Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








Od Redakcji
Drodzy czytelnicy, zapraszamy do lektury naszej gazety. Możecie ją śledzić na stronach: http://www.sto.starachowice.org/ckg.html oraz http://mam.media.pl/


Drodzy czytelnicy, Witamy Was wszystkich po długiej przerwie. Mamy nadzieję, że wakacje upłynęły Wam bardzo miło. Jest już listopad, a my wydajemy dopiero pierwszy numer naszego czasopisma w tym roku szkolnym. Bardzo przepraszamy za chwilową nieobecność w Waszych domach. Mamy jednak z nowy zespół redakcyjny. Nasza wieloletnia redaktorka naczelna, Justyna Serwicka jest już licealistką. W skład naszej nowej redakcji wchodzą: Wiktoria Grosicka, Ania Walendziak, Szymon Tuz. Pracować będziemy pod kierunkiem Jakuba Dębskiego, naszego nowego redaktora naczelnego. Mamy nadzieję, że tegoroczne wydania "CKG" spotkają się z waszym uznaniem. Liczymy na owocną współpracę, prosimy o wszelkie krytyczne uwagi, chętnie opublikujemy wasze sądy i opinie. Zapraszamy do lektury pierwszego numeru w tej edycji , a przygotowaliśmy dla Was wywiady, reportaże. Miłej lektury Wiktoria Grosicka Kocham książki, czyli wywiad z Julią Krępą
Julia Krępa to jedna z nowych uczennic naszej szkoły. Chodzi do pierwszej klasy gimnazjum.


Wiktoria Grosicka: Od pierwszego września jesteś uczennicą na-szego gimnazjum. Co zadecydowało o wy-borze naszej szkoły? Miałaś przecież tyle do wyboru. Julia Krępa: Gimna-zjum ma świetną opinię na terenie naszego mia-sta. Słyszałam wiele do-bych opinii na jego te-mat i uważam, że wy-branie tej szkoły to była genialna decyzja! Od poczatku szkoła wywar-ła na mnie ogromnie po- zytywne wrażenie! Nig- dy nie spodziewałam się tak wspaniałego przyjęcia, zarówno przez koleżanki i kole-gów, jak również przez nauczycieli. Wszyscy są dla siebie bardzo mili, a w szkole panuje sympatyczna atmosfera. Mło- dzież z klas młod-szych doskonale doga-duje się ze starszymi uczniami. Akceptujemy siebie i znajdujemy te-maty do rozmowy nawet mimo róznicy wieku. Nie można jednak zapom- nieć o nauczycielach! Każdy z nich podchodzi do ucznia indywidualnie i lekcje są prowadzone w bardzo ciekawy spo-sób. Najbardziej przypa-dły mi do gustu zajęcia z języka angielskiego i niemieckiego. W.G.: Co lubisz robić w wolnym czasie? J.K.: Kocham książki, w szczególności fantas-tyczne.Jedną z moich ulubionych pozycji jest utwór "Igrzyska Śmierci" Suzanne Collins. To naprawdę ciekawa lek-tura. Mogłabym czytać ją milion razy. Serdecz-nie c:i ja polecam. WG.: Dziękuję za wy-wiad, życzę ci wszys-tkiego najlepszego w naszej szkole. Wiktoria Grosicka Polacy nic się nie stalo?!
Miliony Polaków pasjonuje sie piłką noż-ną, mimo że od wielu lat nie mamy spektaku-larnych sukcesów. Żyjemy wspomnieniami. Pamiętamy mecze Górnika Zabrze czy Wi-dzewa. Czekamy...


Razem z tatą po tra-dycyjnych przygotowa-niach do oglądania me-czu (przyrządzenia je-dzenia i ogarnięcie miej-sca) byliśmy gotowi na powrót polskiej drużyny do Ligi Mistrzów. Dzisiaj Legia Warsza-wa, mistrz Polski zmie-rzy się z Borussią Dort-mund, wicemistrzem Niemiec! Cały stadion przy ulicy Łazienkowskiej wypeł-nia niezwykła atmosfe-ra. 27 tysięcy kibiców zawzięcie dopinguje swoje ulubione zespoły. Mecz rozpoczyna się tradycyjnie hymnem Ligi Mistrzów, który na pol-skich stadionach nie rozbrzmiewał od ponad 20 lat. Kapitanowie drużyn: Legii – 36-letni bramkarz Arkadiusz Malarz, Borussi – 28-let-ni lewy obrońca Marcel Schmelzer podają sobie ręce. Następnie roz-brzmiewa gwizdek i roz- poczyna się pierwsza z 90 minut regulaminowe-go czasu gry. Niemiecki zespół rozpoczyna mecz od mocnego ude-rzenia, Mario Götze strzela bramkę już w 7 minucie po dośrodkowa-niu Ousmany Dembele-go. -Tego można się było spodziewać powiedział tata- sceptycznie nasta-wiony do meczu. Jego opinię potwier-dził Andrzej Juskowiak, komentator meczu, któ-ry w tm momencie po-wiedział: - "Piłkarze Borussi zro-bili to jak chcieli, jakby nie było oporu, nie było przeciwnika.” Nie dziwnię się, że me-nadżer Borussi,Thomas Tuchel wygląda na bar-dzo zadowolonego ze swojej drużyny. Obroń-cy Legii wydają się kom-pletnie niezgrani ze so-bą, w ogóle się nie rozumieją. W 10 minucie świet-nie broni Malarz. Kapi-tuluje jednak w 15 mi-nucie. Sokratis Papa-sthoupulos strzela kolejnego gola. Kiedy w 17 minucie po 4 dobitkach Niemcy strzelaja kolejnego gola. Tata wyszedł z pokoju. Będzie jeszcze wracał kilka razy, łudzac się że stanie się cud i polscy piłkarze zaczna grać przynajmniej przyzwo-icie. Tak się jednak nie stało. Nie zdarzył się ża-den cud. Nie było czego świętować. Nie muszę przypomi-nać wyniku, bo wszyst-kim jest znany. Jest listopad i Legia zdażyła rozegrać już kilka pu-charowych meczów. Wierni kibice pocie-szaja się, że jest coraz lepiej. Czy aby naprawdę?



Pierwszy, mecz został słusznie uznany za blamaż. Słynny Olivier Kahn powiedział o nim: „Na boisko wyszła grupa ogórków.” Ja osobiście nie jestem zwolennikiem tak ostrych recenzji. Tego typu wyniki nie są dla mnie niczym dziwnym, wszak sport na tym polega. Rozdzieranie szat jest tylko wynikiem frustracji i odzwierciedla polskie "sny o potędze" w dziedzinie sportu. Często jednak zapominamy o tym, ile pieniędzy przeznacza się w Polsce na finansowanie sportu, a ile w zagrani-cznych klubach. Gdy wyrównamy te dysproporcje, moim zdaniem wyniki przyjdą same. Na koniec chciałbym się skupić na znacznie waż-niejszym, według mnie, problemie. Zawiedzione na-dzieje polskich kibiców są niczym wobec wątpliwej sławy, jaką przynoszą nam polscy "fanatycy" piłki nożnej. Według mnie większą tragedią od blamażu piłkarzy Legii jest problem chuligaństwa na trybu-nach. Nie mamy się czym specjalnie pochwalić w sporcie. "Sławni" są za to nasi "kibice", którzy bar-dziej od rozgrywek sportowych wolą burdy na trybu-nach i ustawki poza stadionami. Budzą oni strach, a ich "wyczyny" przynoszą wstyd naszemu krajowi. Szkoda, że od jakiegoś czasu słowo "Polska" kojarzy się także z chuligaństwem stadionowym. Mój tata mówił mi, że podobny problem mieli kiedyś An-glicy. Uporali się z nim, stosując szybko i bezwzględ-nie prawo, zakaz stadionowy, czy kary finansowe. Mam nadzieję, że i w Polsce do tego dojdzie i ja, zwyczajny szary człowiek, siądę kiedyś spokojnie i obejrzę ramię w ramię z kibicem z innego klubu mecz na przykład Legii z Barceloną, że będę mógł oglądać je na żywo przy pełnych trybunach. Zaoszczędzone zaś pieniądze zamiast na kary, właściciele Legii przeznaczą na rozwój klubu, kupią sprzęt, zorganizują szkółki dla dzieci i młodzieży, z których wyrosną nowi Lewandowscy, a może nawet polski Pele. Chciałbym doczekać takich dni. A wy? Szymon Tuz Wyprawa do Anglii



Początek... Pierwsza w nocy, a ja muszę stać pod szkołą i marznąć. Nie jest źle, jest ze mną kilkoro kolegów i koleżanek. Nareszcie nadjeżdża bus. Kierowca pakuje do przyczepki dwanaście wiel-kich walizek. Jedziemy do Anglii na tydzień! Wsiadamy do autokaru. Jedziemy do stolicy, na lotnisko. Później... Jesteśmy w Warszawie. Jest trzecia. Lot dopiero o szóstej. - Co my tutaj będziemy robić?- myślę. Wreszcie odprawa. Przechodze-nie przez bramki i inne takie czynności trwają około godziny. Czas wolny. Wraz ze Staśkiem i Dominikiem oglądam wystawy sklepo-we z pięknymi zegarkami, kosmety-kami, czy słodyczami. Czuję się, jak w luksusowym hotelu. Toaleta, lody w McDonald's. Kiedy wracamy na miejsce spotkania, wszyscy już na nas czekają -Chyba trochę się spóźniliśmy...- mó-wię i spuszczam oczy. -Zdziwiłabym się, gdyby było inaczej- odpowiada pani Sasak, moja ulubiona anglistka, która zna mnie od tej strony.Kiedy wracamy na miejsce czekają. Śladem Ikara,,, Siedzę już w samolocie. Boję się. Bardzo. Bardzo. Aż wstyd! Udaję, że to dla mnie nic strasznego. Pocieszam chłopaków, dla których jest to pierwszy lot. Nie mogą wiedzieć, że jestem wys-traszona. Trudno, może jakoś to prze-żyję. -Teoretycznie podróże samolotami to najbezpieczniejszy środek transpor-tu- pocieszam się w duchu- Jestem zmęczona. Jak usnę, to nie będę czuła strachu. Lot mija szybko. Dominik robi



zdjęcia. Zwyczajnie... Jak "w domu", jak zawsze. Na stałym lądzie? Dolecieliśmy. Stoję na ziemi. Wreszcie! Te-raz tylko odbiór walizek i droga do naszego oś-rodka- Kingswood poło-żonego w Ashford, ma-łej miejscowości na po-łudniu kraju. Ciekawe, czy przypomina nasze wsie, czy jest taka, jak moja? Na ziemii obiecanej... Zostawiamy bagaże. Jesteśmy podzieleni na grupy pod względem naszego zaawansowa-nia językowego. Na szczęście wszystkie osoby z mojej klasy są razem. Później... Zwiedzamy miasto. Mieszkańcy obchodzą jakieś święto. Nie wiemy dokładnie, co to. Pani Katarzyna Sasak mówi, że dzisiaj jest któraś z kolei rocznica powstania Ashford. Gra orkiestra, na skwerku pełno budek z hot dogami, frytkami, czy hamburgerami.Jak na polskim jarmarku. Brakuje tylko kogucików na druciku...Idziemy na zakupy i jemy coś i wracamy do ośrodka. Wreszcie możemy pójść do pokojów. Mam super współlokatorkę. Ma na imię Milena i mieszka w Krakowie. Dziewczyny z jej klasy też są całkiem sympatyczne. Wydaje mi się, że one też mnie lubią. Idziemy na obia-dokolację.Jedzenie ohydne. Wszystko z mrożonek, a do picia jedynie woda lub roz-cieńczone soczki. Nazajutrz.. Jedziemy do Londynu. To naprawdę piękne miasto. Nie mamy jed-nak za dużo czasu. Zwiedzamy stolicę ze statku płynącego po rze-ce Tamizie. Widzimy najważniejsze zabytki i atrakcje Londynu- Big Bena, London Eye, czy Tower Bridge. Ogląda-my Backingham Palace i robimy zakupy na Co-vent Garden. Wracamy na kolację. Rutyna... Kazdy dzień rozpo-czynamy śniadaniem, po którym idziemy na zajęcia sportowe. Instru-ktorzy są dla nas bardzo uprzejmi i wyrozumiali. Nie możemy tylko przy nich mówić po polsku. Zajęcia są bardzo ciekawe. Podobają mi się. Instruktorzy mają poczucie humoru, co nie jest żadną nowością. Anglicy wszak znani są z tego. Później obiad. Po nim



lekcje angielskiego. Nauka... Budynek całkiem spo-ry. Jest dużo klas. Moja grupa uczy się w sali nr 12. Jesteśmy na miejscu. Wchodzi niewysoki na-uczyciel o jasnych wło-sach z szerokim uśmie-chem na twarzy. -Hello guys! My name is Steve and I’ll be your teacher this week- mówi radośnie pełen optymiz-mu i wiary w nasze mo-żliwości. Od razu robi się raźniej. Nie mija godzina, a wszyscy go już lubimy. Zajęcia są ciekawe, oryginalne i niecodzien-ne. Mówimy, śmiejemy się. Czuję niedosyt, kie-dy się kończą. Nim się spostrzegłam, już kolacja, a po niej konkurs sportowy. I tak codziennie... Niby rutyna... Niby nuda, a jednak inaczej i ciekawiej... Pożegnanie... Ostatni dzień. Pako-wanie. Smutek. Łzy. Żal, że to już koniec. Z wieloma osobami, które tu poznałam, pewnie się już nigdy nie zobaczę. Ale od czego są kompu-tery, telefony, czy table-ty- pocieszam się. Obie-cuję sobie, że będę u-trzymywać kontakt, że napiszę, zadzwonię. Wymieniam się nume-rami telefonów, maila-mi... Będę tęsknić. Za wszy-stkim. Nawet za tym ob-rzydliwym jedzeniem, które powinno się zada-wać na pokutę. Później autokar, lotnis-ko i znowu to samo. Strach, strach, strach. I dom... Znowu szkoła... Komentarz Warto było. Nie dlatego, że w czasie roku szkol-nego, że bez klasówek i sprawdzianów, ale dla-tego, że kontakt z ży-wym językiem to przy-goda i frajda. Wiktoria Grosicka