Musisz zainstalować flash player pobierz instalator






Nr 3(11/2012) II LO Tarnów

Spis treści
Dominka Saładyga Fotoreportaż „Zakochani w Tarnowie” s. 2 Bartek Ziaja Niech żyje kreatywność! s. 6


Kasia Wąs I krew się polała s. 8 Kasia Witek Tragiczne skutki bycia opiekunką s. 10 Julia Foltak Shut the door, have a seat… s. 12 Magda Goc Jaskółki te najlepsze! s. 14 Magda Jewuła Dzień zdrowia s. 19 Karolina Machalska Tryptyk o umieraniu idealizmu s. 22 TwoFace Źle się dzieje w tęczowej utopii s. 26 Wieczornica s. 28 Magda Jewuła Ostatni taniec s. 30 Borys Kuca Zakazane książki s. 33 Mikołaj Kłos Stany (teoretycznie) Zjednoczone Ameryki Północnej s. 37





Fotoreportaż Dominiki Saładygi z gry ulicznej w ramach III edycji projektu „Zakochani w Tarnowie”. Drużyna II LO, w składzie: Sebastian Bołoz, Kinga Bugajska, Magda Goc, Magda Jewuła, Michał Krawczyk, Dominika Saładyga, Kasia Witek i Bartek Ziaja zajęła I miejsce w grze!

III edycja "Zakochani w Tarnowie" Niech żyje kreatywność! Bartek Ziaja
12 października roku 2012, Sala Lustrzana w Tarnowie. To właśnie tutaj zebrały się reprezentacje czterech szkół, które mają walczyć ze sobą w kolejnej Edycji „Zakochanych w Tarnowie”.


Jesteśmy również i my, szczęśliwa ósemka z II LO i podobnie, jak reszta uczestników w napięciu, obgryzając paznokcie, kręcąc się na krzesłach i pospiesznie powtarzając materiał, czekamy, jakie zadania do wykonania w ciągu następnych dwóch godzin przydzieli nam los. W kopercie czeka na nas wiersz – zagadka (mamy rozpoznać postać i miejsce, do którego będziemy się musieli udać w ciągu najbliższych minut). Wywieszczyć tego nie mógł nawet król, że w jednym miejscu będzie ich dwóch...to zdanie jest teraz powtarzane przez nas wszystkich niczym mantra. Ktoś uderza się w czoło, ktoś zaciska zęby... aż po dwóch niecelnych podejściach – EUREKA!!- Jan Bielatowicz, Plac Kazimierza. Niemal biegiem pokonujemy dystans dzielący nas od tego miejsca. Tam mamy odnaleźć osobę ze znakiem miłości na policzku, na szczęście w pobliżu pasażu Tertila dostrzegamy panią z charakterystycznym znakiem, która daje nam kopertę z zadaniami. Pierwsze: znaleźć trzy osoby, które ubiorem nijak mają się do otaczającej nas mody. Z miejsca zauważamy mężczyznę, który ubrany w niebieski mundur, prowadzi bicykl z przełomu XIX i XX wieku. Którędy droga do centrum? -  Szlakiem miłosnych historii Tarnowa - brzmi odpowiedź. BINGO! Jednego już mamy. Z resztą też radzimy sobie w miarę prosto. Teraz zostaje już tylko ten arkusz, i pytania. Większość z nich nie sprawia nam trudności. Mnie tylko dudni w głowie pytanie, jaki jest ten skrót przed nazwą obozu w Auschwitz? Dochodzimy do wniosku, że pierwszą literą jest K, a druga? KZ? KA? KC? To akurat

Ktoś to wszystko nagrywa kamerą cyfrową, ktoś je właśnie tarnowskiego precla z sezamem a jeszcze ktoś inny rysuje z boku rower, na którym drogę do swojej ukochanej przemierzał Jan Bielatowicz.

było trochę później… Biegnę pod pomnik upamiętniający pierwszy transport więźniów do Oświęcimia, gdzie na płycie odczytuje skrót KL! Tak oto mamy wszystkie odpowiedzi na pytania. Teraz rozdzielamy między siebie dalsze zadania. Ci z ładniejszym uśmiechem i korzystniejszą prezencją ruszają w miasto przekonywać ludzi do zapisywania na karteczkach swoich imion i imion ukochanych. Tarnowianie są naprawdę bardzo otwarci! Odmawia tylko jeden skin i babcia, która machając żywiołowo ręką, mówi „Mnie już miłość nie dotyczy”. Całkiem przypadkowo trafiamy nawet na grupę wycieczkową z Niemiec i łamaną angielszczyzną, z uśmiechem na twarzy, sprawiamy, że piszą swoje imiona, a na końcu, po krótkiej wymianie zdań, z ich ust pada zdanie: „Poland is a beautiful country”. Takie słowa są chyba największą nobilitacją dla tego typu projektów. Nieco przed dwunastą wszyscy zbieramy się w Pasażu Tertila, gdzie na wcześniej wykonanej przez nas kolorową kredą trasie Tarnów – Rymanów Zdrój, przyklejamy ostatnie miłosne karteczki. Jeszcze tylko nasze postaci splecione dłońmi tworzą olbrzymie serce, które jest fotografowane prawie z lotu ptaka i udajemy się z powrotem do Sali Lustrzanej, gdzie okaże się, kto jest zwycięzcą… I krew się polała
Przyznam, że z obawą siegęłam po ekranizację bestsellera Stephena Kinga Carrie w reż. Briana De Palma. Jestem ogromną fanką książki, więc bałam się, czy film odda atmosferę panującą w powieści. Katarzyna Wąs


Carrie to opowieść o nastoletniej dziewczynie, Carrie White, która posiada niezwykły dar - potrafi poruszać przedmiotami. Robi to nieświadomie, zazwyczaj w przypływie strachu i bezsilności. Żadna z jej rówieśniczek nie zauważa jej „wewnętrznej siły”, widzi to jedynie jej matka, fanatyczna chrześcijanka, która za wszelką cenę stara się izolować córkę od świata. To właśnie ona jest przyczyną zagubienia Carrie w życiu. Dziewczyna stroniąc od towarzystwa jest nieustannie obiektem kpin ze strony pozostałych rówieśników, nie potrafi sobie z tym poradzić. Gdy zostaje zaproszona na bal maturalny, wydaje się, że wszystko zmieni się na lepsze, jednakże, licho nie śpi… Film wywiera duże wrażenie na widzu, spowodowane jest to przede wszystkim świetną grą aktorską Sissy Spacek (Carrie) oraz Piper Laurie (Margaret White). W sposób realny ukazane są choroby psychiczne, które ciążą na bohaterach. Matka tytułowej bohaterki jest wręcz obłąkana, wszystkie



swoje fanatyczne poglądy przelewa na córkę. De Palma w sposób idealny pokazuje jaki się wpływ ma takowe zachowanie matki na Carrie, w jakim stopniu dziewczyna jest bezsilna. Końcowe sceny filmu, mówiące o „masakrze” na balu są najlepiej nakręconymi, ba  niektórzy twierdzą,że są jednymi z najlepszych scen w historii całej kinematografii. Reżyser w sposób niekonwencjonalny, z różnych perspektyw, w zwolnionym tempie operuje kamerą, przez co groza całej sytuacji jest jeszcze bardziej uwydatniona. Pomaga również niezwykły soundtrack skomponowany przez Pino Donaggio. „Muzykę z Carrie możemy traktować jako przepis na pisanie doskonałej muzyki do horrorów.” Czasami nieco psychodeliczna, często gwałtowna i mocna wprowadza widza w odpowiedni nastrój, jest odzwierciedleniem wydarzeń dziejących na ekranie. Dopełnia całość. Ogólnie rzecz biorąc, to słabych cech nie można się dopatrzeć, jest parę mankamentów związanych z efektami specjalnymi, aczkolwiek rok produkcji – 1976, jest wytłumaczeniem. Ponadto reżyser „uciął” kilka wątków z książki, jednakże nie wpływa to na spójność obrazu. Mimo, że film nie jest arcydziełem, jest uważany za pozycję obowiązkową. Wiele niezwykle psychodelicznych i zaskakujących momentów powoduje, że widz jest niemal przykuty do telewizora. Na potwierdzienie tego powiem, że pomimo tego, że znałam zakończenie, tak zaangażowałam się w relację pomiędzy Carrie a jej partnerem na balu, że chciałam wierzyć w szczęśliwe zakończenie. ale „w” Stephenie Kingu nie ma szczęśliwych zakończeń fot. jon rubin (www.flickr.com) Tragiczne skutki bycia opiekunką Katarzyna Witek
Klasyk gatunku, który z niskobudżetowej produkcji stał się hitem na skalę światową i zapoczątkował serie sequelów, preguelów i remaków. Film porusza bardzo interesujący aspekt i nie bez przyczyny jego roboczy tytuł to "The Babysitter Murders".


Noc Halloween jest bardzo ważną datą w moim kalendarzu. Jako, że nie należę do osób, które w dziwnych przebraniach paradują po ulicach i desperacko pragną zdobyć jak największą ilość cukierków, moja celebracja tego wydarzenia ogranicza się do oglądania horrorów. Co roku staję przed dylematem, po jaki tytuł sięgnąć, bo i tak wiem, że  a)jutro i tak zapomnę całą fabułę, b)po godzinie znudzę się do tego stopnia, że moja ściana okaże się szalenie ciekawym punktem obserwacji. Postanowiłam wybrać najbardziej adekwatny film do okazji (szczyt mojej kreatywności) - Halloween Johna Carpentera z 1978 r.  Z reguły bardzo przyjemna praca weekendowej opiekunki, dla naszej bohatereki zakończyła się bardzo tragicznie. Do końca jednak kibicujemy sympatycznej Laurie, aby uchroniła się przed śmiercią z rąk Michaela (jak się później okazało jej brata). Film jest skuteczną antyreklamą tego zajęcia, bo przecież nie wiemy, czy gdy siedzimy na cudzej kanapie, nie obserwuje nas uciekinier zakładu psychiatrycznego, który chce nas zabić. Nie trzeba podawać bardziej przemawiających argumentów. Główny bohater Michael Myers stał się jednym z wyznaczników współczesnej popkultury, jednak stracił on nieco ze swojej tajemniczej aury seryjnego mordercy i coraz częściej spogląda na nas z koszulek swoich zagorzałych fanów. Choć od daty premiery pierwszej części minęło już kilkadziesiąt dobrych lat, film ciągle jest żyłą złota, bo przecież zawsze znajdzie się ktoś, kto kupi np. wyżej wymienioną koszulkę, plakat (pewność, że młodsza siostra już nigdy nie odwiedzi naszego pokoju gwarantowana!) lub cieszącą się dużym zainteresowaniem maskę Myersa. Od pewnego czasu toczy się walka internautów o to, który bohater "tasiemcowych" filmów grozy jest najstraszniejszy. O ten zaszczytny

Halloween zapoczątkowało całą serię sequeli, prequeli i remaków - niestety, żadna z następnych części cyklu nie przebiło popularności i poziomu pierwowzoru.

tytuł ubiegają się: Jason Voorhees (Piątek trzynastego), Freddy Krueger (Koszmar z ulicy Wiązów) i oczywiście Michael Myers. Każdy z tych filmów ma rzesze swoich najwierniejszych fanów, którzy stawiają swoich idoli ponad wszystko. Wizja tego potrójnego zła w jednym projekcje może na razie pozostać jedynie w naszej wyobraźni. Film jest zdecydowanie wart polecenia, jednak głębsze przemyślenia na jego temat, które szczególnie przemawiały do mnie w czasie oglądania go  zostawię samej sobie. "Shut the door, have a seat" telewizyjny fenomen Mad Men Julia Foltak
W tytule, będącym autentycznym pseudonimem nowojorskich speców od reklamy lat 60., znajdziemy trzy ukryte znaczenia.


"Ad" to angielski "advertisement", "Mad" jako skrót od Madison Avenue, gdzie siedziby miały największe agencje reklamowe, oraz "mad" jako... cóż, pracując tam, niełatwo było o zachować zdrowe zmysły. Akcja rozgrywa się w Nowym Jorku na przełomie lat 50. i 60. i obraca się wokół pracowników agencji reklamowej Sterling Cooper. Głównym bohaterem jest Don Draper, tajemniczy mężczyzna będący cudownym dzieckiem wśród copywriterów. Może się wydawać, że ma wszystko, czego mógłby zapragnąć - jednak pod otoczką głowy idealnej rodziny i fenomenalnego, docenionego pracownika, jest nieszczęśliwym, zmęczonym życiem człowiekiem (w dodatku uporczywie ukrywającym wszelkie fakty ze swojej przeszłości, o której woli nie rozmawiać...).

Etcetera Pierwszy sezon serialu jest aktualnie emitowany na kanale TVP Kultura w czwartki o 21.00 oraz piątki po 23.00.

Wraz z upływem lat w serialu, widzowie są świadkami rewolucji seksualnej, śmierci Marylin Monroe, działań Martina Luthera Kinga, morderstwa Johna Kennedy'ego czy też kiełkującego fenomenu Beatlesów. Patrząc na Mad Men ze strony czysto profesjonalnej, cisną mi się na usta same superlatywy. Rewelacyjne kreacje aktorskie, znakomita stylistyka i realizacja (podczas oglądania ma się wrażenie, jakby serial był kręcony w tamtych czasach), konsekwentny i intrygujący scenariusz. Nie bez powodu doczekał się olbrzymiego uznania wśród krytyki oraz niezliczonej ilości nagród. A ode mnie? Cóż, powiem tyle: tego serialu nie ogląda się tak po prostu. W nim się zatapia. Najlepiej jest zaopatrzyć się w cały sezon i płynąć przez wszystkie odcinki. Same seanse są błogie, jednak zawsze przyprawiają o multum przemyśleń i refleksji, ponieważ nie jest to serial o sprawach oczywistych. Mnóstwo rzeczy jest niedopowiedzianych, wiele sytuacji ma drugie dno. Bohaterowie są niejednoznaczni i bardzo... ludzcy ze swoimi niedoskonałościami. Gdy scenom nie akompaniuje klimatyczna muzyka, wszystko oblane jest niepokojącą wręcz ciszą, co nie jest wadą, wręcz przeciwnie - tylko dodaje niezwykłego nastroju. Każdy sezon jest na wyrównanym, wysokim poziomie, zauważam wręcz jakościową tendencję wzrostową. Kończąc, "żeby nie było" że ta recenzja to czyste kadzenie, czas na minusy. Otóż uprzedzam - gdy raz się wciągniesz, nie ma już odwrotu. Ostrzegam też, że nie każdemu się może spodobać - polecam zwłaszcza wybrednym i wymagającym kinomanom oraz estetom. Jaskółki te najlepsze! Magda Goc
Z roku na rok przybywa fanów czarnego sportu. W ostatnich latach frekwencja na meczach zwiększyła się, wśród kibiców jest coraz więcej młodzieży, która chętnie przygląda się potyczkom żużlowców.


Młode pokolenie coraz częściej zaczyna interesować się żużlem poprzez swoich znajomych, którzy kochają ten sport oraz są nim zafascynowani i zarażają tą pasją kolejnych nastolatków. Podobnie dzieje się w naszym mieście. Młodzi ludzie chętnie przybywają zarówno na treningi, jak i na mecze. Często przychodzą całe rodziny, rodząc w swoich dzieciach miłość do tego sportu. Tak też było z naszym wychowankiem - Kubą Jamrogiem. Jak sam opowiada, jego tata zabierał go od małego na żużel. Sport od razu mu się spodobał, jednak jego rodzice nie wyrażali zgody na jego udział w wyścigach. Z tego powodu Kuba zaczął bardzo późno, bo dopiero kiedy miał 16 lat, ale jak sam mówi postawił na swoim. Łatwo mu to nie przyszło, ale godził szkołę z treningami i teraz z meczu na mecz udowadnia nam, że ma talent i robi



to, co kocha. Mimo ciężkiego sezonu, żużlowców nigdy nie opuszcza dobry humor, zawsze znajdą czas na to, aby choć trochę się powygłupiać, po treningach rozmawiają otwarcie z ledwo poznanymi ludźmi. W tym roku Unia przez cały sezon spisywała się znakomicie. Mimo problemów, przeszła przez fazę „play off” i walczyła o tytuł DMP z drużyną z Gorzowa .Po pierwszym finale w sercu każdego oddanego kibica rodził się strach, że 5 pkt to bardzo dużo. Ale mimo wszystko mówili sobie, że złoto trafi do Tarnowa. Mecz na naszym torze był wspaniały, ale równocześnie pełen napięcia i niepewności. Każdy zadawał sobie to jedno pytanie: Czy wygramy?. Na każdy mecz przybywało wielu kibiców, jednak w finale stadion był wypełniony po brzegi i wszyscy dopingowali



Jaskółki w drodze po złoto. Stadion stał się jedną wielką rodziną, każdy pragnął zwycięstwa Jaskółek. I tak też się stało - UNIA TARNÓW ZOSTAŁA DRUŻYNOWYM MISTRZEM POLSKI. Euforia na stadionie była tak ogromna, że nawet obcy ludzie rzucali się sobie w objęcia. Radość nie miała końca, przechodząc obok chłopców z drużyny, łatwo można było dostrzec na ich ustach szeroki uśmiech (jednym słowem „banan od ucha do ucha”). Po meczu miasto tętniło życiem. UNIA po 7 latach znów stała się mistrzem. Należy również wspomnieć, że w ciągu całego sezonu bardzo dobrze spisywali się nasi młodzieżowcy, którzy w każdej kategorii juniorskiej zdobyli złoto.



Jest to dla nas ogromną radością. Sam Kuba podsumowuje sezon w ten sposób: Ten sezon jest dla mnie przełomowy i bardzo udany. Bardzo się cieszę , że w zimie przyszedł mi z pomocą Mirosław Cierniak, który powiedział mi  jak powinno się to robić. Moim zadaniem było ciężko pracować i to zrealizowałem. Na początku sezonu było wielkie "łał", bo notowałem bardzo dobre występy w zawodach indywidualnych, jak i ligowych. Końcówka sezonu i medal DMP jest wisienką na torcie, marzyłem o takim obrocie sprawy, a to, że zdobędę 6 pkt nawet mi się nie śniło. Mam nadzieje, że udowodniłem włodarzom klubu, że mimo już teraz wieku seniora można mi zaufać. Taki był cel tego sezonu, ja myślę że go zrealizowałem.  Wielu fanów było pod ogromnym wrażeniem tego, co Kuba dokonał w czasie finału Enea Ekstraligi, za to należą mu się wielkie BRAWA. Tak samo, jak i wszystkim tym, którzy przyczynili się do zdobycia ZŁOTA. Teraz pozostaje nam już tylko czekać na następny sezon. Fot.: jaroslawkras.pl/blog Światowy dzień walki z otyłością Dzień zdrowia Magdalena Jewuła
Na parterze przebiega kilka dziewczyn z koszykami pełnymi karteczek i z jabłkami, na tablicach wisi multum plakatów o zdrowym odżywianiu, a na pierwszym piętrze rozłożone są materace i cztery osoby ćwiczą judo. Na każdym z pięter przyozdobione stoliki z setkami jabłek i gruszek.


Prawie każda osoba delektuje się jabłkiem, gdy nagle ktoś podbiega do mnie, przybija mi pieczątkę na ręce i wciska jabłko. O co chodzi? W naszej szkole dnia 24. 10. 2012 roku obchodziliśmy światowy dzień walki z otyłością. Środa, ludzie wychodzą z klas, jest godzina 11:20, na korytarzu obok sali nr 14 zbiera się prawdziwy tłum. Wszyscy z niecierpliwością gromadzą się wokoło Moniki Język, Martyny Andrusiewicz, Dawida Stanka i Miłosza Pękali. Ostatnie porozumiewawcze spojrzenia pomiędzy zawodnikami i ruszyli… Mistrzowskie widowisko! Zawodnicy z hukiem padali na ziemię, na co tłum reagował głośnymi oklaskami i czymś w rodzaju „łaaaał”. Nie klaskali tylko ci  którzy stali z otwartymi buziami i z przerażeniem, a zarazem podziwem śledzili walkę. Na pokazie obecna była Pani Dyrektor i Panie wicedyrektorki, nad wszystkim czuwały pomysłodawczynie całego przedsięwzięcia, czyli: Pani Iwona Mierzwa, Pani Marta Porębska oraz Pani Barbara Wójcicka. Po zakończeniu krótkiego, ale efektywnego pokazu, ludzie stawiali sobie pytanie: „Baton czy jabłko?”. W tym dniu, jak zresztą w każdym innym, wybór należał tylko i wyłącznie do nas samych. I w tym czasie kiedy tłum ruszył, by oblec stoiska z jabłkami, mnie udało się porozmawiać z gwiazdami tego dnia. Na pytanie, „czym dla ciebie jest judo” Miłosz



(zawodnik, który zdobył pierwsze miejsce na mistrzostwach Polski) powiedział, że bez tego sportu nie może żyć i że jest on dla niego niesamowicie ważny. Martyna, czyli ubiegłoroczna wicemistrzyni Polski, powiedziała, że judo jest jej pasją i tak właśnie spędza wolny czas. Dawid, który zdobył 5 miejsce w pucharze Polski, wyjaśnił techniki padania i opowiedział trochę o tym sporcie, natomiast Monika (wicemistrzyni Pucharu Polski judo), porównała ten sport do uzależnienia. Po drodze spotkałam jeszcze dziewczynę z koszykiem, która wyjaśniła: „My rozdajemy losy, każdy może sobie go wziąć i jeżeli na jego wylosowanej kartce będzie pieczątka z jabłuszkiem, to wtedy przychodzi do mnie i może odebrać nagrodę niespodziankę. Rozdajemy także krzyżówki, za każdym pozytywnym rozwiązaniem kryje się również nagroda.” Idąc korytarzem, zatrzymałam chłopaka wgryzającego się w jabłko i gdy zapytałam, co o tym wszystkim myśli, usłyszałam: „No, jabłko każdy weźmie.” A na pytanie, co wolisz, „owoc czy baton?” usłyszałam „Zależy, jak jestem głodny”. W tym dniu można też było porozmawiać z panią dietetyk, która udzieliła nam kilku wskazówek odnośnie odżywiania: „Na drugie śniadanie polecam kanapki z chleba żytniego, razowego np. z odtłuszczonym serem i oczywiście dużo warzyw i owoców. Jeżeli jesteśmy zestresowani, najlepiej spożywać produkty zawierające magnez, np. orzechy, rodzynki, musli”. 24.09.2012 roku w naszej szkole odbywały się również warsztaty z dietetykiem, zatytułowane: „Zdrowie w twoich rękach”, natomiast w gabinecie

Jeżeli jesteśmy zestresowani, najlepiej spożywać produkty zawierające magnez, np. orzechy, rodzynki, musli”

lekarskim można było skorzystać z indywidualnych konsultacji z dietetykiem i zrobić sobie pomiar za pomocą analizatora składu ciała. Zdrowy, sportowy styl życia jest wpisany w życie II LO. Nasza szkoła bierze udział w licznych zawodach sportowych, w których zdobywa konkretne miejsca. W I klasie liceum w ramach wfu, mamy również okazje popływać na basenie. Zajęcia wychowania fizycznego w naszej szkole to również koszykówka, siatkówka, piłka nożna, aerobiku, siłownia i wiele innych. II LO każdego dnia zdecydowanie mówi NIE otyłości, a TAK zdrowemu stylowi życia. Tryptyk o umieraniu idealizmu Karolina Machalska
Niezwykle ciężko jest znaleźć reżysera, który już w pierwszym filmie objawia geniusz twórczy. Każdy musi gdzieś zaczynać, nie można od razu przejść do mistrzostwa w danym fachu. Ale czy na pewno?


Steve McQueen do niepewnych debiutantów zdecydowanie nie należy. Będąc jednym z najciekawszych artystów-reżyserów brytyjskich (zasłynął niemymi filmami krótkometrażowymi jeszcze w latach 90.), wykazał świadome i niezwykłe podejście do trudnej historii Irlandii Północnej w swoim pełnometrażowym debiucie z 2008 roku. W Głodzie strajk głodowy z 1981 roku staje się pretekstem do ukazania nie tylko przyczyn protestu, politycznych powiązań głównego bohatera filmu, Bobby'ego Sandsa, ale też zagadnień psychologicznych i religijnych. Co ciekawe, sam reżyser miał zamiar pozostawić to dzieło bez dialogów, uczynić z niego eksperyment formalny. To narzuciło mu swoistą surowość i naturalizm. Głód jest zrealizowany w formie tryptyku, w którym każda następna część jest bardziej szczegółowa. Pierwsze skrzydło jest sekwencją obrazów, przedstawiających codzienność republikańskich więźniów politycznych. Zaczyna się genialnym wstępem o tzw.protestach "koc" i "bez mycia" - nachalny, irytujący dźwięk, który towarzyszy nam przy początkowych



wyjaśnieniach kontekstu historyczno-społecznego okazuje się być efektem działań grupy więźniów, chaotycznie uderzających metalowymi pokrywkami o kamienną podłogę. Zapada cisza (która po dłuższym hałasie niemalże ogłusza widza), pojawia się ekran tytułowy i gładkie przejście do naszego przewodnika po pierwszej części - angielskiego strażnika więziennego, który umywa ręce przed wyjazdem do pracy. Robi to ponownie po niemalże zatłuczeniu na śmierć Sandsa podczas przymusowej kąpieli. Oczywisty biblijny symbolizm, ale jakże plastycznie ukazany. Takich niezwykle prostych i efektywnych zabiegów w filmie jest więcej. Cała druga część to zapis rozmowy. Sands informuje w niej ojca Morana o zaplanowanym rozpoczęciu strajku głodowego, tym samym zapowiadając swoją śmierć. Wszystko to w 17 minut, kręcone bez jednego cięcia, utrzymane w szaroniebieskich barwach. Mała etiuda w środku większego filmu. Ostatnie pół godziny filmu to zapis umierania. I to jest dla mnie prawdziwym tematem tego filmu, dla którego pozostałe części są tylko niezbędnym do zrozumienia kontekstem. Naturalistyczne, dogłębne ukazanie umierania głownego bohatera jest prawie nieistniejącym zjawiskiem w współczesnym kinie. McQueen wyraźnie odcina się tutaj od popularnych plot twistów czy niemalże starożytnych zabiegów w stylu deus ex machina, za pomocą których w zachodniej kinematografii ratuje się happy end. Nie znajdziemy tutaj także hagiograficznej skłonności do ubarwiania czy wzmacniania

republikanie wysmarowali ściany ekstrementami. Ten naturalizm sprawia, że raczej nie obejrzymy tego filmu w telewizji przez jeszcze długi czas. A szkoda. Warto go zobaczyć, chociażby aby przekonania się, za co debiut jakiegoś nieznanego brytyjskiego artysty współczesnego został nagrodzony m.in. BAFTĄ czy na festiwalu w Cannes.

patriotyzmu - dalej, za kraj umierać! Zamiast tych obrazków rodem z propagandowych filmików mamy wyniszczony, samotny cień człowieka, umierającego wprawdzie za swoje ideały, ale nie myślącego już o nich - Sands w końcowych scenach tylko leży, nie może nawet podnieść głowy. Ideał śmierci romantycznej jeszcze nigdy nie był tak doszczętnie zniszczony. Aktorsko, mamy do czynienia z arcydziełem. Pominę na razie Michaela Fassbendera, odtwórcę roli Sandsa. Bowiem Liam Cunningham, znowu grający w filmie o IRA (poprzednim był Wiatr buszujący w jęczmieniu z 2006 r.), jest niezwykły w roli księdza Morana, który wykorzystując wszelkie możliwe środki stara się odwieźć starego przyjaciela od pewnej śmierci. Mamy także Stuarta Grahama, czyli niemalże piłatowskiego strażnika więziennego. Jednakże to Fassbender jest główną gwiazdą tego filmu. Dosłownie stając się Sandsem m.in. poprzez schudnięcie ok. 16 kg, przekracza on wszelkie granice w aktorstwie - jest przerażająco naturalny w ukazaniu upartej, fanatycznej samodestrukcji Sandsa, poprzedzając ją chłodnym przedstawieniem argumentów w rozmowie z Moranem. Fassbender w tym filmie pokazuje swój geniusz aktorski, udowadniając, że jest kimś więcej niż tylko epizodycznym wojownikiem z 300. Głód nie jest filmem dla każdego. Znam osoby, które zwątpiły i przestały oglądać film po początkowych scenach protestu w więzieniu, gdy Źle się dzieje w tęczowej utopii
Chociaż mogłoby się wydawać, że serial w realiach amerykańskiej szkoły to cliche, to Glee bardzo stara się dodać do tego pomysłu powiew świeżości. Niestety, nie udało się.


‘Glee’, jako dziecko znanego w swoim środowisku Ryana Murphy’ego, wręcz musi posiadać całą gamę nie-heteroseksualnych bohaterów. Nietrudno zgadnąć, że przyczyną jest orientacja samego Murphy’ego. Mamy więc do wyboru Kurta - chłopca, który wręcz emanuje swoją ‘odmiennością’, lecz jest bardzo zamknięty w sobie i nie umie się do tego przyznać; otwartego geja Blaine’a przekonującego Kurta, że nie ma on czego się wstydzić. Spoiler – ta historia jakże niespodziewanie kończy się związkiem obu licealistów. Jest to para, którą



od razu pokochały wszystkie fanki serialu. Do grona dołącza jeszcze Dave Karofsky, który znęca się nad Kurtem. Tu też brak niespodzianek, gdy okazuje się, że Dave jest gejem, lecz nie potrafi tego zaakceptować. Historia tych bohaterów, to właściwie cała fabuła drugiego sezonu ‘Glee’, i szczerze mówiąc, jest to najlepszy wątek serialu. Przyznaję to jednak niechętnie, ponieważ wszystkie te postaci pokazują bardzo stereotypowe wizerunki homoseksualistów. W kobiecej części parady równości, jaka powstała z tego serialu, są Santana Lopez i Brittany Pierce. Pierwsza z nich jest typową Amerykańską cheeleaderką – łagodząc jej wizerunek powiem, że nie boi się otwarcie przyznać do swoich myśli. Natomiast Brit, jako lesbijka wydaje się być tylko dodatkiem do Santany, aby można było stworzyć z nich parę. Inne postaci w ‘Glee’ również silą się na oryginalność. Cheerleaderki, wredne na początku naprawiają swoje błędy; piłkarze udają twardych, lecz tak naprawdę mają dobre serca, a nauczyciel jest Twoim najlepszym przyjacielem. Dodatkowo, jako tło występują Azjaci, chłopak na wózku, a nawet dziewczyna z zespołem Downa. Oczywiście, jak na musical przystało, bohaterowie co kilka minut spontanicznie wdają się w idealnie zsynchronizowane wspólne śpiewanie. Cały serial otacza atmosfera politycznej poprawności. Murphy tak bardzo skupił się na pokazaniu swojej miłości do wszystkich, że zapomniał o jednej, bardzo ważnej rzeczy – fabule. Ta niestety nie spełnia już nawet oczekiwań fanów. Być może starał się stworzyć idylliczny świat, gdzie wszystko może się udać, i jest to naprawdę bardzo ładna wizja, ale niestety nie nadaje się na serial. TwoFace III Wieczorne Spotkanie z Hetmanem Janem Tarnowskim Wieczornica

W tym numerze przedstawiamy tekst autorstwa uczennicy klasy 1A Eweliny Bajorek, napisany z okazji corocznej Wieczornicy poswęconej naszemu patronowi. Gratulujemy zwycięstwa i życzymy powodzenia w przyszlym roku!

Tam na górze, Św. Marcina w Tarnowie Narodził się, narodził się Hetman Jan Tarnowski Człowiekiem prostym był Hetmanem Wielkim Koronnym Teoretyk wojskowości Do bronienia Ojczyzny swej Był w gotowości Ref.:To jest nasz patron Patron II LO w Tarnowie Najlepszy, jaki mógłby być O nim śpiewamy dzisiaj Historię opowiadamy Jego życia, jego życia. Chociaż młody był Miał dopiero 13 lat W swoim pierwszym sejmie, Tu w Piotrkowie Uczestniczył, uczestniczył Dowodził jako rotmistrz Zaciężną chorągwią jazdy Zwyciężył w wielkiej bitwie Pod Obertynem Ref:To jest nasz patron Patron II LO w Tarnowie Najlepszy, jaki mógłby być O nim śpiewamy dzisiaj Historię opowiadamy Jego życia, jego życia. Wyruszył także W podróż po świecie W Jerozolimie, w Jerozolimie Stał się Chrystusa rycerzem Rozwinął szeroko Swój mecenat kulturalny, W tarnowskim zamku, w tarnowskim zamku Stworzył bibliotekę. Ref:To jest nasz patron Patron II LO w Tarnowie Najlepszy, jaki mógłby być O nim śpiewamy dzisiaj Historię opowiadamy Jego życia, jego życia. Hetman Jan Tarnowski Rozsławił swoje imię, Jako niezwyciężonego wodza. W pamięci naszej pozostanie Już na zawsze.



Ostatni taniec Magdalena Jewuła
Rok 1901. Dąbrowa Tarnowska. To tu przychodzi na świat mały Jerzy Braun. Rok 1902. Na świat przychodzi Emma Kelan, przyszła harcerka i poetka. Co łączyło tych dwoje? Harcerstwo, Tarnów i wielka Miłość...


Każdy z nas zna Jerzego Brauna, ale nie każdy zna tajemniczą piękność z Tarnowa, w której to zakochał się młody przyszły: harcerz, poeta, pisarz, filozof i działacz polityczny, którym może szczycić się Tarnów, a i cała Polska. Mury naszego miasta zdają się krzyczeć o tej wspaniałej, ale krótkiej i dramatycznej miłości. W tym nieszczęsnym, a zarazem cudownym dniu, wszystko zdawało się być pierwsze i ostatnie. Rok 1901… Dąbrowa Tarnowska... To tu przychodzi na świat mały Jerzy Braun, syn Karola Brauna i Henryki z Millerów. Tutaj też uczęszcza do szkoły. Później przez rok uczy się w V Gimnazjum w Krakowie, lecz przed wybuchem I wojny światowej przeprowadzają się z rodziną do Tarnowa. Jerzy zaczyna naukę w II Gimnazjum im. Hetmana Jana Tarnowskiego. Rok 1902... Na świat przychodzi Emma Kelan, przyszła harcerka i poetka. W przyszłości uczy się w gimnazjum ss. Urszulanek w Tarnowie, które cieszyło się wielką sławą jednego z najlepszych internatów dla panien i żeńskich szkół w Galicji. Co łączyło tych dwoje? Harcerstwo, Tarnów i wielka Miłość... Jerzy Braun w młodości należał do III Drużyny Harcerzy im. Michała Wołodyjowskiego, a w 1919 roku został „Komendantem Miejscowym Harcerzy w Tarnowie". Rozpoczął wówczas wydawanie miesięcznika harcerskiego "Czuwaj", a w listopadzie 1918 roku napisał tekst i skomponował muzykę popularnej pieśni harcerskiej: " Płonie ognisko i szumią Knieja". Czy możemy przypuszczać, że tych dwoje ludzi znało się z widzenia? Jest to bardzo prawdopodobne. Emma zapewne była stałą czytelniczką wcześniej wspomnianego już miesięcznika. Często mogli na siebie wpadać w miejscu harcerskich ćwiczeń, zbiórek, parad i apelów, na Górze św. Marcina, na skraju lasu, w tzw. Dolince Harcerskiej lub na Placu

Wszystko jak z bajki! Niestety, inny scenariusz był im pisany.

Kazimierza. Braun również często był widziany na ulicy Krakowskiej, która wiodła do dworca oraz niedawno zbudowanego kościoła xx Misjonarzy. Jerzy mieszkał z rodziną w tzw. "Białym Domku" przy dawnej ulicy Mała Strusina. Budynek unoszony na barkach dwóch kamiennych tytanów. W nim znajdowały się niemal wszystkie biura tarnowskich zakładów użyteczności publicznej. Aż wreszcie było im dane spotkać się i pokochać. Pamiętny dzień przed maturą. Emma zapewne bardzo długo przygotowywała się do tego dnia. Bal i wydarzenia jak z dramatu Szekspira. Emma niczym Julia, Jerzy niczym Romeo. Sala taneczna jak ze snu: światła, muzyka, lustra, świece, długie piękne suknie. Może tak wyglądało miejsce, gdzie Emma



usłyszała słowa, na które być może czekała całe życie. Tajemniczość, która wisiała w powietrzu i ta niesamowita moc miłości... Po wspaniałej nocy, Emma spaceruje wolnym krokiem. Być możę wspomina to, co wydarzyło się przed chwilą i marzy o ich kolejnym spotkaniu, o kolejnym pocałunku, spojrzeniu, słowie... O całym ich przyszłym życiu. Szczęście jest tak ogromne, że postanawia podziękować za to Bogu. Wstępuje do kościoła xx. Misjonarzy. Klęczy naprzeciw wielkiego ołtarza... Nie zauważa nawet jak przez kolorowe witraże do wnętrza kościoła zaczynają przebijać się pierwsze promienie słońca. Całą noc klęczy na zimnej posadzce w cieniutkiej sukience, ale modlitwa dziękczynna jest tak głęboka, że nie czuje zimna... Niestety, przez tą noc przeziębi się i zachoruje na zapalenie płuc w wyniku, czego umrze 18 lutego 1920 roku mając zaledwie 18 lat. Została pochowana na Starym Cmentarzu w Tarnowie. Jerzy musi zamknąć za sobą te drzwi by mogły otworzyć się przed nim kolejne, bo życie przygotowało dla niego o wiele dłuższą role w tym przedstawieniu. Dożył on 74 lat osiągając bardzo wiele w swoim życiu. Jako artysta działał w wielu kołach poetyckich np. "Sympozjon”, wydawał tomiki swojej poezji. W latach 1926-1928 redagował w Krakowie założoną przez siebie "Gazetę Literacką". Został wybrany na prezesa katolickiej organizacji konspiracyjnej "Unia". Zmarł nagle 17 października 1975 r. w Rzymie. Staraniem rodziny jego ciało sprowadzono do kraju i pochowano na warszawskich Powązkach w Alei Zasłużonych. Pomysł kontrolowania tego, co ludzie mówią i piszą, jest stary jak świat.
Książki zakazane Borys Kuca


Jakiś czas temu nasza biblioteka szkolna wzięła udział w Tygodniu Zakazanych Książek,  kampanii społecznej, której celem jest zwrócenie uwagi społeczeństwa na wszelkie próby ograniczenia wolności słowa i publikacji. Na liście promowanych wtedy książek znalazły się m.in. niegdyś zakazane utwory Dickensa, Orwella czy Sołżenicyna. Idea Tygodnia związana jest z pierwszą poprawką do konstytucji Stanów Zjednoczonych. Stwierdzono w niej m.in., że „Kongres nie może stanowić ustaw(…) ograniczających wolność słowa lub prasy(…)”. W ten sposób, Stany Zjednoczone – jako pierwsze państwo na świecie – jasno i wyraźnie zakazało cenzury. Pomysł kontrolowania tego, co ludzie mówią i piszą, jest stary jak świat. Już w starożytności srogie kary spotykały tych, których poglądy nie podobały się rządzącym. Wśród mędrców, którzy zapłacili życiem za swoje przekonania, znaleźli się m.in. Sokrates i Jezus. Podobny los spotkał 400 konfucjańskich uczonych, którzy zostali zakopani żywcem na rozkaz chińskiego cesarza Shi Huangdi. Za swoje dzieła, szczególnie za „Sztukę kochania”, słynny poemat o uwodzeniu, ukarany został także Owidiusz – w 8 r. n.e. cesarz August skazał go na wygnanie do położonego na obrzeżach Imperium miasta Tomi.



Jednak prawdziwy rozwój cenzury nastąpił wraz z wynalezieniem druku. Wtedy to liczba publikacji wzrosła lawinowo. Wraz z tym pojawiła się potrzeba kontrolowania słowa pisanego. W końcu XV w. w Europie pojawiły się pierwsze urzędy, których zadaniem było wydawanie pozwoleń na druk poszczególnych książek. W 1559 r. papież Paweł IV, wcześniejszy zwierzchnik Inkwizycji, wydał Index librorum prohibitorum. W ciągu czterystu lat na tej liście znalazło się ok. 4 tysięcy pozycji: dzieła wielkich filozofów (Erazma z Rotterdamu, Kartezjusza, Pascala, Rousseau, Woltera, Kanta), poetów (Dantego, Boccaccio), pisarzy (Balzaca, Defoe, Dumasa, Zoli) i naukowców (Kopernika, Darwina). Ostatnie wydanie kodeksu miało miejsce w 1949 r.  za czasów Piusa XII. Dopiero w 1966 r. wydano oświadczenie znoszące zakaz rozpowszechniania wydawnictw umieszczonych na indeksie. Jednak Kościół katolicki nie był jedyną instytucją usiłującą zapobiec wydawaniu niechętnych sobie dzieł. Cenzura istniała w większości krajów europejskich w epoce nowożytnej. I tak, w 1497 r. władze Florencji zabroniły wydawania dzieł Dantego. W Szkocji takim samym zakazem objęto twórczość Erazma z Rotterdamu. W 1776 r. w Danii uniemożliwiono drukowanie „Cierpienia młodego Wertera”, co akurat miało pewien sens – po przeczytaniu tej książki wśród młodzieży modne stały się samobójstwa. Taki sam los spotkał to dzieło w Hiszpanii, tyle że w



1939 r., po przejęciu władzy przez gen. Franco. Zakaz drukowania dotknął także mniej poważne utwory: „Charliego i fabrykę czekolady”, „Szczęśliwego księcia” oraz… „Czerwonego Kapturka”. Ta ostatnia stała się przedmiotem prześladowań szkołach w kalifornijskich, ponieważ uznano, że butelka wina, którą Kapturek miał w koszyku, może wywrzeć demoralizujący wpływ na dzieci. Wśród państw, gdzie cenzura stanowiła integralny element "trzymania za pysk poddanych", chlubnie wyróżniała się Rzeczpospolita Obojga Narodów, w której taki urząd nie funkcjonował. Jednak sytuacja uległa gwałtownej zmianie po rozbiorach – zaborcze państwa uważały cenzurę za jeden z fundamentów swojego panowania. Wprawdzie po uzyskaniu niepodległości w 1918 r., nie wprowadzono kontroli publikacji, lecz sielanka nie trwała długo – po zamachu majowym wolność słowa trochę ograniczono (choć zdecydowanie mniej niż w sąsiednich krajach – ZSRR czy III Rzeszy), wprowadzając tzw. cenzurę represyjną (władza miała prawo skonfiskować nakład pisma, który zawierał niewygodne dla niej treści). W czasach PRL cenzurę prewencyjną (różniącej się od represyjnej tym, że w tym przypadku władza musiała wydać zgodę na publikację przed ukazaniem się dzieła) stosowano nie tylko wobec druków, lecz także filmów, sztuk teatralnych oraz kabaretów. Choć uprzykrzała twórcom życie, to jednak istniały



sposoby na jej obejście – dzieła niezgodne z linią partii można było wydrukować za granicą, a następnie przeszmuglować do kraju. Ponadto, wiele książek – szczególnie w latach 70-tych i 80-tych – rozpowszechniono dzięki tzw. drugiemu obiegowi. Po przejęciu władzy przez rząd Mazowieckiego cenzurę zniesiono (ustawa z 11 IV 1990 r.). Lecz pomysły, aby ograniczyć zasięg pewnych dzieł, od czasu do czasu powracają. W 2007 r. Roman Giertych, ówczesny minister edukacji narodowej, postanowił zmienić kanon lektur szkolnych, usuwając z nich twórczość, która nie zgadzała się z jego poglądami. Na „indeksie Giertycha” znalazły się m.in. utwory Gombrowicza, Goethego, Kafki, Conrada, Herlinga Grudzińskiego i Dostojewskiego. Na szczęście ta chora koncepcja nie ziściła się – niedługo potem Giertych stracił stanowisko. Jak więc widać, historia pełna jest wszelkich prób nadzoru nad kulturą, zarówno ze względów politycznych, jak i religijnych czy obyczajowych. I choć pod jarzmem autorytarnych lub totalitarnych reżimów literatura przeżywała ciężkie kryzysy, to jednak okazała się zdumiewająco żywotna. Pomimo krwawych prześladować, myśl nieujarzmiona zawsze potrafiła znaleźć ujście, czego efektem były kolejne niepokorne dzieła, które wzburzały jednych i zachwycały drugich. Stany (teoretycznie) Zjednoczone Ameryki Północnej Mikołaj Kłos
Czy istnieje jakieś zjawisko społeczne, które można by nazwać „świętem demokracji'? Czy jest możliwym wskazać ową esencję tego ustroju? Jeżeli tak, to są nią na pewno wybory w Ameryce. W kraju ludzi wolnych, w kraju, gdzie jedynymi granicami są granice ludzkich marzeń. Ale wybory w roku 2012 odbyły się w państwie, które Ameryką sprzed lat bez wątpienia nie jest. Witajcie w dzisiejszych Stanach Zjednoczonych, podzielonym kraju stojącym na brzegu największego kryzysu w swojej historii.


Kiedy w okresie od stycznia bieżącego roku do czerwca w poszczególnych stanach odbywały się prawybory mające wskazać kandydata na prezydenta z ramienia partii republikańskiej, w Waszyngtonie trwały ostatnie przygotowania do kampanii wyborczej Baracka Obamy. Urzędujący prezydent wraz ze swoimi doradcami szybko, bo już w okolicach kwietnia, wiedział, kto najpewniej stanie z nim w szranki po fotel prezydencki. Cały elektorat republikanów z zachodniego wybrzeża bez wahania wskazał 65-letniego gubernatora stanu Massachusetts Mitta Romney'a. To z pewnością nie była dobra wiadomość dla demokraty, gdyż uświadomił sobie że czeka go ciężka kampania. Kampania oparta na walce z błędami mijającej kadencji. Z kolei republikanin z niezwykłą wręcz pewnością siebie rozpoczął swój marsz ku Białemu Domowi, uważając, mylnie jak przyszłość pokazała, że do wygranej wystarczy mu zasada „każdy lepszy niż Obama”. Takiego wyścigu po urząd prezydencki, Ameryka nie widziała od lat. Amerykaniści zgodnie twierdzą, ze nawet zmagania Ala Gore'a z Georgem W. Bushem w 2000 roku nie miały w sobie nawet cząstki zawziętości, jaką pokazali nam w tym roku dwaj kandydaci. Tu naprzeciw sobie stanęli ludzie z dwóch różnych światów - uśmiechnięty i uwielbiany przez tłumy, aczkolwiek trochę niespełniony prezydent i napuszony bogacz, któremu marzy się purytańska, stabilna gospodarczo Ameryka z lat 60-tych. Rezultat tych wyborów pokazał prawdziwe oblicze kraju za oceanem. Kraju podzielonego między wałczące frakcje. Czym różnią się wizję dwóch kandydatów? Otóż w wizji Obamy, którą



starał się wprowadzić w życie (z lepszym lub gorszym skutkiem) przez ostatnie 4 lata, Ameryka to kraj postępu. Panuje w nim równość, wszyscy są zadowoleni ze stanu gospodarki i sukces zawdzięczają swojej ciężkiej, uczciwej pracy. Problem w tym, że gdy Barack Obama ze swoim błyskiem w oku przedstawiał taką wizję młodym i entuzjastycznym Amerykanom, a Joe Biden obłaskawiał Senatorów - plany popsuł im świat, a właściwie chaos, jaki na nim zapanował, ze względu na globalny kryzys. Nikt już nie potrzebował być „kumplem” prezydenta. Demokrata musiał zmierzyć się z reformą gospodarki i galopującą inflacją. Jego sposobem na to było wtłoczenie niemalże na siłę biliona dolarów do budżetu i pojawianie się na konferencjach prasowych, aby pomachać głową i zapewnić, że już wszystko będzie dobrze. Ale nie było. Z kolei Romney zapewne nigdy nie zdecydowałby się na taki krok, gdyż jako biznesmen i człowiek znający się na ekonomii wie, jak poważne może mieć ta decyzja konsekwencje dla gospodarki. Niestety, choć republikanin umiałby sobie zapewne poradzić z kryzysem lepiej niż Obama, nie było mu dane spróbować. A to dlatego, że były gubernator żyje w Ameryce, której już nie ma. Dla Romneya,

Redaktor naczelny: Karolina Machalska Dziennikarze: Dominika Saładyga Julia Foltak Borys Kuca Bartek Ziaja Michał Rams - Ługowski Wiktoria Szanduła Katarzyna Wąs Konrad Kudłacz Katarzyna Witek Magdalena Goc Magdalena Jewuła Mikołaj Kłos Two - Face Opieka: Anna Lipińska Rysownik: Kinga Bugajska

co zarzuca mu demokratyczny elektorat, Stany to wciąż kraj ludzi białych, bogatych i przedsiębiorczych. Bezrobocie? Nie, nie u nas. Religia? Jesteśmy konserwatywnymi chrześcijanami. W jego świecie nie ma miejsca dla ludzi o odmiennej orientacji seksualnej, feministek, nastoletnich matek, bezrobotnych i głodujących Amerykanów latynoskiego pochodzenia. W jego oczach to „Ameryka B”. Niestety dla niego to właśnie „Ameryka B” uśmiechnęła się złośliwie 6 listopada, glosując na Obamę i odbierając mu szanse na zwycięstwo w tegorocznych wyborach. Według szacunków, Romney zdobył 206 głosów elektorskich, podczas gdy urzędujący prezydent aż 303. To miażdżąca porażka. Ale stanie się ona zapewne nauczką dla Republikanów, aby nie wystawiać już więcej polityków rodem z XIX wieku. Ameryka już ich nie poprze, bo z tego wyrosła, porzuciła swoją dawną otoczkę niewinności i przykładności. Pytanie pozostaje, czy Obama wykorzysta drugą kadencję do wyprowadzenia kraju z kryzysu. To dobry moment, bo nie musi już dbać o sondaże, gdyż na 3 kadencję nie może liczyć. Bill Clinton po drugiej kadencji, choć znienawidził go cały naród, pozostawił w budżecie ponad 900 miliardów dolarów nadwyżki. Amerykanie płakali, śmiejąc się. Oby teraz nie pozostał im tylko płacz, kiedy odkryją że ta rzeczywistość już nie powróci. Trzeba się od niej odciąć i zacząć mężnie kroczyć w wiek XXI. Jeszcze nigdy społeczeństwo amerykańskie nie było tak podzielone w najbardziej nawet fundamentalnych kwestiach. „Policjant świata”, jakim jest Ameryka, musi teraz zadbać nie tylko o jego dobro, ale i o swoje ognisko domowe. A dzieje się w nim źle. Kandydaci zgadzają się tylko w jednym, mówiąc na zakończenie swoich przemów „Boże, błogosław Amerykę”. No cóż, w obecnych czasach wydaje się to być dość mądrą prośbą.