Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








Od redakcji:
Drodzy czytelnicy, zapraszamy do lektury naszej gazety. Możecie ją śledzić na stronach: http://www.sto.starachowice.org/ckg.html oraz http://mam.media.pl/


Drodzy czytelnicy, witamy Was w nowym roku szkolnym w naszym pierwszym tegorocznym numerze. Nasza redakcja pracuje od września w nowym składzie. Dołączyły do niej: Maria Kostecka i Aleksandra Wójcicka, uczennice klasy VI. Reforma szkolnictwa zdopingowała nas do tego, by poszerzyć zakres odbiorców naszej gazety i włączyć do pracy także uczniów szkoły podstawowej. Nasz poprzedni redaktor naczelny, Jakub Dębski jest już uczniem liceum. Schedę po nim przejęłam ja, Wiktoria Grosicka. Znacie mnie już od lat i mam nadzieję, że redagowana przeze mnie gazeta spełni Wasze oczekiwania. Za oknami jesienna plucha, wczesne zmierzchy, dużo nauki, klasówek, kartkówek, odpytywań. Postanowiliśmy więc wnieść w Wasze życie trochę słońca i dlatego postanowiliśmy powspomminać najwspanialszy dla uczniów okres, czyli wakacje. Mam nadzieję, że dzięki temu przeniesiecie się w piękne miejsca i na Waszych twarzach zagości uśmiech. Życzymy Wam miłej lektury. Prosimy o wyrozumiałość i czekamy na uwagi. Wiktoria Grosicka Wakacje bez rodziców... Obozów czar
My, młodzi ludzie, w czasie wakacji zaw-sze mamy dylemat: spę-dzać je razem z rodzica-mi, dziadkami, na łonie rodziny czy wyjechać na obóz temayczny, spor-towy. Pajonaci nie mają z tym problemów. Go-rzej z tymi niezdecydo-wanymi. Dla nich umieszczamy relacje z takiej formy spędzania wakacji. Ma-my nadzieję, że w przy-szłym roku ułatwi im to dokonywanie wyborów. Redakcja


Red.: O taką formę spędzania wakacji za-pytaliśmy kilka osób ze Społecznej Szkoły Podstawowej i Społe-cznego Gimnazjum. Oto, co nam odpowie-dzieli. Marysia Jarzyna: Dwa dni po zakończeniu ro-ku szkolnego wyjecha-łam na obóz pływacki do Kołobrzegu. Byłam tam dziewięć dni. Spę- dziłam je pożytecznie i ciekawie. Nasi opieku-nowie rygorystycznie wdrażali nas do porząd-ku i codziennie przepro-wadzali w pokojach kon-trolę czystości, co nie było takie złe, bo dzięki temu niczego nie zgubi-łam. Każdy dzień rozpo-czynał się od porannych treningów gimnastycz-nych na plaży. Dwa razy dziennie ćwiczyliśmy też na basenie różne techniki pływania. Kiedy było ciepło i słonecznie, chodziliśmy nad morze, opalaliśmy się i oczywi-ście kąpaliśmy. Byliśmy wszak przecież na obo-zie pływackim. Każdy z uczestników marzył o sukcesach. Każdy chciałby kiedyś zostać przynajmniej mistrzem Polski. Kocham pływa-nie, więc czułam się na obozie jak ryba w wo-dzie, nawet wtedy, gdy



tylko leżałam na plaży, co widać na pierwszym zdjęciu (czwarta z lewej strony). Po kolacji zazwyczaj odbywały się spotkania wieczorne. Na nich omawialiśmy, co nam się najbardziej podobało w ciągu dnia. Graliśmy również w różne cieka-we gry i zabawy. O go-dzinie 22.00 zaczynała się cisza nocna, a my "grzeczne" dzieci zaw-sze jej przestrzegaliś-my. Nasi opiekunowie zorganizowali nam też kilka wycieczek. Byliśmy w Kołobrzegu. Zwiedzaliśmy latar-nię morską, z której szczytu było widać mo-lo, port i stojące na re-dzie statki. W muzeum podziwialiśmy ciekawe, niezwykłe bursztyny, kryształy i ogromne mu-szle nieznanych nam stworzeń morskich. Byliśmy również w mu-zeum statków. Widzie-liśmy maszynownię i ka-juty dla załogi. Najbar-dziej zafascynowało nas pomieszczenie sternika, z mnóstwem przycisków na pulpicie, których nie dało się zliczyć. Obóz minął bardzo szybko. Codzienne treningi poprawiły moją kondycję i z jeszcze większym zapałem bę-dę je kontynuować w Starachowicach. Wyjazd do Kołobrzegu był bardzo udany. Z ża-lem żegnaliśmy morze. Mam nadzieję, że zno- wu tu przyjadę. Wielu moich rówieśni- ków przeraża dyscypli-na i praca na obozach tematycznych czy spor-towych. Ja uważam, że nie ma nic lepszego niz takie właśnie spędzanie czasu. Człowiek bawi się i uczy jednocześnie. I to jest wspaniałe. Spę-dza czas wśród rówieś-ników, z dala od Argu-sowego oka rodziców. i



Madzia Kiepas: Na po-czątku wakacji razem z moją najlepszą przyja-ciółką pojechałam na obóz sportowo - języ-kowy do Sielpi. Było bardzo ciekawie. Julia Wyskiel: To nie był duży obóz. Było nas razem 27 osób wraz z opiekunami. Początko-wo obawiałam się, że Sielpia to miejscowość zbyt blisko położona na-szych rodzinnych Stara-chowic i, że nie będzie tam nic ciekawego, zwłaszcza, że zatrzyma-liśmy się w ośrodku „Łu-cznik”, którego nazwa sugerowała, że powstał w czasach PRL- u. Madzia: Codziennie miałyśmy zajęcia z an-gielskiego, tenisa ziem-nego i park linowy. Julia: Zaczynałyśmy dzień od porannej gimnastyki o godzinie siódmej trzydzieści i śniadania. Madzia: Zajęcia rozpo-czynaliśmy od lekcji języka angielskiego. Julia: Wszystkie dzieci były podzielone na trzy grupy wiekowe. Ja z moją przyjaciółką, Madzią. byłyśmy w gru-pie drugiej. Julia: Co kilka dni cho-dziłyśmy też na plażę. Woda była trochę brud-na, ale i tak cała grupa się kąpała. Pływaliśmy tam, budowaliśmy zam-ki z piasku lub graliśmy w różne gry.Wieczorami opiekunowie organizo- wali dla nas różne atra-kcje. Po upływie dzie-więciu dni opuściliśmy ośrodek i wyjechaliśmy z Sielpi. Na obozie poznałam wiele miłych osób. Bar-dzo mi się podobało. Madzia: Ja też jestem bardzo zadowolona, że byłam na tym obozie. Julia: Uważam, że obo-zy wakacyjne to nie tyl-ko mile spędzony czas, ale przede wszystkim wspaniała nauka. Wszak uczeni stwierdzi-li, że człowiek uczy się najszybciej i najlepiej przez zabawę. Nie bez znaczenia są kontakty towarzyskie. Madzia: Też tak uwa-żam, chociaż nie wy- obrażam sobie całych wakacji na obozach. Mile jest też pobyć tro-chę z rodziną. Rodzice się wtedy starają i fun-dują dodatkowe atrak-cje, co my skrzętnie wykorzystujemy. Red. Maria Kostecka



Wytańczone marzenia Sierpień 2017, to termin długo wyczekiwanego obozu taneczno– wypoczyn-kowego odbywającego się w Kątach Rybackich. Uczestnikami obozu byli tancerze grup tanecznych ze szkoły tańca – MIM. Najciekawszymi punktami wyjazdu były zajęcia z różnych form tańca współ-czesnego, a najbardziej urokliwym, obserwacje niezwykłych zachodów słońca. Każdy z nas nie tylko doskonalił technikę, ale także próbował swoich sił w fotografii, do czegoo zachęcały piękne nadmorskie krajobrazy. Najważniejze jednak były kontakty towarzyskie i, mam nadzieję, na długo zawiązane przyjaźnie między uczestnikami obozu. Bardzo chętnie, ponownie odwiedzę to magiczne miejsce. Ola Stanecka
Jak przyjemnie kołysać się wśród fal... Żeglarskie wspomnienia Tosi.


Od 24 lipca do 6 sierpnia już ós-my raz z rzędu przebywałam na obozie żeglarskim. Każdy szczur lądowy po-winien chociaż raz w życiu poczuć po-kład pod stopami, usłyszeć łopot żagli. Zaręczam wam, że nigdy tego nie za-pomnicie i szybko tam wrócicie. Codziennie rano pływamy na jach-tach, zdobywając nowe umiejętności. Po południu się bawimy, gramy w piłkę i pływamy, a wieczorami śpiewamy szanty pod gołym niebem przy ogrze-wającym nas ognisku. Jest cudownie. Wokół tylko przyroda... Naszym śpie-wom wtóruje cykanie konika polnego. Całości dopełnia, odbijający się w tafli wody, błyszczący księżyc. Takiego wi-doku nie można nigdzie zobaczyć. Tyl-ko na Mazurach! Tylko tu można wyjść na mokry pokład, kiedy leje deszcz. Za prysznic i łazienkę mieć chmury nad głową, i przyrodę, otulającą cię swoim płaszczem. Tylko tu można odetchnąć rześkim powietrzem. Tylko na Mazu-rach można odpocząć od wszystkiego: od ludzi, których mijasz codziennie, od sąsiadki wrzeszczącej za rogiem, od internetu, który dzisiejszej młodzieży zastępuje rodzinę i przyjaciół. Na tym obozie jest zawsze pełno dzieci, młodzieży i dorosłych. W tym roku uzbierało się nas aż pięćdzie-

sięcioro. Dużą atrakcją na takich obozach jest oczywiście chrzest morski.Czekam na niego cały rok. W tym roku byłam nimfą ,która pomagała Neptunowi, co widać na powyższym zdjęciu. Zachęcam wszystkich do żeglarstwa. Zarę-czam, że kto raz połknie bakcyla, nigdy nie zdra-dzi żagli. Życzę wam stopy wody pod kilem i wiatru w żaglach. Nie tylko na wodzie, ale przede wszystkim w szkole. Tosia Stępniak

Po słoweńsku w takt walca
Slowenia to jedno z mniej znanych i odwiedzanych państw przez Polaków, którzy cześciej się tam wybierają zimą. Słynie ten kraj bowem, ze wspania-łych gór i narciarzy.


Tegoroczne wakacje zaliczam do niezwykle udanych. Zwiedziłem sporą część Polski i Europy, wielokrot-nie oddając się uczuciu fascynacji i za-ciekawienia. Doświadczyłem cudow-nej śródziemnomorskiej atmosfery oraz letniej beztroski. Jednak nie mam zamiaru pisać dziś o leniwych, słonecznych plażach Chorwacji, czy o eksplorowaniu kaza-matów i ogrodów majestatycznego zamku w Książu. Poświęcę miejsce w gazecie cze-muś zupełnie innemu. Porównam sło-weńską Lublanę i austriacki Wiedeń- dwie europejskie stolice o zupełnie in-nym charakterze, wyglądzie i pomyśle na siebie. Oba te miasta zafascynowa-ły mnie w znacznym stopniu, jak rów-nież skłoniły mnie do myślenia: Czy czasem nie wystarczy mniej, by poczuć się lepiej? Lublanę, stolicę Słowenii miałem szansę odwiedzić jako pierwszą. Wbrew moim wielkomiejskim oczeki-waniom, jest to miasto niezwykle małe i wprost kameralne, jak na najważniej-szy ośrodek kraju. Zieloną Stolicę Eu-ropy można bez problemu przejechać rowerem, mało tego, mając przed sobą panoramę słoweńskich gór. Niemniej jednak, wciąż uważam spacer klima-tycznymi ulicami miasta, za wspaniały sposób na pochwycenie lokalnej at- mosfery rozluźnienia i przyjaznej aury, tak jednoznacznie przywodzące na myśl liberalny klimat Amsterdamu, czy Nowego Jorku. Tyle,że w Lublanie tę przyjemną atmosferę da się wyczuć pomiędzy nisko zabudowanymi ulicz-kami, kościołami i placami. Zwiedzanie Lublany rozpocząłem w Zamku (Ljubljanski grad), przesze-dłem klimatycznymi placami (jest ich naprawdę sporo!), przy okazji wstępu-jąc do kilku sklepów z zadziwiającym asortymentem od oliwy z oliwek po po-rcelanę i lawendę oraz restauracji, lo-dziarni. I oczywiście do kilku zabytków, takich jak barokowa katedra, czy Tro-mostovje, potrójny most. W Lublanie nietrudno zatracić poczucie czasu. Ła-two jest tam zwyczajnie chodzić i poz-nawać piękne miasto razem z jego mieszkańcami. Do Wiednia postanowiłem przyje-chać z rodziną w drodze powrotnej z Istrii. Moje wyobrażenie o tej austriac-kiej metropolii zawsze było pozytywne, wręcz powiedziałbym wygórowane. W końcu Wiedeń to stolica opery, muzyki klasycznej, centrum sztuki oraz kultu-



ry. I faktycznie, z punktu widzenia poszukiwacza atrakcji Wiedeń to miej- sce niezwykłe. Daje ono szansę zobaczenia po-zostałości po cesarskim splendorze Habsbur-gów, takich jak pałace Schoenbrunn, czy Hof-burg. Oba z nich zapie-rają dech w piersiach! Wiedeń pozwala obej-rzeć modelowe ulice, kościoły, kamienice, parki. Jednak mimo te-go zawsze trudno jest mi tam odpocząć. Wśród zgiełku turystycz-nego Wiednia niełatwo jest się tam po prostu zrelaksować. W stolicy Austrii panuje dość przyjemny nastrój, coś z pogranicza austriac-kiej tradycji i europej-skiej wielokulturowości. Mimo to czasem zdawa-ło mi się, że znajduję się w wielkim muzeum, a- trakcji, świadomym swej wagi, nie czując energii tego miasta. Doswiadczenie z po-bytu w Lublanie i w Wiedniu podsuwa mi pewną konkluzję. Otóż myślę, że oprócz zabyt-ków i ciekawych miejsc, nowoczesne miasto powinno tworzyć pozy-tywną i otwartą atmos-ferę. To duże wyzwanie obecnych czasów, ale istnieją w Europie mias-ta, które to potrafią. Te-raz rozumiem istotę przebywania w zabyt-kowym mieście nieco inaczej niż dotąd. Aby było ono satysfakcjo-nujące, najlepiej po-czuć jego unikalną at-mosferę. Dlatego tym razem urzekła mnie pozornie oferująca mniej, lecz w istocie czarująca Lublana. Czasem warto przy-stanąć w mniej oczy-wistym miejscu, aby po prostu chłonąć miasto, z jego tradycją i rzeczy-wistością, bez pośpie-chu, bez pogoni za turystycznym tłumem. Wiktor Serwicki Mój wyjazd Cudze chwalicie, swego nie znacie
Zafascynowani zagranicznymi podróża-mi czesto zapominamy, o niezwykłej urodzie naszej ziemi ojczystej.


Mam na imię Oliwia i chciałabym opowie-dzieć wam o moim po-bycie w polskich, urokli-wych Tatrach. Rodzice zaskoczyli mnie wyjazdem do Za-kopanego. Lubię Tatry, mogłabym tam jeździć co tydzień. Gdy zobaczyłam ho-tel, w którym się zatrzy maliśmy, poczułam się jak w siódmym niebie. Zamieszkalismy w pię- ciogwiazdkowym hotelu, z ktorego okien rozta-czał sie niezwykły widok na panoramę gór, Pierwszego dnia nie sprzyjała nam pogoda. Wybraliśmy się więc na Krupowki, na których dokonałysmy zakupu tradycynych pamiątek góralskich made in Chi-na. Odbyliśmy też krótką podróż kolejką na Gubałówkę.Spacerowalismy, podziwiajac nie-zwykłe tatrzańskie widoki. W kolejnych dniach pogoda się poprawiła. Chodziliśmy więc w róż-ne miejsca, na przykład do Doliny Strążyskiej, gdzie mozna było podzi-wiać monumentalny wspaniały Giewont. Pewnego dnia wy-braliśmy się także na wystawę figur wosko-wych Można tam było zobaczyć sławne posta- cie z filmów, tj „Świat według Kiepskich”, po-stacie z różnych bajek. m.in. „Wonder woman”. Bawiłam sie też w labi-ryncie luster. Nawet nie zabłądziłam. Poszło mi łatwo i szybko w porów-naniu do innych osób, które ciągle błądziły i się myliły. Chodziliśmy tam po ciemku, dotyka-jąc jedynie luster, po to, by odnaleźć wyjście. Zakopane tez słynie z pysznego jedzenia Kuchnia góralska jest jedyna w swoim rodza-ju. Jedliśmy więc, opiewaną przez Golców

kwaśnicę, pierogi i oscypki. Luksusowy hotel pozwolil nam na kapiele w gorącym dżakuzi poło-żonym na a dworze, w którym taplaliśmy się mimo deszczu. Te kilka dni w Tatrach były wspaniałe. Dobrze się bawiłam z moimi ro-dzicami oraz młodszą siostrą. Uważam, że wcale nie trzeba wyjeżdżać za granicę do ciepłych kra-jów, bo można się świe-tnie bawić w Polsce. Cudze chwalicie, swego nie znacie... więc wę-drujcie po Polsce! Oliwia Szwed