Musisz zainstalować flash player pobierz instalator






Nr 5 (2/2013) II LO Tarnów



SPIS TREŚCI: Fotorelacja z debaty s.2 Wywiad z P. Dyrektor Haliną Pasternak s.6 Borys Kuca Nie tylko Dorian Gray s.9 Julia Foltak III Tarnowski Koncert Noworoczny s.12 Bartek Ziaja Byle szybciej, byle dalej, byle mocniej s.14 Julia Foltak Goście Łukasza Maciejewskiego w Mościcach s.18 Karolina Machalska Zagadka Hotelu Krakowskiego s.20 Anna Chłopek Trylogia Czarnego Maga s.23 Gabriela Rudna Amanda Palmer - inna strona muzyki s.24 Wiktoria Szanduła Pomiędzy książką a filmem s.28 Katarzyna Witek Ukryte motywy Iry Levina s.31 Mikołaj Kłos O tańcu, który hipnotyzuje s.34 Kącik kulinarny s.37 Katarzyna Wąs In a land of myth and a time of magic s.38 Amnesty International s.41



W kolejnym pojedynku TLD zmierzyły się zespoły II LO i VII LO. Teza: "Polska jest krajem tolerancyjnym".Publiczność zmieniła zdanie na korzyść VII LO, co dało 2 punkty. Loża mędrców jednoznacznie wskazała na II LO jako lepsze stosunkiem głosów 7:0 (w małych punktach 840:634), co ostatecznie dało wynik 7:2. Tym samym II LO pozostaje zatem liderem grupy C i jest już pewne miejsca w półfinale!

Wywiad z Panią Dyrektor Haliną Pasternak przeprowadzony przez Bartka Ziaję
Urodziła się w Tarnowie. Z II LO jest związana od początku swojej kariery zawodowej, a funkcję dyrektora szkoły pełni nieprzerwanie od 1996 roku. Za jej kadencji utworzono Gimnazjum Dwujęzyczne, klasy dwujęzyczne w liceum oraz klasę IB.


WYWIAD z Panią Dyrektor Haliną Pasternak. RED: Jest Pani wieloletnią dyrektor II LO w Tarnowie. Większość swojego życia wiąże pani właśnie z tą szkołą. Czym zatem dla Pani jest to miejsce?? HP: To Prawda. Większość swojego życia spędziłam właśnie w tej szkole. Jest to już ponad trzydzieści lat pracy w tym miejscu. Była to moja pierwsza praca zaraz po studiach. Wiele rzeczy przez ten czas się zmieniło. Następowały kolejne reformy, zmieniliśmy budynek, w którym funkcjonuje szkoła, poszerzyliśmy ofertę edukacji dla uczniów poprzez utworzenie gimnazjum dwujęzycznego, klasy IB  co dało możliwość zdawania matury międzynarodowej. Można zatem powiedzieć, że poprzez te doświadczenia i czas, jaki tu spędziłam, II Liceum zajmuje ważne miejsce w moim życiu RED: Opierając się na pani długoletnich doświadczeniach, jak Pani sądzi, dzisiejsza młodzież bardzo różni się od tej sprzed lat?? HP: Tak, różni się. Myślę że pozytywnie, ale także i negatywnie. Ja osobiście jestem przeciwna obowiązującemu systemowi szkolnictwa, którego nie uważam za dobry. Sądzę że czteroletni cykl nauki w szkole średniej pozwalał na utrzymanie większej ciągłości nauki, przez



co więź między szkołą a uczniami była głębsza, bardziej tworzyła społeczność szkolną. W tej chwili młodzież jest mniej związana ze szkołą, spędza w niej mało czasu. Dobrym przykładem są choćby spotkania absolwentów, na które w zdecydowanej większości przybywają „starsze roczniki”, natomiast młodsze pokolenie stanowi zdecydowaną mniejszość. Jeżeli chodzi o pozytywy, trzeba powiedzieć że dzisiejsza młodzież jest bardzo kreatywna. Prężnie działa wolontariat. Między innymi akcje Amnesty International, która spotyka się ze sporym odzewem ze strony uczniów. Często dzisiejsi uczniowie posługują się jednym, czasami dwoma językami obcymi, młodzież jest bardzo ambitna, myśli przyszłościowo i jest otwarta na świat. RED: Co zatem według Pani powinno się zmienić w edukacji, by nauczyciele czerpali z pracy radość, a uczniowie znajdowali motywacje do samodoskonalenia się? HP: Myślę, że zmiany są potrzebne, szczególnie na szczeblu gimnazjum. Życzylibyśmy sobie, by stamtąd przychodziła młodzież lepiej wyedukowana, ale i także prezentująca godną i należytą postawę. Wówczas powinny zaniknąć złe nawyki, jakie młodzi ludzie wynoszą właśnie ze zróżnicowanych poziomem szkół gimnazjalnych. RED: Po tylu latach pracy w szkole z czego czerpie pani największą przyjemność? Co pani daje tą inspirację do dalszego nauczania? HP: Zawsze młodzież. Inspiracja pochodzi z pomysłów młodzieży, rozmowy z nimi, z ich planami, marzeniami na przyszłość. RED: Zbliżając się ku końcowi naszej rozmowy chciałbym jeszcze zapytać o największy sukces, jaki osiągnęła pani podczas pełnienia funkcji dyrektora II Liceum. HP: Myślę, że nie ma takiego jednego, spektakularnego sukcesu. Na pewno wszystkie sukcesy, jakie osiągnęłam są efektem mojej współpracy z nauczycielami, uczniami. Uważam, że moja rola, jako dyrektora sprowadza się także do dawania inspiracji do pracy pozostałym członkom społeczności szkolnej. Jedną z takich inicjatyw był pomysł stworzenia klasy z maturą międzynarodową, którą najpierw przedyskutowałam z nauczycielami, zasięgnęłam ich opinii, a dopiero później zaczęliśmy ten cel realizować, dlatego sądzę, że jest to nasze wspólne osiągnięcie. RED: Właśnie, wspomniała pani o klasie międzynarodowej, która w pewien sposób wyróżnia nasze liceum spośród innych tarnowskich placówek. Ciężko było zrealizować pomysł stworzenia właśnie tego oddziału? HP: Bardzo. Wymagało to dużej pracy, przede wszystkim trzeba było skompletować kadrę, która sprawnie posługiwałaby się językiem angielskim, mając równocześnie skończone studia z jakiegoś przedmiotu, co na początku działalności tej klasy nie było tak powszechnym, jak teraz. Ja  jako



dyrektor, zajęłam się głównie przygotowaniem odpowiedniej bazy, a także nawiązywaniem kontaktów z wyższymi uczelniami takimi, jak Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa w celu zwiększenia zasobów bibliotecznych. Było to zatem wiele aspektów, ale najważniejsze, że ten cel został osiągnięty, z czego jako dyrektor się niezmiernie cieszę. Jesteśmy w końcu jedyną szkołą publiczną w Małopolsce, która posiada taki oddział. Tutaj należy się również duży ukłon w stronę władz miasta, które włożyły wiele finansów w realizacje tego projektu i które opłacają coroczną opłatę akredytacyjną do organizacji IB. RED: Na zakończenie chciałbym jeszcze zapytać o Pani dalsze plany, marzenia związane z II LO? HP: Myślę że chciałabym utrzymać w naszej szkole taki poziom nauczania, jaki jest teraz. Uważam, że jest on dobry. Ubiegłoroczne wyniki z podstawowej matury z języka polskiego i angielskiego plasują naszą szkołę na drugim miejscu w Tarnowie. Będę również pracować nad podniesieniem poziomu nauczania matematyki w naszej szkole, bo w tym aspekcie mamy nieco mniejsze osiągnięcia niż z innych obowiązkowych przedmiotów zdawanych na maturze. Jako dyrektor będę się starać także o budowę sali gimnastycznej na terenie naszej placówki, jednak nie ukrywam że jest to bardzo trudna, i ciężka w realizacji kwestia. RED: Dziękujemy za wywiad i życzymy dalszych sukcesów. HP: Ja również. Nie tylko Dorian Gray Borys Kuca



Pewnego razu Dorian Gray, niesamowicie przystojny angielski młodzieniec, poznaje Henry’ego Wottona. Lord Henry, cyniczny bogacz, przekonuje Doriana, że powinien starać się zdobyć jak najwięcej, opierając się jedynie na swym wdzięku i młodości. Twierdzi, że uroda Doriana stawia go ponad zwykłymi śmiertelnikami. Idąc tą ścieżką, Dorian najpierw doprowadza do samobójstwa swoją ukochaną, a potem sam zabija przyjaciela, Basila, który niegdyś namalował mu jego portret. Żyje wystawnie i hedonistycznie, przy okazji rujnując życie wszystkim dookoła. Podczas gdy otaczający go ludzie starzeją się i brzydną, Dorian zachowuje swój ujmujący, młodzieńczy wygląd. W wieku ponad trzydziestu lat wciąż przypomina dziewiętnastolatka. Jednak zupełnie inaczej rzecz ma się z jego portretem. Z każdym kolejnym



podłym uczynkiem wizerunek Doriana na obrazie wygląda coraz bardziej odrażająco. Ilekroć Dorian na niego spogląda, odczuwa coraz większe obrzydzenie w stosunku do siebie. Ukrywa go,  ale nie może przestać o nim myśleć. Sięga po opium, zapuszcza się w podejrzane dzielnice, jego tropem rusza żądny zemsty brat niegdysiejszej kochanki. W końcu brzemię zła, które popełnił, przytłacza go. W napadzie szału Dorian przebija sztyletem swój portret, w następstwie czego sam ginie. „Portret Doriana Graya” jest najsłynniejszym dziełem Oscara Wilde’a. W przywiązanym do sztywnych norm obyczajowych wiktoriańskim społeczeństwie wzbudził wstręt i zgorszenie, a zarazem zachwyt i fascynację. Nie był jednak jedynym utworem Wilde’a, który zaszokował ludzi. Przeciwnie, lwia część jego twórczości spotkała się z krytyką nieco bardziej tradycjonalistycznych odbiorców. Nic dziwnego – w swoich dziełach Wilde nie porusza popularnych wtedy tematów społecznych i politycznych. Jego celem nie jest przyłączenie się do tłumu krzykaczy, którzy prowadzą niekończące się, jałowe dyskusje o poważnych problemach. Zamiast tego, w swojej sztuce stara się wyrazić nieprzemijalne piękno. I świetnie mu to wychodzi. „Portret…” jest jedynie częścią dorobku artysty. Jego gros stanowią liczne sztuki teatralne, które w latach dziewięćdziesiątych XIX w. przyniosły mu sławę z jednej, a krytykę z drugiej strony. „Lady Windermere’s



Fan”, „A Woman of No Importance”, „An Ideal Husband” czy wreszcie „The Importance of Being Earnest” wzbudzały – i do dziś wzbudzają – podziw i uwielbienie. Każda z tych sztuk osadzona jest w środowisku brytyjskiej arystokracji, ograniczonej skostniałymi normami i bezsensownymi zasadami. W każdej z nich pojawia się postać cynika, który gardzi sztywnością i monotonią tego szlacheckiego życia. Cynika, który – podobnie jak Wilde i lord Henry – wzbudza sensację u jednych i wywołuje obrzydzenie u innych, który równocześnie gorszy i zniewala. Pociągająca akcja i niezwykłe dialogi sprawiają, że nie da się oderwać od tych sztuk. Także miłośnicy baśni znajdą w twórczości Wilde’a coś dla siebie. Irlandzki artysta napisał nie tylko powieść i sztuki teatralne, ale i kilka różnych utworów tego gatunku. Mają one w sobie coś, czego nie znalazłem ani u braci Grimm, ani u Andersena. Pełno w nich nieszczęść, zła, bólu i smutku – „Dziewczynka z zapałkami” to przy nich radosna opowieść. Jednak w tym ogromie cierpienia nietrudno odnaleźć to,  co stanowi cechę charakterystyczną twórczości Wilde’a – piękno. Choć może się to wydać paradoksalne – im więcej w tych opowieściach zła, tym bardziej ujmujące się stają. Jeśli ktoś poszukuje w sztuce nieprzemijalnego piękna, warto sięgnąć po twórczość Oscara Wilde’a. Należy przy tym pamiętać o jednym z aforyzmów, które umieścił we wstępie do „Portretu Doriana Graya”: „Nie ma czegoś takiego jak moralna lub niemoralna książka. Książki są dobrze napisane lub źle napisane. To wszystko.” Fot.: Flickr (moniqua/Sarah Ross) III Tarnowski Koncert Noworoczny - Audiofeels i Puellae Orantes
Julia Foltak


Tarnowskie Koncerty Noworoczne organizowane przez chór Puellae Orantes stały się już doroczną tradycją. W ubiegłym roku chór wystąpił z Orkiestrą Polskiego Radia "Amadeus", dwa lata temu - nagrał płytę DVD, która do tej pory otrzymała nagrodę Fryderyk oraz status złotej płyty. W tym roku było zdecydowanie bardziej... pop, ponieważ Puellae Orantes wystąpiły ze znanym polskim zespołem reprezentującym gatunek vocal play, Audiofeels. W pierwszej części koncertu Audiofeels zaprezentowali się z własnym programem. Zaczęło się od repertuaru typowo świątecznego, potem jednak wrócili do swoich klasycznych klimatów "live", idąc w covery jazzu, rocka, czy ich autorskie piosenki. Po krótkiej przerwie na szampana w foyer, oprócz "gości" na scenie zawitali też "gospodarze". Wszyscy razem wykonali kolędy w aranżacji Marka Lewandowskiego z Audiofeels. Oto nagranie chyba najbardziej przebojowego fragmentu koncertu (w dodatku z solówką "perkusyjną"), "Przybieżeli do betlejem": http://www.youtube.com/watch?v=NMHrFXG5T78 Po koncercie odbył się bankiet z artystami oraz przeprowadzono wiele wywiadów, w których można zobaczyć obustronną satysfakcję oraz chęć na wspólną współpracę w przyszłośći. Plany na przyszłe koncerty noworoczne wyglądają równie interesująco, jak na te poprzednie. Za rok chór wystąpi z sekcją smyczkową samych Filharmoników Wiedeńskich, a w 2015 z chyba najlepszym zespołem wokalnym na świecie - The King's Singers. BYLE DALEJ, BYLE SZYBCIEJ, BYLE MOCNIEJ… Bartek Ziaja
Tour de France to piękna, ale niestety zupełnie nieprawdziwa histroria - powiedział przed paroma dniami wielki kolarz, Lance Armstrong - W moich czasach nie było możliwości wygarnia tego wyścigu bez dopingu - kończy.


Czy to wyznanie wielkiego kolarza to dopiero początek góry lodowej? Gdzie kończy się sportowa rywalizacja, a gdzie zaczyna chora obsesja dążąca do stworzenia „sportowca perfekcyjnego”, kosztem jego zdrowia, a nawet i życia? To tylko takie witaminki, to Cię wzmocni. Rok 1974. Władze NRD wprowadzają do życia projekt pod tytułem „Plan 14.25”. Dzięki nim chce stanąć do walki na sportowych arenach z „Imperialistycznym Zachodem” . We władzach i zarządach najwyższego szczebla zaczyna powstawać presja wyniku. Rodzice, oddając swoje nastoletnie pociechy do ośrodków sportowych nawet nie podejrzewają, jaki los im dzieciom serwują trenerzy i lekarze klubowi. Podawane są im tam pewne jasnoniebieskie pastylki, „witaminki” na wzmocnienie organizmu i podniesienie jego wydolności. Turinabol- bo o nim mowa, miał zapewnić młodym sportowcom z Niemiec wschodnich medale, światową sławę i dostatnie życie.  Były dni, gdy podawano mi po dziesięć pastylek turinabolu do każdego posiłku- wspomina Carolina Nitschke, pływaczka która w wieku czternastu lat pobiła rekord świata w stylu klasycznym. Niestety, później z jej wynikami, a także zdrowiem było już coraz gorzej. Równie głośną sprawą w mediach był przypadek Heidi Krieger. Ta młoda dziewczyna swoją karierę zaczynała w



wieku czternastu lat w Dynamie Berlin, klubie mocno związanym ze Stasi. „Witaminy, i sole mineralne” zaczyna przyjmować za namową trenerów w wieku szesnastu lat. Niedługo po tym na jej twarzy pojawia się zarost, głos przybiera grubą tonację. Następuje również przyrost masy mięśniowej, Heidi w wieku osiemnastu lat waży sto kilogramów, i bardziej swoim wyglądem przypomina mężczyznę niż nastoletnią dziewczynę. Sukcesy sportowe przychodzą niedługo później. Zawodniczka zdobyła w 1986r złoty medal na mistrzostwach Europy w pchnięciu kulom. Zadanie wykonane. Przełożeni zadowoleni, a sam(a) zainteresowana? Jak stawałem przed lustrem, nie tylko widziałem mężczyznę, czułem się nim. Kiedy pytałem się o toaletę, wskazywali męską. Jak szedłem do fryzjera, odsyłali do męskiego […]- Mówi już nie Heidi, ale Andreas Krieger. Operację zmiany płci przeszedł w połowie lat dziewięćdziesiątych. Wiele z późniejszych gwiazd objętych programem „Plan 14.25” choruję na raka piersi, jelit, marskość wątroby, bezpłodność, depresję, kłopoty trawienne i wiele innych. Szacuje się, że liczba poszkodowanych propagandą komunistycznego systemu w NRD wynosi około dziesięciu tysięcy. Duża część z nich za pięć minut w świetle jupiterów, poświęciła resztę swojego życia. Ćwicz wytrwale dziecko, by w przyszłości sławić Wielkie Chiny. Pływalnia Olimpijska w Londynie. Zawodniczki właśnie ustawiają się do wyścigu na 200 metrów motylkiem. Wszystkie skupione, czekają na sygnał



do startu. Ruszyły, na początku trwa zacięta walka, jednak później na czoło całej stawki wysuwa się szesnastoletnia Chinka Ye Shiwen. Już znacznie odpłynęła reszcie rywalek i dotyka ręką krawedzi basenu, kończąc wyścig. Wszystkie inne zawodniczki gratulują jej wygranej, a komentatorzy i eksperci z całego świata przecierają oczy ze zdumienia… Ta mała dziewczynka z Chin przepłynęła ostatnią długość basenu szybciej niż zrobili to mężczyźni na tym samym dystansie! Na igrzyskach Olimpijskich w Seulu w 1988 roku reprezentanci Kraju Środka zdobyli dwadzieścia osiem medali, w tym tylko pięć złotych, niewiele więcej od reprezentacji Polski. Dwadzieścia lat później, już na swojej ziemi w Pekinie wywalczyli ich dokładnie sto, w tym pięćdziesiąt jeden złotych, deklasując resztę stawki ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Czym Chińczycy zawdzięczają tak nagły sukces sportowy? Chińskie zamknięte ośrodki sportowe szkolące przyszłych mistrzów zaczęły pojawiać się na początku lat dziewięćdziesiątych. Trafiają tam dzieci w wieku pięciu/sześciu lat, które są poddawana morderczym treningom, by w przyszłości zdobywać medale mistrzostw świata. Trening sportowy przekłada się tam ponad wszystko: naukę, życie prywatne młodych ludzi. Czasami zdarza się, że dwunasto czy trzynastoletnie dzieci uczęszczające do tego typu placówek mają problemy z pisaniem i czytaniem. Oprócz codziennych ćwiczeń przechodzą też ścisłą indoktrynację- Musicie być lepsi od Amerykanów, Rosjan, od całego świata- jak mantrę powtarzają im wychowawcy. Większość z nich w wieku piętnastu, szesnastu lat dowiaduje się, że w sporcie jednak nic wielkiego nie osiągnie, bo nie ma predyspozycji, bo nie pracowało należycie ciężko… Muszą wówczas powrócić do normalnego życia, i zaczynać wszystko od nowa. Zastanawiając się nad niewyobrażalnym sukcesem chińskich sportowców w ostatnich latach, zaczęto podejrzewać, że w 2008 roku, podczas Igrzysk w Pekinie zaczęła się era dopingu genetycznego. Polega on,  jak łatwo się domyślić, na ingerencji w kod genetyczny zawodnika. Modyfikuje mu się w taki sposób wzrost, liczbę tkanek potrzebnych do uprawiania danej dyscypliny. Podawane są bakterie powodujących wzrost hormonów. Wedle badań przeprowadzonych przez niemieckich dziennikarzy tego typu praktyki są w Chinach na porządku dziennym. Doping ten, jest o tyle ciężki do wykrycia, że potrzebne jest wykonanie biopsji mięsni, czyli zabiegu chirurgicznego, na który żaden sportowiec się przecież nie zgodzi. „Biorą wszyscy, niektórzy mają tylko więcej szczęścia” Ben Johnson na igrzyskach w 1988 roku przebiegł „setkę” w 9,79 sekund, wprawiając w osłupienie cały sportowy świat. Był to nowy rekord, który przetrwałby niemal dwadzieścia lat. Właśnie, przetrwałby. Kanadyjski sprinter został zdyskwalifikowany po tym, jak

Jesteście bandą pierd…ych hipokrytów. Oczekujecie że będziemy wjeżdżać pod górę z prędkością pociągu, a potem się oburzacie, że się wspomagamy - Powiedział kiedyś słynny włoski kolarz, dopingowicz Marco Pantatni. fot.Ian @ ThePaperboy.com(żródło:flickr)

wykryto w jego organizmie anaboliki. Drugi wówczas, Carl Lewis komentując całą sprawę powiedział: Sprawiedliwości stało się zadość. I wszystko byłoby ok,  gdyby nie późniejsza afera BALCO, według której Lewis też miał na koncie dopingową wpadkę, tuż przed rozpoczęciem Olimpiady. Czy sądzicie, że któryś z finalistów w Seulu i Barcelonie (w 1992r przyp.red) był czysty? Carl Lewis i pozostali mieli po prostu więcej szczęścia i sprytniejszych doradców- powtarzał Ben Johnson. Marion Jones, Dwain Chambers to następni wielcy sportowcy, którzy w swojej karierze mieli kontakt z dopingiem, świadomie lub nie, stawali do nierównej walki z innymi sportowcami i święcili wielkie triumfy, by po latach, publicznie przepraszać i oddawać medale największych imprez. Ludzie oczekują wielkich emocji, przeżyć, coraz to nowych rekordów. Telewizja chce mieć zyski z reklam, transmisji na żywo, a sponsorzy - wielkie osobistości, które swoim wizerunkiem będą godnie reprezentować ich przedsiębiorstwa, firmy. Już dawno w tym wszystkim zaginęła pierwotna idea sportu, jako zdrowej rywalizacji łączącej narody krzewiona przez Pierre’a de Couberteina. Zaczął się wyścig szczurów. Kto dalej, kto szybciej, kto mocniej, poczucie godności jednostki ludzkiej w tej gonitwie już dawno straciło jakiekolwiek znaczenie… I tylko ciekaw jestem, czy Maratończyk Tomas Hicks biorąc na trasie maratonu w Saint Luis w 1904 roku od swojego trenera mieszankę strychniny, jajek i koniaku był świadomy, jak niebezpieczną machinę właśnie wprawił w ruch. ...czyli kolejna subiektywna relacja z CSM Julia Foltak
Goście Łukasza Maciejewskie-go w Mościcach, czyli... on sam i Jerzy Radziwiłowicz


W sobotę, dwunastego stycznia, w Centrum Sztuki Mościce odbyło się kolejne spotkanie podobne do tych z cyklu "Goście Łukasza Maciejewskiego" - tyle, że tym razem on sam był gościem, obok jednego z najwybitniejszych polskich aktorów, Jerzego Radziwiłowicza. Skąd ta konfiguracja? Niedawno ukazała się książka pt. "Wszystko jest lekko dziwne" - wywiad rzeka z Radziwiłowiczem. Autorzy jednak wolą używać wobec tej książki określenia "rozmowa" - podkreślali, że starali się o równe zaangażowanie i zainteresowanie obu stron. Jest to wydarzenie o tyle niezwykłe, zwłaszcza dla fanów polskiego kina, gdyż Radziwiłowicz wręcz słynął z powściągliwości we wszelkich wywiadach, oraz ogólnie, bycia "trudnym rozmówcą". Ale, czy taka jest prawda? Pan Jerzy okazał się przesympatycznym człowiekiem, o niebanalnym poczuciu humoru, bardzo cierpliwym i zainteresowanym. Wraz z upływem czasu na spotkaniu, atmosfera coraz bardziej się rozluźniała, a Radziwiłowicz zasypywał słuchaczy anegdotami i opowieściami z przeszłości -  jedną ze śmieszniejszych okazała się ta o "Teatrze Narodowym w Kaniach", o której



można poczytać na blogu Krystyny Jandy: http://www.krystynajanda.pl/teatrnarodowywwkaniach. Nie zapominajmy również o krótkiej rozprawie na temat hodowli buraków liściowych (wielokrotnie podreślano - "liściowych", nie "liściastych"). Po spotkaniu odbył się seans składający się z dwóch odcinków serialu HBO "Bez tajemnic". Serial pokazuje serie spotkań psychoanalityka Andrzeja Wolskiego (w tej roli - właśnie Jerzy Radziwiłowicz) ze swoimi pacjentami - na jeden sezon składają się 4 cykliczne terapie oraz... terapia samego Andrzeja. Na dzień dzisiejszy powstały dwa sezony, trwają negocjacje nad stworzeniem trzeciego. Mimo wysokiej gorączki, w spotkaniu oczywiście brałam udział - nie odpuściłabym sobie absencji, jako że Jerzy Radziwiłowicz jest jednym z moich ulubionych aktorów. Zwykle nie lubię brać autografów, ale tym razem nie mogłam się oprzeć wizji posiadania pięknego "Julii, Jerzy Radziwiłowicz" w moim egzemplarzu "Wszystko jest lekko dziwne" (zdjęcie upamiętnia składanie tego podpisu). "Wszystko jest lekko dziwne" jest dostępna w większości księgarnii za około 40 złotych, zaś serial "Bez tajemnic" można aktualnie oglądać na HBO 2 (sezon drugi). Zagadka Hotelu Krakowskiego
Czy w połowie XIX w. możliwe było, aby kobieta walczyła w przebraniu męskim w powstaniu zbrojnym, a po zdemaskowaniu została mianowana adiutantem jednego z ważniejszych generałów tego ruchu wyzwoleńczego? Czy ta kobieta mogła znaleźć miłość w czasie walk zbrojnych?


Czy w połowie XIX w. możliwe było, aby kobieta walczyła w przebraniu męskim w powstaniu zbrojnym, a po zdemaskowaniu została mianowana adiutantem jednego z ważniejszych generałów tego ruchu wyzwoleńczego? Czy ta kobieta mogła znaleźć miłość w czasie walk zbrojnych? I teraz problem do rozwiązania dla naszych bardzo dociekliwych detektywów amatorów: Czy można romans uznać za prawdziwy, jeśli brak o nim wzmianek w wiarygodnych tekstach historycznych, a jedyny dowód na jego istnienie to dramat z 1903 roku? A nawet, jeśli tak, to  jaki dokładnie ma to związek z Tarnowem? W budynku przy zbiegu ulicy Wałowej i Krakowskiej znajdował się niegdyś słynny na całą Galicję Hotel Krakowski. Jako miejsce wielu spotkań i zabaw, cieszył się zasłużonym powodzeniem wśród podróżnych – kupców, emigrantów, cudzoziemców. W marcu 1863 r. hotel miał jeszcze jedną funkcję: 20 marca przywieziono do Tarnowa internowanego generała Mariana



Langiewicza, dyktatora Powstania Styczniowego. Został zatrzymany tuż po wkroczeniu do Galicji razem z całym sztabem. Jedną z zatrzymanych adiutantów była także Anna Henryka Pustowójtówna, zwana polską Joanną d’Arc ze względu na swoją dowagę w bitwie pod Grochowiskami. Więźniowie mieli spędzić w Tarnowie dwa dni i dwie noce, po których był zaplanowany wyjazd do Krakowa. W tym miejscu czytelnik prawdopodobnie zastanawia się nad pierwszych pytaniem ze wstępu. To właśnie Anna jest ową kobietą. Dodatkowo posiada dosyć ciekawe pochodzenie, gdyż Pustowójtówna urodziła się w rodzinie polsko-rosyjskiej i w literaturze rosyjskiej bywa określana, jako Rosjanka lub „rosyjska rewolucjonistka”. Co ciekawe, sama Anna uważała siebie za Polkę, a duży wpływ na jej wychowanie miała jej babcia, Brygida Kossakowska. W lutym 1863 r. zgłosiła się w przebraniu do obozu generała Langiewicza, lecz jej płeć szybko wyszła na jaw i została awansowana na osobistą adiutantkę przywódcą, tylko po to, by miesiąc potem zostać aresztowaną przez Austriaków. I tutaj następuje próba odpowiedzi na kolejne pytanie. Skąd pochodzi na wpół legenda, na wpół mit o wielkim, odwzajemnionym uczuciu Pustowójtównej do przełożonego? Otóż nieprzychylni jej osobie i obecności jakiejkolwiek kobiety w gronie najbliższych współpracowników Langiewicza szybko rozpuścili plotkę o gorącym romansie, który połączył piękną Henrykę i dyktatora. Niestety, nie znajdujemy żadnych źródeł, potwierdzających tą opowieść. Co prawda w ciągu już wspomnianej dwudniowej niewoli w Hotelu Krakowskim Pustowójtówna miała zdobyć suknie kobiece i zaproponować Langiewiczowi ucieczkę w przebraniu młodej krawcowej w stronę kielecczyzny w celu kontynuowania walki, lecz generał odmówił. Czy to z powodu zmęczenia walki, czy też nie chciał zhańbić się ucieczką w stroju niewieścim – nie wiadomo. Nie do końca znamy także ewentualny motyw, który kierował adiutantką w tym momencie. Czy była to szaleńcza miłość do przystojnego (podobno) dyktatora? Dość, że do żadnej ucieczki nie doszło. Finału tej historii nie musimy się na szczęście domyślać. W końcu Langiewicz został wywieziony do Krakowa i przebywał przez następne dwa lata w zamknięciu



w twierdzy Josephstadt, czyli współczesnym miasteczku czeskim Jaroměř. Potem wyjechał na emigrację i następne lata swojego życia spędził w Anglii, Szwajcarii i Turcji, gdzie zmarł w 1897 r. i spoczywa w grobie obok swojej żony Suzanne. Anna Pustowójtówna wyjechała z kraju po zwolnieniu z aresztu, mieszkała m.in. w Czechach i Francji. Brała także udział w wojnie francuskopruskiej i poślubiła Stanisława Loewenharda, którego poznała podczas swojej służby u dyktatora powstania. Zmarła prawdopodobnie w maju 1881 r. Pustowójtówna i Langiewicz nie widzieli się już nigdy po rozstaniu w Hotelu Krakowskim. I na tym skończyłaby się cała historia domniemanej wielkiej miłości generała i jego adiutantki, gdyby nie fakt, że Jerzy Żuławski napisał sztukę pt. „Dyktator”. Mająca swoją prapremierę w 40. rocznicę Powstania Styczniowego, oprócz standardowych wątków opowiadających przebieg walk zawierała także dosyć dużą wzmiankę o romansie, który miał rzekomo połączyć bohaterów tego artykułu. Naturalnie, od tamtego momentu motyw miłości Langiewicza i Pustowójtówny na stałe wszedł do literatury popularnej. Karolina Machalska fot. www.wikipedia.pl Trylogia Czarnego Maga



Pragnę Ci bardzo gorąco polecić Trylogię Czarnego Maga, której autorką jest znana australijska pisarka Trudi Canavan. Sama saga składa się z trzech powieści fantasy, które są ze sobą powiązane, tworząc jedną wielką całość. Są nimi: Gildia Magów, Nowicjuszka oraz Wielki Mistrz. Wszystkie trzy powieści łączy postać Sonei, prostej dziewczyny ze slumsów, która całkiem przypadkowo odkrywa swój ogromny talent magiczny. Mimo wielu przeszkód i przeciwności losu, dziewczyna wstępuje do Gildii, gdzie uczy się kontrolowania i właściwego korzystania ze swoich zdolności. Historia Sonei związana jest z konfliktem Gildii Imardinu (miasta, w którym żyje bohaterka) z magami kyralijskimi. W fabułę wpleciony jest również wątek miłosny bohaterki z Wielkim Mistrzem Akkarinem. Ponadto dowiadujemy się o zakazanym używaniu czarnej magii, która (jak się później okazuje) wcale nie jest taka zła. Autorce można bić brawa za to, że tak wspaniale stworzyła zarys postaci oraz doskonale opisała ich wzajemne relacje. Oczywiście, książki nie są pozbawione mrocznych postaci. Trylogia jest więc przepełniona bohaterami, którzy nienawidzą i nie akceptują dziewczyny z powodu jej pochodzenia. Canavan nie boi się poruszać trudnych kwestii społecznych, jak np. homoseksualizm, który dotyczył jednego z drugoplanowych bohaterów, czy podziału na klasy społeczne i uprzedzenia do tych "niższej rangi". Dzięki temu trylogia jest podobna do serii książek Terry'ego Pratchetta, które pod przykrywką nadnaturalnych wydarzeń i osób przedstawiają refleksje autora nad otaczającym go światem. Mimo tego, że nie są to "dorosłe" powieści fantasy (przeznaczone są bowiem dla młodzieży), zapewniam, że pochłoniesz się w nich bez reszty. Poświęć więc kilka wolnych wieczorów i zacznij czytać! Anna Chłopek Amanda Palmer - inna strona muzyki. Gabriela Rudna
We wrześniu 2012 roku najnowszy album Amandy Palmer i zespołu the Grand Theft Orchestra „Theatre is Evil” ujrzał światło dzienne. Być może wokół Palmer nie ma wielkiego medialnego szumu, nie gra ona co wieczór koncertów dla 50 tysięcy fanów, ale jest artystką wyjątkową.


Palmer rozpoczęła swoją karierę jako połowa duetu the Dresden Dolls, zespołu, którego muzykę określała jako rockowy kabaret. Po roku 2000 i ogłoszeniu przerwy od zespołu zaangażowana była w wiele innych projektów, często solowych. Wszystkie były zdecydowanie inne i wyjątkowe na różne sposoby. Jeden z nich, duet Evelyn Evelyn stworzony z Jasonem Webley, polegał na tym, że podczas występów na żywo wcielali się oni w bliźniaczki syjamskie. W 2011 roku Amanda oraz 4 innych artystów (w tym Neil Gaiman, jej mąż) założyli zespół 8in8. Chociaż ‘założyli’ to jednak zbyt duże słowo dla tego przedsięwzięcia – wydali razem tylko jedną płytę. ‘Nighty night’, bo tak nazywa się ten album, miał oryginalnie zawierać 8 piosenek napisanych i nagranych w 8 godzin, nie udało się to całkowicie. Piosenek ostatecznie było 6, a godzin 12  ale samo to jest niesamowicie imponujące, zwłaszcza biorąc pod uwagę różnorodność każdego utworu. Ostatnim solowym albumem Amandy Palmer, bezpośrednio poprzedzającym wydanie ‘Theatre is Evil’ była płyta ‘Who killed Amanda Palmer’ wydana w 2008 roku. Jej tytuł bezpośrednio nawiązuje do serialu ‘Twin Peaks’, którego głównym wątkiem było dowiedzenie się kto zabił Laurę Palmer.



Pomimo wielu innych inspirujących projektów ‘Theatre is Evil’ może być najważniejszym w karierze Palmer. Pomijając moje osobiste odczucia co do tego albumu (a według mnie jest on najlepszą rzeczą jaka wszyła spod ręki AFP), trzeba wziąć pod uwagę to  że stworzony został kiedy całkowicie odcięła się od jakiejkolwiek firmy wydawniczej. Od tego momentu wszystko zostało sfinansowane dzięki pieniądzom darowanym przez fanów Amandy. W ten sposób zdobyła ona ponad milion dolarów (celem było 100 tysięcy). Oczywiście byli ludzie, którym nie spodobał się tak niekonwencjonalny sposób zdobywania pieniędzy, ale prawdziwy skandal wywołało coś innego. Amanda Palmer podczas trasy koncertowej ośmieliła się zapraszać na scenę lokalnych muzyków spośród swoich fanów, lecz zdecydowała się im nie płacić. Dla niej było to naturalne, nikogo nie zmuszała do gry, a obustronne dzielenie się sztuką jest bardzo powszechne pomiędzy społecznością jej fanów (sama Palmer swój album udostępniła także w sieci, dając możliwość płacenia za niego dowolnej sumy lub ściągnięcia za darmo). W wyniku wielu artykułów czy komentarzy krytykujących jej zachowanie AFP zdecydowała się zacząć płacić swoim jednorazowym supportom. Jeśli chodzi o muzyczna stronę ‘Theatre is Evil’ jak zawsze jest to charakterystyczna dla Amandy



Palmer, tęczowa wręcz różnorodność utworów. Cały album zaczyna się 18- sekundową zapowiedzią praktycznie wyjętą z cyrku, która przechodzi w chaotyczne ‘Smile’. Im dalej "w płytę" tym lepiej, dalej więc napotykamy wspaniałe ‘the Killikng Type’, którego tekst ‘I would kill to make you feel, I’d kill to move your face an inch’ połączony z teledyskiem, gdzie w białej scenerii zespół z czasem coraz bardziej pokrywa krew (sztuczna) zawsze powoduje, że ciarki przechodzą mi po plecach. Oczywiście po takiej dawce emocji można spodziewać się czegoś niedorzecznego, tak więc następną piosenką jest ‘Do it With a Rockstar’, promujące jakże frywolny styl życia, co można bardzo łatwo zaobserwować na teledysku. Oprócz bycia mistrzynią piosenek, które nie mają absolutnie żadnego sensu, Amanda ma także wielki talent do łamania serc w czasie poniżej 10 minut i to właśnie robi ‘the Bed Song’. Jest to historia dwojga ludzi i ich łóżek: za każdym razem, kiedy mają lepsze warunki do życia, oddalają się od siebie i mentalnie i fizycznie, nie dotykając się już nawet w nocy. Niestety polskim fanom AFP nie będzie dane zobaczyć jej na żywo w najbliższych miesiącach. Jakkolwiek miała pojawić się w marcu, ta trasa koncertowa została przełożona. Palmer nigdy nie odwołuje koncertów, występuje nawet, kiedy nie może mówić, ale tym razem w grę wchodziła choroba najlepszego przyjaciela artystki. Na szczęście fani zrozumieli, a teraz czekają cierpliwie na powrót, którego data nie jest jeszcze znana. Skrót AFP nie może zostać rozwinięty z powodu cenzury członu 'F', jednak myślę, że nie jest trudny od odszyfrowania. Pomiędzy książką a filmem
W ostatnich latach świat zachwycił się znakomitym serialem HBO „Gra o tron”. Wielu z nas zadowala się jedynie ekranizacją, zupełnie ignorując fakt, że istnieje książkowa wersja tejże historii. Tak więc jak wygląda relacja powieść - ekranizacja w tym przypadku?


Jak zatem wygląda relacja powieść-ekranizacja w tym przypadku? Saga „Pieśń Lodu i Ognia” G. R.R. Martina jest znana wielu miłośnikom gatunku fantastyki na całym świecie. Reklamowana jest ona jako „powrót do tolkienowskiego stylu fantasy”. Niestety, można to uznać za pewnego rodzaju niedopowiedzenie. Gdy myślimy o sposobie, w jaki Tolkien pisał swoje książki, wspomnieć możemy o wspaniale rozbudowanej fabule czy też o szczegółowych opisach – i to nie tylko - na myśl przyjść również może pewien „typ” bohaterów, o jakich możemy przeczytać – mnóstwo szlachetności, dostojeństwa, pełnych wzniosłości przemów, aktów niesamowitej odwagi etc. Całkiem możliwe, że mania na punkcie Tolkiena po części może brać się właśnie z takiej, a nie innej postawy bohaterów. Natomiast książki Martina ukazują skrajnie inny zarys postaci – mało kto może się tu poszczycić czymś takim jak honor czy chęć pomocy bliźnim – chyba że mieści się to w interesach tegoż bohatera. Ci, którzy nie mogą przystosować się do brutalnych zasad



otaczającego ich świata, po prostu są usuwani. No bo po co komu taki ktoś, kto bezczelnie próbuje wtrącać się w nie swoje sprawy? Właśnie ta cecha daje nam jasny obraz no to, że Tolkien jest tu może obecny duchem, ale tylko w niektórych aspektach. „Nieidealność” postaci w sadze Martina wydaje się być nawet znacznie bardziej realistyczna i dostosowana do zasad dzisiejszej rzeczywistości (choć to oczywiście książka fantasy)– bo nie ma co się oszukiwać, świat nie czeka na nas z otwartymi ramionami i nie poklepie nas przyjacielsko po plecach, a najwyżej poczeka, by w najmniej odpowiednim momencie móc umieścić tam swój nóż. No cóż, może dla nas to jednak lekka przesada, ale jednak dla bohaterów książek Martina jest to chleb powszedni. Nie chce tu oczywiście zdradzać fabuły, jednak mogę nadmienić, że w powieści mowa o najważniejszych klanach krainy o nazwie Westeros. Mają one różnorodne powiązania i relacje – niektóre są w dobrych stosunkach, inne w zdecydowanie gorszych. I tak na pierwszy plan wychodzi rodzina Starków – zapewne wielu internautom znane są słowa „Winter is coming”, będące „powiedzeniem” tegoż rodu, w szczególności wielokrotnie powtarzane przez jego seniora, czyli Neda Starka. Jest on jedną z bardziej szlachetnych postaci – tych chcących grać „fair play”- jednak po pewnym czasie musi się on zmierzyć z komplikacjami, na które się nie przygotował – a w tenże wątek zamieszane są również inne barwne postacie (może to dosyć mierne przedstawienie fabuły, jednak utrzymuję aurę tajemniczości jedynie dla dobra ewentualnych przyszłych czytelników :)) Ale właściwie co odróżnia książkę od serialu? Co najbardziej oczywiste – forma przekazu. Ekranizacje filmowe czy serialowe często są nazywane „drogą na skróty” albo „rozrywką dla leniwych”- no bo dlaczego ma się czytać książkę, jeśli praktycznie cała fabuła zawarta jest na ekranie (tyczy się to również lektur szkolnych – wiele osób będzie preferowało oglądnięcie np. „Potopu” zamiast przeczytania ogromnego tomiska, przypominającego gabarytami encyklopedię!). Z drugiej jednak strony wizualizacja ulubionej książki może być jak prezent na urodziny – postacie, które były tylko słowami na papierze nareszcie zyskają ludzki wygląd i kształt. Należy jednak pamiętać, by ekranizacje filmowe pokrywały się z pierwowzorem. I tutaj mamy problem. Jakkolwiek pierwszy sezon serialu raczej ściśle trzyma się oryginału, tak w drugim możemy zauważyć pewne niedociągnięcia i pominięcia. Osoba, która nie przeczytała wcześniej książki ich nie wyłapie, jednak dla fana sagi zmiany te mogą być trochę irytujące. Jednak – jak ciągle podkreślam – naprawdę warto go oglądnąć, ponieważ – ze zmianami czy bez nich – serial nadal posiada niesamowity klimat, który



niebywale wciąga. Książka natomiast to istny majstersztyk (oczywiście dla miłośników gatunku). Zawiera mnóstwo szczegółów i ogrom różnorodnych postaci. Serial nie jest w stanie tego oddać, ponieważ każda nowa, ważna postać wprowadza zamieszanie - a co dopiero może sprawić wprowadzenie ok. 20 nowych bohaterów. Tyczy się to również wspomnianych wcześniej wątków drugoplanowych – nie tak istotnych, jednak na tyle interesujących, by móc żałować ich braku. Dodatkowo należy przypomnieć, że saga „Pieśni Lodu i Ognia” zawiera już aż pięć części, a planowane są też dwie następne. Czytając pierwowzór, czytelnik dowie co dalej się dzieje i będzie miał przewagę nad resztą widzów. Poza tym trzeba również zwrócić uwagę na grę aktorską: widać, że dobrano naprawdę znakomitą obsadę, która daje z siebie wszystko i znakomicie sobie radzi z oddaniem charakterem postaci. Tak więc, odpowiadając na pytanie, co wybrać: serial czy książkę - zdecydowanie odpowiedziałabym: OBA. Książka zawiera świetną fabułę, jest dopracowana pod każdym względem i naprawdę dobrze się ją czyta, natomiast serial, choć nie do końca dopracowany fabułowo, rekompensuje straty obrazem i obsadą, tak więc doskonale widać że w obu tych dziełach starano się, by wywrzeć na widzu/czytelniku jak najlepsze wrażenie. Wiktoria Szanduła fot. ProLithic 3D (źródło: flickr) Ukryte motywy Iry Levina Katarzyna Witek
Ira Levin, bo o nim mowa, był wszechstronnym pisarzem, ale jego powieści szczególnie utkwiły w mojej pamięci. Zawierał w nich kwestie absurdalne, kompletnie niezgodne z rzeczywistością... lektura książek Levina nie jest aż tak prosta, jak można przypuszczać.


Niezależnie od kontekstu najprawdopodobniej każdy z nas słyszał o "Dziecku Rosemary". Film Polańskiego o tym tytule należy do klasyki kina. Gra aktorska, subtelność i naturalność Mii Farrow oraz porażająca muzyka Krzysztofa Komedy są czynnikami, które powodują, że widz bezwarunkowo składa ręce do oklasków. Autor książkowego pierwowzoru wywołał nie lada sensacje, poruszając tematy kontrowersyjne dla społeczeństwa lat 60. ubiegłego wieku. Ira Levin, bo o nim mowa, był wszechstronnym pisarzem, ale jego powieści szczególnie utkwiły w mojej pamięci. Zawierał w nich kwestie absurdalne, kompletnie niezgodne z rzeczywistością, na pograniczu sf (np."Żony ze Stepford"). Nie można go w żaden sposób zaszufladkować. W "Pocałunku przed śmiercią" perfekcyjnie zobrazował typową amerykańską sielankę lat 50., która za sprawą pewnego wyrafinowanego mężczyzny, skończyła się

fot. cpfl cultura (źródło: flickr) Nie można go w żaden sposób zaszufladkować. Wszystkie jego dzieła są na pierwszy rzut oka zupełnie inne, choć nie do końca. W każdej z nich występuje motyw ofiary.

tragicznie. Wszystkie jego dzieła są na pierwszy rzut oka zupełnie inne, choć nie do końca. W każdej z nich występuje motyw ofiary. Rosemary ("Dziecko Rosemary") i Joanna ("Żony ze Stepford") wiedziały, ze coś dziwnego dzieję się wokół nich, nabierały stopniowych podejrzeń do innych, nawet do własnych krewnych. Przewracając kolejne kartki ma się wrażenie, że autor potęguje nasz strach w stosunku do społeczeństwa. Uświadamiamy sobie, że jedyną osobą, której możemy ufać jesteśmy my sami, choć i tu według Levina są pewne wątpliwości. Nie chcemy przecież podzielić losu Dorothy ("Pocałunek przed śmiercią"), która została zrzucona z dachu (co było skutkiem fatalnego zauroczenia). Na szczęście wszystkie nasze wątpliwości zostaną rozwiane w chwili skończenia książki i odłożenia jej na półkę. Ja nie do końca pojmuję intencję autora. Z jednej strony bohaterki są ofiarami, choć może Levin w inteligentny sposób zobrazował różne stadia schizofrenii i objawy, które z czasem się pogłębiały



(w tym także lęk przed społeczeństwem). Tak więc lektura książek Levina nie jest aż tak prosta, jak można przypuszczać. A wracając do naszych postaci... Rosemary, dziewczyna z małego miasteczka, która po przyjeździe do Nowego Jorku i poślubieniu Guy'a marzy już tylko o pięknym mieszkaniu w Bramford i gromadce dzieci. Okazuje się , że nic nie jest tym, czym się wydaje i po zajściu w ciążę jej życie przypomina koszmar. Nie do końca możemy stwierdzić, czy była marionetką w rękach satanistów, czy choroba psychiczna osiągnęła apogeum w momencie ucieczki z domu i poszukiwania ratunku u innych osób, może tak naprawdę nic jej nie groziło, a wszyscy (w tym Minnie i Roman) chcieli jej dobra. Jednak na ostatnich kartach powieści Rosemary "zaakceptowała" dziecko, co może wskazywać na prawdziwość tej pierwszej wersji. Tak samo wygląda sytuacja w przypadku Joanny. Bohaterka była częścią planu powstania kobiet idealnych, ale zmiana otoczenia i brak zrozumienia spowodowały zaburzenia. Za sukces powieści Iry Levina odpowiadają również liczne ekranizacje z wyżej wymienionym "Dzieckiem Rosemary" na czele. Na większą uwagę zasługują także "Żony ze Stepford" (1975), "Pocałunek przed śmiercią" (1956), "Chłopcy z Brazylii" (1978). Jednak to właśnie po raz kolejny wspomniane prze ze mnie "Dziecko Rosemary" jest jego najbardziej znaną powieścią. W 1997 r. napisał jej sequel pod tytułem "Son of Rosemary", co okazało się dużym błędem. Książka nie jest przetłumaczona na język polski i wątpię, by jakiekolwiek wydawnictwo w najbliższym czasie było zainteresowane tym przedsięwzięciem. Po przeczytaniu jej w oryginale postanowiłam o niej jak najszybciej zapomnieć, a zakończenie typu "zły sen" uważam za co najmniej śmieszne. O tańcu, który hipnotyzuje, czyli krótko o spektaklu "...dni nasze"
„Przeklęci niech będą ci  którzy nie tańczą i przeszkadzają tańczyć innym!” Paulo Coelho


Pod koniec roku 2012 miałem okazję oglądać spektakl taneczny w MCK, na który to udałem się nie wiedząc czego oczekiwać. Nigdy nie interesowałem się tańcem jako dziedziną sztuki, zawsze był on dla mnie raczej tłem dla muzyki. Spodziewałem się więc ujrzeć spektakl, w którym grupa ludzi odegra swoje role, roztoczy przed widzami pewną wizję, a którego to ja niestety jak zwykle nie zrozumiem. Moje odczucia były takie, bowiem, o ile zawsze odczuwałem sentyment do tańców towarzyskich, to nigdy nie mogłem dostrzec w tańcu nowoczesnym niczego wyjątkowego. Za każdym razem, kiedy oglądałem występy młodych zazwyczaj tancerzy tańczących taniec współczesny, odnosiłem wrażenie, iż patrzę na grupę świetnie wygimnastykowanych...sportowców. No właśnie, odbierałem to jako sport, nie sztukę. Ten spektakl zmienił jednak mój stosunek do tańca współczesnego. Jako że byłem posiadaczem biletu z wejściówką na odbywające się

Redaktor Qmama: Karolina Machalska Dziennikarze: Dominika Saładyga Julia Foltak Katarzyna Wąs Kasia Witek Madzia Goc Mikołaj Kłos Gabriela Rudna Opieka Anna Lipińska

po spektaklu spotkanie z tancerzami i reżyserem, a także film o tańcu, usadowiłem się wygodnie i pomyślałem, że dziś zetknę się z tańcem współczesnym we wszystkich jego aspektach. Byłem bądź co bądź w dobrym nastroju, także ze względu na urocze towarzystwo tego wieczoru, jednak pewna myśl nie dawała mi spokoju. Zastanawiałem się, czy i z tego spektaklu wyjdę nie mając pojęcia, co przed chwilą zobaczyłem. Moje rozmyślania przerwał aplauz, spowodowany wyjściem konferansjera na scenę. Po krótkim wstępie światła przygasły i zapanowała cisza, sporadycznie przerywana odgłosami z publiczności. Nagle zobaczyliśmy pierwszych tancerzy. Ubrani byli w proste stroje, można rzec codzienne. 'No tak, w końcu dni nasze' pomyślałem. Wkrótce zostałem świadkiem niezwykle dynamicznego, a zarazem nad wyraz uporządkowanego tańca. Na scenie aż kotłowało się od ruchów i dynamiki. Od razu rzuciła mi sie w oczy niezwykła swoboda, z jaką wszyscy wykonywali swoje role. Ciała zdawały się tańczyć same, połączone niewidzialnymi więzami. Wkrótce, wszystko zwolniło... przyszedł wieczór. Tancerze jakby pochłonięci wieczornymi zajęciami poruszali sie po scenie powoli, uważnie. Potem znów nastała nerwowa atmosfera, lecz tym razem to jedna osoba przewodziła wszystkim. Wodząc innych po scenie, tancerka co chwilę przystawała i wykonywała przeróżne czynności, od klaśnięć po krzyknięcia. Grupa bez mrugnięcia okiem powtarzała w ślad za nią. Całość trwała nieco ponad pół godziny, choć byłem tak zaaferowany tym, co działo się na scenie, że nawet nie spostrzegłem, jak ten czas przeminął. Po wyjściu z audytorium pogratulowałem wykonawcom i udałem się na spotkanie w reżyserem spektaklu - Januszem Skubaczkowskim. Wtedy dowiedziałem się, ze zobaczyłem właśnie dyptyk oparty na technikach polskiego tańca współczesnego. Mimo to  jedną rzecz juz wiedziałem... właśnie zobaczyłem taniec który zrozumiałem, mało tego,  który mnie oczarował! Reżyser okazał sie człowiekiem nader rozmownym. Z chęcią odpowiadał na pytania, a opisując swoje KĄCIK KULINARNY (ale nie do końca)



dzieło powiedział: W części warsztatowej z grupą młodych tancerzy pracowałem nad jogą metodą B.K.S. Iyengara dla tancerzy, polską techniką tańca współczesnego oraz podstawami pracy z podłogą i partnerem. Ja natomiast od siebie mógłbym dodać jedynie małą refleksję. Otóż patrząc na tancerzy, współpracujących na scenie i razem walczących ze zmęczeniem dostrzegłem godne podziwu zaangażowanie. Łatwo jest, ktoś mógłby rzec, wyjść na scenę i wykonać pewien układ taneczny. Cóż, wątpię, ale nie ulega wątpliwości że zadaniem wręcz karkołomnym jest stworzyć spektakl który wciągałby i jednocześnie dawał do myślenia, a przy tym nie był za długi. I tu moje ukłony wobec reżysera i osób tańczących, z których jedną mam przyjemność znać osobiście. Jeżeli miałbym wskazać przyszłość tańca, choć nie czuję się do tego upoważniony, ale gdybym miał mówić jako widz, to wskazałbym na spektakle takie jak '...dni nasze'. Bo oto jest sztuka taneczna, która nie szokuje formą czy nagością, ale perfekcyjnością w przygotowaniu i przedstawieniu. Życzę sobie i innym, aby 'dni nasze' wypełniała ta szczypta piękna zawarta w "...dniach naszych". Mikołaj Kłos Ostatnio, robiąc z moim ojcem sałatkę, przeraziłem się do żywego. A dlaczegóż to? W pewnym momencie wlał on do miski warzyw zawartość opakowania z 30-procentową śmietaną. Otóż, proszę państwa, to karygodny błąd! Śmietana 30% służy do ubijania i tworzenia wcale-niekalorycznej, domowej bitej śmietany. Jeśli chodzi o robienie zup, najbardziej odpowiednią śmietaną jest wariant 18%. Do sałatek zalecana jest wersja "light" - 10%. Jednak dla tęskniących za tymi kilkoma % tłuszczu w, chociażby, ulubionej mizerii, zostaje wariant 12%. Życzę miłego pichcenia. In a land of myth and a time of magic...



Wszystko zaczęło się 5 lat temu, w 2008 roku, gdy Julian Murphy wyszedł ze swoją wizją serialu, który opowiadałby o Camelot, o Arturze, a przede wszystkim – Merlinie, lojalnym i odważnym słudze oraz najpotężniejszym czarodzieju wszechczasów. UWAGA! W TEKŚCIE ZNAJDUJĄ SIĘ SPOILERY! Zaszczyt grania tytułowej roli przypadł Colinowi Morganowi, ostatnio nagrodzonemu za tę kreację nagrodą NAT (pokonał samego Benedicta Cumberbatcha „Sherlock” oraz Matta Smitha „Doctor Who”). Na ekranie towarzyszyli mu Bradley James – jako król Artur, Alex Vlahos – zguba samego władcy - Mordred, Eoin Macken jako niezwyciężony rycerz Gwaine czy Katie Mcgrath jako Lady Morgana.



Gdy na początku 1 sezonu poznajemy Merlina, ten jest jeszcze niedoświadczonym dzieckiem, który nie zdaje sobie sprawy ze swojego przeznaczenia. Nie rozumie ciężaru, jaki nad nim wisi. Jest czarodziejem, jak mówią - najpotężniejszym, jednakże nie może pozwolić na to by ktoś kiedykolwiek się o tym dowiedział. Magia w tym okresie gwarantowała tylko jedno – stos. Przez pewien przypadek Merlin zostaje nadwornym sługą samego księcia Artura, i tu zaczyna się wypełniać jego z góry zaplanowany los. Przez kolejne lata Merlin towarzyszy Arturowi w jego wędrówce po władze, w budowie Camelot, które rządzone byłoby uczciwie dla każdego. Niechęć do Artura, zmienia się z biegiem czasu w przyjaźń, a nawet i miłość, do której żaden z bohaterów nie chce się przyznać. Serial zakończył się w sposób już słynny dla BBC – było dużo łez, śmierci i bólu. Podczas bitwy pod Camlann Artur nie zdołał uciec od swego przeznaczenia, Mordreda. Przed śmiercią, Merlin zdążył jednak wyjawić Królowi prawdę o swoich magicznych zdolnościach, i dopiero wtedy Artur zrozumiał, ile zawdzięcza swojemu słudze i przyjacielowi. Artur nigdy nie był świadomy swego losu, przepowiednie głosiły, że ma zjednoczyć ziemie Avalon oraz przywrócić dawną magię. To Merlin posiadał tę wiedzę – jednakże, okazało się, że wszelkie jego działania odniosły odwrotny skutek od zamierzonego. Artur zmarł, ale czy poległ? Artur nie wiedział o tym, że ma się stać „The one and future King”. Stworzył silne Camelot, dbał o swoich poddanych, nie wiedział nic o czasach, które mają nadejść – magicznych dniach, nie wiedział, że jest otoczony troską najpotężniejszego czarodzieja wszechczasów. Zmarł w bitwie, pokonując wroga. Ale czy ten fakt nie podkreśla tylko, jak honorowym i oddanym królem był Artur? Dla swego ukochanego królestwa poświęciłby wszystko – w tym własne życie. Tu rodzi się pytanie, czy to nie Merlin „poległ”? Czarodziej wiedział o przeznaczeniu Artura, wiedział o obietnicy Złotej Ery, o Mordredzie i przepowiedni, o swoim własnym przeznaczeniu, żeby ocalić Artura. I poległ. W każdym aspekcie. Proroctwo głosiło, że jeżeli Albion będzie ponownie w niebezpieczeństwie – Król powróci. Minęło ponad 1500 lat, a Merlin wciąż czeka, wierzy, że jego najlepszy przyjaciel znowu będzie go potrzebował...



Serial Merlin to nie tylko, jak mogłoby się wydawać ból i płacz, to też śmiech przez łzy. Mimo nie wielkiej(!) zgodności z legendami, jest to opowieść, która niesie wiele emocji. Niesie przyjaźń, nadzieję i miłość. Braterstwo, odwagę, siłę i piękno. Wszystko to w tym jednym, 5 sezonowych serialu, który kiedyś magicznie objawił się na naszych ekranach telewizorów. Katarzyna Wąs Amnesty International

Zapytano mnie - a co może dać taki list, kto go będzie czytać?. List to płomień świeczki, który rozprasza ciemność i póki płonie jest nadzieja, jest pamięć, jest CZŁOWIEK.

Jest coś dziwnego w naszym życiu, wstajemy rano i  spoglądamy na otaczający nas świat. Wydaje się on nam bezpieczny, w miarę stabilny. Żyjemy w świecie wolności, a nasze prawa są  konstytucyjnie zagwarantowane. Na czym więc polega dziwność naszego życia? To my jesteśmy wolni. A inni? Kiedy idziemy w jakimkolwiek kierunku, w tym samym czasie, ale w innej przestrzeni, ktoś ginie przed plutonem egzekucyjnym, krzyczy z bólu tortur, znika, umiera z głodu…… „Dziwny jest ten świat, gdzie jeszcze wciąż mieści się tyle zła. I dziwne jest , to że od wielu lat człowiekiem gardzi człowiek”- tak kiedyś śpiewał Czesław Niemen. Gdy taki właśnie obraz świata staje mi przed oczami szukam wyjścia, moje serce gwałtownie przyspiesza i.. zapalam świeczkę: „ Ta świeca nie płonie dla nas, a dla tych wszystkich, których nie zdołaliśmy oswobodzić z więzień, których zabito, których torturowano, których porwano, którzy zaginęli. Ta świeca płonie dla nich właśnie” Przytoczone słowa przeświecają działalności znanej organizacji międzynarodowej Amnesty International . Występuje ona w obronie więźniów sumienia, walczy o prawa człowieka, daje nadzieję tysiącom ludziom przetrzymywanym bezprawnie, torturowanym i skrzywdzonym przez represyjne systemy. Jedną z form walki o prawa Człowieka jest organizowanie Maratonów Pisania Listów. Genialny pomysł ( zrodził się w Polsce) dający możliwość wspólnej walki z przemocą, uwzględniający nasze bezpośrednie emocjonalne zaangażowanie się w obronę konkretnych osób, które doznały krzywdy z rąk innych .  Napisanie listu to zwyczajna umiejętność, ale gdy piszemy go w obronie innych staje się wyznacznikiem naszego człowieczeństwa, naszym orężem w walce z niesprawiedliwością ( jakkolwiek to brzmi). Jest sprawdzianem wrażliwości i gotowości do zaangażowania się w zmianę współczesnego świata w dalszym ciągu pełnego cierpienia .