Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








Wywiad z Patrykiem
Pasją Patryka jest taniec. W tym roku założył w naszej szkole kólko taneczne. Mieliśmy nawet niedawno okazję podziwiać jego talent. Opowiedział nam o swoim hobby.


Dziennikarz: Dzień dobry. Patryk: Witam. Dziennikarz: Uczyłeś się wcześniej w jakiejś szkole tane-cznej ? Może jesteś samoukiem ? Patryk: Generalnie jestem samoukiem. Sam doszedłem do te-go jak teraz tańczę. Żadna starachowicka szkoła tańca nie intere-sowała mnie pod wzglę dem stylów tańca. Już mija rok odkąd zmieni-łem swój pogląd na ten temat i zapisałem się do szkoły natecznej "ISKRA". Chciałem szkolić się pod okiem fachowców. Uczęszcza-jąc na zajęcia, mam szansę poddać się obiektywnej krytyce. Otrzymanie uwag od kogoś z zewnątrz do-brze robi, aby dojść do określonego celu. Dziennikarz: Jaki jest Twój ulubiony styl tańca ? Patryk: Trudno wybrać z tylu różnych stylów jeden konkretny. Dla-tego też nie mam ulu-bionego. Jeśli jednak miałbym wybrać jakieś, wybrałbym dwa. Pier-wszym jest krumping. Dzięki niemu mogę wyładować stłumione uczucia, najczęściej jest to brzemiąca we mnie złość. Ten taniec pomaga mi również w uspokojeniu się. Dzięki niemu rozluźniam się i zapominam o jakich-kolwiek kłopotach. Dru-gim stylem, w którym fantastycznie się czuję jest freestyle. Odkry-wam dzięki niemu no-we horyzonty, bo two-rzę własną choreogra-fię, gdzie kroki i układy nie można przyporząd-kować do danego stylu. W nim czuję się całko-wicie wolny. Nie ma żadnych zasad ani ograniczeń, więc mam okazją wykazać się kreatywnością. Dzinnikarz: Jaki jest cel założenie szkółki tanecznej w naszej szkole ? Dlaczego akurat w tym roku ? Patryk: W naszej szkole jest " Rok z pa-sją", dlatego też pomy-ślałem, że warto by by-ło podzielić się z inny-mi ludźmi moją pasją. W naszej szkole jest kilka osób, które zwią-zane są w jakiś sposób z tańcem. Są też oso-by, które może nie miały okazji odkryć swojego tanecznego talentu. Mam nadzieję, że będę miał okazję "zarazić" innych moją pasją. Być może w kimś drzemie prawdzi-wy taneczny talent na miarę Travisa Payna. Dziennikarz: Jak brzmi Twoje motto, którym kierujesz się przez życie ? Patryk: Moim mottem, które towarzyszy mi już od dłuższego czasu jest hasło: "Taniec to wol- ność, a wolność to

CKG

zabawa bez końca". A ja uważam, że zabawa po-winna trwać wiecznie. Dziennikarz: W jaki sposób zachęciłbyś ucz-niów, aby uczęszczali na twoje kółko ? Patryk: Myślę, że na Dniu Nauczyciela razem z moimi kolegami zaprezentowałem małą próbkę te-go jak można tańczyć ucząc się w mojej szkółce. Parę osób udało mi się zachęcić do spróbowania się w tańcu. Niech ludzie nie boją się pokazać, jak tańczą Dziennikarz: Dziękuję bardzo . Patryk: Ja również dziękuję i serdecznie zapraszam do uczęszczania do mojej szkółki tanecznej. Kinga Samborska Hurra! Mamy wolne!
- Kiedy została uchwalona Konstytucja 3 Maja?, -3 Maja? Nie wiem… chyba w czerwcu.


Hurra! Mamy wolne! Jak z resztą co roku. Zadzięczamy to trzem dniom, trzem świętom - w końcu możemy się porządnie wyspać, a nie zasuwać do szkoły na siódmą. Pierwszy maja – Dzień Pracy, drugi maja – Dzień Flagi, no i trze-ci maja – Rocznica Uchalenia Konstytucji Majowej (w tym roku dwieście dwudziesta pierwsza). To ostatnie święto bardzo ważne i właśnie jemu poświęcę mój artykuł. Bez obawy – nie będę tutaj się rozodzić o tym, kto, co, kiedy i dlaczego, bo to nie magazyn histo-ryczny, lecz gazetka szkolna. Chciałabym poruszyć temat, który od pewnego czasu mnie intryguje, chociaż lepszym określeniem byłoby raczej dener-wuje i przeraża. Otóż – wielu młodych ludzi, w których rękach spoczy-wa przyszłość naszego kraju, nie ma pojęcia, czym była Konstytucja 3 Maja? Jak to?! Nie przesa-dzajmy, w końcu aż tak źle to nie jest! – już słyszę odpowiedzi co-niektórych czytelników. Nie wierzycie mi? Idźcie do parku, do pizzeri, „na fontannę”, z resztą obojętnie, gdziekolwiek często przebywa mło-dzież i spytajcie się o cokolwiek związanego z konstytucją. Jestem pewna, że większość z nich nie będzie znała odpowiedzi. Sama z resztą słyszałam kiedyś taki dialog: - Kiedy została uchwa-lona Konstytucja 3 Maja?, -3 Maja? Nie wiem… chyba w czerwcu. Powinszować inteligen-cji… Zresztą (nie bądź-my naiwni!), ta igno-rancja i całkowity brak wiedzy historycznej nie dotyczy tylko i wyłą -



cznie tamtego okresu. Tu chodzi o całą histoorię. Oglądając „Matura to Bzdura” dochodzę do wnios-ku, że motto tego programu ma w sobie dużo pra- wdy, bo nagle dowiedziałam się, że twórcą „Mazurka Dąbrowskiego” był Józef Piłsudski (!). Inne źródło kwiatków uczniowskic podaje, że Józef Wybicki był bohaterem powstania styczniowego, a ostatnim królem Polski był Józef Poniatowski. Ten artykuł miał być, co prawda, krótkim felietonem, ale wybaczcie, drodzy czytelnicy, nie jestem w stanie streścić wam moich przemyśleń w kilku krótkich zdaniach. Wróćmy jednak do głównego tematu. Jaki cel miał mój powyższy wywód? Chciałam pobudzić was do refleksji. Chciałabym, żeby niektórzy zdali sobie sprawę, że popisując się swoją głupotą, nie stają się fajniejsi. Myślę też, że skoro jesteśmy Polakami, to naszym obowiązkiem jest znać historię własnego kraju. Nie chodzi mi o to, że wszyscy mamy być żarliwymi patriotami, ale o to, że powinniśmy być świadomi naszej historii. Nie każę wam wkuwać milionów dat i nazwisk, bo nie każdy musi być w końcu historykiem. Wiem, że niektórzy z was wolą matematykę(!), inni angielski, ale podstawowe fakty z rodzimej historii chyba można zapamiętać? W końcu naszze państwo istnieje niewiele ponad tysiąc lat. Okres, z którym wiąże się trzeciomajowe święto jest bardzo szczególny w dziejach naszego kraju. Dlatego, z szacunku do miejsca, w którym się uro-dziliśmy, i w którym żyjemy, a także z szacunku dla nas samych (bo w końcu jesteśmy Polakami), może czasem skupmy się na lekcji historii? Uczmy się historii. Znajomość jej jest bardzo w życiu potrzebna – jak mówił Józef Piłsudski (i nie, nie napisał słów hymnu!). Nawet wtedy, gdy będziecie studiować fizykę i astronomię, znajomość historii na pewno wam nie zaszkodzi, a bardziej pomoże zrozumieć otaczający was świat, wszak historia jest nauczycielką życia. Prawda? Gosia Samela „FOR AILFA, ŁAN JURO”

CKG

Zdarzyło mi się ostatnio pojechać do Paryża. Cóż innego mogłabym tu napisać, jak nie to, że miasto jest magiczne, że słońce świeci tam jaś-niej, niebo jest bardziej niebieskie i niebiańskie, że miłość jest bardziej miłosna, wszystko jest bardziej i mocniej, bo to w końcu Paryż… Jed-nak tym samym turyści są również bardziej turystyczni… Zasadniczą za-letą tego miasta jest to, że mieszka-ją w nim ludzie. Dzięki temu można oglądać wspaniałe wystawy, ciekawe dzieła sztuki (jak na przykład obraz zrobiony z gumy z opon), można po-słuchać muzyki na ulicach, poobser-wować, zadumać się, pomyśleć… Zasadniczą wadą tego miasta, ku mojemu zaskoczeniu, jest to, że mieszkają tam ludzie. Sprawia to, że miasto jest okropnie brudne, że w niektórych miejscach śmierdzi nie-wyobrażalnie, że jest tłoczno i głoś-no… Cóż, nie ma miejsc idealnych. Paryż w wyobraźni wielu ludzi urósł do raju na ziemi. Mówi się, że jest to miasto artystów, miłości, wszelkich uczuć, sztuki. Człowiek jedzie tam z nastawieniem: miasto marzeń, zapominając, że wszystko ma swoje wady.



Po jednej stronie ulicy stoi mała galeryjka z pięknymi akwarelami przedstawiającymi różne wi-doczki z Montmartre'u, po drugiej katedra Sacra Coeur, a pomiędzy Murzyni sprzedający małe wieże Eiffla, wykrzykujący: „for ajfla, łan juro!”. Lecz na tym towarze wybór się nie kończył. Można było tu-taj zaopatrzyć się również w wieże Eiffla większego rozmiaru lub błyszczące, z diodami albo odblaska-mi, te już po więcej „juro”. Do wyboru, do koloru. Cóż, przecież z wycieczki nie można wrócić bez pa-miątek! Mam nadzieję, że był to główny motyw lu-dzi, którzy to kupowali. Szczerze współczuję tym, którym się to naprawdę podobało… Zawsze wyo-brażałam sobie to miejsce jako muzeum nad mu- zeami, jako króla wśród wszystkich muzeów świa- ta, coś w rodzaju świętości, niemal kościoła. Tro-szeczkę się przeliczyłam. Luwr – obowiązkowy punkt wycieczki po Paryżu! Przecież „Słowacki wiel-kim poetą był!”. Trzeba się pozachwycać dziełami sztuki. Trzeba pochwalić „Wenus z Milo”, „Nike z Samotraki” i „Monę Lizę”. Są to obowiązkowe punkty programu. Przecież to jest takie piękne, wielkie i wspaniałe, zachwycające i oszałamiające… Zdając sprawozdanie znajomym jeszcze powinno się dorzucić, że „na żywo” robi o wiele większe wrażenie… Należy oglądać te arcydzieła z miną znawcy i zrobić obowiązkowe zdjęcie. W Luwrze było tyle ludzi, że trudno było oddychać, a co dopiero cokolwiek zobaczyć NAPRAWDĘ. Przy „Monie Lizie” i „Wenus z Milo” było najwięcej muzealnych turystów, którzy musieli zrobić zdjęcie, żeby potem „polansować” się w domu. Do Sfinksa ustawiła się nawet kolejka, żeby „strzelić sobie z nim fotkę”. Zawiodłam się. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Mój tata po wizycie w Luwrze stwierdził filozoficznie: „Lepiej nigdy nie dotrzeć do swojej ziemi obiecanej, bo można się nieźle zawieść.”. Reasumując, Paryż jest pięknym miastem, jest też miastem dość brzydkim. Zależy z którego miejsca patrzeć. Jednak stał się tak popularnym miejscem dla turystów, że chyba trudno znaleźć tam miejsce, gdzie by ich nie było. Tyle się mówi o uroku spokojnych uliczek… Może można je znaleźć, tylko trzeba odpowiednio poszukać… Marysia Włoskowicz Euro 2012 -złudna nadzieja, czy realna szansa?
Mistorzstwa Europy w piłce nożnej zbliżają się nieubłaganie. Wiemy już, że nasze drogi nie zostaną odpowiednio przygotowane, ale co z drużyną? Jak wyglądają nasze szanse na sukces w tym prestiżowym turnieju?


Od ponad 30 lat reprezentacja Polski w piłce nożnej nie osią-gnęła nic. Można się spierać, co jest tego przyczyną, czy korup-cja w PZPN, czy nieod-powiedni system szko-lenia, czy zła polityka klubów Ekstraklasy. Być może wszystko po trochu. Pomimo braku jakichkolwiek sukcesów piłka nożna jest okre-ślana mianem "sportu narodowego" i wszy-stkie mecze polskiej reprezentacji są tłum-nie oglądane przez wiernych kibiców, któ-rzy czekają na cud - aż wreszcie odmieni się los i Polska przynaj-mniej wyjdzie z grupy. Żyjemy więc nadzieją, że może to właśnie ten turniej. Tym razem mamy dodatkowe udogodnienie - jesteś-my organizatorami mistrzostw. Można więc liczyć, że przed własną publicznością na pol-skiej ziemi podopieczni Franciszka Smudy da-dzą z siebie wszystko i jak mówią kibice zosta-wią na boisko serce i zęby... Wiadomo, że głów-nym celem jest wyj-ście z grupy. Mówi się, że Polska trafiła na "grupę marzeń". Isto-tnie, wylosowaliśmy najlepiej jak mogliśmy. Wszyscy nasi rywale są jednak znacznie wyżej we wszystkich rankin-gach od naszej repre-zentacji. Grecja (mistrz Europy z 2004 roku) zajmuje 14. miejsce w rankingu FIFA. Rosja (w 2008 roku doszła do półfinału) jest na 11. miejscu. Z naszych ry-wali najsłabiej wypa-dają Czesi - zaledwie 26. miejsce. Jest to jednak wciąż świetny wynik w porównaniu z naszą reprezentacją. "Białoczerwoni" plasu-ją się bowiem na 65. pozycji... Czy nasze nadzieje są więc płonne? Sądzę, że nie. Polska bowiem od wielu lat nie miała w swojej reprezentacji ty-lu światowej klasy zawodników. Robert Lewandowski - król strzelców i najlepszy zawodnik sezonu Bun-desligi zdobył z Boru-ssią mistrzostwo i pu-char Niemiec. W finale pucharu strzelił grają-cemu w finale Ligi Mi-strzów Bayernowi trzy bramki. W klubie z Dortmundu gra także dwóch innych świet-nych Polaków. Są to Łukasz Piszczek i Kuba Błaszczykowski. Pier-wszy z nich wybrany został najlepszym skrzydłowym obrońcą Bundesligi. Interesuje się jego pozyskaniem sam Real Madryt. Świetnie wygląda tak-że dyspozycja naszych bramkarzy: Wojtka Szczęsnego i Łukasza Fabiańskiego.



Fabiańskiego. Obaj są zawodnikami trzeciego klubu Premier League Arsenalu Londyn. Szczęsny ma zaledwie 21 lat i w tym roku wystąpił we wszystkich spotkaniach Kanonie-rów. Poza wymienionymi przeze mnie gwiazdami nasz skład wypada ra-czej przeciętnie. Jeśli jednak wszyscy zawod-nicy pokażą sto procent swoich możliwości, spokojnie możemy liczyć na wyjście z gru-py. Dlatego z zapartym tchem będę oglądał mecze polskiej repre-zentacji na Euro. Ży-czyłbym sobie, żeby to był TEN rok, TEN turniej i żeby kibice nie musieli po mistrzos-twach śpiewać: "Nic się nie stało. Polacy, nic się nie stało"... Optymistycznie nastawiony Maciek Purski Twój pies, twój problem...
Sprzątajmy po naszych pupilach tak samo, jak dbamy o higienę osobistą!


Sobota… Pogoda dopisywała, z resztą tak samo jak humor, dlatego wyszłam wcześniej z domu i zrobiłam sobie długi spacer, bo bardzo brakowało mi obcowania z naturą. Skusiłam się nawet na to, aby zdjąć buty i przejść się po zielonym trawniku. Trawa wyglądała tak świeżo i delikatnie łaskotała moje stopy. Działało to na mnie kojąco i było bardzo przyjemnie do pewnego momentu… Gdy zamiast trawy pod moimi stopami poczułam coś śliskiego o niekoniecznie przyjemnym zapachu. „No tak, idealne miejsce na załatwianie własnych potrzeb fizjologicznych…”- pomyślałam. Rzecz jasna nie ludzi, bo wyglądałoby to raczej dziwnie, gdyby człowiek przykucnął na środku trawnika i zaczął opróżniać swój przewód pokarmowy. Owe dzieło należało raczej do jego pupila- psa lub kota domniemywam. To zdarzenie dało mi dużo do myślenia, bo każdy z Nas kocha zwierzęta. Większość ludzi ma swoich pupilków, których rozpieszcza i otacza przesadną opieką- specjalne paszteciki, ubranka, wizyty w salonach piękności itp. Ale zapominamy o tym, że w momencie, gdy stajemy się ich prawnymi opiekunami, bierzemy za nie odpowiedzialność. Opieka nad pieskiem czy kotkiem to również obowiązki, które zaliczają się do tych mniej przyjemnych, tj. sprzątanie po swoich pociechach. Często zapominamy o tym, bądź chcemy zapomnieć, ignorując pewne zachowania zwierząt w miejscach publicznych. Zastanówmy się, co by było, gdyby każdy właściciel pozwalał zwierzęciu załatwiać swoje potrzeby na trawniku? Wówczas z zielonej trawki pozostałby nici- zamieniłaby się ona raczej kompostownik. Proszę mi uwierzyć, że nie jest to nic miłego wracać do domu ze śmierdzącą stopą i patrzeć, jak ludzie zatykają sobie nosy. Krótki apel, a zarazem prośba z mojej strony i na pewno wielu innych, którzy wzbogacili się o takie doświadczenie… Sprzątajmy po naszych pupilach tak samo, jak dbamy o higienę osobistą! Agnieszka Serwicka "Stawiam sobie cel i do niego dążę..." - wywiad z Maćkiem Purskim
Maciek Purski - bohater wielu naszych wywiadów, człowiek orkiestra: dobry muzyk, świetny uczeń, fan sportu, który na wszystko ma czas, dobry kolega, ulubieniec nauczycieli. Wszyscy zastanawiają się, jak on to robi. Spróbuję go o to zapytać. Może zdradzi nam przepis, jak pogodzić przyjemność z obowiązkiem.


A.S. Jesteś członkiem Młodzieżowej Rady Miasta, wchodzisz w skład samorządu szkolnego, masz swój własny zespół muzyczny, jesteś kibicem piłki nożnej, lubisz czytać. Powiedz Nam, jak udaje Ci się to wszystko pogodzić? M.P. Wbrew pozorom nie uczę się tak wiele. Łatwo przyswajam wiedzę, dzięki czemu mam sporo czasu na rozwijanie własnych zainteresowań i na różne rozrywki. Nauka jest oczywiście priorytetem, ale nigdy nie zajmuje mi całego czasu wolnego. Nie wyobrażam sobie dnia bez przesłuchania co najmniej jednego albumu muzycznego, godzinki spędzonej przy komputerze, przegrania paru ćwiczeń na gitarze, czy przeczytania kilku rozdziałów książki. Niestety, muszę przyznać, że w czasie przygotowań do olimpiad było mi już dosyć ciężko pogodzić zainteresowania z nauką. W ciągu ostatnich kilku tygodni przed finałami konkursów zaniedbałem nieco na przykład muzykę. Teraz jednak, kiedy mam już za sobą cały ten wysiłek, mogę spokojnie sobie pozwolić na odpoczynek i trochę rozrywki. A.S. Co było Twoją główną motywacją do wzięcia udziału w olimpiadach? M.P. Chciałem po prostu się



sprawdzić. Byłem ciekaw, czy jestem w stanie na tyle się przyłożyć, by coś osiągnąć. Była to dla mnie przede wszystkim walka z moim lenistwem. Wydaje mi się, że zwycięska. W zeszłym roku miałem okazję sprawdzić się w przedmiotach humanistycznych. W tym roku chciałem udowodnić przede wszystkim sobie, że mogę być wszechstronny. Stąd też spróbowałem przedmiotów ścisłych. Z fizyki udało mi się zostać laureatem. Z geografii byłem blisko. Finał to jednak wciąż dla mnie spore osiągnięcie, szczególnie, że na tę olimpiadę miałem już problem ze znalezieniem czasu. Przygotowywałem się bowiem szczególnie intensywnie do konkursu języka angielskiego, w którym próbowałem swoich sił już drugi raz - tym razem skutecznie. A.S. Twoje sukcesy świadczą o tym, że jesteś bardzo wszechstronny. Którym z zagadnień interesujesz się najbardziej? M.P. Wielokrotnie się nad tym zastanawiałem. Najbardziej chyba w tej chwili interesuję się fizyką. Pan Wolszczak zafascynował mnie tym przedmiotem w zasadzie od pierwszej klasy. Fizyka to bardzo prosty przedmiot jeżeli się go naprawdę rozumie, a nie wkuwa. Niewiele osób ma predyspozycje do nauki fizyki. Wydaje mi się, że mam ten "dar" i po prostu rozumiem ten przedmiot. Wciąż jednak bardzo lubię historię. Czytam książki i artykuły oraz oglądam programy poświęcone historii. Ostatnio zacząłem także interesować się ekonomią. Staram się poznawać dzieła słynnych ekonomistów, takich jak Fryderyk Bastiat, czy Milton Friedmann. A.S. Z którym z kierunków chciałbyś związać swoją przyszłość? M.P. Nie potrafię powiedzieć, co będę chciał robić za trzy lata. Nie wiem, jak sobie będę radził w liceum i jaka będzie sytuacja na rynku pracy w 2015 roku. Na razie wiem tyle, że wybieram klasę matematyczno-fizyczną, gdyż wydaje mi się, że daje mi ona najszersze możliwości. Nie lubię myśleć o tak odległej przyszłości. A.S. Czy mógłbyś nam zdradzić swój „przepis na sukces”? M.P. Przede wszystkim - konsekwencja w zmierzaniu do celu i optymizm. Stawiam sobie cel i do niego dążę bez względu na wszystko. Myślę sobie: "Dam radę!" i po prostu się staram. Poświęcam więc wszystkie swoje siły, by go osiągnąć. Muszę wtedy zdobyć się na systema-tyczność, która jest decydująca w przygotowywaniu do tego typu konkursów. Kiedy dopadały mnie chwile słabości, starałem się postępować zgodnie z filozofią jednego ze znanych kulturystów. Powtarzałem sobie: "Nie ma lipy!" i uczyłem się dalej, bo jak mówi przysłowie "bez pracy nie ma kołaczy" Agnieszka Serwicka Wiem, co jem!
Żyjemy w XXI wieku- stuleciu, którym zawładnęło tzw. śmieciowe jedzenie.


Pisząc to, mam na myśli wszelkie produ-kty, które kupujemy w supermarketach- Bie-dronkach, Lidlach i Carrefourach. Odnosi się to również do dań, które można dostać w KFC czy MacDonaldzie, m.in. hamburgerów, nóżek kurczaka czy frytek obciekających tłuszczem. Jesteśmy tego świadomi, tępimy to, ale zarazem pielę-gnujemy. Niestety, znany Nam z amery-kańskich filmów epizod, gdy główny bohater biegnie po chodniku, rozmawia przez telefon i dławi się kanapką jest coraz powszechniej- szym zjawiskiem, gdyż współczesny człowiek jest zbyt zapracowany, aby myśleć o tym co je, i jak je. Nie ma czasu na to, aby zrobić po-rządne, pełnowarto-ściowe śniadanie czy obiad i spożywać je, nie spiesząc się, a de-lektując smakiem. Niestety, do konsu-mentów „ śmieciowego jedzenia” coraz czę-ściej zaliczają się dzieci i młodzież- ludzie w naszym wieku, którzy rosną, rozwijają się i potrzebują do tego białka, węglowodanów, witamin i soli mineral-nych, a w zamian do-stają stary tłuszcz i same „E”. Dlatego, zanim weźmiemy „coś ta-kiego” do ust zadajmy sobie pytanie, może niezbyt logiczne, ale mające na celu uświa-domić Nam co jemy… Ile jest marchewki w marchewce? Ile jest mleka w mleku? Ile jest kurczaka w kurczaku? Bo skutków takiego jedzenia nie brak we współczesnym świecie… Chorobliwa otyłość… Zatrucia… Problemy z przewodem pokarmo-wym… Trądzik… Krzywica… A nawet nowotwory, gdyż podczas smażenia tworzą się substancje rakotwórcze… To jest dopiero początek koszmaru, w który człowiek sam siebie wpędził… Mówi się, że jest się tym, co się je… Chyba nazwa „śmieciowe jedzenie” nie jest w cale taka przypadkowa… Agnieszka Serwicka "...jest tyle lektur, które chciałabym poznać" - wywiad z Agnieszką Serwicką
Agnieszka w tym roku została laureatką konkursu biologicznego. Zapytałem się jak udało się jej to osiągnąć.


Dziennikarz:Jak wiele czasu poświęcałaś na przygotowania do konkursu? A.S.:Codziennie starałam się poświęcić przynajmniej kilka godzin na biologię. Nie ukrywam, że bardzo często odbywało się to kosztem innych lekcji i zaniedbywałam trochę inne przedmioty, jednak priorytetowa była dla mnie biologia. Najwięcej czasu uczyłam się w weekendy- wówczas twardo siedziałam przy biurku i starałam się przerobić jak najwięcej materiału. Dz.:Co Cię najbar-dziej zaskoczyło? A.S.:Myślę, że najbar-dziej zaskoczył mnie trzeci etap, gdyż wię-kszość zadań była zam-knięta i polegała na wskazaniu gatunku rośliny lub zwierzęcia. Spełnił się mój najwięk-szy koszmar, gdyż naj-bardziej bałam się nazw systematycznych. Gdy wyszłam, byłam załamana, bo przyznam się szczerze, że o zna-cznej większości ga-tunków nigdy w życiu nie słyszałam. Okazało się jednak, że nie by-łam jedyna. Dz.:Jak radziłaś sobie ze stresem związanym z olim-piadą? A.S.:Wydaje mi się, że jak na mnie, to całkiem nieźle. Największy stres był przed trzecim eta-pem, gdy wiedziałam, że zaszłam już tak da-leko i nie mogę sobie odpuścić. Czułam pre-sję. Było mało czasu, a ogrom materiału do przyswojenia. Miałam wrażenie,że robię wciąż za mało. Kartkowałam książki i myślałam so-bie „To może być!”. Starałam się nauczyć jak najwięcej, ale wie-cznie brakowało mi czasu… Przesadzałam

"...będę miała trochę więcej wolnego czasu na to, aby robić to, co sprawia mi przyjemność- przede wszystkim czytanie. Do książek przekonałam się niedawno i jest tyle lektur, które chciałabym poznać… "

trochę, z paniką, ale sam wiesz co stres potrafi zrobić z człowie-kiem. Dz.:Czym zajmujesz się poza nauką? Czym się interesujesz? A.S.:Przez przygoto-wania do olimpiady i egzaminów trochę za-niedbałam inne pasje. Mam bardzo ambitne plany. W czasie waka-cji, będę miała trochę więcej wolnego czasu na to, aby robić to, co sprawia mi przyjem-ność- przede wszys-tkim czytanie. Do ksią-żek przekonałam się niedawno i jest tyle lektur, które chciała-bym poznać… Mam na-dzieję, że uda mi się przeczytać przynaj-mniej połowę książek, które zaplanowałam. Dz.:Czy masz już jakieś plany na przy-szłość? Czy są one związane z biologią? A.S.:Planuję iść do klasy biologiczno- chemiczno- fizycznej. Jest to jedyna rzecz, której jestem w stu procentach pewna. Póki co, staram się skupić na najbliższej przyszłości- na liceum i maturze, bo to ona będzie miała decydu-jący wpływ na moje plany. Dz.:Wiem, że w ubiegłym roku brałaś udział w konkursie biologicznym. Wtedy Ci się nie powiodło. Skąd czerpałaś mo-tywację, by spróbo-wać jeszcze raz. A.S.:Jeszcze w drugiej klasie gimnazjum po-stanowiłam sobie, że spróbuję w przyszłym roku. Chciałam po pro-stu udowodnić przede wszystkim sobie, że po-trafię, i że stać mnie na to, aby osiągnąć suk-ces. Skoro w drugiej klasie gimnazjum za-brakło mi jednego pun-ktu, to w trzeciej będę miała o ten jeden punkt więcej. Początkowo nie stawiałam sobie wyso-ko poprzeczki. Mówiłam sobie: „Będzie co ma być”. Teraz jestem tu, gdzie jestem i na pew-no ten sukces pomógł mi uwierzyć w swoje siły oraz pokazał, że powinno się walczyć do końca. Dz.: Dziękuję za rozmowę A.S.: Ja również dziękuję. Maciek Purski Imponują mi ludzie renesansu - wywiad z Marysią Włoskowicz
O humanistycznych zainteresowaniach rozmawiam z Marysią Włoskowicz, finalistką konkursu języka polskiego.


Dziennikarz:Co zna-czy dla Ciebie tytuł „finalistki”? Uważasz to za swój osobisty sukces czy masz mo-że żal, że nie jest to tytuł „laureatki”? M.W.:Zdobycie tytułu finalistki było dla mnie ogromnym sukcesem w zeszłym roku i jestem zadowolona, że w tym udało mi się to powtó-rzyć. Szczerze powie-dziawszy, na początku liczyłam na więcej, ale przygotowując się do trzeciego etapu olim-piady, uświadomiłam sobie, że tu nie chodzi o żaden tytuł, tylko o umiejętności, wiedzę i doświadczenie, jakie zdobywa się podczas pracy. Ja uważam, że zdobyłam wiele. Nau-czyłam się segregować i wybierać wiadomości, korzystać z całej wie-dzy jaką posiadam, nie tylko z wyznaczonej części, poprawiłam się w pisaniu i czytaniu, z czego jestem bardzo zadowolona, bo czytam teraz o wiele więcej niż wcześniej. Ale co jest dla mnie najważniejsze, to to, że zdałam sobie sprawę, jak mało umiem. Jeszcze jest tyle lektur, wierszy, czy filmów, które mogła- bym poznać. To właśnie motywuje mnie to je-szcze większej pracy nad sobą. No i polubi-łam poezję. Dz.:Każdy humanista powinien być obez-nany w świecie lite-ratury. Kto jest Two-im ulubionym arty-stą, z którego czer-piesz inspirację? M.W.:Uwielbiam twór-czość Agnieszki Osie-ckiej, K. I. Gałczyń-skiego, czy Edwarda



Stachury. Ostatnio za-częłam też czytać Miro-na Białoszewskiego, do którego nie byłam do końca przekonana. Lu-bię Chmielewską, u której podobają mi się nie tylko niestworzone historie kryminalne, ale także genialny styl Sapkowskiego czy Row- ling, w której "Harrym Potterze" byłam (i w sumie nadal jestem) zakochana. Jestem tak-że wielką fanką powie-ści Małgorzaty Musiero-wicz. Trudno tu mówić o inspiracji, bo nie zaj-muję się pisaniem pro-fesjonalnie, ale raczej o fascynacji. Takim arty-stą, który mnie napra-wdę fascynuje jest Agnieszka Osiecka. Znam jej twórczość od-kąd pamiętam, ale do-piero niedawno zaczę-łam rozumieć pewne piosenki, które wcześ-niej po prostu sobie nu-ciłam,zaczęłam intere-sować się nią jako oso-bą i jako artystką. Dz.:Przygotowania do olimpiady były dla Ciebie połączeniem nauki z przyjemno- ścią czy raczej trak-towałaś to jako czynność konieczną? M.W.:Czynnością konieczną było jedynie wkuwanie regułek z gramatyki i teorii litera-tury. Przygotowanie się do finału nie było proste. Napisanie tylu wypracowań, przeczy-tanie tak wielu książek to jest ciężka praca. Szczególnie doskwie-rało mi siedzenie przy komputerze, bo po pa-ru godzinach czułam się po prostu zmęczo-na. Jednak przyjem-ność, jaką dawało mi pisanie, motywowało mnie do dalszej pracy, szczególnie wtedy, kie-dy pani za coś mnie po-chwaliła. Poza tym, ro-biłam to, co lubię więc przygotowania trakto-wałam jako ciekawą, intelektualną przygodę, połączeniem nauki z przyjemnością. Dz.:Z którym z kie-runków wiążesz swoją przyszłość? Jakie jest Twoim zdaniem miejsce dla humanistów we współczesnym świecie?M.W.:Bardzo chciała-bym studiować jakiś kierunek humanisty-czny. Zastanawiałam się nad polonistyką, hi-storią sztuki, może czymś związanym z te-atrem, czy filmem, bo ostatnio zaczęłam się tym bardziej intereso-wać. Moim marzeniem jest zostanie Panem Borejko, który jest chyba moim najwięk-szym autorytetem. Był filologiem klasycznym i bibliotekoznawcą, wie-dział ogromnie dużo, ogromnie dużo czytał, był też swojego rodzaju współczesnym roman-tykiem. Chciałabym kiedyś stworzyć taki dom, jaki udało się stworzyć jemu i jego żonie, pełen ciepła, ro-dzinnej atmosfery i mi-łości, w którym liczy się nie to, żeby mieć, ale żeby wiedzieć i żeby być. Ludzie mówią, że dla humanistów nie ma przyszłości, ale oni chy-ba widzą tę przyszłość nieco inaczejniż ja. Dla niektórych szczytem marzeń jest kupienie domu na Hawajach, a ja bym chciała umieć przeczytać "Małego



Księcia" w oryginale, albo posługiwać się bie-gle łaciną, znać na pa-mięć tysiące wierszy, chciałabym chodzić do teatru i umieć ocenić, co jest prawdziwie pię-kne, a co jest zwykłym kiczem. Chciałabym znać historię sztuki, wiedzieć co, kiedy i jak było malowane. Bardzo interesują mnie techni-ki malarskie. Chciała-bym wiedzieć, czy arty-sta najpierw ma wizje dzieła, czy powstaje ono dopiero w trakcie, czy już na początku wi-dzi wszystkie szczegóły i kolory, kiedy uważa dzieło za skończone. Chciałabym objechać świat dookoła. I zga-dzam się z tym, co mó-wił Wojciech Cejrowski. Wystarczy sprzedać lodówkę i wyjechać. Żeby naprawdę poznać jakiś kraj, inny świat nie można być zamkniętym na terenie pięciogwiazdkowego hotelu. Chyba bym nie zniosła przekładania papierków z liczbami, albo obserwowania kursów walut, które szczerze powiedziawszy wcale mnie nie obchodzą. W związku z tym, co przed chwilą powiedziałam, wybieram się na matfiz. Zdziwiłam Cię? Uważam, że każdy humanista powinien się nauczyć logiki, nie zamykać się w ciasnym światku sztuki i literatury. Imponują mi ludzie renesansu i stąd ten wybór. Dz.:Mogłabyś nam podać swój „przepis na sukces”? M.W.:Składniki: - czekolada (w zależności od preferencji, w moim przypadku "ile wlezie") - książki, również "ile wlezie" (dobrze żeby wlazło dużo) - pomysł (lepszy jeden dorodny i dojrzały, niż kilka marnawych, co gorsza nadgniłych) - kocioł pracowitości - szczypta lenistwa (na milion jednostek pracowitości powinna przypadać jedna jednostka lenistwa i lepiej nie pomylić się przy odmierzaniu) - szklanka samozapar-cia - szklanka wiary w sie-bie - łyżeczka talentu (ka-żdy jakiś ma, a już na pewno ta łyżeczka się znajdzie) - łyżka szczęścia (bar-dzo przydatne!) - marzenie (to od niego wszystko się zaczyna) + tajemniczy składnik, który dla każdego jest inny (mojego jeszcze nie znam). Sposób przygotowania: Do miski wrzucić marzenie, książki, pomysł, pracowitość, samozaparcie, leni-stwo, wiarę w siebie, talent, szczęście i tajemniczy składnik. Czekoladę przegryzać w trakcie wrzucania. Wszystko dokładnie zmiksować i wylać sobie na głowę. No i mieć przewodnika, który Cię poprowadzi. Maciek Purski „Wcale nie czuję się humanistą”- wywiad z Hubertem Kubiczkiem
Hubert Kubiczek uczeń klasy III gimnazjum, finalista konkursu przedmiotowego z języka polskiego udzielił nam dzisiaj wywiadu.


Dziennikarz: W konkursie języka polskiego startowa-łeś dwa razy. Skąd czerpałeś motywację do pracy? Hubert Kubiczek: Prawdę mówiąc próbowałem także w konkursie historycznym. Udało mi się tylko w polonistycznym, zostałem finalistą. Do kolejnej próby pchnęła mnie ambicja i wrodzony upór. Zawsze lubiłem wyzwania, a konkursy humanistyczne były takimi dla mnie. Swoją przyszłość wiążę od jakiegoś czasu z matematyką i przedmiotami ścisłymi. Uważam jednak, że każdy wykształcony człowiek powinien znać wybitne dzieła klasyki światowej, filmy, przedstawienia teatralne, historię. Dz.: Każdy człowiek ma jakieś pasje i zainteresowania. Jakie są Twoje? H.K.: Mam wiele pasji. Jednym z moich licznych hobby jest tenis. Jest to gra, która sprawia mi wiele przyjemnośći. Nie tylko wymaga sprawności fizycznej, ale także taktyki i myślenia. Dlatego też cenię w sobie tenisistów, którzy wykazują się na korcie inteligencją, jak np. Roger Federer. Zdaję sobe sprawę, że jest to sport elitarny i bardzo kosztowny. Nie mogę więc trenować tyle, ile bym chciał. Na szczęście w naszym mieście powstały liczne orliki, na ktorych można grać za darmo. Kolejnym hobby jest pisanie. Mimo że wiążę swoją przyszłość z przedmiotami technicznymi, to lubię pisać. Obecnie tworzę "powieść" sensacyjną z z wykreowanym przeze mnie światem przedstawionym, nie podogbnym do innych. Nie jestem jeszcze zadowolony, ale mam nadzieję, że kiedyś zaprezentuję ją czytelnikom. Pasjonuje mnie literature sensacyjna, kryminalna i fantasy. Chciałbym stworzyć gatunek łączący te rodzaje i w ten sposób uatrakcyjnić tradycyjną literaturę kryminalną. Cenię sobie Agatę Christie. Przeczytałemk już większość jej powieści dostępnych na polskim rynku. Lubię książki Toma Clancy'eo. Ich polifoniczna fabuła wymaga skupienia i uwagi. Nie można więc ich czytać w poczekalni dworcowej czy w autobsie. A ja lubię podchodzić do literatury z namaszczeniem. Chętnie sięgam po książki Roberta Ludluma. Dz.: Życzę miłej lektury, ciekawych meczów tenisowych oraz spełnienia marzeń H.K.: Dziękuję. Gosia Samela To był tydzień!!!
- czyli wspomnienia z Zielonej Szkoły


Co prawda nasz wyjazd nie trwał całego tygo-dnia, lecz sześć dni, ale przecież nikt nie zwraca uwagi na takie szczegóły. Muszę przy-znać, że w tym roku Zielona Szkoła wypadła naprawdę wspaniale.Ci, ktorzy nie byli, niech żałują.Mieszkaliśmy w miasteczku o nazwie Polańczyk, uroczej miejscowości położonej w malowniczej okolicy nad Jeziorem Soliń-skim. Powiem szczerze, że bieszczadzkie kraj-obrazy mnie urzekły. No, oczywiście wiedzia-łam, że nasze góry są przepiękne, ale co in-nego tylko to usłyszeć, a inna sprawa przy-jechać, zobaczyć, poczuć… Coś pięknego! Jedyną może wadą było to, że przez pierwsze dni pogoda nie dopi-sywała. (Sądząc po wyżej zamieszczonym zdjęciu można by dość do innego wniosku. Pragnę jednak oznaj-mić, że to zdjęcie zostało zrobione w piątek, a więc przed-ostatniego dnia Zielonej Szkoły). Ale, moi drodzy, nie bądźmy zbyt wybredni. Będąc w Bieszczadach i patrząc na błękitne wody Soliny, czując świeży zapach lasu, można chyba przymknąć oko na mały kapuśniaczek. Zacznijmy od początku, to jest od poniedziałku 11 czerwca. Wyjechaliśmy spod szkoły o godzinie 8.00. W dobrych nastrojach dojechaliśmy na miejsce. Tym bardziej dobrych, że nasza podróż trwała krótko. Bieszczadzka przygoda zaczęła się już we wto-rek. Pierwszą niespo-



dzianką, jaka na nas czekała, była jazda na kładach. Drodzy czytel-nicy CKG, przyjrzyjcie się jednak zamie-szczonej fotografii. Co rzuca się w oczy oprócz jeżdżącej kładem postaci? Oczywiście – błoto! I to przez wielkie „B”. Wszyscy bez wyjątku wróciliśmy cali ubłoceni i mokrzy, wyglądający jak Joziny z bazin, a nie jak starachowiccy gimna-zjaliści. My jednak nie jesteśmy z cukru i nie boimy się ani wody, ani tym bardziej błota! Myślę, że mimo mok-rych butów i brudnych spodni wszyscy cieszyli się z przygody. W końcu błotna kąpiel nie zdarza się codziennie i z pewnością dużo kosztuje. A tu mamy cały zabieg za darmo. W drugiej części dnia braliśmy udział w orientingu. Naszym zadaniem była prze-prawa przez trudny teren i odnalezienie karteczek tak, by zapisane na nich słowa stworzyły wiersz. 13 czerwca, w środę, musieliśmy przetestować siłę naszych mięśni, albo-wiem czekała nas krót-ka wycieczka rowe-rowa. Ten pomysł z pewnością wszystkich nie ucieszył –w końcu, czy nie lepiej posiedzieć i pogadać, poplotkować? Kto by się tam nadwyrężał?... Ale pojechaliśmy! W końcu nie taki diabeł straszny, jak go malują, z pewnością nie będzie tak źle. I tak też wszystko się zapowiadało. Mieliśmy pojechać nad jezioro. Trudności jednak zaczęły się wtedy, gdy musieliśmy podjechać pod stromą górę. Oj, słychać było sapania i stękania. Hektolitry potu lały się aż na asfalt.Jednak wszyscy



daliśmy radę. Warto było się trochę pomęczyć. Widok był piękny. Po południu mieliśmy do wyboru – albo mecz, albo dyskoteka. Ja wybrałam mecz i nie do końca wiem, jak wyglądała zabawa na piętrze niżej, ale z tego, co słyszałam, było bardzo przyjemnie i sympa-tycznie, chociaż bardzo duszno. Wszyscy świetnie się bawili. Czwartek był dniem, który wspominam najmilej, albowiem ruszyliśmy w góry, na Połoninę Wetlińską i do Chatki Puchatka. Pogoda? Jak dla mnie idealna. Zachmurzone niebo, niezbyt wysoka temperatura ułatwaiły trudną wędrówkę. Kiedy dotarliśmy na szczyt, poczulismy się jak Jerzy Kukuczka, kiedy zdobywał koronę ziemi. W piątek, przedostatni dzień Zielonej Szkoły. Uwieńczeniem dnia było ognisko, które zorganizo-wała dla nas Marysia (na zdjęciu w szarej bluzie. Raczej nie da się jej nie zauważyć). Po licznych zabawach i pysznych kiełbaskach z grilla młodsze klasy udały się na spoczynek, natomiast młodzież gimnazjalna została, by móc spędzić trochę czasu ze sobą i się pomigdalić. W sobotę zwiedziliśmy synagogę,podziwialiśmy obrazy malarzy bieszczadzkich. W Zagórzu zobaczyliśmy ruiny klasztoru karmelitów bosych. Była to moja ostatnia Zielona Szkoła w gimnazjum, swoiste pożegnanie ze szkołą. Miałam okazję zobaczyć absolutnie magiczne miejsca, pełne niezwykłego uroku. Cieszę się, że choć tak krótki czas mogłam spędzić w miejscu pełnym „bieszczadzkich aniołów”. Gosia Samela " Chcę być zawsze sobą, mieć własne zdanie..." - wywiad z Małgorzatą Samelą
Małgosia Samela finalistka konkursu języka polskiego, największy fan piłki nożnej wśród dziewczyn, nasza redakcyjna koleżenka.


Dz.:Jakie są twoje wrażenia po olimpiadzie? M.S.:Żal mi trochę szansy, którą mogłam lepiej wykorzystać, ale z drugiej strony wiem, że wykonałam kawał dobrej roboty. Mam nadzieję, że doświadczenie, jakie zdobyłam pomoże mi w liceum. Może wtedy się uda zostać laureatką. Dz.: Z czyn wiążesz swoją przyszłość? M. S. : Póki co, idę do liceum do klasy humanistycznej. Ale nie jestem do końca pewna, co chcę robić dalej. Pragnę rozwijać swoje pasje. Interesuję się historią i literaturą. Dużo czytam, szukam nowych tytulów, które moglyby mnie zaciekawić. Staram się zgłębiać moją wiedzę historyczną. Dz.: Słyszałam, że interesujesz się również sportem. M. S.: Tak. Dużo ćwiczę, aktywnie uczestniczę w zajęciach wf i pozalekcyjnych zajęciach sportowych. Uwielbiam siatkówkę i jestem zagorzałym kibicem. Z wypiekami na twarzy oglądam wszytskie mecze piłki nożnej. Stram się rozwijać rownomiernie ducha i cialo. Dz.: Jakim chcialabyś być człowiekiem? M. S.: Chcę być zawsze sobą, mieć własne zdanie, nie ulegać presji otoczenia, zachopwać wlasny, oryginalny sąd o wszytskim. Zdaję sobie sprawę, że w dzisiejszym świecie bardzo trudno jest zachować autonomię, podlegamy przeież tylu wpływom. Wiem, że taka postawa jest niezwykle trudna, ale przez to stanowi wyzwanie, a ja lubię wyzwania. Dz.: Co jest dla ciebie w życiu najważniejsze? M. S.: Najwyżej cenię sobię mądrosć. Uważam, że kierowanie się rozumem zapobiega wielu błędom i tym samym złu.



Dz.: Jak widzisz siebie za trzydzieści lat? M.S.: Widzę siebie jako kobietę silną, a jednocześnie opiekuńczą i empatyczną, która pomimo upływu wielu lat nie uległa „zepsuciu” i wciąż ma w sobie coś z roześmianej, młodej dziewczyny. Chciałabym mieć pracę, która jest jednocześnie sposobem na życie i pasją. Mieszkałabym z mężem i dziećmi w ładnym domu, ulokowanym w górach. Mogłyby to być nasze piękne Góry Świętokrzyskie, ale w ostatnim czasie, oczarowały mnie Bieszczady, które miałam okazję podziwiać na Zielonej Szkole. Ale to na razie tylko wyobrażenia i i marzenia. Bardzo bym chciała, żeby potoczyło to się tak, jak opisałam. Czy faktycznie tak będzie… przekonam się w przyszłości. Dz.: Jak sądzisz, która twoja cecha najbardziej cię charakteryzuje? M.S.: Przyjaciele często mówią mi, że jestem „nieogarnięta” – często się wyłączam, patrzę gdzieś przestrzeń, nie zwracam uwagi na świat który mnie otacza i błądzę gdzieś myślami. Chyba właśnie to najlepiej mnie charakteryzuje. Jestem typem marzycielki. Lubię czasem odciąć się od wszystkich i od wszystkiego i skupić się tylko i wyłącznie na marzeniach. Dz.: Która z postaci literackich jest ci najbliższa? M.S.: Jest nią bohaterka książki Ewy Nowak „Yellow bahama w prążki” – nastoletnia Hania. Na początku książki poznajemy ją jako niepewną siebie dziewczynę, jednak później nabiera wiary w siebie. Ponadto nie jest szczupłą osobą i źle się z tym czuje. Jednakże z biegiem czasu Hani udaje się nabrać pewności i poczuć się dobrze we własnej skórze. Podobnie było ze mną. Nie zawsze potrafiłam zaakceptować siebie taką, jaką jestem. Na szczęście dotarło do mnie, że brak idealnej sylwetki to nie tragedia. Liczy sie przecież wnętrze. Dz.: Dziękuje za wywiad. Życzę Ci wszystkiego najlepszego. G.S.: Dziękuję. Marysia Włoskowicz