Musisz zainstalować flash player pobierz instalator
Od Redakcji
Redakcja ,Czarniecczyka" prowadzona od roku przez uczniów I Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Czarnieckiego w Chełmie pod opieką Pani profesor Teresy Kurzępy w swoim najnowszym numerze przystępuje do ogólnopolskiego konkursu na temat wolnych licencji, którego pełna nazwa brzmi 17. MAM Forum Pismaków. Organizatorem konkursu jest Fundacja Nowe Media.
Kolejne wydania naszego qmama będą dotyczyły między innymi wolnych licencji, praw autorskich,
plagiatu, piractwa, legalności dóbr kultury (np. płyt, programów komputerowych), które nabywamy. Powstaną trzy wydania konkursowe; naszych redaktorów czeka więc poważne wyzwanie.
Chcemy pokazać problem niesztampowo, z różnych perspektyw, oryginalnie. Uzyskaliśmy wiele cennych informacji, spostrzerzeń i opinii od ekspertów w dziedzinach radia, prasy, szeroko rozumianej kultury, ale także od zwykłych odbiorów kultury masowej i wysokiej naszego regionu.
Temat wolnych licencji jest naprawdę ważny, czasami nie zdajemy sobie sprawy, jak łatwo jest złamać prawo. Nawet niewinne ściąganie kilkuminutowych piosenek bez wykupowania licencji może okazać się zwyczajną kradzieżą.
Jak tego uniknąć? Z jakich licencji korzystać? O tym i jeszcze o kilku innych sprawach przeczytacie w
"Czarniecczyku".
Redaktor Naczelna -
Ewelina Bukowska
Spis treści:
I Liceum Ogólnokształcące im. Stefana Czarnieckiego w Chełmie -
Wydawca Czarniecczyka
Adres - Chełm 22-100, ul. Czarnieckiego 8
Telefon - (0-82) 565-38-85
E- mail- liceum@1lo.chelm.pl
Adres internetowy szkoły -www.1lo.chelm.pl
Facebook -
http://www.facebook.com/czarniecki.chelm Współpraca:
Samorząd Uczniowski
szkolna telewizja 1lo.tv
p.prof.Piotr Skibiński - administrator strony internetowej szkoły
portal internetowy - echełm.pl
portal internetowy - chełmNews.pl
p.prof.Lilianna Kostecka- administratorka szkolnego facebooka Stopka redakcyjna:
Redaktor naczelna:
Ewelina Bukowska
Redaktor wydania: Natalia Lewczuk
Redaktor techniczny:
Natalia Lewczuk
Grafik:
Mateusz Sabarański
Korekta:
Magda Pióro
Dziennikarze:
Radosław Arciszewski,
Katarzyna Myszura,
Magda Pióro
Magdalena Nastaj
Eliza Adamska
Agata Pawłoś
Opiekun:
Teresa Kurzępa
Ewelina Bukowska Od Redakcji ...........s. 2
Magdalena Nastaj Niewiedza, za którą się płaci ...................... s. 4
Kasia Myszura i Magda Stankiewicz Chełm kulturalny......s. 8
Ewelina Bukowska i Radek Arciszewski Prawo, prawo i jeszcze raz prawo... ..............s. 12
Agata Hajduk
Inteligencja przyszłości......s.18 Agata Hajduk
Próba mikrofonu..........s. 20
Eliza Adamska
„… ale zostanie po nas ślad”.................s.22
Agata Pawłoś Przygody Qmamka .......s. 24
Niewiedza, za którą się płaci
Licencje. Czy warto z nich korzystać? Co nam grozi za nieprzestrzeganie prawa?
Czarniecczyk
Gdybyśmy zapytali na ulicy przechodnia, czym są wolne licencje, zapewne ujrzelibyśmy zdziwienie, zakłopotanie w jego oczach lub usłyszeli skojarzenia z serialem emitowanym na "dwójce". Choć niewiele o nich wiemy, wbrew pozorom temat powinien nas żywo interesować.
Licencja, czyli pozwolenie na użytkowanie, jest niezbędna w momencie, kiedy chcemy korzystać z pracy, której nie jesteśmy autorami. Taki akt prawny powstał w celu ograniczenia przywłaszczania sobie czyjejś własności. Dokładnie analizując temat, uzmysławiamy sobie, że jest on dość obszerny i ma wiele zawiłości. Przede wszystkim powinniśmy wiedzieć, iż niezbędne jest zapoznanie się z licencją danego produktu, zanim zechcemy z niego korzystać, zmieniać go bądź rozpowszechniać. Ot, coś na wzór instrukcji obsługi.
Prawa zastrzeżone?
Dzięki Licencjom CC legalne korzystanie z Internetu jest na wyciągnięcie ręki! Organizacja Creative Commons stworzyła zestaw licencji, które umożliwiają nam kopiowanie, dystrybucję, rozpowszechnianie utworów objętych prawami autorskimi. Jest to sposób na to, aby twórca, zachowując prawa, mógł w łatwy sposób dzielić się swoim dziełem z innymi. Każdy z nas zna zasadę: ''wszelkie prawa zastrzeżone''. Dzięki licencjom CC hasło
Czarniecczyk
to ulega modyfikacji i powstaje nowe: ''pewne prawa zastrzeżone". Wędrując po stronach internetowych, możemy napotkać wiele ikon informujących nas o warunkach udostępniania materiałów. Warto się z nimi zapoznać, aby być w pełni świadomym, na co pozwalają nam licencje obejmujące interesujący materiał. Nie bójmy się poszerzać naszą wiedzę na temat licencji. W czasach komputeryzacji jest ona niezmiernie potrzebna do swobodnego poruszania się wśród pułapek czyhających, abyśmy pobrali z sieci utwór w nielegalny sposób.
Kupić, nie kupić?
Dlaczego pobieramy z sieci nielegalne oprogramowania? Skąd na naszych odtwarzaczach muzyka z nieznanych źródeł? Czy sterta płyt ze ściągniętymi filmami, to nic złego?
Muzyka, filmy, oprogramowanie - tego w Internecie jest zatrzęsienie, na każdym kroku spotykamy się z reklamami stron, z których możemy pobierać coraz to nowsze materiały. Z ciekawością poznajemy przyczyny nabywania nielegalnych produktów, które tłumaczy się brakiem środków finansowych i świadomości, że to, co robimy, jest przestępstwem.
Koszty płyty znanego zespołu muzycznego to około 80 złotych, na krążku zamieszczono średnio 20 utworów, czyli 4 złote kosztuje jedna piosenka. W Internecie, pobierając piosenkę, nie zapłacimy nic. Taki tok myślenia prowadzi młodego człowieka do wniosku, że korzystniej wychodzi pobrać plik z sieci - taniej i bez wychodzenia z domu.
Najnowszy film z Hollywood podbija światowe kina, a w Polsce jeszcze nie możemy go obejrzeć. Jak postąpić? W Internecie pojawiła się amerykańska wersja językowa. Nic nie szkodzi, można szybko pobrać film, program z lektorem i tydzień przed premierą cieszyć się znajomością treści.
Awaria komputera. Konieczne jest przeinstalowanie systemu. Skąd wziąć oprogramowanie? To proste! Kolega przyjaciółki mojego drugiego ojca w zeszłym roku kupił nowy system. Czynność jest prosta - na komputer wrzucam ''nowe'', ''legalne'' oprogramowanie. Szybko, tanio, niezawodnie.
Młodzi nie zdają sobie sprawy, że z pozoru niewinne, nielegalne ściągnięcie czegokolwiek z Internetu naraża wielkie firmy, które musiały wyprodukować daną rzecz, na ogromne straty sięgające miliardów dolarów, no i sami narażają się na konsekwencje.
Łamanie prawa?
Każdego, kto zadaje sobie powyższe pytanie, odwołuję do Ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Za posiadanie nielegalnego
Czarniecczyk
oprogramowania grozi kara grzywny, sięgająca trzy razy więcej niż pierwotna stawka produktu, a nawet pozbawienie wolności na 3 lata.
Mając świadomość konsekwencji, możemy wróżyć w fusów, uda się albo się nie uda, przyłapią, albo nie przyłapią nas. Życie w ciągłym stresie, czy policja zapuka do naszych drzwi w celu przeszukania komputera jest dość uciążliwe i może skończyć się problemami zdrowotnymi. Może więc nie warto poświęcać szlachetnego zdrowia i przedkładać je nad koszt 200 złotych, tyle ile liczy oprogramowanie? Złą wiadomością dla wszystkich nieuczciwych jest również wiadomość, iż policja dysponuje coraz lepszym sprzętem, kontrolującym nielegalne pobieranie matriałów z sieci. Coraz częściej czytamy w gazetach o kolejnych wizytach stróżów prawa w domach osób oskarżonych o piractwo.
W czym pomogają licencje?
Free license kryją w sobie informacje, że każdy ma prawo do pobierania materiałów, zmieniania ich, modyfikowania, a następnie rozpowszechniania własnych korekt. Brzmi dość ciekawie i bezpiecznie.
Dlaczego więc młodzi boją się działać zgodnie z prawem? Lenistwo? Brak
Czarniecczyk Fot. CC BY 2.0 by Robert S. Donovan Dzięki Licencjom CC legalne korzystanie z Internetu jest na wyciągnięcie ręki!
wystarczającej wiedzy? Nie możemy z góry zakładać, że wszystko, co znajduje się w sieci i pobranie tego, a co więcej zmiana - jest nielegalne. Dlatego w pierwszej kolejności powinniśmy zastanowić się, czy warto narażać się dla kilku nielegalnie pozyskanych piosenek. A kiedy już zdecydujemy się na opcję zgodną z prawem, koniecznie musimy zapoznać się z informacjami na temat utworu i licencji. Nie taki diabeł straszny, jak go malują! Internet pełen jest nie tylko nielegalnych materiałów, ale również szczegółowych informacji o tym, gdzie szukać porad dotyczących licencji, pobierania z sieci. Wystarczą chęci, trochę wysiłku, aby strach przed wizytą mundurowych przerodził się w pewność, że zawartość komputera pochodzi z pewnych, legalnych źródeł.
Warto, by Polacy, tak jak większość mieszkańców Zachodu, zaczęli za normę uznawać przestrzeganie prawa. O wiele szybciej, by się tak stało, gdybyśmy zarabiali trochę więcej i nie martwili się, co ze sobą robić po ukończonych studiach.
Magda Nastaj Dlaczego młodzi łamią prawo? Lenistwo? Brak wystarczającej wiedzy?
Chełm kulturalny
Siedemdziesięciotysięczne miasto. Tutaj nie wszystko jest na sprzedaż.
Reportaż
Książki, obrazy, świeczniki, … gnieżdżą się bezradnie w antykwariacie, czekając na nowego właściciela. Nie są to zwykłe rupiecie, lecz przedmioty z duszą, opowiadające własną historię. Znalezienie choćby jednego centymetra kwadratowego wolnego miejsca jest nie lada wyzwaniem.
Ten niewielki lokal położony w centrum Chełma mieści w sobie ogromny zbiór niezwykłych przedmiotów, a przez wzgląd na swojego właściciela, przedmiotów z duszą. To właśnie tutaj, sugerując się opiniami antykwariusza, zaczynamy podróż po obiektach chełmskiej kultury, pełnej zagadek, a niekiedy kontrowersji.
Jest życiem duchowym narodu, dokumentem tożsamości, prawdy, światła, […] pamiętnikiem doświadczeń. W niej mieszczą się też losy pojedynczych ludzi [...]. Kultura ma więc bardzo różnorodne oblicza fascynujące i dokumentujące.
Reportaż
Tak zaczarowuje nas słowem pan Krzysztof Kołtun - znany wielu chełmianom antykwariusz, etnograf, dziennikarz i poeta kresowy.
Tajemnicza postać
Rozmawiamy ze znawcą kresów. Kilkakrotnie przerywają nam klienci. Może nie tak liczni jak w pobliskim Rossmanie, ale jacy?! Tym razem są to dwie starsze kobiety. Jedna z nich, okazuje się, jest artystką. - Panie Krzysiu, nie da się nic zrobić? – pyta któraś z nich. Bezradne rozłożenie rąk wszystko mówi za siebie. Same zdolności nie wystarczą.
-Jeżeli książki nie są wydawane w nakładach stutysięcznych, to nie ma żadnych zysków. Autor, który wydaje swoje książki za pożyczone pieniądze, nigdy ich nie może spłacić. – tłumaczy pan Kołtun. Kobieta jest na tyle uprzejma, że przedstawia nam kilka swoich wierszy.
Z zaciekawieniem wsłuchujemy się w każde zdanie. W pewnym momencie na twarzy kobiety pojawiają się łzy. Wiersz, domyślamy się, odnosi się do smutnego wydarzenia z jej życia. Spotkać taką
osobę, to naprawdę coś niezwykłego. Unikalna wrażliwość, subtelność. Szkoda, że dopiero teraz odkrywa swój talent, decyduje się zaistnieć. Może gdyby... . Tacy ludzie mieszkają w Chełmie, obok nas. Wystarczy dobrze się rozejrzeć.
Tam, gdzie oczy się cieszą
Galeria Atelier. Pan Ryszard Kaczmarski właśnie oprowadza gości po wystawie. To prawdziwy pasjonat sztuki i z racji wykonywanego zawodu, i stylu życia, wyglądu. Oprócz swej prywatnej smykałki do fotografii, pomaga innym artystom zaistnieć, udostępniając salę na piętrze na wernisaże, spotkania autorskie i pokazy. Czekamy na niego na dole, w wiklinowych krzesłach obok urokliwej palmy. - Brakuje tylko piasku, słońca i kolorowych drinków - śmieje się Magda. Mijają nas przechodnie. Po kilkunastu minutach rozmawiamy z właścicielem. - Nie podpisuję umówo prawach autorskich z twórcami
Reportaż
– wyjaśnia pan Kaczmarski – sama chęć pokazania swej pracy na wystawie jest jednoznaczne ze zgodą na jej publikację. Odpowiedź szczupłego, wysokiego właściciela galerii, o oryginalnej fryzurze (faliste włosy wystajace intrygująco spod czapki) wprowadziła nas w zdziwienie. Ale to jeszcze nie wszystko. I choć to nie Londyn, gdzie prawie każde muzeum jest gratisowe, tutaj można robić zdjęcia wystawionym pracom, o ile galeria tego nie zakazuje (Atelier na to pozwala). Byle tylko nie wykorzystywać ich w celach komercyjnych. A więc aparaty w dłoń i do dzieła!
Świeża i nowa, bo cotygodniowa
Kolejny przystanek – prasa. - Najczęściej tytuły prasowe nie podpisują żadnych umów i od dawna nie płacą honorariów (śmiech), jest to więc wielki zaszczyt, jeżeli w ogóle prasa chce publikować poezję. – mówi pan Kołtun
– Stało się to jakieś niemodne, zakazane. Wbrew woli […] tej poezji naprawdę jest niewiele.
Schody prowadzą nas do siedziby jednej z chełmskich gazet. Wewnątrz kilku dziennikarzy siedzi przed monitorami komputerów. Panowie nie mają zbyt wiele czasu, jak to przed świętami. Ale chwila rozmowy, którą dla nas przeznaczyli, pozwoliła przyznać kolejny punkt
Czarniecczyk
Reporttaż
naszemu duchowemu przewodnikowi po chełmskich „uliczkach kulturalnych”. - Przed opublikowaniem np. wiersza rzeczywiście nie podpisuje się żadnej umowy. A w dodatku odnalezienie swego dzieła w lokalnej prasie graniczy z cudem. Szczęście dla autora, gdy gazeta w ogóle chce coś takiego w swoim numerze zamieścić. Brak czytelników? Bo chyba nie chodzi o fundusze, skoro zwykle taką publikację można nazwać „darmową
reklamą.
Ukłony w stronę artystów.
W eterze czy na papierze?
Ostatnie miejsce zimowej podróży – siedziba radia Bon Ton. Długi korytarz. Skręt w prawo. Dzwonek. Otwiera nam dziennikarz dyżurny. Porównujemy jego wypowiedź ze słowami kresowego artysty: - Najczęściej to umawiamy się na nagrania, a później ewentualnie prowadzone są jakieś korekty. Zdarza się, że przy okazji imprez, większych wydarzeń ktoś dzwoni z jakiejś rozgłośni i prosi o rozmowę, a przy okazji jest tam nagrywany wiersz, czy fragment twórczości. Pan Krzysztof miał rację. Radio traktuje artystów lepiej niż prasa. Słucha się go wszędzie: w domu, w pracy, w samochodzie, o każdej porze dnia i nocy. Jest większe prawdopodobieństwo, że ktoś usłyszy, zetknie się w eterze z twórczością, a nawet ją doceni. -Udało mi się razem z Radiem Lublin, wcześniej z programem pierwszym z Warszawy i innymi rozgłośniami nagrać sporo audycji, nie tylko literackich, ale głównie
audycji obyczajowych, o tradycjach, o kulturze Kresów, o kulturze obecnego pogranicza. Tam najczęściej to jest już zupełnie świadome podejmowanie decyzji, nasz udział w tych audycjach – dodaje pan Kołtun. Autor wyraża poprzez fonię swoje uczucia, emocje, moduluje głosem, ma większe pole manewru. Wszystko po to, by zainteresować słuchacza, nawet sceptyka, w sprawach kultury i sztuki. Prasy można nie czytać, ale znaleźć dom bez odbiornika radiowego – nierealne.
Odwiedziny w zaledwie kilku znaczących miejscach udowadniają, że mieszkamy w całkiem ciekawym mieście. W wielkiej metropolii, gdzie artysta ma inne możliwości, łatwo jest też tworzyć dla samej sztuki – u nas trzeba być niepoprawnym zapaleńcem, pasjonatem, by poświęcić temu gors czasu, życia. W tej sferze biurokracja, pisemne
umowy czy sterty plików do podpisania, to słowa nieznane. Tutaj umowa o prawach autorskich może być słowna, domyślna lub wcale nie istnieć.
Mimo iż publikacje są mało opłacalne i ciężko jest zaistnieć, w naszym rejonie nie brakuje artystów. Nie zawsze zabiegają o popularność, część pisze do szuflady. Inni próbują.
Ani Dąbrowskiej się udało.
Katarzyna Myszura Magdalena Stankiewicz
Prawo, prawo i jeszcze raz prawo
Tomasz Moskal i jego charakterystyczny głos słyszalny w komercyjnym radio Bon Ton na częstotliwościach 104,9 MHz nawet w części obwodu wołyńskiego na Ukrainie.
Czarniecczyk Wywiad
Radek Arciszewski: Od lat pracuje Pan w mediach, jest Pan redaktorem naczelnych Radia Bon Ton, z racji specyfiki zawodu ma Pan do czynienia z artystami, twórcami kultury, innymi dziennikarzami i wytworami ich pracy.
Zastanawia nas, czy jest możliwe, akceptowalne i celowe takie założenie, że wszyscy korzystają bez ograniczeń z informacji lub niematerialnych dóbr kultury?
Pan Tomasz Moskal: Wolność, którą sobie w ‘89 roku zagwarantowaliśmy, pozwala na to, byśmy mieli swobodny dostęp nie tylko informacji i do wolności słowa, ale także nieograniczony dostęp do wytworów kultury masowej i wysokiej. Rozumiem, że intencją pytania jest to, czy ma się to wiązać, czy ma się nie wiązać z jakimikolwiek ograniczeniami ze strony organizacji zarządzania zbiorowego prawami autorskimi? Uważam, że nie da się tego uniknąć, bo nawet najbardziej alternatywny artysta, tworząc cokolwiek - pisząc utwór, nagrywając film czy malując obraz, stara się bronić to,
Wywiad
Wywiad Od lewej; Pan Tomasz Moskal, Radosław Arciszewski, Ewelina Bukowska
Fot. Stefania Fedorczuk
co wytworzył. Nie może bowiem być tak, że wytwór jego pracy, umysłu, talentu został zawłaszczony przez kogoś innego. Wszyscy słyszymy o plagiatach. Akurat w tej kwestii, według mnie, nie da się uniknąć stosowania prawa bezwzględnie ani też przestrzegania wszystkich zaleceń, którymi kierują się organizacje związane z ochroną praw intelektualnych, praw autorskich. Było tak od zawsze i tak już pozostanie. Kwestią, która was interesuje, jak rozumiem, jest problem, czy system obowiązujący w Unii Europejskiej i w Polsce w tym względzie jest systemem zdrowym i odpowiednim? Moim zdaniem – nie. Z racji doświadczenia i tego, że na co dzień mam do czynienia z podobnymi dylematami, twierdzę, iż prawo w tej kwestii jest nieuporządkowane, istnieje duży bałagan i chaos, zbyt duża liczba organizacji, które na mocy ustawy mogą funkcjonować i zbierać pieniądze. Inna kwestia to zbyt wysokie stawki za tantiemy autorskie.
Nie powinno się płacić tyle samo za coś, co ma ewidentnie dużą wartość artystyczną i za byle jaki chłam tylko dlatego, że jest zgłoszony na przykład w ZAiKS - ie.
Dlatego prawo, prawo i jeszcze raz prawo jest w tej kwestii do poprawienia.
R.A: Na pewno, jak we wszystkim, należałoby zachować złoty środek.
Wywiad To nie sam artysta zarabia na płycie kosztującej na przykład 60 złotych.
Niektóre jednak dobra kultury, np. płyty, filmy są dla takiego młodego odbiorcy jak my po prostu za drogie.
Co sądzi Pan o tym, by
w skład domeny publicznej wchodziły w rozsądnej mierze nie tylko takie materiały jak np.: dokumenty, materiały urzędowe czy utwory, do których prawa autorskie wygasły?
T.M: To też jest problem, który powinien być poddany
pod dyskusję. Jednak, moim
zadaniem, to sprawa decyzji samego artysty. On powinien indywidualnie określać, czy jego dzieło ma być objęte ochroną intelektualną w taki, czy w inny sposób. Natomiast na pewno tak się nie stanie ze względu na pieniądze, zysk. Mówisz o drogich płytach, drogich książkach. To nie sam artysta zarabia na płycie kosztującej na przykład
60 złotych. Są
wytwórnie płytowe,
pośrednicy, hurtownicy.
Marża narzucana przez
wymienione instytucje
składa się na koszt
ostateczny. W tym
zestawieniu artysta, który
właśnie korzysta z praw
autorskich, jest
na samym końcu.
Nawiązując do radia,
każdą emisję piosenki
musimy odpowiednio udokumentować, musimy napisać, ile razy ją wyemitowaliśmy w danym tygodniu, miesiącu. Twórcy tej piosenki, czyli autor słów, muzyki, wykonawca, a nawet wytwórnia płytowa otrzymują
Czarniecczyk
od tytułu określone pieniądze. Im więcej się korzysta z dzieł danego wykonawcy, tym więcej pieniędzy trafia na jego konto. Natomiast nierozwiązaną do końca kwestią jest to, że tyle samo płaci się za dzieła wybitnie, co za rzeczy po prostu beznadziejne.
R.A: Jakie rozwiązania stosowane są w profesjonalnych mediach
i z jakich licencji korzysta radio?
T.M: Tak jak mówiłem już wcześniej, głównie współpracujemy z ZAiKS -em, bo to jest najstarsza i najbardziej powszechna organizacja ochrony praw intelektualnych, ale także ze SPAV- em STOART -em i kilkoma mniejszymi organizacjami, które mają odrębne prawa do respektowania wartości intelektualnych. Niestety, z bólem serca stwierdzam, że musimy rozliczać się z każdą organizacją, która obecna jest na rynku.
R.A: Czy jest możliwe bezwzględne dotrzymywanie warunków licencji?
T.M: Z naszej strony jest niemożliwe niedotrzymywanie warunków. To konieczność, bo ustawa i prawo stoi po stronie nie tyle samych artystów, co organizacji, które tych artystów reprezentują.
Jednak trzeba zaznaczyć, że prawo bardziej dba o interesy urzędników niż artystów. To urzędnicy zbierają za to gors pieniędzy i dysponują nowymi, luksusowymi biurowcami w Warszawie.
Natomiast niewiele tak naprawdę tych pieniędzy na końcu trafia do artystów. Wracając do sedna, nie da się nie respektować tego prawa, bo mielibyśmy jako stacja po prostu kłopoty.
R.A: W jaki sposób są nabywane licencje?
T.M: Każdorazowo z każdą z tych firm, o których mówiłem, radio zobowiązane jest podpisać konkretną umowę. Stawki są negocjowane - siadamy przy stole i ustalamy, ile ryczałtowo miesięcznie musimy płacić za określone prawo autorskie. Później co miesiąc w ramach rozliczenia pewnego programu komputerowego, który sumuje emisję danych utworów albo innych wartości intelektualnych, przekazujemy pieniądze na konto wyżej wymienionych firm.
R.A: Czy kiedykolwiek w Radiu Bon Ton zdarzały się konflikty z prawem dotyczące licencji?
T.M: Nie. Nie było nigdy konfliktów. Pamiętam taki moment, że przez chwilę negocjowaliśmy dłużej pewne stawki i ten okres to był czas pewnego zawieszenia współpracy, ale za obopólną zgodą. W związku z tym nie poniesliśmy żadnych konsekwencji. Myśmy wiedzieli, że dopóki się nie porozumiemy, pewne rzeczy zostają w zawieszeniu. Nie mieliśmy problemów, bo nie wywołaliśmy ich. Nie było sytuacji, w której nie dotrzymaliśmy
Czarniecczyk
ani terminu, ani nie zgodziliśmy się na zapłacenie komukolwiek. Nie było takiego zdarzenia, że przyszedł choćby SPAV i mu powiedzieliśmy: „No przepraszamy, ale my już wam nie będziemy płacić, bo płacimy ZAiKSowi i STOART- owi”. Ustawa nakazuje nam płacić wszystkim, więc respektujemy prawo.
R.A: Dziękujmy za udzielenie wywiadu, wyczerpujących odpowiedzi, które bardzo pomogły w spojrzeniu na ten temat z innej perspektywy.
T.M: Mam nadzieję, że się nie zniechęcicie i będziecie działać dalej, bo takich sytuacji u progu waszej kariery medialnej będzie bardzo dużo. Jest mnóstwo barier, które mogą sprawić, ze osoba chcąca zostać dziennikarzem zmieni zdanie. Trzeba być konsekwentnym i małymi kroczkami dążyć do celu.
Rozmawiali: Ewelina Bukowska i Radek Arciszewski
Fot.3 Richard Lemonnier
Fot.4 CC BY 2.0 by C.P.Storm
Ponad 90% ankietowanej młodzieży licealnej wie, czym jest plagiat i jakie konsekwencje mogą zaistnieć w wyniku jego popełnienia, ale jednocześnie deklaruje,
że nagminnie uprawia ten
proceder.
Inteligencja przyszłości
Czarniecczyk
Praca magisterska, prezentacja maturalna czy zwykły referat na język polski to tylko przykłady prac, które młodzież pozyskuje z Internetu, a następnie podpisuje własnym imieniem i nazwiskiem. Tym zjawiskiem jest plagiat, który bywa powszechnie znany i akceptowany wśród młodzieży zwanej, pisząc patetycznie, przyszłością naszego kraju.
Warto się zastanowić, jaką przyszłość planują sobie uczniowie. Przecież nie chodzi chyba o to, by być marnym prawnikiem, do którego przychodzi - powiedzmy - klient zagrożony więzieniem w wyniku irytującej pomyłki, a ów mecenas nie wie, jak zabrać się do tego typu sprawy. Co gorsze, nie orientuje się dokładnie, z jakich artykułów prawa skorzystać, przygotowując linię obrony.
A niedouczony lekrz? Jeszcze gorzej!?
Jak bardzo młodzież staje się podobna do Kowalskiego, który w drodze rodzinnych znajomości zasiada
Czarniecczyk
na stanowisku szanowanej firmy, a przy pierwszej konferencji jego manager podsuwa mu pomocne karteczki z wypisanym przepisem na to: „ Jak się nie skompromitować, w wyniku braku wiedzy na temat spraw dotyczących firmy?”.
Młodzież, która już od najmłodszych lat, tak jak obecnie, będzie przepisywała niewinne prace domowe, bo przecież „po co im w życiu chemia?”, oswoi się z plagiatem i w pewnym momencie przekroczy cienką granicę, za którą zamiast w szeregi inteligencji wpisze się w szeregi mimowolnych przestępców.
Prawo Autorskie i Prasowe (rozdz.14., art.115) wyraźnie mówi: "Plagiaty podlegają karze grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 3." Co gorsza, młodzież doskonale zdaje sobie z tego sprawę, gdyż w ankiecie, przeprowadzonej na użytek naszej redakcji, na pytanie: „Jakiej karze podlega osoba, która popełniła plagiat?” podawała jeszcze bardziej zaostrzone kary niż przewiduje prawo.
Uczeń liceum:
„Karze pieniężnej, pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 8 lat”;
uczeń podstawówki:
„karze pieniężnej do 10 000 zł”.
Jedynie studenci łagodzą prawo, gdyż większość przyszłych magistrów odpowiedziała, że kopiowanie czyichś prac podlega karze ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności jedynie do roku. Z czego wynika liberalizm studentów, skoro najwięcej słyszy się o nieuprawnionych zapożyczeniach stosowanych w pracach magisterskich? Wynika z tego, że nie bez przyczyny powstała firma oferująca oprogramowanie wyszukujące "zapożyczeń" w pracach naukowych. W latach 2003-2004 współpracowała jedynie z około 16 uczelniami. Dziś liczba ich urosła aż do 147 uczelni. Z pewnością szkoły wyższe korzystające z usług tej firmy wolałyby zrezygnować z tego typu przyjaźni, jednak zmiana mentalności młodych ludzi to proces bardzo długi.
Rozsądny czytelnik dojdzie do wniosku, że nie warto podejmować się kopiowania cudzej pracy, które nie wymaga wiele wysiłku i nie daje pożądanych profitów w perspektytwie długofalowej, a jedynie wyrabia w nas przyzwyczajenie - nowe zlecenie i kolejny plagiat. W życiu młodych ludzi owe przyzwyczajenia przenoszone są jak pałeczka w sztafecie biegaczy - najpierw szkoła, potem studia, a na końcu praca.
Na szczęście prawo z roku na rok jest coraz bardziej uszczelniane. Dowodem jest ustawa z 30 kwietnia 2010 r. o instytutach badawczych (Dz.U. nr 96, poz. 618), która weszła w życie 1 października 2010 r. i reguluje m.in. zasady zwalniania zatrudnionych pracowników naukowych, którzy dopuszczają się oszustw podczas badań, czy zapożyczają odkrycia naukowe.
Czy zabawa w kotka i myszkę kiedyś się skończy? Zobaczymy.
Agata Hajduk
Fot.1 CC BYNC 2.0 by Rsma
Próba mikrofonu
Czarniecczyk M
usiałeś wystąpić kiedyś
przed publicznością? A w języku obcym? To znasz starą, dobrą przyjaciółkę - tremę, przez którą głos zwyczajnie odmawia posłuszeństwa.
Sztuka prezentowania własnych poglądów innym jest bardzo trudna do opanowania i trzeba przy tym doskonale oswoić się ze wspomnianą tremą. Umiejętność okiełznania jej powinna być ćwiczona już w szkole, na przykład podczas przemówień, a nawet, co może się wydać banalne, odpowiedzi przy tablicy.
I LO im. S. Czarnieckiego w Chełmie daje możliwość uczniom uczestnictwa w zajmujących projetkach. Przykładem jest wystawa "Introducing the UK" (2.12.11- 15.12.11r.). Ta oryginalna promocja szkoły niejako zmusiła nas do występowania przed dużym, wymagajacym gremium. Wystawa ukazała młodzieży niektóre aspekty życia w Zjednoczonym Królestwie Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej.
Czarniecczycy (50 licealistów), którzy brali udział w tym przedsięwzięciu, prezentowali uczniom kilkunastu gimnazjów kulturę i specyfikę miast anglojęzyczny. Wyróżnikiem projeku było to, iż zarówno przewodnicy, jak i zwiedzający mogli wypowiadać się wyłącznie w języku angielskim, co w przypadku gimnazjalistów było dużym wyzwaniem. Dało też im pewnien obraz poziomu nauki języka Szekspira w I LO. Warto wspomnieć, że cała impreza zorganizowana została według autorskiego pomysłu i z inicjatywy p. prof: Anny
Czarniecczyk
Gorczyńskiej, Ewy Betiuk oraz Lilianny Kosteckiej. Zdjęcia, eksponaty prezentowne na wystawie pochodziły w większości ze zbiorów własnych p. Anny Gorczyńskiej - nauczycielki języka angielskiego.
W drugiej części programu organizatorzy postawili wyłacznie na aktywny udział gości różnorodnych zadaniach: układanie mapy Londynu, edukacja w UK , kuchnia, teatr (Romeo i Julia).
Autorzy projektu mieli na celu promocję szkoły oraz języka angielskiego. Jednak na tego typu imprezę warto spojrzeć z innej perspektywy - perspektywy młodego lektora. Uczniowie klas językowych (I b i IIb), którzy obsługiwali wystawę, zgodnie stwierdzili, że pomogło im to w dużym stopniu przełamywać nieśmiałość i niepewność.
Tu techniczna próba mikrofonu, zaczynamy prezentację wystawy... .
Agata Hajduk
Fot 2. p.Marzena Postój,
p. Ewa Betiuk
„… ale zostanie po nas ślad”
Recenzja teatralna
Bez tradycji nasze życie byłoby tak niestałe jak... jaK skrzypek na dachu...
Anatewka, czyli carska Rosja, to miejsce, gdzie płynie aria Tewiego „Gdybym był bogaczem...”. Tam widzowie Teatru Muzycznego przenoszą się na czas musicalu, przedstawiającego historię pewnej młodej pary, pewnej rodziny mleczarza, mieszkańców pewnej wsi, a najdokładniej społeczności żydowskiej sprzed stu lat. Spektakl przedstawia historię zaczerpniętą z powieści Szolema Alejchema „Dzieje Tewiego Mleczarza”.
Nie da się ukryć, że przedstawienie, już legendarne, robi ogromne wrażenie. „Skrzypek na dachu” przekazuje wartości uniwersalne, na przykład stosunek do Żydów, ich kultury niemalże obcej dla powojennej społeczności Polaków. Słowa reżysera z Gdyni dokładnie odzwierciedlają rolę kultowego dzieła Jerzego Bocka:
„To przedstawienie powinno niwelować zajadłość, niechęć, lęk, ksenofobię, tkwiące w każdym z nas. Może to jest takie moje piękne marzenie, ale chciałbym, żeby świat zmieniał się właśnie w tym kierunku” ~ Jerzy Gruza dla „Polityki”
Tradycja i koniec. Jest ona najbardziej stałą i niezmienną wartością w życiu Żydów. Tradycja jest pewna. Musical rozpoczyna się właśnie utworem o tym tytule, dokładnie przedstawiającym obyczaje Żydów.
Warto pójść na spektakl chociażby dla obejrzenia tańca panów z butelkami na głowach lub dla niezwykłego baletu ukraińskiego. W tym miejscu ślemy ukłony dla choreografa, ponieważ układy taneczne, jakie mieli do wykonania tancerze, wymagały
Recenzja teatralna
profesjonalizmu przez wielkie"p" i dawały możliwość na przeżywanie niezwykłych emocji. Na uwagę zasługuje również pomysłowo prowadzony ruch sceniczny, zwłaszcza scen zbiorowych, co wymaga dużej sprawności, wyobraźni reżysera, by odbiorcy mieli wrażenie naturalności, celowości, a nawet spontaniczności.
Partie chóru o bardzo dużej sile ekspresji magnetyzowały widownię.
Scenografia wiernie odtwarzała klimat początku XX wieku - skromna zabudowa sceny, niewiele rekwizytów, jak przystało na biednych Żydów z małego miasteczka. Jedyne zastrzeżenie, według mnie, należałoby poczynić w zakresie charakteryzacji męskiej części aktorów – mowa o brodach, które były nienaturalne, wadliwie przmocowane, co utrudniało grę aktorom i zwyczajnie psuły efekt całości.
Bardzo ciekawym rozwiązaniem reżyserskim było wyjście bohaterów poza rampę podczas ceremonii zaślubin, gdyż młoda para podchodziła do sceny spomiędzy krzeseł widzów. W ten sposób zacierała się granica między sceną a widownią, publiczność mogła się poczuć częścią świata przedstawionego musicalu, ja tak się właśnie czułam. Na uwagę zasługuje również niezwykle sugestywna scena z Tewim, który zwracając się do Boga zwrócony był bezpośrednio do publiczności. Sprawiało to wrażenie obecności w teatrze niemalże sacrum.
„Skrzypek na dachu” to musical magiczny. Właściwie jest to smutna historia o ludziach, którzy mimo ciągłych przeciwności losu pozostają sobą i nie tracą wiary w tradycję. Życie zmusza ich, żeby z dnia na dzień zacząć wszystko od początku, zmienić dom i miejsce zamieszkania z małej Anatewki na Los Angeles, Kraków, Warszawę albo Jerozolimę.
Jednocześnie spektakl jest pełen humoru i żartów z właściwym dystansem do własnego pecha.
O legendarności „Skrzypka…” świadczy przede wszystkim to że jest to przedstawienie na skalę światową, po niezliczonej ilości premier, prapremier i milionach odsłon nadal zgromadza pełne widownie. Dość zauważyć, że prawie każdy mieszkaniec świata umie zanucić: „Gdybym był bogaczem…”
Jednak coś się nie zgadza… żydowska kultura, carska Rosja, a co ze skrzypkiem? Otóż tytułowy bohater to niemy obserwator wydarzeń, który rozpoczyna i kończy niezwykłe widowisko swoją grą na skrzypcach (tworząc klamrę kompozycyjną przestawienia). W arii „Tradycja” Tewje śpiewa:
„Bez tradycji nasze życie byłoby tak niestałe jak… jak skrzypek na dachu”.
A jednak wszystko się zgadza.
Eliza Adamska
zdj. CC BY -SA 2.0 by cybaea
Komiks Czarniecczyk Agata Pawłoś
Przygody Qmamka
odcinek 3
Przysługa czy wtopa? Agata Pawłoś -
uczennica klasy II (profil: prawnojęzykowy)
ILO im. S. Czarnieckiego w Chełmie.
Interesuje się m.in.: literaturą, ekologią, rysunkiem.
Z powodzeniem startuje w wielu konkursach plasycznych. Jest autorką ilustracji do tomików poezji.