Musisz zainstalować flash player pobierz instalator






Nr 10 (10/2013) II LO Tarnów



11 października odbył się V Międzyszkolny Turniej Wiedzy o Hetmanie Janie Tarnowskim. Każdy z 3 osobowych zespołów musiał odszukać na terenie Parku Strzeleckiego zadania, a następnie je rozwiązać. Dodatkową trudność stanowił fakt ,że zespoły aby wykonać zadanie, musiały najpierw rozszyfrować lokalizacje miejsc ukrycia poszczególnych zadań. Zwyciężyła drużyna z III LO, drugie miejsce zajęło IV LO, natomiast trzecia lokata przypadła II LO. fot. Barbara Poręba i Anna Lipińska

Spis treści:
Anna Lipińska - Debatujemy? Debatujemy! s.5 Borys Kuca - O niczym słów kilka s.8
Etcetera korona świata s.27 Stopka s.32

Inga Piotrowska - Wiersze z redakcyjnej szuflady s.11 Gabriela Rudna - "To tylko nasza, a nie gwiazd naszych wina" s.12 Gabriela Lis - Jak Europejczyk na lekarza czekał s. 14 Katarzyna Wąs - Comfort and happiness. s.16 Karolina Machalska - "There is a reason why I get to write the movies, and you don’t." s.20 Aleksandra Trybulec - Podświadomość a życie codzienne s.26 Mikołaj Kłos - Złowieszczo piękna Debatujemy? Debatujemy!
W obecnym sezonie debatowania nasze drużyny szkolne staną w szranki z innymi zespołami w dwóch turniejach sztuki retoryki.


Anna Lipińska TLD – II Sezon 26 września w Sali Lustrzanej Urzędu Miasta Tarnowa odbyła się konferencja prasowa rozpoczynająca kolejny sezon Tarnowskiej Ligi Debatanckiej. W drugiej edycji weźmie udział aż 16 szkół ponadgimnazjalnych z Tarnowa. II LO stanie przed trudnym zadanie obrony tytułu mistrzowskiego wywalczonego w pierwszym



sezonie. Na konferencji obecni byli: Maria Zawada–Bilik, dyrektor Wydziału Marki Miasta Tarnowa, Marszałek Tarnowskiej Ligi Debatanckiej  Andrzej Król. Podczas konferencji odbyło się rozlosowanie poszczególnych szkół do grup, którego dokonał Janusz Kołodziej, żużlowiec Unii Tarnów. Podobnie jak w zeszłym roku, każda reprezentacja szkolna przejdzie dwudniowe warsztaty, w czasie których uczestnicy będą poznawać techniki autoprezentacji. Następnie zgodnie z harmonogramem odbywać się będą pojedynki wyłaniające zwycięzców poszczególnych grup. Debata inauguracyjna już 25 października. Naprzeciw siebie staną: Zespół Szkół Techniczno – Zawodowych oraz Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego. Konkurs debat oksfordzkich Drugą ważną inicjatywą debatancką w naszej szkole jest konkurs debat oksfordzkich dla uczniów szkół ponadgimnazjalnych województwa małopolskiego, który przygotował Regionalny Ośrodek Debaty Międzynarodowej w Krakowie. Celem debat jest inicjowanie merytorycznej dyskusji wśród młodzieży oraz wzrost świadomości na temat stosunków międzynarodowych i polskiej polityki zagranicznej. Tezy do dyskusji będą dotyczyły aktualnych wydarzeń w Polsce i na świecie. Konkurs zostanie przeprowadzony w trzech etapach, łącznie dla ośmiu szkół. Tezą do debaty w pierwszym etapie będzie „Rozszerzenie Unii Europejskiej jest dla niej korzystne. (informacje ze strony www.rodmkrakow.pl)



W projekcie biorą udział 4-osobowe grupy uczniów wraz z opiekunami. Na zwycięzców i uczestników czekają atrakcyjne nagrody: czytniki ebooków, bony do Empiku. II LO będzie miało w tym konkursie swojego reprezentanta, drużyna w składzie: Gabriela Lis (2c), Karolina Machalska (3c), Borys Kuca (3c) i Michał Bąk (3b) zakwalifikowała się do tych potyczek. O niczym słów kilka



Naszła mnie myśl, aby napisać tekst o Niczym. Wychodząc z założenia, iż pragnienia należy realizować, postanowiłem myśl tę urzeczywistnić. Nie jest to tekst ani o nicości czy niebycie (choć byłoby to z pewnością ciekawe), ani o Nietschem (to byłoby jeszcze ciekawsze), lecz po prostu o Niczym. Niestety, jak wszystko inne, tak i Nic musi mieć pewną formę. Po krótkim namyśle postanowiłem, iż oblekę moje Nic w formę milczenia. Cóż oznacza ten niepolski zwrot, którym zakończyłem poprzednie zdanie? Otóż oznacza on  iż temat mojego artykułu to po prostu milczenie. Razu pewnego poeta polski Julian napisał: „Błogosławieni ci  którzy nie mając nic do powiedzenia, nie oblekają tego faktu w słowa.” Inny literat, Oscar, wypowiedział tę samą myśl, choć w nieco inny sposób: „Błogosławieni ci,  którzy nie mając nic do powiedzenia, trzymają język za zębami.” W podobnym tonie pobrzmiewa stara mądrość ludowa: „Mowa jest srebrem, lecz milczenie jest złotem.” Morał wynikający z tych oczywistych, wydawałoby się, myśli, jest jasny: kto nie ma nic mądrego do powiedzenia, niech zamilknie. Na pierwszy rzut oka jest to uwaga celna. Nie tracić energii na niepotrzebne słowa – czyż to nie jest rozsądne? Mimo to,  mało kto



zwraca na nią uwagę. Dlaczego? Nietrudno udzielić odpowiedzi. Któż nie lubi wyrazić w słowach wszystkiego, co w środku siedzi? Któż nie pragnie wyrzucić z siebie swoich żali i radości? Któż nie marzy o tym, aby być usłyszanym i zrozumianym, a przynajmniej dostrzeżonym? Z tego powodu, spostrzeżenie o celowości milczenia, choć mądre, jest szalenie niepraktyczne. Pomimo tego, warto by się do niego zastosować przynajmniej od czasu do czasu. Nierzadko uszy me cierpią, gdy słyszą wyrafinowane i dopracowane wypowiedzi, pozbawione zarazem jakiejkolwiek treści. Owszem, przyznaję się, jest to do pewnego stopnia hipokryzja – mnie również zdarza się wypowiadać słowa piękne, lecz o Niczym. Jednak pisząc to



odnoszę się głownie do specyficznej kategorii ludzi – tych, którzy uwielbiają wygłaszać mowy ładne, lecz puste, zachwycające dopracowaną składnią i wysublimowanym słownictwem, a równocześnie aż tryskające Niczym. Odnoszę wrażenie, że za bardzo bije z tekstu tego moralizatorstwo, wyrażające się w zwrocie: „Milczcie, gdy nie macie nic do powiedzenia”. Nie taka była moja początkowa intencja, lecz trudno – co się stało, to się nie odstanie. Teraz, w każdym razie, gdy uleciały ze mnie wszystkie żale na niedoszłych mówców, czarujących pozorną elokwencją swoich wypowiedzi a zarazem grzeszących brakiem treści, mogę wyjawić moją słodką tajemnicę: uwielbiam to,  co sam tak namiętnie w tym artykuliku krytykuję: mowy wyestetyzowane, a równocześnie nieporuszające żadnych istotnych problemów. Banalne, a zarazem piękne same w sobie. I tu, na samym końcu, mogę także wyrzucić z siebie to,  co nie dawało mi spokoju podczas pisania, co wyraziłem we wstępie, a co inteligentny czytelnik powinien dostrzec: że cały ten tekst jest tym, co ganię, że od a do zet jest to jedno wielkie Nic, które, ubrane w formę milczenia, stało się Czymś. Borys Kuca Wiersze z redakcyjnej szuflady



Przeprosiny po raz kolejny przyjęte o świcie czuję jak bóg mi wybacza kolejny dzień następny gwóźdź kolejną kroplę krwi nie krzyczy tylko patrzy jak przed nim upadam czasami zejdzie z krzyża przytula i wraca do cierpienia zostawia mi tylko szkarłatne plamy które zamieniam w czystą rebelię to moja wola wolna błądzić nie jest rzeczą ludzką Zabrał mnie boże sprzedałam ci duszę daj mi coś nie ma zabawy tylko wiara anioły posążek na półce zakurzony krzyż inri nie chcę modlitwy żyję by umrzeć utonąć w wykutych słowach boże daj żyć amen Inga Piotrowska "To tylko nasza, a nie gwiazd naszych wina" Gabriela Rudna
Schemat powieści dla młodzieży można skrócić do kilku zdań. Dziewczyna poznaje Chłopaka, tajemniczego, intrygującego, i co najważniejsze, potrzebującego jej pomocy. Młodzi zakochują się w sobie szczeniacka miłością i mimo wszystkich przeciwności losu dostają swoje szczęśliwe zakończenie jak z bajki.


Zwykle można do tego dodać ideę manic pixie dream girl (tł). I tu zaczynają sie problemy, bowiem polega ona na tym, że kolorowa i pełna życia kobieta zakochana po uszy w tym tajemniczym mężczyźnie nauczy go jak żyć i kochać swobodniej, szczęśliwiej. Słowem, ocali go od niego samego. Tak więc kobieta ta istnieje tylko po to, aby zadowolić swojego partnera. Wszyscy znamy przykłady takiego zachowania, chociażby film „Piękna i bestia” czy „500 dni miłości”. Ja natomiast chciałabym zastanowić się jak odnosi się do tego w swoich powieściach autor książek dla młodzieży, John Green. „Gwiazd naszych wina”, bo tak nazywa się książka, która zostanie opisana, to najnowsze dzieło Greena. Opowiada historię Hazel Grace Lancaster i Augustusa Watersa. Od razu warto zaznaczyć, że nie są to zwykli nastolatkowe, lecz oboje są chorzy na raka, u Augustusa jedynie w remisji. Ten fakt



skreśla od razu z ich schematu szansę na szczęśliwe, długie życie, tym bardziej, że rak tarczycy Hazel jest nieuleczalny, jedynie spowolniony eksperymentalnym lekiem. Świadoma tego dziewczyna już dawno przestała chodzić do szkoły z powodu złego samopoczucia. Wycofała się także z życia towarzyskiego, spędzając dnie na oglądaniu telewizji i czytaniu w kółko tej samej książki. Jedynym wyjątkiem jest grupa wsparcia, do której przekonuje ja matka. Tu właśnie poznaje Augustusa. Można zauważyć, że bohaterka nie jest typową manic pixie dream girl, co do tego nie ma wątpliwości. Lecz pojawia się pytanie, czy Waters nie jest męskim odpowiednikiem tego motywu. Wysoki, intrygujący i przystojny Augustus, wkraczając do życia Hazel, wydaje się odwrócić je o 360 stopni, otwierając przy tym samotna dziewczynę na innych ludzi, a przede wszystkim miłość. Tak przynajmniej może to wyglądać na początku. Prawda jest taka, że życie zawsze zmieni się choć trochę dzięki pojawieniu się w nim innych ludzi, a w tym przypadku jedno nie chce zmienić drugiego, jedynie zrozumieć siebie nawzajem. Sam chłopak także nie jest idealnym człowiekiem zaprogramowanym dla Hazel. Jak przyznaje sam autor w pierwszej części „Gwiazd…”, może się takim wydawać, lecz później widzimy jego drugą twarz - tym razem załamaną i bardziej nam znajomą. Staje się on pełnowymiarowym człowiekiem. John Green łamie stereotypy gatunku, wprowadza do literatury młodzieżowej Szekspira (tytuł jest cytatem ze sztuki „Juliusz Cezar”), piramidę potrzeb Maslova, a także jej krytykę, czy oczywiście raka i przez to śmierć. Wszystko to w inteligentnej oprawie, napisane językiem czystym, idealnie wyważonym. Gorzkosłodka historia, sprawiająca, że czytelnik śmieje się przez łzy. I całkowicie tego warta. Gabriela Lis Fot.: Mean Mr Mustard (wikipedia.com)



„Jak Europejczyk na lekarza czekał” „Ci ludzie mają fantastyczną zdolność czekania! - powiedział mi mieszkający tu od lat Anglik. - Zdolność, wytrwałość, jakiś inny zmysł! Gdzieś w świecie krąży, płynie tajemnicza energia, która, jeżeli zbliży się i nas wypełni, da nam siłę, aby uruchomić czas - coś zacznie się dziać. Dopóki jednak to nie nastąpi, trzeba czekać - wszelkie inne zachowanie jest złudą i donkiszoterią. Na czym polega owo martwe czekanie? Ludzie wchodzą w ten stan świadomi tego, co nastąpi: starają się więc umieścić najwygodniej, w miejscu możliwie najlepszym. Czasem kładą się, czasem siedzą wprost na ziemi, na kamieniu albo w kucki. Przestają mówić. Gromada martwo czekających jest niema. Nie



wydaje głosu, milczy. Następuje rozluźnienie mięśni. Sylwetka wiotczeje, osuwa się, kurczy. Szyja nieruchomieje, głowa nie porusza się. Człowiek nie rozgląda się, niczego nie wypatruje, nie jest ciekaw. Czasem ma przymknięte oczy, ale nie zawsze. Raczej oczy są otwarte, ale wzrok nieobecny, bez iskry życia.”(Ryszard Kapuściński, „Heban”) Ryszard Kapuściński, jeden z najsłynniejszych polskich dziennikarzy i reportażystów, znany z barwnych opisów i wnikliwej obserwacji środowiska, w którym aktualnie się znajdował, w ten sposób malował proces oczekiwania w Afryce. A jak to wyglądałoby w moim, przesiąkniętym europejską kulturą i mentalnością, wydaniu? Na swoje nieszczęście lub właśnie szczęście niedawno miałam okazję się o tym przekonać. Zaczęło się niewinnie, od wizyty na basenie. Jeżeli pływacie na grzbiecie, unikajcie dużych prędkości lub uważajcie na niespodziewane lecz raptowne spotkania ze ścianą. Było nie było, z podejrzeniem złamania wylądowałam w szpitalu na oddziale ortopedycznym. Sądziłam, że uporam się z tym całkiem szybko i zdążę wrócić na debatę o 13. O święta naiwności! Los zgotował mi sześć godzin na izbie przyjęć. Chcąc nie chcąc, byłam skazana na czekanie. Jak spędziłam dany mi  cczy – w moim przekonaniu – zabrany czas? Niedowierzając, że to może tyle trwać. Patrząc na zegarek. Odpisując na smsa. Czytając trzeci raz „Cesarza”. Rozpoczynając „Heban”, zlokalizowany niestety na telefonie, który akurat wtedy postanowił się rozładować. Chodząc po korytarzu. Analizując listę aptek całodobowych i prawa pacjenta. Słuchając opowieści innej pacjentki, której synkowi zagipsowano nie tę nogę. W akcie desperacji łapiąc po raz czwarty „Dżumę” (nic innego nie miałam przy sobie). To „bezczynne” sześć godzin zmęczyło mnie dużo bardziej niż siedem, osiem godzin w szkole. Dlaczego? Czyżbyśmy już całkiem zatracili umiejętność czekania, resztki cierpliwości? Znam osobę, która zapomniawszy reszty książek, w pociągu trzy razy z rzędu przeczytała tę samą (i to lekturę szkolną!) Chyba nie potrafimy zaakceptować faktu, że nie wszystko dzieje się już, natychmiast. Perspektywa stracenia choćby minuty napawa nas przerażeniem, zbyt obce nam jest czekanie, stan tak nienaturalny, że aż jakby nierealny. Ma 20 lat i platynową płytę na swoim koncie. Dwie jego piosenki znalazły się na pierwszym miejscu Listy Przebojów Programu III, a nakład płyty wyczerpał się już w pierwszy tydzień po premierze. A mowa tu o nie kto innym, jak tylko i wyłącznie o Dawidzie Podsiadło.
Comfort and happiness. Katarzyna Wąs


29 września 2013, o godzinie 20 miałam możliwość uczestniczenia w tym niezwykłym wydarzeniu, jakim był koncert Dawida w tarnowskim kinie Marzenie. Każdy uczestnik zgodzi się ze mną jednogłośnie, że koncert wypadł genialnie. Młody artysta zagrał nie tylko piosenki ze swojej debiutanckiej płyty, ale również covery np. zespołu The Veils czy nowy, premierowo zagrany utwór. Wszystkie piosenki były wykonane w bardziej rockowej aranżacji, która była wprost idealna na koncert! Dawid charakteryzuje się tym, że i na scenie, i w wywiadach zachowuje się niezwykle niezręcznie (co dodaje tylko autentyczności i uroku. Potwierdzam - można się pośmiać). Jednakże, gdy zaczyna śpiewać cała ta otoczka znika.

Fot.: last.fm (plakat), interia.pl

Głosowo radzi sobie tak jak na płycie, więc talent ma. Jak już wspomniałam, czaruje swoją autentycznością i postawą artysty skierowanego do publiczności. Nawiązuje kontakt, szuka go. Nie ucieka przed tłumem gimnazjalnych fanów rwących się po wymarzony autograf na nowo zakupionym egzemplarzu płyty, tylko z uśmiechem rozmawia i robi sobie zdjęcia. Wielu z Was pewnie kojarzy go z popularnego programu rozrywkowego XFactor, który zasłużenie wygrał. Jednakże, niewielu z was prawdopodobnie zdaje sobie sprawę, że nasz drogi Podsiadło brał już udział w castingach do innego programu rozrywkowego tej samej stacji – Mam Talent. Tu jednak nie występował sam, ale ze swoją pierwszą kapelą – The Curly Heads (cytując Dawida nazwa pochodzi od „trzech pierwszych członków”). Niestety (czy tez stety – patrząc już jak to wszystko potem się potoczyło), trzej jakże wybitni jurorzy talentów zakwestionowali talent nie tyle co Dawida, ale reszty zespołu. Wokaliście zaś zaproponowali dalszą, solową wędrówkę w programie. Na propozycję sędziów Dawid odpowiedział prosto „Przyszliśmy jako Curly Heads i wyjdziemy jako Curly Heads.” A co robi w wolnym czasie, kiedy nie pisze piosenek, zdobywa platynowych płyt i podróżuje po Polsce z najnowszą trasą koncertową (na której Tarnów był drugim przystankiem – i jak sam artysta przyznał – atmosfera lepsza niż w Wodzisławiu



Śląskim, gdzie trasę rozpoczął!)? Jak typowy 20latek, Podsiadło studiuje (filologia angielska), jest niezwykle aktywny na portalach społecznościowych (zachęcam do polubienia strony fejsbukowej – jego wywody za każdym razem przyprawiają o uśmiech na twarzy) oraz jest uzależnionym graczem gier komputerowych. No big deal. Jak sam podkreśla, pracuje nad „czymś nowym”, więc miejmy nadzieję, że w niedalekiej przyszłości zaskoczy nas nową płytą, która równie szybko zostanie wsiąknięta przez fanów spragnionych dobrej muzyki, tak jak to było w przypadku „Comfort and happiness”. Kontakt z fanami bywa trudny. Nie, nie jest tutaj mowa o fanach naszej gazety; jeszcze nie doszliśmy do tego poziomu. Jednakże wielu innych ludzi znajduje się w sytuacji, gdzie są poddani ciągłej, krytycznej i uważnej obserwacji przez miłośników swoich dzieł. Często mają oni także szansę na bardziej bezpośredni kontakt, czy to na konwentach czy stronach internetowych. I o ile nie ma ustalonych reguł interakcji (niektórzy wolą zdystansowaną wymianę zdań, jednostronny przepływ informacji czy też niemalże symbiotyczną zabawę dziełami), to na czarnej liście znajduje się wyzywanie fanów. Karolina Machalska
"There is a reason why I get to write the movies, and you don’t."


Niestety, nie wszyscy twórcy dostali tą notatkę. Kto bowiem mógłby wypowiedzieć te słowa z tytułu tego artykułu? Jakiś zadufany w sobie scenarzysta filmowy, bez dwóch zdań. Z języka można wywnioskować, że prawdopodobnie Amerykanin. Brawo, nasze zdolności dedukcyjne są niezrównane. Ale kto mógł być ich adresatem? I w jakich okolicznościach zostały wypowiedziane? Te słowa zostały umieszczone w komentarzu pod artykułem Star Trek is broken—Here are ideas on how to fix it [tłum. Star Trek jest zepsuty, tutaj jest kilka możliwości naprawy], który skrytykował nowy film z uniwersum Star Treka. Autorem tego komentarza jest niejaki boborci. Brzmi znajomo? Jeśli jesteście fanami Star Treka lub chociażby oglądnęliście rebooty z 2009 i 2013 roku, to ten człowiek może być wam znany. Jednym ze scenarzystów W ciemność. Star Trek (przy okazji, to naprawdę nie jest dobry tytuł) jest Bob Orci. Przypadek, spiskowa teoria dziejów czy złodzieje tożsamości? Zastosujmy tutaj brzytwę Ockhama i nie zajmujmy się jakimiś alternatywnymi wersjami prawdy. Tak, to Robert Orci napisał te słowa. Oprócz tych naprawdę niefortunnych, nie, nie stosujmy tutaj eufemizmów, tych złośliwych i małostkowych słów, padły tam także dosyć



niecenzuralne określenia w stylu ‘F*CK OFF’, porównywanie artykułu do narzekań rozpuszczonych dzieci czy też ‘sh*tty fans’. Tak, twórca Star Treka tak właśnie nazwał trekkies, czyli jednych z najbardziej krytycznych i lojalnych fanów na świecie. Kto inny walczył o przywrócenie swojego ukochanego serialu w latach 60.? Kto zapoczątkował nową erę telewizji i stworzył dziesiątki fanprodukcji, które rozwijały wątki z kanonicznych dzieł? Kto stworzył praktycznie fanfiction (opowiadania, inspirowane oryginalnymi wątkami z seriali)? Kto wreszcie, zainspirowany fikcyjnymi osiągnięciami nauki, jest odpowiedzialny za wynalezienie tricordera, hyposprayów, phaserów (w bardziej lub mniej doskonałej formie? Na pewno nie Bob Orci. Dodatkowo, W ciemność. Star Trek nie zebrał pozytywnych recenzji. Mimo tego, że finansowo był umiarkowanym sukcesem, wielu fanów poczuło się oszukanymi. Został nawet wybrany najmniej popularnym filmem ze wszystkich Star Treków, pokonując nawet Insurrection czy osławione Nemezis. Rebooty zaprzeczają samym podstawom Star Treka, ustanowionym w latach 60. i pojawiającym się

W latach 60. Uhura była jedną z pierwszych czarnoskórych bohaterek, które na ekranie robiły coś bardziej zaawansowanego niż tylko sprzątanie. Była symbolem walki o prawa człowieka i inspiracją dla wielu astronautek. W rebootach jej rola została sprowadzona do romantycznego obiektu uczuć... Spocka.

już w samej czołówce. Gene Roddenberry (twórca oryginalnego serialu) na pewno nie zakładał Kirka seksisty, olbrzymich błędów logicznych w fabule (och, gdyby Spock mógł skrytykować ten film!) i rasizmu, a także sprowadzenia roli kobiet do przewijającego się w tle ozdobnika w bieliźnie. Uwaga, teraz część ze spoilerami. Cała fabuła jest praktycznie lustrzanym odbiciem drugiego filmu kinowego, Star Trek: Wrath of Khan, i do tego o wiele słabszą. Wiele bohaterów jest spłyconych lub wręcz parodią oryginalnych postaci (patrz przykład Kirka). Jeśli widzieliście W ciemność. Star Trek, wiedzcie, że Khan początkowo nie wyglądał jak angielski dżentelmen z początku XIX wieku, ale pochodził kanonicznie z Indii i był grany przez Latynosa. Innymi słowy, nie był tak wybielony jak wersja rebootowska. Whitewashing, drodzy państwo. I to whitewashing jednego z najbardziej istotnych kulturowo i historycznie bohaterów, ponieważ Khan był inteligentnym i wartościowym przeciwnikiem Kirka i ekipy, będąc przy tym MoC [man of colour, tłum. mężczyzna o innym kolorze skóry niż biały]. Co gorsza, był to pomysł Orciego, który publicznie bronił swoją niewiarygodnie błędną i obraźliwą decyzję. Koniec spoilerów. Niestety, Lindelof, Kurtzmann (pozostali scenarzyści) czy JJ Abrams (reżyser) nie są wcale lepsi. Abrams zyskał nawet przezwisko Jar Jar, na cześc najbardziej znienawidzonej postaci ze Star Wars,



co zawdzięcza swojemu uwielbieniu właśnie tej kultowej serii scifi i kompletnemu brakowi zrozumienia zasad Star Treka, a także przyznaniu się do nierozumienia serialu w dzieciństwie z powodu „nadmiaru filozoficznych tematow”. Lindelof z kolei zupełnie nie rozumie problemu związanego z występowaniem w filmach dosłownie trzech nazwanych kobiet, pokazania wszystkich z nich w bieliźnie (tylko jedna się na to zgodziła), a także pozostawieniem matek Spocka i Kirka bez imion (hej, przecież ich jedyna rolą jest bycie matkami głównych bohaterów, prawda?). Na szczęście, nie tylko ci panowie są odpowiedzialni za rebooty. Wielu aktorów związanych ze Star Trekiem dosyć otwarcie krytykuje ich decyzje, nierzadko narażając się na utratę pracy czy mniej poważne reperkusje. Wystarczy przypomnieć uwagi Johna Cho (fimowego Hikaru Sulu), który niejednokrotnie czynił uwagi na temat sytuacji z Khanem i podkreślał rolę Star Treka jako coś więcej niż tylko kino akcji, odpowiadając niejako na uwagę Abramsa. Karl Urban, odtwarzający rolę lekarza okrętowego Leonarda ‘Bonesa’ McCoya, wyraził swoją nadzieję na następne filmy oparte już na oryginalnych scenariuszach, zaś w podobnym tonie wypowiadali się byli aktorzy z The Next Generation czy Voyager. W tym miejscu warto zauważyć pewną zależność: obaj aktorzy są zagorzałymi fanami Star Treka. Czy w tym tkwi problem? Czy



Orci, Lindelof i reszta po prostu go nie rozumieją? Słynne hasło z czołówki Star Treka kończy się słowami: Boldly going where no one has gone before. Wyraża pragnienie i nadzieję na lepsze, nowe czasy, gdzie obecne problemy świata zostały już rozwiązane i ludzkość wznosi się na nowy poziom człowieczeństwa. Tak, stare Star Treki nie były idealne (wystarczy tylko popatrzeć na role kobiet czy często problematyczne założenia niektórych odcinków), lecz pamiętajmy, kiedy były produkowane. Każdy z seriali był przełomowy w swoim czasie, przełamując kolejne stereotypy i walcząc z uprzedzeniami. Najwidoczniej, twórcy rebootów nie rozumieją tego przesłania i zamiast podążania dalej tą drogą, tworzą filmy akcji, przeznaczone dla ludzkości z czasów teraźniejszych. Lecz czy kiedy ma się możliwość stworzenia nowego uniwersum, należy powtarzać błędy tego teraźniejszego?



PS Niestety, CBS (obecni właściciele praw do Star Treka) nie zgadzają się z moją opinią, a także wielu fanów i twórców. Podobno planują nowy serial telewizyjny, obsadzony w realiach Federacji. Zaproponowali już Bobowi Orciemu objęcie patronatu nad tym dziełem. Czyżbyśmy mieli historyczną okazję zobaczenia nowej ery Star Treka z nowym przekazem ‘Boldly going in circles’? Podświadomość a życie codzienne
Jestem zwolenniczką czytania książek psychologicznych bądź opowiadań opartych na faktach, które maja głębsze znaczenie, dlatego chce zachęcić również innych do czytania takich oto książek


Joseph Murphy napisał książkę pt „Potęga podświadomości”, na którą warto, choć na chwilę, zwrócić uwagę.. Głównym powodem napisania tego bestsellera była potrzeba pomocy tym, którzy chcą odkryć w sobie źródło siły, uwolnić się od lęku i bólu, osiągnąć to, co jest w życiu najważniejsze. Podświadomość wpływa na nasze bogactwo, powodzenie, nastrój, i to, w jaki sposób żyjemy. Autor uczy nas, jak wykorzystać potęgę podświadomości w życiu codziennym, przedstawia fakty, które wydarzyły się pod wpływem tej książki. Dzięki tej książce dowiedziałam się, jak duży wpływ na moje życie ma to, w jaki sposób myślę, jakie mam nastawienie. Receptą na szczęśliwe życie jest pozytywne myślenie ponieważ: „wszelkie choroby mają źródło w umyśle”, „możesz przezwyciężyć każdy problem i każdą słabość oraz urzeczywistnić swoje pragnienia”, „jedyną i prawdziwą moc uzdrowicielską kryję twoja podświadomość” Oto tylko niektóre z cytatów Josepha Murphy. Przyczyna niepowodzeń tkwi w negatywnym nastawieniu, choroby, nieudane związki, niskie stopnie w szkole, kłótnie z innymi- na to wszystko ma wpływ nasze myślenie.. Murphy przeprowadził wiele eksperymentów, które dowodzą prawdziwości jego słów. Jego książka jest oparta również na wierze katolickiej, ale pisze o tym w taki sposób, że osoba niewierząca może się tym zainteresować. Wierzę, że w każdej chwili można się zmienić i patrzeć pomyślnie w przyszłość, a w tym na pewno pomoże każdemu ta właśnie książka i opracowany w niej „patent” na życie. Jestem pewna, że niektórym osobom te argumenty nie będą odpowiadać i nie uwierzą w to, ale zanim będziecie oceniać ten krótki artykuł, poświęćcie chwile na zapoznanie się z teoriami doktora Josepha Murphy. Aleksandra Trybulec "Niezłomność człowieka polega na tym, że potrafi poświęcić sprawy ważne dla spraw ważniejszych"- Paulo Coehlo. Trudno odmówić mu słuszności, gdyż wola ludzka jest w istocie niezłomna, a każdy człowiek choć raz w swym życiu poświęca się jakiemuś pragnieniu, pasji, idei, która w owym momencie staje się dla niego najważniejsza na świecie.
Złowieszczo piękna korona świata Mikołaj Kłos


Są jednakże pragnienia wspólne dla nas wszystkich, gdyż wpisane są one w naszą naturę i jednym z takich pragnień jest chęć docierania dalej niż ktokolwiek inny przed nami oraz chęć dotknięcia nieba, nieodgadnionego błękitu ponad naszymi głowami. Właśnie dlatego rokrocznie tysiące osób wspina się na ośnieżone szczyty Karakorum, aby na własne oczy ujrzeć majestatyczną Koronę Ziemi. Tym razem jednak majestat ustąpił miejsca tragedii. Jest styczeń 2013 roku, piątka polskich himalaistów szykuje się do wyprawy na Broad Peak w Karakorum. Ten mierzący 8051 m.n.p.m szczyt na granicy Chin i Pakistanu został pierwszy raz



zdobyty 9 czerwca 1957r. przez grupę austriackich alpinistów. Jednakże jak dotychczas nikt nie zdołał wygrać z himalajską zimą i wejść na szczyt w okresie od listopada do maja. Właśnie taką wyprawę planują polscy wspinacze pod przewodnictwem Krzysztofa Wielickiego, który to jednak, ze względu na wiek, nie weźmie aktywnego udziału w wspinaczce. W skład zespołu wchodzą poza Wielickim: Maciej Berbeka, Adam Bielecki, Tomasz Kowalski oraz Artur Małek. Od samego początku widomo, iż wyprawa nie będzie należała do najłatwiejszych, gdyż Broad Peak, w przeciwieństwie do szczytów takich jak K2 czy Mount Everest, jest jeszcze dość słabo znaną górą, z małą ilością bezpiecznych ścieżek wspinaczkowych. Ponadto śmiałków czeka przeprawa przez oblodzone granie i to przy temperaturach sięgających -45 stopni oraz silnym, równie mroźnym wietrze. W takich warunkach nie może być mowy o niedopatrzeniach, gdyż ewentualne błędy czy zaniechania mogą okazać się tragiczne w skutkach. Mimo to  grupa doświadczonych himalaistów finalizuje przygotowania i wyrusza w podróż, jak pokazał los, ostatnią dla dwójki z nich. 23 stycznia Polacy stają u stóp Broad Peak, pokonawszy wcześniej lodowiec Baltoro, która to droga zajęła im 6 dni. Po ulokowaniu bazy wypadowej przy zachodniej ścianie góry, na wysokości 4950 m.n.p.m. himalaiści rozpoczynają przygotowania do ostatniego etapu podróży, czyli tak zwanej 'drogi do nieba'. Pogoda sprzyja, choć momentami



jest na prawdę zimno, mimo to nikt nie traci ducha, a atmosfera panująca wśród himalaistów jest bardzo przyjazna. W górach wszyscy musza się wspierać i pomagać sobie nawzajem, gdyż w przeciwnym razie ryzyko wypadku wzrasta kilkukrotnie. "Wyprawa osiągnęła wysokość 6550 m i 'żarty' się skończyły, z każdym następnym metrem robi się już coraz bardziej bojowo" – napisał na początku lutego Tomasz Kowalski, który miesiąc później zaginął w drodze powrotnej ze szczytu. 15 lutego przychodzi załamanie pogody, akurat w dzień ataku szczytowego, który jednakże kończy się niepowodzeniem. Na drodze wspinaczom stają szczeliny oraz nadchodzące śnieżyce. Następne kilkanaście dni upływa ekipie na czytaniu książek, grze w szachy oraz rozmowach w oczekiwaniu na poprawę pogody, która na wysokości ponad 7000 metrów, gdzie znajduje sie ich ostatni obóz, bywa kapryśna i zmienna. W końcu nadarza się okazja. 4 marca wspinacze wyruszają z obozu i przypuszczają kolejne natarcie. Nie jest jednak łatwo: "Tempo wspinaczki na szczyt znacząco spowolniły lodowe szczeliny, które musieli pokonać. Broad Peak udało się zdobyć, ale bardzo późno. Polacy pojawili się na wierzchołku pojedynczo pomiędzy 17 a 18 wieczorem 5 marca. Było to pierwsze zimowe wejście na ten ośmiotysięcznik". Podczas powrotu do bazy dochodzi jednak do tragedii, chociaż dwóm himalaistom, Bieleckiemu i Małkowi udaje się dotrzeć bezpiecznie do bazy, po Kowalskim i Berbece znika ślad. Ostatni raz udaje się z nimi skontaktować o świcie 6 marca, są wyczerpani i dalej znajdują się ponad 3000 metrów powyżej bazy. "On był już bardzo słabiutki. (...) Wiedział, że jedyny ratunek to  gdyby udało mu się zejść niżej, na przełęcz. Zresztą też małe szanse... (...) Ale od tamtego czasu się nie zgłosił." stwierdził w jednym z wywiadów kierownik wyprawy, Krzysztof Wielicki. Po dwóch kolejnych dniach czekania na jakiekolwiek wieści od zaginionych pogoda załamuje się całkowicie i Wielicki decyduje się, skonsultowawszy wcześniej swą decyzję z lekarzami oraz



kolegami po fachu, uznać Macieja Berbekę i Tomasza Kowalskiego za zmarłych. Historia ta pokazuje, jak ważne w wyprawach związanych z tak wysokim ryzykiem jest wzajemna pomoc oraz dokładne planowanie. Powstający raport ma wykazać czy, a jeżeli tak to w jakim stopniu pozostali członkowie wyprawy ponoszą winę za śmierć kolegów. Mimo tego, wszyscy zgodnie twierdzą iż zmarli himalaiści zachowali się nieprofesjonalnie, gdyż źle ocenili swe siły. Na tragiczny kres wyprawy na Broad Peak złożyło się wiele czynników, począwszy od błędów ludzkich, na gniewie natury skończywszy. Jednakże, tablice wmurowane niedawno przez bliskich i przyjaciół zmarłych niedaleko miejsca ich śmierci, są nie tylko miejscem pamięci o ofiarach tragedii. Są także kolejną cząstką naszej odwiecznej drogi ku szczytom, gdzie 'człowiek czuje na sobie oddech Boga'. Stopka:



Redaktor naczelna: Karolina Machalska Dziennikarze: Dominika Saładyga Julia Foltak Borys Kuca Katarzyna Wąs Mikołaj Kłos Gabriela Rudna Gabriela Lis Inga Piotrowska Aleksandra Trybulec Opieka: Anna Lipińska