w Siemiątkowie. Została ona oddana do użytku we wrześniu tego samego roku. Posiadała klasopracownie z nowoczesnym

Bez Tytułu Reaktywacja

wyposażeniem jak na tamte czasy. Każdy nauczyciel był przypisany do danego przedmiotu. W 1972 roku, celem podwyższenia swoich kwalifikacji, wyjechałam do Związku Radzieckiego. Warsztaty te przede wszystkim rozszerzały naukę o języku i umożliwiały poznanie z bliska kultury tego narodu. Dzięki nim mogłam uczyć nie tylko przekazując „suchą” wiedzę z podręcznika, ale i również jako naoczny świadek: to co widziałam i słyszałam. Odbyłam również szereg wycieczek, jak np. do Armenii, czy Gruzji (państwa te należały do ZSRR  przyp. red.). Odwiedziłam również Jasną Polanę, miejsce urodzin znanego rosyjskiego pisarza, Lwa Tołstoja. W Briańsku dowiedziałam się o działającej tam partyzantce w czasie II wojny światowej, która także przebywała na terenie gminy Siemiątkowo. Wciąż utrzymujemy żywe kontakty z partyzantami -przyjeżdżają oni do nas prawie co roku. Zapamiętani na zawsze W pamięci najbardziej zapisała mi się pani Hanna Rutkowska, moja polonistka w szkole podstawowej. Posiadała ona ogromną wiedzę o języku polskim. Dzięki niej poznałam literaturę piękną i wybitne polskie postaci literackie. Ogromne wrażenie w tamtym czasie wywarła na mnie lektura „Placówka” Bolesława Prusa, która ukazuje przywiązanie do ojczystej ziemi i języka. Również bardzo miło wspominam nauczycielkę od historii, która organizowała nam wycieczki do takich miejscowości jak Grunwald, który w tamtych czasach był prawdę mówiąc nieznany. Szczególnie interesowałam się językiem rosyjskim, który wkrótce stał się przedmiotem jakiego zaczęłam uczyć. Dzieci komuny i demokracji Młodzież za czasów PRL-u była bardziej pokorna, z większym szacunkiem odnosiła się do nauczyciela. Nie byli aż tak bardzo złośliwi. Nikt nie odważył się dokuczać nauczycielowi. W dzisiejszych czasach młodzież jest zdolniejsza, szybciej przyswaja wiadomości, które przekazuje nauczyciel na lekcji, ponieważ jest więcej środków masowego przekazu i dzieci mają do nich dostęp. Jednakże nie sądzę, by uczniowie w tamtych czasach byli mniej zdolni, tylko, że warunki materialne rodziców nie zawsze pozwoliły na kształcenie i zdobywanie wiedzy w dalszych szkołach. Często były przypadki, że dziecko było bardzo zdolne, lecz musiało zostać na gospodarstwie z powodu braku środków finansowych. Patrycja Ambrochowicz

Bez Tytułu Reaktywacja

Dzieciństwo w PRLu Rozmowa z panią Magdą Bylińską, która opowiada o czasach komunistycznych z punktu widzenia dziecka. Dorota Żelechowska Tomasz Woźnicki Bimber w pralce
Dzisiaj śmieszne, kiedyś tragiczne. Czyli absurdy PRL-u.
Bez Tytułu Reaktywacja

To, co w dzisiejszych czasach wywołuje uśmiech na twarzy, niegdyś było szarą codziennością, z którą zmagało się pokolenie naszych dziadków i rodziców. Symbolem PRLu są nie tylko niekończące się kolejki, puste sklepowe półki czy pochody pierwszomajowe, lecz także przedmioty, ktore znalazły zastosowanie zupełnie różne od ich początkowego przeznaczenia oraz pełne humoru sytuacje. Frania- nie tylko do prania Robiło się w niej masło, płukało ogórki i namaczało plamy. Służyła jako schowek na bimber czy bibułę, podstawka pod kwiaty, a także jako siedzenie. Mowa tu o pralce znanej z tamtego okresu, określanej wówczas jako cud techniki. Charakterystyczną jej cechą poza szeroką gamą zastosowań, była korbka z wyżymaczką (pole do zabawy dla dzieci). I choć funkcjonalność "Frani" pozostawiała wiele do życzenia, to na stałe zadomowiła się w domach Polaków, całkowicie odmieniając pojęcie robienia prania. Z ziemi włoskiej do Polski Ortalion jest modowym symbolem PRLu. Przywiezione z Włoch i zakorzenione w Polsce cienkie płaszczyki wykonane z tegoż materiału nosił niemalże każdy przeciętny Polak. Nic więc dziwnego, że robił on dobre wrażenie w prawie każdej sytuacji. Nadawał się nawet do założenia do teatru. Nie bez przyczyny popularne było wówczas powiedzenie: strój narodowy to płaszcz ortalionowy. Z czasem zaczął on wychodzić z mody, coraz częściej zastępowany przez kremplinę i bistor, lecz mimo to, każdy kto przeżył PRL, do dziś pamięta jednakowo ubranych ludzi stojących w kolejce po papier toaletowy lub artykuły spożywcze. Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy Polska Rzeczpospolita Ludowa była rajem dla ludzi pracujących w branży budowlanej. Każdy dostawał taką samą pensję, bez względu na to czy pracował, czy się zwyczajnie obijał. Nagminne były przypadki stawiania budynków niespełniających podstawowych norm mieszkalnych. Pęknięty sufit, niedomykające lub samozamykające się drzwi? To tylko łagodne przykłady efektywności pracy budowlańców. Budowa zwykłego domu mieszkalnego trwająca kilka lat? Nic nadzwyczajnego. Podejście pracowników w czasach PRLu dobrze obrazuje powiedzenie: czy się stoi, czy się leży- dwa tysiące się należy. Dochodziło nawet do takich sytuacji, że ludzie więcej odpoczywali niż pracowali. Nic dziwnego, że z takim entuzjazmem przychodzli każdego dnia "do roboty".

Bez Tytułu Reaktywacja

Z kart(ek) historii Z początku mięso, kasza, ryż, masło i mąka. W późniejszym czasie olej, mydło, proszki do prania, benzyna, słodycze, papierosy i alkohol. Te i wiele innych produktów od 13 sierpnia 1976 roku dostępne były wyłącznie na tzw. "kartki". Reglamentacja towarów została wprowadzona w celu zażegnania kryzysu gospodarczego, jaki miał miejsce za czasów rządu Piotra Jaroszewicza. Jak wyglądała typowa kartka reglamentacyjna w PRLowskiej Polsce? Był to niedużych rozmiarów, kolorowy talon. Wypisane na nim były ilości danych towarów możliwe do wykorzystania w danym miesiącu. Do dziś można jeszcze spotkać kartki w domach Polaków, jako pamiątkę po starych dobrych czasach. Poniedzielny "post" Był rok 1959. Ministerstwo Handlu Wewnętrznego PRLu wpadło na innowacyjny pomysł, aby poniedziałek stał się "dniem bezmięsnym". Na czym to polegało? Co było głównym celem tego przedsięwzięcia? Czy ówczesne władze kreowały ideę wegetarianizmu? Otóż nie. Miał być to lek na deficyt mięsa w PRLu. Jego największe ilości były spożywane w piątki, soboty i niedziele. Ówczesny rynek nie nadążał z zaopatrzeniem sklepów. W związku z tym w poniedziałek brakło mięsa. Zastępowano go wówczas głównie produktami mącznymi. Popularne było, że nie można było dostać mięsa do obiadu w żadnym lokalu gastronomicznym.  Lecz nie tylko poniedziałek był "postny". Takim dniem była również środa. Dla osłody życia W dzisiejszych czasach dzieci nie wyobrażają sobie życia bez słodyczy. Dostępność słodkich produktów na sklepowych półkach wręcz oszałamia. Kolorowe etykiety, reklamy. To  już codzienna rutyna. Batony, czekolady, gumy, żelki, lizaki, cukierki. Można przebierać całymi garściami. A jak było w PRLu? Rzeczywistość nie rozpieszczała. Brakło podstawowych

Bez Tytułu Reaktywacja

produktów, a co dopiero mówić o słodyczach.Możliwość zjedzenia czekolady, a raczej wyrobu czekoladopodobnego była traktowana jak święto, gdyż zdarzało się to niezwykle rzadko. PRLowskie czekolady różniły się od dzisiejszych tym, że zamiast tłuszczu kakaowego do ich produkcji używana była margaryna. Drugim możliwym do zdobycia słodyczem były dziś już zapomniane ciepłe lody- wynalazek rodzimych technologów żywienia. Bardzo słodka pianka podawana w waflu, była ogromnym źródłem kalorii, ale co z tego, skoro tak rzadko zdarzało się ją spożywać. Paweł Petrykowski Adam Kalinowski Kwiatki na betonie
Piękno komuny. Czy tak trudno je dostrzec?
Bez Tytułu Reaktywacja Bez Tytułu Reaktywacja

Czym może nas zachwycić architektura komunizmu? Na pewno nie bogactwem kolorów. Wszędzie widać szarość betonu, gdzieniegdzie tylko można dostrzec biały eternit. Więc może różnorodnością brył geometrycznych? Również nie. Dominują najprostsze figury. Wyjątkiem jest Pałac Kultury i Nauki w Warszawie. Starsze pokolenie będzie się jednak kłócić, że to znienawidzony "dar" od towarzyszy z Moskwy, który został zrobiony z przepychem, aby upamiętnić "przyjaźń" polsko -radziecką. Beton jest bardzo użyteczny. W tamtych czasach ludzie nie mieli zbyt częstych problemów z pośliznięciem się na schodach. Bo kto by tam marnował płytki na dwór? Cud, że się w ogóle je gdzieś dostało. Zapewne nikt z mojego pokolenia nie słyszał o tzw. "czynie społecznym". A co to był za czyn! Ludzie aż urywali się z pracy w sobotę, by razem pomagać w budowie nowych mieszkań czy też obiektów sportowych. Jednocześnie polepszali swoje kontakty koleżeńskie. To nic, że obecnie niektóre z nich zieją pustkami i są zarośnięte trawą. Niektóre natal tętnią życiem, ale rzadko są remontowane i wobec tego nie trzeba się dziwić awariom wody czy też prądu.

Bez Tytułu Reaktywacja Bez Tytułu Reaktywacja Patrycja Ambrochowicz Jakub Nowakowski

Oficerki na strychu
Prawdziwa historia dawnego żołnierza AK,  który stał się wrogiem publicznym nr. 1
Bez Tytułu Reaktywacja

Wchodząc do domu, daje się odczuć przytłaczającą atmosferę tamtych wydarzeń, zamkniętą przed laty w ścianach. W pamięci zapisują się ikony świętych porozwieszanych w kuchni, których spojrzenia przyprawiały o dreszcze, zapach naftaliny i starych fotografii, przedwojenna maszyna Singera stojąca w rogu obok zdobionego dębowego stołu i wielkiego łóżka z którym do końca życia został przywiązany kaleki żołnierz AK,  Józef Maciak. Jego przerażająca historia zaczęła się po wojnie, kiedy jako były żołnierz został uznany za wroga publicznego numer jeden. Życie albo śmierć Po skapitulowaniu III Rzeszy powraca do Wesołówki, swojej rodzinnej miejscowości położonej na kielecczyźnie. Z dumą oczekuje odbioru złotego krzyża za zasługi. Jednak nie doczeka się tego, komunistyczne władze dają ultimatum byłym żołnierzom: albo wstąpią do partii, albo zostaną zlikwidowani. Taką samą propozycję dostał i on, jednak jako patriota nie chciał zostać psem łańcuchowym Stalina. Próbując zatuszować swoją historię, spala mundur, a medal odbiera za niego jego sąsiad, który co dziwne, ma takie samo imię i nazwisko. Byli żołnierze strzelają do swoich kompanów, brat zabija brata, a do niedawna stali po jednej stronie barykady. Teraz się to zmieniło. Sądząc że sprawa z czasem ucichnie, ucieka na Mazowsze do Kraszewa Sławęcin, gdzie ma go przetrzymywać rodzina jego matki. Nie minęło dużo czasu, kiedy zauważa, że zakochał się w swojej dalekiej kuzynce Marii. Jednak i ta sytuacja nie ma dobrego wyjścia, ponieważ młoda dziewczyna

Bez Tytułu Reaktywacja

ma wziąć ślub w przeciągu tygodnia, co gorsza, jest do szaleństwa zakochana w swoim narzeczonym. Józef, który nie może tego znieść, upija się z żalu i idzie do jej ojca, stawiając mu warunki: albo da mu rękę jego córki, albo zabije siebie i Marię. Ojciec z wielkim bólem serca się zgadza i na zawsze zmienia życie córki w pasmo rozterek i cierpienia. Niedługo po ślubie, mylnie sądząc, że sprawa z partią ucichła, postanawia powrócić na Wesołówkę i wieść spokojne życie jako chłop. Nie wie jeszcze jakie konsekwencje będzie miała dla niego i bliskich ta decyzja. Powrót przeszłości Zima. Niedługi czas po powrocie do domu, zostaje poinformowany przez swojego przyjaciela z wojska o „trzepankach”, prowadzonych przez komunistów. Wieś położona jest na wysokim zboczu, dzięki czemu zauważa przez okno partyjniaków, idących pod górę do wsi, którzy pustoszą coraz to bliższe im budynki. Ucieka z domu na tęgi mróz, ubrany jedynie w kalesony i koszulę nocną. Ukrywając się po stodołach, przesypia noce w sianie. Życzliwsi ludzie dokarmiają go, jednak żyją w strachu przed krwawymi wyrokami, nakładanymi na  „zdrajców” przez komunistów. Mijają dni od ucieczki. Sądząc, że niebezpieczeństwo zmalało, powraca do domu, jednak oprócz żony czekają tam na niego komuniści. Wśród nich są jego przyjaciele z wojska, z którymi wspólnie walczył o Polskę. Dziś musi stoczyć jeden z najtrudniejszych pojedynków: pojedynek z samym sobą. Czy porzucić ideały, które ma zakodowane od urodzenia, zapomnieć o całym piekle jakie zostało wyrządzone przez sowietów i co gorsza, zdradzić ojczyznę na rzecz swojego życia? Tak jak stoi, zostaje wyprowadzony na zewnątrz, bose nogi zdają się być rozrzynane przez kryształy zamarzniętego lodu, toczy się rozmowa z przyjacielem, ale czy można tak nazwać zdrajcę i mordercę? Wyjrzawszy przez okno, Maria widzi karabin wycelowany w Józka (tak właśnie go nazywa). Unosząca się płaczem, pada przed krzyżem. Modląc się, próbuje wyłapywać słowa z rozmowy przed domem. Czy płacze dlatego, bo wie jaki los spotka Józka? Z drugiej strony może są to łzy szczęścia, w końcu gdyby go rozstrzelali mogłaby powrócić do swojej miłości. Możliwe też, że sama może być zabita razem z nim. Po kilku godzinach stania na siarczystym mrozie, Józek ubrany jedynie w kalesony i koszulę nocną, zostaje wprowadzony do domu. Tragiczny koniec Po tym wydarzeniu, które wpłynęło ujemnie na jego

Bez Tytułu Reaktywacja "Odbija się to na jego psychice i zdrowiu, z jednej choroby popada w drugą. Po paru latach dopada go stwardnienie rozsiane. Źle wykonana punkcja na zawsze przykuwa go do łóżka."

zdrowie, przestaje być prześladowany. Odbija się to na jego psychice i zdrowiu. Z jednej choroby popada w drugą. Po paru latach dopada go stwardnienie rozsiane. Źle wykonana punkcja na zawsze przykuwa go do łóżka. Staje się oschły dla bliskich. Po śmierci siostry Marii, przeprowadzają się na Mazowsze do Kraszewa Sławęcin. Z relacji bliskich dowiaduje się, że życie Marii z nim nie było bajką, często pracowała ciężej od konia, on leżał tylko na łóżku, czytając książki ze swojej biblioteczki. Zmarł 29 czerwca 1991 roku. Został pochowany wraz z Marią na cmentarzu w Raciążu. Nikomu nie powiedział co wydarzyło się tamtego dnia, kiedy miał być zabity przez komunistów. Do dziś pozostały po nim nieliczne fotografie, wspomnienia bliskich i stare oficerki na strychu. Tomasz Obrębski Polonez '82
Rozmowa z Leszkiem Brdakiem, uczestnikiem studniówki w Raciążu, która odbywała się w trakcie stanu wojennego.
Bez Tytułu Reaktywacja

Jak wyglądały studniówki w czasach PRLu? Nie do pomyślenia było, aby studniówki miały miejsce poza szkołą. Było to święto, więc zawsze odbywały się na salach gimnastycznych. Czas najczęściej umilał jakiś zespół muzyczny. Jedzenie przygotowywali rodzice maturzystów, rada rodziców dzieliła się obowiązkami. To były ciężkie czasy-sklepowe półki świeciły pustkami. Żeby coś załatwić, trzeba było mieć znajomości. Czym charakteryzowała się ta studniówka? Była specyficzna ze względu na panującą wtedy sytuację polityczną- miała miejsce w styczniu 1982 roku, czyli po wprowadzeniu stanu wojennego. Władze komunistyczne ustanowiłygodzinę policyjną (23.00-6.00). W tym czasie nie można było swobodnie poruszać się po ulicach, chyba, że należło się do służb mundurowych, albo miało specjalną przepustkę, dlatego też dyrekcja liceum wraz z rodzicami ustalili czas trwania studniówki w godz. 13.00-21.00. Wiadomo, że uczniowie nie byli z tego zadowoleni. Dekorując salę gimnastyczną, wpadliśmy na pomysł, żeby pozaklejać papierem okna i poczuć się jakby była już noc. Szybko zapomnieliśmy, że impreza odbywa się w dzień i świetnie się bawiliśmy. Czas minął nam bardzo szybko. Nie zauważyliśmy nawet, że minęła już godz. 21.00 i dyrekcja kazała rozejść się wszystkim do domów. Czy rzeczywiście wszyscy grzecznie wrócili? Oczywiście nie, część już wcześniej zaplanowała sobie dokończenie zabawy w domach prywatnych. Nasza paczka zorganizowała prywatkę w domu koleżanki z klasy. Zjawiło się na niej 12 osób. Bawiliśmy się przy muzyce z magnetofonu, popularnego "kaseciaka".

Bez Tytułu Reaktywacja

Jakiej muzyki słuchało się wtedy na prywatkach? Zagranicznej i polskiej muzyki dyskotekowej. Prym wiodły zespoły takie jak: Boney M, Perfekt czy Budka Suflera. Jaka atmosfera panowała w trakcie zabawy? Było bardzo wesoło, wszyscy świetnie się bawili. Załatwiliśmy wino domowej roboty, część chłopaków zorganizowała też mocniejszy alkohol. Czy w trakcie godziny policyjnej można było słuchać głośnej muzyki? Nie mogło być zbyt głośno, bo sąsiedzi mogliby zadzwonić na milicję za zakłócanie ciszy nocnej. Nie obyłoby się wtedy bez interwencji. Jak długo bawiliście się na prywatce? Bawiliśmy się do samego rana, do końca godziny policyjnej. Postanowiliśmy też zrobić coś, by tą studniówkę dobrze zapamiętać. A że byliśmy cichymi zwolennikami "Solidarności", wymyśliliśmy, że pójdziemy na rynek, gdzie chodziło najwięcej milicjantów i trochę ich podenerwujemy. Oczywiście nasze koleżanki były tym pomysłem przerażone, nie chciały żebyśmy tam szli, obawiały się , że nas złapią i zamkną. Mimo wszystko nie posłuchaliśmy ich i ruszyliśmy na poszukiwania patroli milicji. Na pierwszy trafiliśmy po kilku minutach. Pięciu ZOMOwców stało w grupie i palili papierosy. Zaczęliśmy rzucać w nich śnieżkami, a oni z pałkami w rękach ruszyli za nami w pościg. Wszyscy z duszą na ramieniu, co sił w nogach, uciekliśmy do domu koleżanki. Zgasiliśmy światła i zaryglowaliśmy drzwi. Po chwili z przerażeniem zauważyliśmy, że brakuje jednego z kolegów. Myśleliśmy, że dał się złapać. Przez dłuższy czas panowała grobowa atmosfera. Koleżanki były rozzłoszczone, że zepsuliśmy im studniówkę. Mniej więcej po godzinie usłyszeliśmy głośne pukanie do drzwi. Baliśmy się, że przyszło po nas ZOMO. Odważyliśmy się jednak otworzyć. Ku naszemu zaskoczeniu w drzwiach nie było milicjantów, lecz stał tam bardzo zmarznięty, ale uśmiechnięty nasz zaginiony kolega. Śmiechu było co nie miara, bo okazało się, że podczas naszej ucieczki przed patrolem, chłopak pośliznął się i przewrócił. Bał się podnieść, więc wczołgał się pod zaparkowany samochód i tkwił tam przez godzinę. Humory znacznie nam się poprawiły. Aleksandra Brdak

Bez Tytułu Reaktywacja

Klatki z przeszłości O kinie w Raciążu, którego czasy świetności przypadały na PRL, opowie nam była kierowniczka, pani Wanda Chrzanowska. Filip Sawicki Tomasz Woźnicki Na polskich drogach

Bez Tytułu Reaktywacja

Początki motoryzacji w Polsce W 1948 roku zapadła decyzja o budowie Fabryki Samochodów Osobowych, która miała produkować licencyjne Fiaty 1100. Nie obyło się jednak bez protestów i sprzeciwów. Józef Stalin zabraniał nam fabrykowania całkiem polskiego samochodu, który przeznaczony byłby dla ludu. Jego zdaniem, auto było dobrem przeznaczonym wyłącznie dla urzędników, czyli dla ludzi wyższych stanów. Stalin ostrzegał polskich przywódców przed produkcją kapitalistycznych pojazdów. Wynegocjowana z Fiatem umowa trafiła do kosza. Na cześć stolicy Zadecydowano o produkcji radzieckiej Pobiedy, na której później wzorowano produkcję Warszawy. 6 listopada obchodziła ona 58 rocznicę. Ze względu na swój charakterystyczny kształt była nazywana „Garbuskiem”. Charakteryzowała się czterodrzwiowym nadwoziem, później po wielu modernizacjach także pięcio- drzwiowym. Był to samochód dosyć duży i luksusowy, ale ciężki- ważył 1300 kg. Napędzany małym silnikiem, nie był w stanie rozwinąć dużej prędkości. Spalanie również nie należało do najmniejszych, wynosiło ok 13l/100km. W 1951 r.  wyprodukowano, a właściwie zmontowano w Polsce 50 egzemplarzy modelu tego samochodu. W pełni polską Warszawę zaczęliśmy produkować sami dopiero w 1957 roku. Od swojej radzieckiej poprzedniczki różniła się choćby wyglądem. Posiadała skrzynie 3 biegową, która umieszczona była przy kierownicy. Kolejne lata produkcji przyniosły wiele zmian, zarówno wizualnych jak i technicznych. Dopiero po kilku latach fabrykacji, na karoserii znalazło się logo FSO i wszystkie napisy były w języku polskim. Wprowadzane zamiany musiały być bardzo dyskretne, gdyż związkowi radzieckiemu nie podobało się to  że modyfikujemy samochód produkowany na ich licencji. Powoli Warszawa stawała się coraz bardziej cywilizowanym autem. W kolejnych latach gamę modeli poszerzono jeszcze o pickup, fugon czy combi. Nasza kochana skarpeta Kolejnym PRLowskim samochodem była Syrena 100. Z jej wyprodukowaniem były niemałe problemy, gdyż Stalin uważał, że Polsce

Bez Tytułu Reaktywacja

Warszawa i Pobieda w zupełności wystarcza. Jako podstawę silnika w Syrenie zastosowano motopompę strażacką. Próbowano oszczędzać na wszystkim, dlatego produkcja samochodu polegała na jak największym wykorzystaniu elementów istniejącej już Warszawy, m.in zegarów i kół. Tylną klapę bagażnika podciągnięto do wysokości tylnego zderzaka. Był tylko jeden zamek do drzwi pasażera i jedna wycieraczka. Nie było możliwości nalania paliwa bezpośrednio z karnistra, dlatego w komplecie dostawało się specjalnie zakrzywiony lejek, opierający się o krawędź błotnika. Klamka znajdowała się z lewej strony drzwi i otwierała je na prawą stronę. Pierwsza seria wyprodukowała tylko sto sztuk. Był to samochód bardzo pożądany. Można było go wygrać dzięki książeczkom oszczędnościowym. Po wpłaceniu pewnej sumy pieniędzy brało się udział w losowaniu. Już w trzy lata po wyprodukowaniu pierwszej Syrenki, w roku 1960 zaprezentowano zmodernizowany model 101. Pojawiło się wiele technicznych zmian. Zmniejszono koła, na karoserii umieszczono listewki oraz zastosowano krótką tylną klapę, co było od tej pory znakiem rozpoznawczym tego auta. Syreny, po raz pierwszy jako samochody polskie, stratowały w rajdach Monte Carlo i osiągały zamierzony cel, czyli dotarcie do mety. Jako jedyne zmieściły się w czasie i ukończyły trasę w Monako. Zapisały się nie tylko w historii polskiej motoryzacji, ale także w sercach użytkowników. Krótka historia Fiata 125 Zapotrzebowanie na samochody wciąż rosło. Był rok 1965 - fabryki nie nadążały z produkcją m.in. z powodu przestarzałych technologii. Jedynym ratunkiem dla polskiej gospodarki motoryzacyjnej był zakup licencji na samochód nowoczesny technicznie oraz w procesach wytwarzania. Polska zdecydowała się na wykupienie licencji od Włoch na Fiata 125 i zaczęła go fabrykować dwa lata później. Przeskok technologii w porównaniu do poprzednich produkcji był ogromny. Wytwarzanie poszczególnych jego elementów przeniosło się z jednej do różnych fabryk, specjalizujących się w danym kierunku. Początkowo fiaty 125 produkowano w wersji sedan, później również w wersji kombi i pickup. Samochód z biegiem lat był wielokrotnie modernizowany. Zmieniono m.in. klamki (na kasetowe), kratę wlotu powietrza (na plastikową), dźwignię zmiany biegów przy kierownicy przeniesiono na podłogę, stosowano nowocześniejsze okładziny dla deski rozdzielczej i zmodernizowano przednią atrapę. W swoim czasie fiat 125 był bardzo popularny, wystąpił w wielu polskich filmach takich jak "Zmiennicy" czy "07 zgłoś się". Włosi zezwolili nam na sprzedaż samochodu w państwach, w których nie był produkowany i takim sposobem polski fiat 125 trafił do ponad 80 krajów (Egipt, Irlandia, a nawet Malezja). Został wyprodukowany w ponad 1 220 000 egzemplarzach. Po 42 latach zaprzestano produkcji. Pojazdem, który miał zmotoryzować Polskę i do tej pory występuje na naszych drogach jest Fiat 126, popularnie zwany Maluchem. Nasz kraj dopiero co uruchomił produkcję Fiata 125. Nie było nas więc stać na kupienie nowej licencji. Jednak Włosi udostępnili nam pozwolenie na produkcję nowego samochódu w zamian za wytwarzanie podzespołów do ich aut. Stary, poczciwy maluch Poprzednikiem Fiata 126 był włoski Fiat 500. Pierwsze Maluchy montowane były z części naszych współudziałowców, jednak szybko się usamodzielniliśmy i po roku to my wytwarzaliśmy podzespoły dla italskich produkcji samochodowych. W roku 1979 całą fabrykację

Bez Tytułu Reaktywacja

Fiata 126 przeniesiono z Włoch do Polski. Był to nie lada wyczyn dla naszego rynku motoryzacyjnego. Produkcja Malucha zaspokajała chęci stworzenia auta dostępnego dla wszystkich, taniego w produkcji i eksploatacji. Po prostu samochodu małolitrażowego. Można było go zdobyć na zapisy. Wcześniej trzeba było dokonać wpłaty do Polmozbytu i czekać kilka tygodni, miesięcy, a czasem nawet lat. W tamtych czasach Fiat 126 był jednym z najszybszych samochodów na polskich drogach. Rozpędzał się do 105 km/h, a później nawet do 120km/h. Odpalano go z tzw. linki. Teoretycznie było to auto 4-osobowe, jednak w sytuacjach podbramkowych potrafiło pomieścić nawet kilkanaście osób. Praktycznie nie posiadało bagażnika. Małe, ciasne, po prostu niewygodne. Bardzo proste w budowie, dzięki czemu praktycznie nie do zepsucia. Fiat 126 był samochodem bardzo niebezpiecznym, gdyż nie posiadał jakiejkolwiek strefy zgniotu. Spełniał jednak wymogi europejskie. W Polsce wyprodukowano łącznie 3 318 674 sztuk Fiata 126. Dwa słowa na koniec Choć może polskie samochody daleko odbiegają od aut zachodnich, to posiadają „duszę”. Dawniej postrzegano je jako zakałę dróg, obciach i obiekt wyśmiewania. Każdy posiadacz Malucha chciał się go jak najszybciej pozbyć. Dziś coraz częściej mamy okazję spotkać na ulicach piękne, odrestaurowane samochody PRLu, do których powracamy z sentymentem. Stały się obiektami pożądania nie tylko kolekcjonerów, ale także przeciętnych kierowców. Zapewne gdybyśmy kilkanaście lat temu mieli świadomość tego, jaką wartość będzie miała teraz Syrena czy Warszawa, nie pozbylibyśmy się ich tak łatwo. Agata Woźnicka



Stopka redakcyjna

Bez Tytułu Reaktywacja

Opiekun: P. Anna Wichowska- Szcześniewska Redaktor naczelny: Patrycja Ambrochowicz Zastępca redaktora naczelnego: Paweł Petrykowski Grafik: Jakub Nowakowski Okładka: Aleksandra Tobolska Korekta: Aleksandra Brdak Komiks: Tomasz Obrębski Dziennikarze: Dorota Żelechowska Agata Woźnicka Filip Sawicki Adam Kalinowski Tomasz Woźnicki ul. Kilińskiego 64  09-140 Raciąż