Musisz zainstalować flash player pobierz instalator






Nr 4 (12/2012) II LO Tarnów



W czwartek 6 grudnia klasa 2a zorganizowała zbiórkę pieniędzy na rzecz Justyny Drąg, która od 2 lat walczy z ciężką chorobą. Okazją do złożenia datków była zbiórka do puszek i kiermasz świąteczny, na którym można było zakupić ciasto, kartki świąteczne, stroiki, maskotki, świece i ozdoby świąteczne. Organizatorzy serdecznie dziękują wszystkim ofiarodawcom, dzięki Wam udało się zebrać całkiem pokaźną sumę, która na pewno pomoże Justynie w walce z chorobą!

Spis treści
Borys Kuca Parę słów o ONR s. 5 Dominika Saładyga Czy czarne jest lepsze od białego? s. 8


Julka Foltak Goście Łukasza Majewskiego, czyli… s. 11 Karolina Machalska Maus. Gra w kotka i myszkę… s. 12  Magda Jewuła Stop Papieros s. 15 Kasia Wąs "Trust me  I'm the Doctor" s. 17 Kasia Witek W sidłach Jane Austen s. 20 Gabriela Rudna Muse na łódzkiej scenie s. 23 Mikołaj Kłos Umarł kryzys, niech żyje kryzys! s. 26 Parę słów o ONR Borys Kuca
Dwa tygodnie temu, jak co roku, w Warszawie odbył się Marsz Niepodległości.


Od kilku lat nie interesuje mnie polityka, toteż nie zwróciłbym na to wydarzenie większej uwagi, gdyby nie pewien związany z nim fakt – stowarzyszenie, które zajmowało się organizacją tej demonstracji, nosiło nazwę Obóz NarodowoRadykalny. Powód, dla którego ta organizacja wzbudziła moją ciekawość, jest prosty. Interesuję się historią, dlatego dużo czytałem o przedwojennym ruchu o tej samej nazwie. Zaintrygowany, postanowiłem poszukać więcej informacji na temat współczesnego ONR. Uznałem, że najlepiej będzie zasięgnąć języka u samego źródła – dlatego udałem się na internetową stronę organizacji. Zacząłem od zakładki „O nas!”. To  co tam przeczytałem, pozytywnie mnie zaskoczyło. Obraz ONR, jaki wyłonił się



z zamieszczonego tam krótkiego tekstu, był dość pozytywny: organizacja odżegnująca się od bycia partią polityczną, przeprowadzająca akcje krwiodawstwa i wykłady promujące wiedzę historyczną. Owszem, pojawiło się tam parę rzeczy, z którymi się nie zgadzałem, jak choćby nazywanie rozgrywek parlamentarnych oligarchicznymi (tego określenia użyłbym do określenia polityki w Rosji, lecz nie w Polsce) czy zwrot „lewacka propaganda”, mający – przynajmniej moim zdaniem – pogardliwe znaczenie. Ale idźmy dalej. Kolejną zakładką, którą odwiedziłem, była „Deklaracja ideowa” ONR. Jest to – cytując autora – „ideowy fundament” organizacji. Już pierwszy punkt, który mówi, że „cywilizacyjną spuścizną” narodu polskiego „stała się synteza pierwiastków rdzennie polskich i kresowych, splecionych harmonijnie, opartych na wspólnej idei państwowonarodowej i dobrowolnie osiągniętej jedności języka” budzi kontrowersje. Podobnie punkt siódmy, który zakłada „sprzeciw wobec narzucenia przez rządy panujące na terenie Unii Europejskiej i jej członków modelu społeczeństw multikulturowych, jako z gruntu fałszywego i niebezpiecznego.” Od razu naszła mnie myśl: coś tu się nie zgadza! Przecież przez całe wieki społeczeństwo polskie było mieszanką ludzi o różnych nacjach, językach i systemach wierzeń. Różnorodność i multikulturowość cechowały nie tylko Rzeczpospolitą Obojga Narodów, ale również Polskę pod zaborami i II Rzeczpospolitą. I jakoś ludzie żyli ze sobą w zgodzie, nie mordując się wzajemnie za inność. Czy więc ów model społeczeństwa multikulturowego jest naprawdę „z gruntu fałszywy i niebezpieczny”? Czy naprawdę (i kiedy) doszło do „dobrowolnie osiągniętej jedności języka”? Już wtedy w mojej głowie pojawiła się refleksja: czy aby ktoś nie próbuje fałszować historii na własne ideologiczne potrzeby? Niemniej, uznałem, że niesprawiedliwe byłoby osądzać cały program na podstawie jedynie dwóch jego punktów. Poszedłem dalej. Drugi punkt składa się z dwóch, zupełnie nieprzystających do siebie części. W pierwszej powiedziane jest, że ONR zakłada „odrzucenie demokracji jako reżimu wrogiego Cywilizacji Europejskiej, który za miernik prawdy przyjmuje wolę większości kierującej się najczęściej niskimi pobudkami.” I niestety, ale po raz kolejny coś tu jest nie tak. Czy większość państw tworzących cywilizację europejską nie jest demokratyczna? Jeśli tak, to w jaki sposób demokracja może być tej cywilizacji wroga? Poza tym, na jakiej podstawie autor twierdzi, że większość kieruje się najczęściej niskimi pobudkami? Czy poczucie sprawiedliwości i stabilizacji, chęć wolności, poszanowania i zapewnienia godziwych warunków do życia, czyli rzeczy, które są celem



większości ludzi, to niskie pobudki? Druga część paragrafu – potępienie totalitaryzmu – była już bardziej krzepiąca. Choć, prawdę mówiąc, umieszczenie totalitaryzmu obok demokracji trochę mnie zabolało. Na kolejną sprzeczność nie musiałem długo czekać. Zawierał ją już następny punkt, w którym zakładano „oparcie pojęć Sprawiedliwości, Moralności, Sumienia i Honoru na doktrynie Chrześcijaństwa jako religii objawionej, a przez to wykluczenie oświeceniowej ideologii praw człowieka […]”. I po raz kolejny coś się nie zgadzało. Czy chrześcijaństwo nie opiera się przypadkiem na szacunku i miłości wobec bliźniego? I czy to samo nie jest źródłem „oświeceniowej ideologii praw człowieka”? Jeśli tak, jak można równocześnie przyjmować jedno i odrzucać drugie? Na kwestie poruszone w kolejnych punktach deklaracji – 4., 5. i 6. – również mam inne zdanie, niemniej nie wykryłem w nich jakichś rażących sprzeczności lub nieścisłości. Jednym wyjątkiem może być punkt 5.  w której stwierdzono, że obecny system polityczny jest „socjalliberalny”. Jakoś nie mogę sobie przypomnieć, aby któraś z dzierżących władzę partii określała swój program jako „socjal-liberalny”. Dalej już nie zabrnąłem. Uznałem, że nie warto poświęcać wielkiej uwagi programowi politycznospołecznemu, który kryje w sobie tak ogromną ilość sofizmatów, historycznych nieścisłości i niedomówień. Dominika Saładyga
"Czy czarne jest lepsze od białego?" Reportaż z warsztatów do Tarnowskiej Ligi Debatanckiej
Etcetera

W dniach 12-13 XI 2012r. w naszej szkole odbyły się warsztaty w ramach „ Tarnowskiej Ligii Debatanckiej”. W zaciszu szkolnej, jakże przez wszystkich lubianej harcówki przez dwa dni zgłębialiśmy tajemnicę dobrego przemawiania - retoryki, trafnego argumentowania, postawy i mowy ciała, autoprezentacji…Nie zabrakło również zapoznania się z zasadami „oksfordzkiego debatowania”. Wszystko po to, by jak najlepiej zaprezentować się i wypaść w międzyszkolnych pojedynkach na słowa. Jest poniedziałek. Jak co tydzień po weekendzie wszyscy pełni entuzjazmu i pozytywnej energii krzątają się po szkolnych korytarzach, szukają sali na pierwsze lekcje, wszyscy, lecz nie my. Dla naszej dwunastki jest to dzień inny niż każdy zwykły poniedziałek. Wiemy, że w podziemiach czeka na nas ktoś, kto będzie dla nas, przez te parę następnych godzin, mistrzem. Nie mylimy się. Wchodząc do harcówki, od razu zauważamy uśmiechniętą kobietę, nieco podenerwowaną całą sytuacją. Okazuję się, że jest ona jedną z osób prowadzących warsztaty. Hola, hola! Czy nie miała ich byś dwójka…? No tak, gwiazdy każą na siebie czekać Po kilku



minutach zguby się znajdują i zaczynamy! Ustalamy, czego nawzajem oczekujemy, spisujemy kontrakt i gotowe! Po obejrzeniu kilku filmików z przemowami, przeanalizowaniu ich i przede wszystkim po uzyskaniu odpowiedniej teorii, ruszamy do debatowania. Zostajemy podzieleni na 4 grupy - „Jestem za”, „Jestem przeciw”, „Jestem pomiędzy”, „Nie mam zdania”. KOLOR CZARNY JEST LEPSZY OD BIAŁEGO – oto nasza teza. Argumentujemy, wymieniamy się poglądami, mówimy, mówimy, mówimy… Nagle słyszymy polecenie- „Zamieniamy się grupami”. Szok, ale nadal mówimy, mówimy, mówimy …  Nadszedł czas na indywidualną prezentację. Losujemy tematy. W ciągu dwóch minut mamy bronić zadanej tezy. Brzmi prosto, ale niech nie wydaje Ci się, że  było tak łatwo! Każdy z nas podczas swojej wypowiedzi jest nagrywany na kamerę, a po wszystkim oglądamy swoje przemowy. YYY…OOOO… stres i taniec zza mównicy, to nasi główni „sprzymierzeńcy” podczas tych długich i jakże ciężkich dwóch minut. Po skończonej mowie, każdy z osobna zasiada na „gorącym krześle”. Co było nie tak, co było dobrze – tego wszystkiego dowiadujemy się od naszych



odbiorców. I nadszedł czas „ seansu”. Wydawać by się mogło, że filmy to bardzo ciekawy i miły sposób spędzania czasu. Otóż to! Nie ma nic bardziej przyjemnego od oglądania siebie całego w nerwach, tańczącego i jąkającego się… ale nie było tak źle. Po upływie 20 sekund każdy czuje się już wspaniałym krasomówcą i tak jest! Poniedziałku nikt z nas nie mógł zaliczyć do kategorii dni łatwych. Wtorek. W naszych głowach wciąż, są jeszcze wspomnienia po jakże emocjonującym poniedziałku. Dziś już nikt nie szuka sali, tylko z uśmiechniętą buzią gna w podziemia. Na początek trzeba obudzić nasze płuca. Każdy z nas dostaje balonik, czy to czerwony, niebieski czy żółty – nieważne! Sposób skuteczny. Dmuchamy. –„A teraz co?”  „Teraz pracujemy zespołowo!” ZESPÓŁ – to hasło dzisiejszej części warsztatów. Uczymy się wciąż na nowo pracować w grupie. Poznajemy zasady debatowania w stylu oksfordzkim. I do dzieła! Próbna debata. Tym razem teza jest nieco obszerniejsza od wczorajszych kolorów. „Szkoła nas ogranicza”. Debata przebiega w bardzo kulturalny, zgodny z zasadami sposób. Taka próba generalna przed godziną X . PS Informacja z ostatniej chwili: wygralismy debatę z reprezentacją VI liceum stosunkiem punktowym 6-1! Następne starce już w lutym, tym razem przeciwko VII liceum. Trzymajcie za nas kciuki! Goście Łukasza Maciejewskiego w Mościcach, czyli Pokłosie i Maciej Stuhr Julia Foltak Uwaga uwaga, nowa rubryka



W środę (5.12) w Centrum Sztuki Mościce odbył się wyjątkowy seans kontrowersyjnego Pokłosia. Dlaczego wyjątkowy? Gościem specjalnym tamtego wieczoru był sam Maciej Stuhr. Tarnowska reakcja na film okazała się wyjątkowo pozytywna - obyło się bez 'hejterów', aczkolwiek wystąpiły przypadki: 1. inteligentów żyjących we własnym świecie (MS: rola ta nie była dla mnie ciężkim wyzwaniem psychicznym, tak naprawdę najcięższymi jej elementami były sceny czysto fizyczne, jak gaszenie pożaru; Pani X, minutę po wcześniejszej wypowiedzi: czy długo wracałeś [tak, wszyscy z Panem Maciejem byli od razu na 'ty] do siebie po tej roli, czy obciążyła cię psychicznie?) 2. panów przekonanych o swoim świetnym poczuciu humoru (ŁM: Uwaga, to będzie ostatnie pytanie; Pan Y: Ja, ja ostatnie pytanie! Raz, dwa, trzy, sprzedane! Na początek chciałem przytoczyć pewną anegdotę. Otóż mój kolega ma wadę wymowy, nie potrafi mówić wyraźnie 'Ś'. Kiedyś byłem z nim w mieście i zobaczyliśmy plakat Pokłosia. On mi powiedział, że na pewno nie polubi tego filmu. Kiedy zapytałem dlaczego, odpowiedział [tutaj proszę sobie wyobrazić głos kaczora Donalda/Daffy'ego]: bo nie dość, że to PokłoŚe to jeszcze reżyserem jest PaŚikowski [wtedy mina pana Stuhra była bezcenna]) Po spotkaniu, obok Pana Macieja ustawiła się kolejka do autografów. Połowa części redakcji będącej wtedy w kinie została wyzwana przez drugą obecną tam połowę, by mu zrobić "sztur, sztur, panie Stuhr". Może go nie szturnęłyśmy, ale o zakładzie powiedziałyśmy. Jak już stali i uważni czytelnicy zapewne zauważyli, w naszej gazetce występuje kilka stałych rubryk, np.: fotoreportaż redakcyjnej fotografki Dominiki Saładygi, obfity dział kulturalny czy jeden z ostatnich nabytków, czyli felietony Mikołaja Kłosa. W tym numerze do tego zacnego grona dołączy "dziecko" redaktorki naczelnej, czyli komiksy. Znajdą tam Państwo rekomendacje i recenzje jednych z najlepszych i najsłynniejszych powieści graficznych w historii tego medium. Zaczynamy dosyć nietypowo jak na standardy współczesnych wydawnictw, czyli autobiograficznie, postmodernistycznie, historycznie, "Pulitzerowo". Zapraszamy! Większość z nas miała jakąś stycznośc ze światem komiksów. Prawdopodobnie były to hollywoodzkie filmy, oparte dosyć luźno na dziełach spod znaku Marvela czy DC Comics, opowiadające historie superbohaterów i superbohaterek, walczących z zamaskowanym złem. Czy jednak można na kartach komiksu opowiedzieć prawdziwe tragedie, takie jak Holocaust?
Maus. Gra w kotka i myszkę w cieniu historii Karolina Machalska


W 1992 roku dokonuje się rzecz niemal niewyobrażalna dotychczas - komiks, a dokładniej powieść graficzna, otrzymuje nagrode Pulitzera. Nie jest to jednak komiks pierwszy z brzegu, okraszony wielką ilością onomatopeicznych wyrazów i pełny skąpo odzianych kobiet, ukazanych często w nierealistychnych anatomicznie pozycjach. Art Spiegelman zawarł w dwóch tomach niezwykłą opowieść o przeżyciach zwykłego człowieka w czasach, które nigdy nie powinny być uważane za zwykłe. Spiegelman wykorzystał życiorys swojego ojca, aby pokazać- no właśnie, co chciał pokazać? Ciężki zywot Żydów pod okupacją niemiecką? Niewyobrażalny dramat pojedynczej rodziny? Problemy tożsamościowe pokolenia "przeżywaczy" (czyli dzieci tych, którzy przetrwali obozy, samemu nie ich zaznawszy)? Poczucie winy u ocalałych? Niezwykłą siłę



i wrażliwość ignorowanego dotychczas medium kulturalnego? Ile wydań, tyle odpowiedzi. Ale wróćmy do fabuły i formy, bowiem to te dwa elementy stanowią główną zaletę Maus. Spiegelman prowadzi narrację w dwóch okresach historycznych jednocześnie, w każdym z nich skupiając się na innej problematyce. Współcześnie przeprowadza wywiady ze swoim ojcem, z których wynika druga płaszczyzna czasowa, czyli czasy wojenne. Tam pierwsze miejsce zajmują niemal Syzyfowe wysiłki rodziny Spiegelmana w celu przetrwania. Jednakże, nawet ta niezwykle prowadzona fabuła nie spowodowałaby takiego sukcesu Mausa, gdyby nie forma. Poszczególne nacje czy grupy społeczne zostały przedstawione bowiem jako... zwierzęta. Korzystając z prostych zabiegów skojarzeniowych, Niemcy stają się kotami, Żydzi - myszami, Polacy zaś przybierają postać świń, Amerykanie – psy itd. Postacie mają ciało ludzkie i tylko głowy są wyglądu zwierzęcego. Co ciekawe, nie jest to portretowanie stałe i niezmienne w czasie trwania powieści. Spiegelman prawie na początku drugiego tomu wstawia cały rozdział współczesny, w którym wybiera się do swojego terapeuty, ocalałego Żyda. Obaj podczas rozmowy nie mają twarzy zwierzęcych, lecz maski. Podbnie w rozdziałach wojennych, gdy Władek (ojciec autora) i Andzia (matka) muszą ukryć swoją narodowość, korzystają z masek świńskich. Oprócz oczywistej tematyki Holocaustu i jego konsekwencji w życiu codziennym Władka i innych ocalałych (po wojnie u ojca rozwinęła się pedantyczność i skąpstwo, czym zwiększył tylko istniejący stereotyp Żyda - sam Art na łamach komiksu martwi się o takie przedstawienie swojego ojca, obawiając się tworzenia i utrwalania uprzedzeń), bardzo ważnych elementem powieści są osobiste problemy Spiegelmanów. Andzia popełniła bowiem samobójstwo, nie mogąc poradzić sobie z przeżyciami z obozów. Art bardzo przeżyl śmierć matki, o czym daje znać także w komiksie - jest nawet powielone jego wczesne dzieło, niemalże nowela komiksowa, opowiadająca o przeżyciach tuż po tragedii. Władek także tęskni za żoną, co powoduje kryzys w jego drugim małżeństwie. Następnym problemem jest konflikt pomiędzy Artem i Władkiem, który tylko narasta w trakcie tworzenia książki. Punktem kulminacyjnem jest kłótnia, w czasie której Art nazywa swojego ojca mordercą - powodem było spalenie dzienników matki. Najbardziej szokującym i emocjonalnym fragmentem powieści (przynajmniej dla mnie) jest ten nieszczęsny, wspomniany już rozdział ósmy, a dokładniej pierwsze kadry. Był on napisany i dodany do książki



już po pierwszych sukcesie Mausa. Po bardzo natarczywym quasi-wywiadzie, podczas którego Spiegelman jest bombardowany pytaniami i poleceniami od historyków, dziennikarzy i wydawców, następuje regresja pisarza do postaci małego chłopca. W międzyczasie okazuje się, że jego fotel przy biurku stoi na stosie wychudzonych ciał z obozów. Cały "sukces" powieści opiera się na ofiarach i ich wielkiej tragedii. W pierwszych kadrach Art zestawia ze soba także fakty z dwóch płaszczyzn czasowych: liczbę ofiar w Auschwitz i ciążę jego żony, początek pracy jego ojca jako blacharza w obozie i jego końcowe etapy pracy nad książką, wreszcie śmierć jego ojca w 1982 roku. Nie umie (czy też nie chce) rozdzielić tych dwóch rzeczywistości. W tym krótkim rozdziale ukazuje się prawdziwy sens tego komiksu. PS Jeśli ktoś z Państwa nabrał chęci przeczytania tego komiksu, informuję lojalnie, że jest bardzo trudny do zdobycia w Polsce. Został wydany dopiero w 2001 roku, głównie z powodu pewnych "antypolskich" treści. egzemplarza. Stop Papieros Magda Jewuła
Cała historia zaczyna się 16 listopada 2012 roku w jednej z sal naszej szkoły. Świętujemy światowy dzień rzucania palenia tytoniu. Obchody te zorganizowane zostały w ramach projektu "Szkoła rozpowszechniająca Europejski Kodeks Walki z Rakiem" pod patronatem Małopolskiego Kuratorium Oświaty i Szpitala im. Św. Łukasza w Tarnowie.


W jednej sali kilka osób powtarza role, śmieje i co chwilę słychać zdania o treści mnie więcej: „Ey no! Jeszcze raz” „Dobra, ogarnijmy się” „Jeszcze tylko 30 min i gramy!” , „No! Wreszcie wyszło!”. Trochę dalej widać dziewczyny z projektu biologicznego, które powtarzają teksty referatów. Przy komputerze siedzi Justyna i uruchamia slajdy. Pod nadzorem Pani Okas całość jest perfekcyjnie dograna. Wszystko dopięte na ostatni guzik, i wreszcie zaczęło się! Do sali wręcz wbiega kilka klas liceum i siadają na przygotowanych miejscach… „Cisza! Prosimy o ciszę!” – Zaczęło się. Uczniowie słuchają właśnie interesującego wykładu przygotowanego przez Asie Karczmarczyk i Edytę Barnaś. W tle widać prezentacje zaprojektowaną przez Justynę Konieczny z szokującymi faktami oraz zdjęciami przedstawiającymi stadia chorób nowotworowych wywołanych przez palenie. Następnie oglądamy nagrany wcześniej wywiad z lekarzem pulmonologii dr Joanną Siudzińską. Pierwsza część kończy się gromkimi brawami… Cisza… Nagle słychać muzykę z filmu „Różowa pantera” i naszym oczom ukazuje się Bartek Ziaja, który wcielił się w rolę… papierosa. Zaczyna się przedstawienie, do którego scenariusz napisali sami



aktorzy (pod kierownictwem Pani Anny Lipińskiej). Pierwszą ofiarą Bartka, czyli papierosa była młoda dziewczyna, uczennica która mimo początkowych oporów, ulega nałogowi. Role tą odegrała Monika Kusek. Kolejna scena to metaforyczny ślub człowieka z nałogiem i uzależnieniem, przysięga wierności aż do śmierci, Pannę Młodą zagrała Magdalena Jewuła. Ostatnia scena to ukazanie śmierci i wyniszczenia bohaterek, pojawiają się też trzy staruszki, których życie zostało całkowicie zdominowane przez nałóg (trzecią bohaterkę zagrała Justyna Płaneta). Wszystko kończy się triumfem papierosa nad nieszczęściem człowieka. Scenki wywołały emocje wśród widowni, ale też zostawiły wiele do myślenia. Całość zakończona została konkursem z nagrodami, w którym publiczność brała czynny udział. Na koniec głos zabrała Pani Dyrektor Haliny Pasternak, która zaszczyciła nas swoją obecnością i podsumowała w kilku słowach to wydarzenie. Całą akcję poprzedziło rozwieszanie plakatów w szkole na temat negatywnych skutków palenia, rozdawane były też ulotki. Myślę , że takie akcje są bardzo potrzebne i wiele dają młodym ludziom. Może przez to wydarzenia mające miejsce tego pamiętnego dnia nikt z nas nie sięgnie po papierosa, może ktoś postara się skończyć z nałogiem... Jedno jest pewne, to wydarzenie wniosło coś nowego do życia każdego z nas. "Trust me,  I'm the Doctor"
Przeżyliśmy już wszystko. Najazdy Daleków, Cybermanów, przeniesienie na księżyc i do innej galaktyki daleko, daleko od Układu Slonecznego oraz inwazję tłuszczu (jakkolwiek by to nie brzmiało).


Wszystko to za sprawą jednej osoby - Doktora. Nikt nie zna jego imienia i prawdopodnie nikt nigdy nie pozna. Innymi słowy, Doctor Who kończy 49 lat. Dawno, dawno temu, czyli w 1963 roku brytyjska stacja BBC nadała pilota (czyli pierwszy odcinek) pierwszego sezonu serialu Doctor Who. Odcinek zatytułowany był "An Unearthly Child". Nikt jeszcze wtedy nie sądził, że serial ten zdobędzie tak dużą popularność i przejdzie do historii jako najdłużej emitowany serial science fiction. Scenarzyści zapewnili sobie furtkę, która pozwoliła im kontynuować tę historię przez tyle lat - główny bohater, Doctor, może się regenerować, zmieniając przy tym swój wygląd i osobowość - dzięki temu co parę lat Doctor dostaje twarz nowego aktora oraz zupełnie nowy charakter. Zawdzięcza to byciu Władcą Czasu. 11 różnych osobowości, 11 całkowicie od siebie różnych Doctorów - rolę tę mieli możliwość odgrywać m.in. William Hartnell (1. odtwórca roli), Tom Baker (4.), Christopher Eccleston (9.), David



Tennant (10.) oraz towarzyszący nam przez ostatnie 3 sezony - Matt Smith (11.). W wielkim skrócie - serial opowiada o tym, jak pewien ponad 1000 letni Władca Czasu (Doktor) przemierza wszechświat i czas, napotykając na swej drodze odwiecznych wrogów. Przez pewien czas jest ostatnim ze swojego gatunku (straszliwa Wojna Czasu pomiędzy Władcami Czasu a Dalekami zebrała wielkie żniwo), ale potem (unikając większych spojlerów) ponownie napotyka na swej drodze swoich pobratymców. W jego podróżach zawsze pomaga mu towarzyszka (plus czasami towarzysz, jednak zazwyczaj Doctor preferuje obecność kobiet), pochodząca zazwyczaj z Londynu, która jakimś sposobem w swym nudnym, ludzkim życiu natknęła się na Doktora. Prawdopodobnie uratował jej życie. Podróżują TARDIS, która jest niepozorną, niebieską policyjną budką z lat 50., aczkolwiek nie wolno zwieść się pozorom  "It's bigger on the inside!" - budka jest tak naprawdę statkiem kosmicznym. Złych charakterów mamy do wyboru, do koloru: Daleki, Cybermeni, Płaczące Anioły (najstraszniejsze), Master oraz wiele, wiele innych. Doctor Who bawi, cieszy, a nawet UCZY! Wiemy także, co robić w przypadku napotkania na swojej drodze dziwnego zjawiska - RUN!, czyli główna zasada Doctora.

Tymczasem powracam do mojego nudnego, tuchowskiego okna, by wypatrywać na niebie niebieskiej budki. Geronimo!

W przyszłym roku 50 rocznica - scenarzyści już zapowiedzieli, że nadchodzący rok będzie nadzwyczajny, powrócą poprzednie wcielenia Doktorów, poprzedni towarzysze, będzie dużo zabawy, wzruszeń i cudownych historii. Najbliższy odcinek Christams Special 25 grudnia  pojawia się nowa towarzyszka - czekamy więc z niecierpliwością. Katarzyna Wąs Literatura Jane Austen W sidłach Jane Austen
Wszyscy bohaterowie "Dumy i uprzedzenia" są tacy pudrowi i tak nieudolni, że aż nienaturalni. Znajomość Elżbiety i Darcy'ego, nieoczekiwana miłość, "podchody" Karola i Jane, pogoń matki sióstr za ich bogatym zamążpójściem , ucieczka Lidii i Wickham'a - ABSURD.


Od lat istniały różnice, przerysowane szczególnie przez media, pomiędzy literaturą przeznaczoną dla kobiet, a tą przeznaczoną dla męskiej grupy odbiorców. Przecież są takie "zakazane książki", których prawdziwy mężczyzna nie może wziąć nawet do ręki, a Jane Austen jest na tej liście jego wrogiem publicznym nr 1. Z niewyjaśnionych przyczyn, już jako dziecko, zapałałam niechęcią w stosunku do jej twórczości. Według mojego mniemania, osoba inteligentna nie powinna zaprzątać swojego, jakże zapracowanego umysłu, romansidłami dla zdesperowanych czterdziestolatek niezadowolonych z życia. Na każdą wzmiankę o Austen reagowałam negatywnym słowotokiem pod jej adresem, choć prawdę mówiąc nigdy nie czytałam "Dumy i uprzedzenia". I tak trwałam w tej niewiedzy, aż nagle ze zgrozą zrozumiałam, że wszyscy znają tą książkę tylko nie ja. Zadałam sobie pytanie: Dlaczego jest aż tak popularna? Jako osoba z natury dociekliwa postanowiłam przekonać się na własnej skórze, w czym tkwi jej fenomen. Nie muszę chyba wspominać



o wrażeniu, jakie na mnie wywarła. Na jednej książce niestety się nie skończyło, pojawiły się różnorodne ekranizacje, z indyjską wersją włącznie (sygnał, że moja "obsesja" już dawno przekroczyła dozwoloną normę). Jednak czar nagle prysł. Wszyscy bohaterowie "Dumy i uprzedzenia" są tacy pudrowi i tak nieudolni, że aż nienaturalni. Znajomość Elżbiety i Darcy'ego, nieoczekiwana miłość, "podchody" Karola i Jane, pogoń matki sióstr za ich bogatym zamążpójściem (niezbity dowód na to, że materializm istnieje od zawsze, ma się dobrze i istnieć będzie jeszcze przez długie lata) ucieczka Lidii i Wickham'a - ABSURD. Należy wspomnieć o wyżej wymienionym panu Darcym, jest on bożyszczem tysięcy kobiet na całym świecie, postrzegany jest przez mężczyzn jako "socjopata po trzydziestce". Nic bardziej trafnego. Nie do końca wierzę w koncepcję miłości Austen, która przecież sama nie miała męża. Połączenie takich postaci z niedorzecznymi zasadami angielskiej etykiety XVIII w. tworzy mieszankę wybuchową. Jednak od razu zapałam sympatią do sarkastycznego pana Benneta, który jako jedyny z całej rodziny zachował namiastkę normalności. Przeczuwam, że w tym momencie całe społeczeństwo mnie znienawidzi (Austen uważna jest w Anglii za dziedzictwo narodowe) - mówi się trudno. Nie dostrzegam w jej książkach epickich miłości, ani innych wychwalanych powszechnie wątków. Może wina tkwi we mnie i to ja,  jako osoba pozbawiona gustu czytelniczego, nie umiem ich w należyty sposób odczytać. Swojego zdania w najbliższej przyszłości zmieniać nie zamierzam. Mimo wszystko, muszę przyznać, że  "Duma i uprzedzenie", jako powieść skierowana szczególnie dla kobiet jest bardziej wartościowa (choćby dla wcześniej wspomnianej zdesperowanej czterdziestolatki), niż popularna dziś trylogia E. L. James. Do czterdziestki jednak mi daleko i z chęcią zostanę przy zupełnie innej literaturze. Katarzyna Witek 'And this chaos it defies imagination' - Muse na łódzkiej scenie.
Dwugodzinne show zawierające tańczących kosmitów, wielką piramidę reprezentującą struktury władzy na świecie, kolorowe obrazy połączeń nerwowych ludzkiego mózgu i walki kungfu.


Całość oprawiona muzyką, którą można określić jedynie używają cytatu ‘Christian gangsta rap jazz odyssey, with some ambient rebellious dubstep and face melting metal flamenco cowboy psychodelia’. Tak może wyglądać tylko koncert Muse – brytyjskiego zespołu rockowego. Wydarzyło się to 23 listopada roku Pańskiego 2012 w Atlas Arenie w Łodzi. O 19:30 jako support zespół „Everything Everything”. O 21:00 to  po co wszyscy się zjawili - MUSE. Trio, które promuje obecnie swój szósty studyjny album ‘The 2nd Law’, właśnie z tej okazji zawitało do Polski na swój pierwszy pełnoprawny, niefestiwalowy koncert, co dla fanów oznaczało 21 wspaniałych piosenek. A wszystko zaczęło się od ‘The



2nd Law: Unsastainable’ przechodzącego gładko (i bardzo efektownie) w ‘Supremacy’. Setlista była prawie idealna, a tak naprawdę jedynym sposobem aby ja ulepszyć byłoby zagranie większej ilości utworów. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Muse zagrało 10 kawałków z nowej płyty a reszta to nie tylko największe hity, znalazło się miejsce nawet dla o wiele mniej znanego ‘Sunburn’ pochodzącego z pierwszej płyty zespołu. Ograniczając listę najlepszych z najlepszych muszę powiedzieć że dla mnie były to  'Plug in Baby', 'Follow Me', 'Time is running out', 'Panic Station', Liquid State', 'Uprising' oraz ' Starlight'. Podczas tej drugiej miała miejsce najbardziej rozpowszechniona fanowska akcja koncertowa - wypuszczenie kolorowych baloników na pierwszym refrenie. Muszę przyznać że udała się świetnie i nawet wokalista Matt Bellamy poniekąd wziął w niej udział odbijając jeden z balonów głową. Nawet pomimo, że wiedziałam dokładnie co zagrają, oglądnęłam niezliczoną ilość nagrań z poprzednich koncertów

Matt biegał po scenie niczym mały podniecony kurczak, Dom zdołał utrzymać swoja pozycję najszczęśliwszego perkusisty, a Chris po prostu był sobą, to wystarcza aby zawładnąć publiką.

i przesłuchałam każdy album miliony razy, mój ulubiony zespół potrafił mnie zaskoczyć. Piosenki takie jak ‘Animals’ czy ‘Liquid State’, które nigdy nie robiły na mnie większego wrażenia (względnie oczywiście), teraz uwielbiam, a te które kochałam już przed koncertem zyskały zupełnie nowy wymiar. Nawet najbardziej znany utwór Muse brzmi inaczej przy każdym wykonaniu, a do tego efekty graficzne, atmosfera tworzona przez fanów zgromadzonych na arenie oraz nastawienie samych muzyków sprawiły, że nie sposób było się nudzić. Uwielbienie tłumu było niesamowicie widoczne, co miało wpływ na zachowanie zespołu. Całe to show i emocje które towarzyszyły mi nieprzerwanie, odkąd dostałam bilet w swoje ręce sprawiły, że była to bez wątpienia najlepsza noc mojego życia i bardzo trudno było mi wrócić do szarej rzeczywistości. Niestety jedyne co mi teraz pozostaje, to mieć nadzieję że wrócą do nas szybko i będzie już tylko lepiej. Gabriela Rudna Umarł kryzys, niech żyje kryzys! Mikołaj Kłos
W Brukseli zakończył się właśnie kolejny szczyt państw Unii Europejskiej, ale był to szczyt nietypowy. Chociaż tematem spotkania pozostawały, tak jak w poprzednich wypadkach, finanse, było ono inny.


Kiedy kanclerz Merkel, prezydent Hollande, premier Cameron i przewodniczący Van Rompuy wchodzili na sale plenarną Parlamentu Europejskiego wiedzieli, ze tym razem nie będą dyskutować o przyszłości Grecji, Hiszpanii czy nawet Włoch... ale o przyszłości całej Europy. A przyszłość ta nie maluje się w jasnych barwach co martwi zarówno bezrobotnych w Hiszpanii jak i śpiących na pieniądzach biznesmenów i bankierów w londyńskim City. Wielu ekonomistów, zarówno z Polski jak i z całej Europy zaznacza, ze szanse na powodzenie tego szczytu były małe, wręcz znikome. Było tak za sprawą różnych celów, jakie zadali sobie jadący tam przywódcy państw. Teoretycznie cel był jeden, ściśle ustalony już we wrześniu kiedy to planowano owe spotkanie na szczycie. Celem planowanym było ustalenie budżetu na lata 2014-2020. W razie gdyby się to nie udało wszyscy liczyli na szybkie porozumienie miast bez konieczności borykania się z problemem prowizorium budżetowego. Jednakże jeszcze zanim samoloty niosące przywódców Europy oderwały się od ziemi, każda stolica na Starym Kontynencie opracowała swoja strategię i jej zamierzała trzymać się kurczowo i za wszelka cenę. Zarówno Berlin, jak i Londyn przygotowały sobie mocne argumenty i poleciły swoim dyplomatom uzbroić się w cierpliwość. A cierpliwość była tu szalenie potrzebna.. Bowiem na każdym szczycie dotyczącym budżetu Wspólnoty wygrywa ten, kto jest w stanie najdłużej siedzieć z kamiennym wyrazem twarzy i potrząsać przecząco głową. I tak minęły listopadowe negocjacje w stolicy Belgii i Europy. Żeby zrozumieć, czemu przywódcy



europejscy postąpili tak, a nie inaczej, trzeba przyjrzeć się sytuacji w poszczególnych regionach Europy. Wiadomo było od początku ze wszyscy poza ‘Europejska czwórką’ w składzie Merkel, Cameron, Hollande i Van Rompuy jadą tam tylko z dwóch powodów. Aby ponarzekać na swój los i postarać się uszczknąć, jak najwięcej z budżetu unijnego. Ale żeby można było go dzielić, trzeba go najpierw stworzyć, opracować. I właśnie po to udała się tam wymieniona wyżej czwórka polityków. Pomimo tego, że pracowali wspólnie, każde z nich realizowało swój własny plan. Niestety znana taktyka ‘swojego podwórka’ tym razem nie zadziałała. Kiedyś na szczyty UE jeżdżono, aby porozmawiać o Unii i pozować do wspólnych zdjęć. Teraz trzeba było znaleźć grunt porozumienia. I tu plany zawiodły... Biorąc pod uwagę pozostałą trójkę, Van Rompuy miał niewiele do stracenia, gdyż nie reprezentował żadnego kraju. Merkel musiała zadbać o to, aby w latach 2014-2020 dług, jaki Berlin będzie spłacał za ‘Południowców’ nie przekroczył 20% niemieckiego PKB, bo zrobiłoby się groźnie. Cameron miał za wszelka cenę bronić londyńskiego City od kilkuset procentowej fali inflacji nadciągającej z Hiszpanii i Grecji. Hollande z kolei miał najtrudniejsze zadanie zagrania dobrej miny do złej gry. Francuski prezydent musiał bowiem, nie dopuścić, aby cokolwiek obciążyło ledwo już zipiącą gospodarkę kraju nad Loarą, jednocześnie



zapewniając z uśmiechem ze Francja jest gotowa ‘wspomóc Europę’. Niestety nie jest. Nikt nie jest. Ten kryzys zaszedł za daleko, aby rozejść się po kościach Europejczykom. On wtargnął do ich domów i część z nich wyrzucił na bruk. Van Rompuy musiał wiec doprowadzić do porozumienia miedzy przywódcami 27 narodów czujących coś, o istnieniu czego już powoli zapomniały... strachu przed chaosem i ekonomiczna tragedią. Z tego właśnie powodu to przewodniczącemu Rady Europy należą się zapewne brawa. Jako jedynemu. Owacje te winny być jednak nie za to, że na silę chce on wprowadzić oszczędności do kasy Europy, ale za to że utrzymał względny ład i porządek na tym szczycie. Najtrudniejszym od lat. Budżet dla unii powstanie, bo powstać musi. Kraje takie jak Polska zapewne otrzymają zeń swoją pulę, odpowiednio mniejsza niż by chciały. Przywódcy państw w styczniu zapewne będą w stanie dojść do porozumienia w sprawie wydatków UE w latach 2014-2020. Problem jednak tkwi w tym, że ten szczyt pokazał jak wielki strach panuje w krajach Wspólnoty. Coraz więcej polityków krzyczy o ‘odważnym kroku wprzód’, który jednak może okazać się gorszy niż spokojne utrzymywanie równowagi. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, iż Europa stoi obecnie nad przepaścią. Stopka:
Redaktor naczelny: Karolina Machalska


Dziennikarze: Dominika Saładyga Julia Foltak Borys Kuca Bartek Ziaja Katarzyna Wąs Katarzyna Witek Magdalena Goc Magdalena Jewuła Mikołaj Kłos Gabriela Rudna Opieka: Anna Lipińska Rysownik: Kinga Bugajska