Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








Od Redakcji:
Jesteśmy grupą młodych ludzi z tarnowskiego Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 2, których wielką pasją jest dziennikarstwo. Większość z nas jest z liceum, ale jesteśmy otwarci na nowych członków. Wszystkich chętnych zapraszamy do p. Lipińskiej. Efekt naszych dotychczasowych działań możecie zobaczyć na ekranie. Jest to dopiero pierwszy numer naszej gazety, ale nie pierwsza próba założenia szkolnego pisma.


W zamierzchłych czasach, w naszej szkole narodził się pomysł stworzenia ambitnej i opiniotwóczej gazety. Pierwszym krokiem w tym kierunku było założenie Międzylicealnego Pisma Młodzieżowego „wg”. Patronat polonistyczny sprawowali Jerzy Olszewski- nauczyciel języka polskiego II LO oraz Krystyna Latała z I LO (obecnie pani wiceprezydent miasta Tarnowa). W zespole redakcyjnym pracowali uczniowie II LO. W październiku 2002 r. wyzej wspomnainy pan Jerzy Olszewski podjął się wyzwania reaktywacji gazetki szkolnej i założył ,,etc". Jak sam mówił na łamach pisma: (…)powstanie nowego pisma redagowanego przez klasę o profilu dziennikarskim nie powinno dziwić: korzyści dla edukacji humanistycznej są oczywiste, a na naszych oczach formuje się nowe pokolenie „czwartej władzy”. Kto wie, może ich szturm na media ( który się już rozpoczął), kiedyś będzie czymś więcej niż przygodą z dyktafonem i piórem? Chcemy kontynuuować tą tradycję i dlatego we współpracy z dwiema nauczycielkami języka polskiego - panią Lilianną Pyzińską Stych oraz panią Anną Lipińską - wybraliśmy nazwę dla naszego pisma, która w oczywisty sposób będzie nawiązywać do wartości i standardów, wyznaczonych przez ,,etc". Gazetę tworzą: Redaktor naczelny: Karolina Machalska Redaktorzy: Dominika Saładyga Julia Foltak Borys Kuca Dziennikarze: Michał Rams Ługowski Wiktoria Szanduła Katarzyna Wąs Paula Lazarek Karolina Kozioł Konrad Kudłacz Bartek Ziaja Piotr Głowacki Anna Lipińska (opieka) Lilianna Pyzińska Stych (opieka) Rysownik: Kinga Bugajska Świat nauki z Mikołajem Kopernikiem
Wielu uczniom nauka kojarzy się przede wszystkim z nudnym wkuwaniem wzorów, dat czy nazwisk, które na pierwszy rzut oka wydają się zupełnie niepotrzebne.


Jednak poznawanie świata może być bardziej interesujące – powinno polegać nie na ślęczeniu nad podręcznikami, lecz na zabawie. Jednym z miejsc, które promuje właśnie taki sposób zdobywania wiedzy, jest Centrum Nauki Kopernik w Warszawie. Już od momentu otwarcia „Kopernik” zyskał tłumy wielbicieli. Nic dziwnego. Oferta placówki jest niesamowicie bogata – coś dla siebie znajdzie tam niemal każdy. Na fizyków, chemików i biologów czeka mnóstwo różnorodnych ekspozycji związanych z ich „działkami”. Przyszły architekt może spróbować swoich sił, układając z klocków miniaturowy łuk triumfalny czy igloo. Swojsko poczuje się tam również miłośnik polityki – twórcy „Kopernika” nie stronią także od bieżących tematów. Zabawa nie ominie też innych – amator ogrodów może spędzić czas na wąchaniu różnych zapachów i zgadywaniu, jakie kwiaty je wydzielają, a kawalarz – na oglądaniu humorystycznych filmików z najprzeróżniejszych państw świata, takich jak choćby RPA. Jednak największą atrakcją Centrum jest teatr, w którym aktorami są… roboty. Kilka beztroskich godzin spędzonych w „Koperniku” jest jak powtórka z dzieciństwa. Cała sztuczność i powaga, będące nieodłącznymi cechami współczesnych ludzi, odpadają jak niepotrzebna skorupa. Ich miejsce zajmuje niczym nieskrępowana ciekawość świata, która – przytłumiona codziennym życiem – tu ujawnia się z całą mocą. Borys Kuca Długo i ze świecą można by szukać kapeli zręcznie i z klasą łączącej dwa tak różne gatunki muzyczne jak klasyka i metal. Można by. Ale po co, skoro jest Epica? Oni potrafią stworzyć niesamowite utwory, co udowadniają w swojej najnowszej płycie, wydanej niedawno, jeszcze w marcu.
Requiem for the indifferent Michał Rams Ługowski


Requiem for the indefferent, bo tak tej śliczności na imię, składa się z czternastu piosenek. Wszystkie w markowym dla Epici stylu, gdzie zarówno osoba szukająca mocy i energii znajdzie tyle samo dla siebie co ktoś z uszami preferującymi spokojne, melodyjne piosenki. Zarówno piosenki z pierwszej jak i drugiej kategorii siedzą sobie wypalone na płytach Cd  czekając tylko na słuchaczy. Do tego, jeżeli ktoś lubi przesłuchiwać płyty od 0:00 do końca, dodane został wtłoczony wstęp i  wstawka o wdzięcznej nazwie Anima. Najlepszą piosenką na płycie jest tytułowy utwór, Requiem for the indefferent, razem z Storm the sorrow, piosenką wcześniej promującą ten album przed premierą, obie wykorzystują chóry męskie i kobiece, obie gitary elektryczne i bass, pianino, skrzypce, wokal Simone Simons i growl Marka Jansena, oraz cokolwiek czego niżej podpisany niepotrafi rozpoznać, mistrzowsko. Pieniądze wydane na płytę z okładką z łysą szarą panią okrytą różnym metalowym złomem, bądź w wersji dla ludzi normalnych, Requiem for the indefferent, nie są wyrzucone w błoto. Wręcz przeciwnie. Bo coż dużo mówić, Epica jest zwyczajnie epicka. Hołdys i inni – I Ching
Wśród polskich rockowych wykonawców, ostatnio docenianych na nowo, znaleźć można ogromną ilość projektów Zbigniewa Hołdysa. Muzyk ten, dla niektórych zbyt kontrowersyjny, wniósł wiele dobrego do polskiej muzyki lat 80.


Zapomnianą przez wielu (niestety) perełką wśród jego dokonań jest projekt I Ching z 1983 r.  będący jednocześnie nazwą zespołu, albumu oraz najdłuższego utworu, wieńczącego zbiór 14 kompozycji Hołdysa z tekstami Bogdana Olewicza. Wśród nich należy wyróżnić wokalistę i gitarzystę Wojciecha Waglewskiego (ówczesny członek zespołu Osjan), który wniósł do zespołu powiew muzyki orientalnej, ocierającej się nawet o reggae, wraz z charakterystycznymi dla niej instrumentami. Warto też wspomnieć o perkusiście Wojciechu Morawskim (wtedy ex Porter Band) i basiście Andrzeju Nowickim (Perfect), którzy stworzyli niezastąpioną sekcję rytmiczną, wykorzystaną w późniejszych projektach Hołdysa. Ale dosyć nazwisk – skupmy się na muzyce… Wszystkie 14 utworów spaja większość gatunków i styli bliskich ówczesnemu, polskiemu rockowi. Mamy tutaj do czynienia z zimnym, mrocznym rockiem nakreślającym rzeczywistość stanu wojennego w transowym, podchodzącym wręcz pod reggae, wykonaniu Waglewskiego, bluesem Martyny Jakubowicz, czy nawet agresywnym punk rockiem. Ogólne brzmienie

Całość można właściwie zamknąć w słowach pierwszego utworu, „Heksagram sześćdziesiąty piąty”: „Muzyka jest pokarmem duszy / Mądre słowa sycą mózg”. W tym przypadku trudno się nie zgodzić. Szczerze polecam ten album wszystkim, którzy poszukują w polskiej muzyce „czegoś innego” – niekoniecznie najnowszej, pretensjonalnej alternatywy. Paweł Głowacki

płyty jest wyjątkowe, a poczucie to wzmagają nietypowe, jak na lata 80te pomysły Zbigniewa Hołdysa. Fortepiany potraktowane kostką, partie perkusji przypominające hardbopowy jazz z lat 60-tych, czy też egzotyczne instrumentarium Wojciecha Waglewskiego połączone z głębokimi bębnami Morawskiego sprawiają, iż album ten zaskakuje na każdym kroku. Teksty, teksty i jeszcze raz… Olewicz, Hołdys, Waglewski i Andrzej Jakubowicz. Liryka ich autorstwa jest, równorzędnie z muzyką, istotnym i równie dopracowanym elementem projektu I Ching. Teksty nakreślają niepokoje zbierające w społeczeństwie, nie tylko z powodu stanu wojennego, czy w ogóle ustroju ówczesnej Polski, lecz także w związku z rozwojem cywilizacji i jednocześnie postępującym zdemoralizowaniem. W wielu utworach usłyszymy również trafne przemyślenia i moralistyczne przesłania, ale spokojnie - nie zawsze. Jest tu też miejsce na ironię, rock’n’rollową beztroskę i punkowe deklaracje. Oczywiście w tekstach nie zapomniano o miłości, melancholii i romantyzmie, które w wydaniu Hołdysa mają szczególnie ujmującą formę. „Statuetka Maszkarona dla najlepszego filmu fabularnego” Paula Lazarek



Główną nagrodą Grand Prix i Statuetką Maszkarona został uhonorowany Wojciech Smarzowski za wstrząsający film „Róża” - wybitne kino o uczuciu rodzącej się miłości i okrucieństwie czasów naznaczonych cierpieniem i krwią mieszkańców Mazurskiej Krainy Tysiąca Jezior w trakcie II Wojny światowej. Również podczas Gali Wręczenia Nagród w tarnowskim Teatrze im. Ludwika Solskiego , Jury Młodzieżowe nagrodziło debiutancki film Bartka Konopki „Lęk wysokości” - opowieść psychologiczną o dojrzewaniu człowieka, poszukiwaniu własnej tożsamości oraz skomplikowanej egzystencji osób cierpiących na choroby psychiczne. Ważnym punktem programu było także uhonorowanie Daniela Olbrychskiego , Andrzeja Seweryna i Wojciecha Pszoniaka za całokształt wieloletniej twórczości kinematograficznej i wybitne kreacje aktorskie w filmie „Ziemia obiecana” Andrzeja Wajdy. Na zakończenie tarnowskiego festiwalu polskich dzieł filmowych na najwyższym poziomie, organizatorzy zadbali o kunsztowne , muzyczne zakończenie imprezy pod batutą Bartka Szułakiewicza i Michała Lorenca. Na Rynku odbył się koncert plenerowy „ Jerzy Duduś Matuszkiewicz – Piosenki z Ekranu i Scenki” - była to doskonała okazja, aby przypomnieć sobie motywy muzyczne z klasyki polskich filmów : „ Janosik” ; „Wojna domowa” czy „Jak rozpętałem II wojnę światową”. Utwory znanego kompozytora zostały zaprezentowane przez solistów i chór Gos.pl , który wzbogacił klasyczne aranżacje o nowoczesne , rockowe i jazzowe brzmienia. Natomiast Gala Wręczenia Nagród 26 Tarnowskiej Nagrody Filmowej zakończyła się koncertem muzyki filmowej z najnowszych kompozycji filmowych pod batuta Michała Lorenca i zespołu DesOrient, a także specjalną projekcją filmu – „Ziemia obiecana” ,,Rozdwojony w sobie..." - Hetman Jan Tarnowski



Częściowo zwolennik poglądów Kalwina, apologeta chrześcijaństwa, główny dowódca wojsk polskich, zwolennik sojuszu z Habsburgami; krwawy barbarzyńca, z zamiłowania mecenas sztuki, tudzież „sponsor” Jana Kochanowskiego. Swoją sławę i pogląd, jakoby był krzepkim tytanem, niepokonanym geniuszem sztuki wojennej „zadymy”, zawdzięcza być może mało obiektywnym obserwatorom- kronikarzom. To oni, podlizując się zacnym personom, niejako wzbogacili historię o barwne postacie. Tak też było w przypadku omawianego Leliwity - poprzez zabieg sublimacji awansował z przeciętnego lebiody na stanowisko małopolskiego Herosa. Hetman Jan Tarnowski , to jednak osoba dwuznaczna. Czym skorupka za młodu… Jak przystało na prawnuka Zawiszy Czarnego, miał w sobie smykałkę do spraw społecznych. Już w wieku lat trzynastu wziął udział w sejmie w Piotrkowie, zamykając sobie tym samym ostatnie drzwi do kariery duchownego. Wychowując się na dworze królewskim, zapoznał się z tajnikami wojskowości i sztuką rządzenia, zdobywając przy tym niemałe wykształcenie humanistyczne. W 80 dni dookoła świata… W czasie gdy Michał Anioł rozpoczynał zdobienie Kaplicy Sykstyńskiej, nasz Leliwita debiutował jako wojskowy, biorąc udział w wyprawie orszańskiej. Przez kolejnych lat kilka skusił się także na udział w innych bitewkach, m.in. Łopusznem i Wiśniowcem. Na przekór jego niebosiężnemu ego, chorobliwym ambicjom i nie zważając również na zacne Hetmana pochodzenie, w niepamięć puszczano jego istnienie w czasie wyboru urzędników państwowych. W roku 1518 Janowi w końcu puszczają nerwy - obrażony na polską władzę, decyduje się opuścić Królestwo Polskie, by wrócić tu jednak po dwóch latach. Zwiedza Europę i Bliski Wschód, zahaczając przy tym o Jerozolimę, gdzie zostaje mianowany Rycerzem Grobu Pańskiego. Pisze w owym czasie pamiętnik, który swą cennością dorównuje dziś nogom Madonny.



U szczytu sławy… Kolejna istotna data z życia Hetmana to rok 1527, kiedy to zostaje Wojewodą Ruskim. Rozpoczyna się błyskotliwa kariera Hetmana. Jego sukcesy czynią go swoistym celebrytą tamtejszej epoki. W końcu zostaje wybrany na stanowisko kasztelana krakowskiego. Pełniąc jednocześnie wiele innych funkcji, będąc w posiadaniu wielu ziem, staje się najbogatszym człowiekiem w kraju. W roku pańskim 1531 z pozytywnym rezultatem chłosta Mołdawianów w bitwie pod Obertynem. Jest to niewątpliwie zasługa jego geniuszu i waleczności i/lub -zdaniem części speców-inwencji twórczej ówczesnych twórców kronik. Tak czy owak, wszyscy są zgodni co do jednego: bitwa miejsce rzeczywiście miała i to z udziałem Hetmana Jana Tarnowskiego. Kilka lat później sukcesywnie zasiada na wspomnianych wyżej stanowiskach, najpierw krakowskiego wojewody, następnie kasztelana miasta stołecznego. W 1538 zdobywa w wojnie z Moskwą Homel oraz Starodub, gdzie trzy lata wcześniej dokonał rzezi na mieszkańcach twierdzy, dając tym świadectwo nie lada okrucieństwa. W 1547 doczekał się tytułu hrabiego, danym mu przez Cesarza Karola V.  Hetman kulturalny… W gąszczu jego zasług związanych z wojskowością i polityką , przez nieuwagę przeoczyć można te związane z kulturą. Otóż ten sam człowiek, który ścinał głowy niewinnym, lubował się w krwawych „ustawkach” i bijatykach, miał słabość do ludzi sztuki, być może nawet do niej samej. W swoim skromnym tarnowskim zamczysku zdołał wygospodarować izdebkę, w której zwykł przechowywać dzieła kulturowego dorobku człowieka. Był mecenasem wielu ówczesnych twórców, między innymi Jana Kochanowskiego. Udostępniał kasztelan swój dwór do dysputy, usilnie wspomagał tarnowskie szkolnictwo. Mała ojczyzna Mimo, że ponoć nie przepadał Hetman za Tarnowem, włożył wiele wysiłku w jego funkcjonowanie. Wyprosił u królów ot choćby zawieszenie opłat mostowych, czy zwolnienie z opłat towarów na szlaku Tarnów-Węgry. Dbał nieustannie o bezpieczeństwo miasta,



rozbudował miejskie mury, przebudował rękoma wybitnego renesansowego architekta tarnowski ratusz. Włożył także swój wysiłek w formowanie tarnowskiej umowy społecznej, wydając przepisy dla mieszczan. Ars moriendi… W końcu ,w roku 1561, w wieku lat 73 Hetman umiera. Owo nieszczęście miało miejsce w Wiewiórce (ulubiona posiadłość Hetmana), dnia 16 maja. Do grobu wpędziło go zaburzenie metabolizmu - podagradziś rozpoznawana pod nazwą dny moczanowej. Śmierć zakończyła jego wieloletnie cierpienie, dolegliwość ta bywała bowiem bardzo bolesna. Obrządek pogrzebowy odbył się w tarnowskiej katedrze; nad całością czuwał jego świątobliwość biskup Jakub Uchański. Na pogrzeb przybyli zacni goście, senatorzy, magnaci… Konrad Kudłacz Koko Koko, Trójka Spoko
Minęło już dokładnie 50 lat odkąd 1 kwietnia 1962 roku powstała stacja radiowa, dzięki której rynek muzyczny w Polsce zmienił się. Na lepsze oczywiście. Katarzyna Wąs


Sam pomysł stworzenia programu radiowego powstał z inicjatywy ówczesnej komunistycznej władzy. Panująca partia, chcąc odwrócić uwagę młodzieży od krytykowania władzy, postanowiła dać im coś nowego. Powiewem nowości miało być otwarte, pozbawione ideologicznego zacięcia oraz grające ciekawą muzykę radio. I tym sposobem powstała stacja na „luzie”, bez polityki, grająca zagraniczne piosenki oraz kreująca polskich artystów, którzy w tym czasie bujnie rozkwitali na muzycznej scenie. Innowacyjnym pomysłem była możliwość prowadzenia rozmów ze słuchaczami na żywo. Pierwszą audycją, którą usłyszeli odbiorcy, był „Mój magnetofon” – pierwowzór Muzycznej Poczty UKF, prowadzony przez Mateusza Święcickiego. Przez następne lata Trójka umacniała swoją pozycję na polskiej arenie muzycznej. Dokładnie 24 kwietnia 1982 roku powstała kultowa już audycja, zapoczątkowana przez Marka Niedźwiedzkiego - „Lista Przebojów Programu Trzeciego”. Pierwsze notowanie wygrała piosenka „I’ll Find My Way Home” duetu Jon and Vangelis, mimo starań prowadzącego, którego faworytem był Mannam. Trójka przyczyniła się

Koniec bajki i bomba, kto nie słucha Trójki ten trąba.

do rozkwitu kariery wielu wybitnych polskich dziennikarzy. Dzięki pracy w radiu, do telewizji przebiły się takie osobowości, jak Monika Olejnik, Grzegorz Miecugow czy Wojciech Mann. Dla wielu artystów stacja również była kamieniem milowym w karierze muzycznej. Wystąpienie w trójkowym studiu im. Agnieszki Osieckiej było marzeniem, które spełniło się tylko tym, których muzyka była niebanalna, wyróżniająca się spośród popkulturowej papki (byli to m.in. Kult, Perfect, Jacek Kaczmarski). Do dziś w Trójce nie usłyszymy muzyki komercyjnej, powszechnie granej w prywatnych rozgłośniach radiowych, odwrotnie, to często te radiostacje przejmują utwory, które zostały dostrzeżone przez dziennikarzy Trójki. Najświeższym i najbardziej widocznym tego przykładem jest Gotye z światowym hitem 'Somebody that I used to know'. Jako pierwszy dla Trójki, oraz całej Polski odkrył go Marek Niedźwiecki (już w sierpniu 2011 był on grany w Trójce), zafascynowany Australią i tamtejszym rynkiem muzycznym. Miejmy nadzieję, że przez co najmniej następne 50 lat Trójka pozostanie wzorcem wysokiej radiowej jakości. Bardzo blisko siebie...
Do Tarnowa zawitała w końcu wiosna. Śnieg sukcesywnie ustępuje żywej zieleni świeżej trawy. Topniejąc, odsłania czarny jęzor asfaltu i psie odchody na trawnikach.


Słupek rtęci leniwie przekracza granice zera stopni, popędzany przez strumień wrzących promieni, rzucanych nań przez słońce .Osowiała młodzież niechętnie przekracza próg szkoły, bowiem w naszej strefie czasowej dochodzi właśnie ósma. Jestem tam i ja. To  co mnie wyróżnia spośród tłumu przekraczających ów próg, to poza nowymi trampkami na nogach- przesadna, wręcz niestosowna dla chwili euforia. Sam nie wiem co mnie tak ekscytuje: czy wizja rozpoczynającego się za kilka godzin weekendu, czy może dzisiejsza wizyta Izraelskiej młodzieży. W okresie II wojny światowej, ówczesny prezydent Rzeszy , kazał otruć cyklonem i spopielić każdego potomka Abrahama. Reżim ten, o ile nieludzki i zbrodniczy, daje dziś holońskiej młodzieży dobry powód do tego, by odwiedzać środkowy rejon Europy. Co roku duża grupa żydowskiej młodzieży przyjeżdża do Polski. Przemierzają tysiące kilometrów lądu, morza, przez które tym razem przeprawia ich Boeing, by dotrzeć to kraju ich dziadków. Przechadzkę po Polsce wieńczy wizyta u nas, w hetmańskim liceum. Jak co roku, tak i dziś przyjadą. Będą wśród nich ortodoksyjni Żydzi i ateiści, mężczyźni i kobiety, piękni i brzydcy .  Z czasem moja euforia zdaje się ustępować senności połączonej z tremą. Senny jestem, bo w nocy bolała mnie głowa i nie mogłem spać, choć dookoła wszyscy już posnęli. Denerwuje się, ponieważ kazano mi poprowadzić prezentację; nic dziwnego, że akurat mnie, w końcu to sprawa międzynarodowa. Razem ze współprowadzącym kolegą naradzamy się, chcemy żeby nasza „improwizacja” została starannie przemyślana... Następnie przystępujemy do tego, co mnie udaje się najlepiej: do bezczynności; a w zasadzie - do bezczynnego czekania na gości. Ludzie wkoło mnie zastygają w bezruchu, siedzą, stoją, nic nie mówią - czekają. Tylko czasem słychać szelest stóp, kogoś, kto przebiega właśnie przez korytarz. Sam nie wiem, która jest już godzina, może dziesiąta, może południe. Do sali wchodzą nagle Żydzi. Cholera jasna! Wściekłem się, bo nikt nawet nie krzyknął, że już są. Się człowiek nawet nie uczesał, mentalnie nie przygotował. W zeszłym roku, nim weszli do sali, wszyscy zostali poinformowani, że już dotarli. Wchodzą powoli, przyglądają się wszystkim i wszystkiemu, co ich oczy namierzą. Ujrzawszy krzesła siadają na nich. Patrzą teraz prosto przed siebie, na mnie, na kolegę współprowadzącego, na pedagogów swoich i naszych. Wydaje mi się ten moment w tekściwie dobrym na dygresje : Izrael to bardzo ciepły kraj. Podczas gdy mnie z przegrzania poci się ciało, oni ubrani są tak grubo, że ledwo w drzwiach się mieszczą. Doprawdy, u przeciętnego Żyda jego wysokość równa się w przybliżeniu



jego szerokości. Nosy mają czerwone jak wino, zębami dygoczą, jak telefon w trybie „wibruj ''  a na zewnątrz przecie całe dziesięć stopni. Głos zabierają teraz dyrektorki szkół, naszej i ich, ażeby rozpocząć spotkanie w sposób należycie wzniosły. Jednakże kwintesencją ich pobytu w tej sali, sali nr 12, jest prezentacja, prowadzona przez wiecie już kogo. Nie wiem jak kolega, ja tam się wcale nie denerwuje - mam doświadczenie; ongi byli już u nas tacy, równie obcy i równie żydowscy. Owa dlań atrakcja przebiega w sposób niezakłócony, zgodnie z planem acz spontaniczna... Urzeczone naszym wdziękiem, lekkością naszego języka i jasnością naszych umysłów Izraelskie dziewki krzyczą wniebogłosy na znak podziwu. Reszta publiki oddaje nam hołd uderzając dłonią o dłoń. Wszyscy teraz podzieleni zostajemy na grupy, rozchodzimy się do innych pomieszczeń. Co odważniejsi 'ciepło-krajowcy' zdejmują z dłoni rękawiczki, przyłapałem chyba nawet kogoś na ściąganiu czapki. Trzask-prask i jesteśmy rozdzieleni. Aktywnie uczestniczę w zajęciach mojej grupy , grupy językowej. Naszym zadaniem jest wzajemne nauczanie się naszych języków ojczystych. I tak my uczymy ich polskiego, oni nas hebrajskiego. Jednak teoria często zawodzi w doświadczeniu, to i nie wszyscy robią, co robić powinni. Skaczą , krzyczą, jedzą, szamocą się jeden z drugim. Tymczasem mnie, jedna z prze urodziwych nauczyła mówić po swojemu, że ją kocham. W głowie rodzi mi się przebiegły plan ucieczki do niej, mówi, że może mnie ukryć w słoiku po ogórkach i tak przewieść w bagażu. Wtem do klasy wpada telewizja, a właściwie pan z kamerą. Ni to BBC ,ni Discovery, ale jakaś niechodliwa, lokalna telewizja o nazwie dotąd mi nieznanej, której to widownia ogranicza się do biernych zawodowo emerytów-domatorów. Wybierają sobie niektórych, z którymi potem przeprowadzą wywiad. Sukcesywnie zaczyna panować chaos, ludzie wychodzą z sal, znów mieszamy się ze sobą, rozmawiamy na tematy wszelkie, od uprawy roli po politykę. A czas płynie nieubłaganie, wskazówki zegara zwiastują rychłe rozstanie. Tradycją, wręcz swego rodzaju rutyną takich spotkań, stało się dla nas nawiedzanie pobliskiego pomnika, wmurowanego w grunt przez PRL, a mającego na celu upamiętnienie hitlerowskiej zbrodni na blisko czterdziestu tysiącach ludzi, których winą jedyną była -wroga rasistowskiej ideologii- żydowska rasa. Organizujemy delegację, z którą i ja odwiedzę ów monument. Działa na nas, jakby woła wszystkich nas do siebie, jak gdyby chciał nam coś przekazać. Tłumi w nas tym samym młodzieńczą niepoważność, śmiech zastępuje osowiałością, chichot tłumu przemienia w pieśń żałobną. Toteż próżno szukać na naszych twarzach wyrazu różnego od przedśmiertnego grymasu... Przejechaliśmy właśnie kilka kilometrów busem, dotarłszy tym samym do wspomnianego pomnika. Wraz z naszym zbliżaniem się do niego, spośród drzew wyrosłych na ciałach ludzkich wyłania się mroczny jego majestat. Wbity w grób tysięcy istnień, które niegdyś miały swoje rodziny , domy, przyjaciół i plany, stoi na straży ich pamięci i ostrzega ludzkość na wypadek kolejnej jej klęski. Płacze i krzyczy lamentem tych, których wątłe ciała przemieniła w proch idea barbarzyńców, mieszając ich istnienie z leśną ściółką. Spotyka się teraz twarzą w twarz z tymi, którzy z owych prochów powstali, których czas ochronił od zbrodniczej



ręki kata ich narodu."Nigdy więcej rozlewu krwi, koniec z przemocą ! " - krzyczy jeden z nich. Jego wypowiedź to słowa, których wypowiedzieć nie zdążyli dawno temu tu pogrzebani i których ich prochy wypowiedzieć nie mogą .Jednak ich niemy krzyk i głośny apel Żyda są dla mnie dużą nauką, bowiem cóż lepiej poświadczy o omyłce Hitlerowców niż same ich ofiary? W atmosferze swoistej melancholii śpiewamy hymny, pogrążamy się w głębokiej refleksji. Ktoś odśpiewał słynną pieśń Cohen'a, ktoś wyrecytował wiersz. Jednak ową chwilę zadumy każe zakończyć rutyna dnia codziennego. Teraz wszyscy grzecznie wrócą do domów, umyją zęby i pójdą spać, nikomu przy tym słowa nie pisnąwszy o ożywionym pomniku i historii przezeń opowiedzianej. Konrad Kudłacz BRAK MOTYWACJI, LENISTWO CZY… PROKRASTYNACJA?
Jak się uczyć? Po co się uczyć? Na te pytania każdy ma swoją odpowiedź. Dlaczego pojawiają się trudności? W czym tkwią problemy? Czy jest to tylko zła organizacja lub lenistwo? Karolina Kozioł


Większości z nas znana historia Kolega X właśnie wrócił do domu po ośmiu godzinach zajęć w szkole, do której dojazd zajmuje mu półtorej godziny każdego dnia podmiejskim busem. Dzisiaj zdążył „oblać” sprawdzian z matematyki. Z nadzieją na poprawę wybrał się na zajęcia dodatkowe. W jego pamięci wciąż trwał obowiązek nauczenia się na sprawdzian z całego działu z biologii oraz napisanie piekielnie nudnego wypracowania z języka polskiego. Nie chciał nawet myśleć o codziennych domowych pracach i odrobieniu bieżącego zadania domowego. Kolega X wrócił do domu późnym wieczorem, po czym od razu oddał się przyjemności, jaką jest ulubiona gra komputerowa. Pochłonęło go to na tyle, że świadomość wróciła mu osiem poziomów, dwieście czterdzieści cztery zabite stwory i tysiąc osiemdziesiąt trzy jednostki amunicji później (około dwudziestej drugiej). Postanowił zrobić jak najszybciej prostsze zadania, by książki zniknęły z jego pola widzenia, dzięki czemu pozbędzie się dławiącego go od środka poczucia winy. Nie przyłożył się do pracy, ale cel osiągnął. Nasz kolega nie zdążył otworzyć książki do matematyki, natomiast chętnie pomógł ojcu przy naprawie starej kuchenki, zamiast pisania eseju z lektury śledził profile znajomych na portalach społecznościowych. Do nowo zapowiedzianego, trudnego sprawdzianu z biologii nie miał zamiaru się jeszcze uczyć, przecież to dopiero za dwa dni. Zwlekanie w psychologii Termin prokrastynacja w psychologii oznacza zwlekanie z wykonaniem czynności lub przekładaniem jej na później w różnych dziedzinach życia na korzyść zajęć bardziej przyjemnych, mniej kłopotliwych, czaso- i energochłonnych, wydających sie bardziej pożyteczne w danym momencie. Od niedawna uznana jest za zaburzenie psychiczne, najczęściej przejawia się w latach szkolnych. Prokrastynator jest ofiarą własnej perfekcyjności oraz stawianych względem siebie wymagań, a także oczekiwań innych. Prokrastynacja może mieć przyczyny o podłożu genetycznym, jak również środowiskowym. Różne są jej „objawy”. Najczęściej osoba taka zobowiązuje się wykonać pewne zadanie, ale zwleka w obawie przed porażką . W celu ochrony poczucia własnej wartości, szuka wymówek. W rezultacie strach przed konsekwencjami i ciągłe przekładanie, związana z tym presja i stres utrudniają wykonanie zadania. Osoby działające w ten sposób są postrzegane jako lenie. Prokrastynacja a brak motywacji i lenistwo Ile z historii kolegi X jest, więc, skutkiem jego lenistwa, a ile może być symptomem rozwijającej się prokrastynacji? Nie każdy czuje poczucie winy w związku z niewykonaną pracą. Są ludzie, którym po prostu się nie chce, wolą znajomych, ulubiony

Uwaga, uwaga Cieszy fakt, że mimo podanych wyżej statystyk 13% uczniów lubi się uczyć i sprawia im to przyjemność. Im  oczywiście, gratulujemy, pozostałym życzymy sukcesów w pracy nad sobą.

sport. Przecież całe życie przed nimi. Po co im szkoła? W tym przypadku brak zapału do działania, o ile pojawia się dodatkowo świadomość, co jest słuszne a co nie, da się, z odrobiną pracy, pokonać. Prokrastynacja w pełni rozwinięta wymaga pomocy specjalisty oraz pracy nad sobą samej osoby zainteresowanej. Są tacy ludzie wśród nas Kolega Y spędził cały dzień w szkole i na zajęciach pozalekcyjnych, wrócił do domu, zmęczony, lecz po krótkim odpoczynku zabrał się za wykonywanie prac domowych na dzień jutrzejszy. Pomogła mu w tym z pewnością lista rzeczy do zrobienia, którą szybko przygotował, by o niczym nie zapomnieć. Z zapałem zabrał się do pracy, a po każdym drobnym sukcesie (w przypadku dobrze wykonanego zadania z matematyki nawet dużym), robił sobie małe, maksymalnie pięciominutowe przerwy, słuchając muzyki i przegryzając „co nieco”. Tym sposobem Kolega Y nagrodził się za dobrze wykonany obowiązek. Gdyby natomiast robił przerwy w trakcie pracy, rozpraszałoby to jego uwagę oraz uczyło, że przerywanie zadania i zostawianie niezakończonego nie jest niczym złym. Działając w tak zorganizowany sposób, jest zadowolony, że zrobił wszystko, aby nazajutrz móc się czuć pewnie podczas zajęć. Po lżejszym, wg niego, materiale nadeszła kolej na trudniejsze zadania. Mimo, że do sprawdzianu z biologii pozostały jeszcze trzy dni, zostały mu już tylko powtórki, bo najcięższą pracę -  ponowne przeczytanie całego działu - rozłożył na małe części podczas całego tygodnia. Kolega Y cieszy się, że jego nawyki związane z nauką przynoszą oczekiwane efekty. W przeciwieństwie do kolegi X nie musi poprawiać sprawdzianu z matematyki, ponieważ poszedł mu dość dobrze. Następnego dnia, kiedy kolega X poświęca nocne godziny i ostatki sił na nauczenie się w pośpiechu całego materiału z biologii oraz cierpi ze stresu spowodowanego zbliżającym się terminem poprawy z matematyki, kolega Y spędza czas na przyjemnościach, nie czując oddechu czasu na karku. A realia? Czy większość z nas to Koledzy Y? Byłoby świetnie! Co na to ankietowani?



Zgodnie z ankietą przeprowadzoną w naszej szkole 30% badanych (w skład których wchodziło 121 osób z klas 1a  2b  3b gimnazjum oraz 1a i 2b liceum) kategorycznie nie lubi się uczyć, 13% raczej nie, a 44% uważa, że to zależy od przedmiotu, tematu, czy poziomu trudności materiału. W związku z powyższym wnioskować należy, że najistotniejsza jest odpowiednia motywacja i nastawienie. Może w tym pomóc samoafirmacja, czyli powtarzanie, np. „lubię się uczyć, bo jest to bardzo fajne, przydatne i dzięki temu mogę coś osiągnąć w życiu” (fragment komentarza na jednej z ankiet). Z pewnością nie zaszkodzi też usunięcie z pomieszczenia pracy wszystkiego, co może rozpraszać uwagę. Będzie to szczególnie istotne dla kolegi X, którego niesłabnący nawet po trzech godzinach spędzonych na graniu w tą samą grę zapał może spowodować początki uzależnienia (tak- od komputera też można się uzależnić!). Jest to najcięższa, ale z pewnością najskuteczniejsza metoda. Istotne jest tutaj stosowanie funkcjonalnego systemu kar i nagród. Ważne, aby postawione sobie cele były realne, współmierne do własnych możliwości i ambicji. Jacek Kaczmarski - bard czy degenerat?
Jest październik 1978 r. W Sali Kongresowej ma miejsce inauguracja kolejnego roku akademickiego. Kilka tysięcy zakutych w garnitury studentów Uniwersytetu Warszawskiego nudzi się nieznośnie. Przemawia rektor, następnie kilku innych dygnitarzy. Wreszcie rozpoczyna się część artystyczna.


Na scenę wchodzi student trzeciego roku polonistyki. Nazywa się Jacek Kaczmarski. Pewnym, mocnym głosem wykrzykuje: „Obława! Obława! Na młode wilki obława! Te dzikie zapalczywe W gęstym lesie wychowane! Krąg śniegu wydeptany! W tym kręgu plama krwawa! Ciała wilcze kłami gończych psów szarpane!”   Siadł sobie chłopak z gitarą – powiedział jeden ze studentów biorących udział w tej uroczystości – i zaśpiewał takie piosenki, że nam kapcie spadły. Nie mogłem uwierzyć, że takie teksty oficjalnie, pod egidą tego marksistowskiego rektora lecą. Do dziś nie wiem, jak to się udało. Zagrana wtedy przez Kaczmarskiego „Obława” przez lata zapierała ludziom dech w piersiach. Większości Polaków nazwisko Kaczmarski kojarzy się przede wszystkim z antykomunistycznymi utworami (takimi jak już wymieniona „Obława”), które w latach 80-tych rozniecały płomienie nadziei w sercach ludzi. Jednak piosenki te stanowią jedynie niewielką część olbrzymiego, bo liczącego ponad 600 utworów dorobku artysty. Kaczmarski był bowiem twórcą nieszablonowym,



czerpiącym natchnienie z wielu źródeł. Oprócz bieżącej sytuacji politycznej były wśród nich również te najbardziej tradycyjne, jak historia, mitologia i Biblia. Ale nie tylko. Spod jego pióra wyszło także wiele niezwykłych dzieł zainspirowanych książkami, obrazami czy filmami. Lecz, jak pisał biograf Kaczmarskiego, „nie sposób pojąć całkowicie jego twórczości bez zrozumienia naturalnego tworzywa, jakie stanowiła dla niego codzienność. Wcale nie szara, jak zwykło się ją określać. Jacka życie było bardzo bujne i bogate (…). Obfitowało w wiele radosnych momentów i wiele decyzji, które pewnie wolałby wymazać ze swej pamięci. Ale zawsze wszystkie sytuacje, które przeżywał, stawały się tworzywem jego wierszy i piosenek.” Dlatego też, oprócz liryków na „poważne” tematy, Kaczmarski pozostawił po sobie wiele utworów poruszających kwestie bardziej przyziemne: miłość, seks i alkohol. Dla większości Polaków Kaczmarski wciąż pozostaje przede wszystkim antykomunistycznym piosenkarzem. Lecz nazywając go „bardem Solidarności”, warto pamiętać o tym, jak zapamiętale próbował obsikać swój patriotyczny pomnik. I w końcu mu się to udało. W 1994 r. wydał książkę pt. „Autoportret z kanalią”, w której ośmieszył siebie i swoich przyjaciół z emigracji. „Dzięki” temu w oczach wielu ludzi stał się nagle zwyrodnialcem. Pomimo tego, większość jego miłośników wciąż wielbiła go jako patriotycznego poetę. Podsumowując później swoje życie i mniej lub bardziej szczęśliwe próby zrzucenia maski Barda, napisał: Niejedną twarz mi los przyprawił: Byłem już zdrajcą i pomnikiem, Degeneratem, bohaterem, A wszystkie twarze były szczere. Patrzono na mnie przez soczewki Miłości, złości, interesu, Przeinaczano moje śpiewki, By się stawały tym, czym nie są. Tak używano mnie w potrzebie Aż dziw, że jeszcze mam ciut siebie. W 2002 r. u Kaczmarskiego wykryto nowotwór. Dwa lata później, opłakiwany przez miliony fanów, zmarł. Pamiętajcie wy o mnie co sił! Co sił! Choć przemknąłem przed wami jak cień! Palcie w łaźni, aż kamień się zmieni w pył - Przecież wrócę, gdy zacznie się dzień! Borys Kuca