Musisz zainstalować flash player pobierz instalator






Nr 7 (04/2013) II LO Tarnów

Spis treści:
Konkurs Wisława Szymborska. Życie i twórczość s. 3 Gabriela Rudna, IMTO czyli młodzież łapie za kamery s. 4
Etcetera

Michał Gut, #FOMO s. 6 Karolina Machalska, Sometimes it's only ... s. 10 Borys Kuca, O ścięciu pewnego drzewka s. 15 Magda Jewuła, Życzliwość zawsze modna s. 18 Katarzyna Wąs, Supermegafoxyawesomehot! s. 21 Gabriela Lis, Młoda, jak zwykle młoda... s. 24  Konkurs intelektualny s. 28 Mikołaj Kłos, Jak hartowała się stal... s. 29

Etcetera Redaktor naczelna: Karolina Machalska Dziennikarze: Katarzyna Was, Gabriela Rudna, Borys Kuca, Mikołaj Kłos, Magdalena Jewuła, Bartek Ziaja, Michał Gut, Gabriela Lis, Dominika Saładyga Opieka: Anna Lipińska

5 kwietnia 2013 w ZSEG w Tarnowie odbył się Konkurs Recytatorski i Wokalno-Instrumentalny "Wisława Szymborska Życie i Twórczość". W kategorii wokalnej I miejsce uzyskał Michał Krawczyk z klasy 1b, a wyróżnienie Julia Foltak z klasy 2c, natomiast w konkursie recytatorskim II miejsce wywalczyła Magdalena Jewuła z klasy 2e. W kategorii "esej" III miejsce wywalczyła Gabriela Lis z klasy 1c. Jej tekst możecie przeczytać na str. 24 IMTO, czyli młodzież łapie za kamery Gabriela Rudna
Zaistnienie w mediach jest czymś, czego chciałby większość ludzi. Może nie każdy marzy o karierze dziennikarza, ale na pewno nie pogardziłby pewną władzą, która się z tym wiąże. To na pewno jeden z powodów, dla którego 10 uczniów naszej szkoły zdecydowało się wziąć udział w projekcie „Internetowa Młodzieżowa Telewizja Obywatelska”.
Etcetera Etcetera

Jesteśmy już po 3 warsztatach, z czego jedne miały na celu zintegrować nas jako grupę. Na pewno było to ciekawe doświadczenie, mogliśmy się lepiej poznać (chociaż większość znała się już wcześniej z innych projektów, klasy czy gazety szkolnej) oraz dostaliśmy szansę walki o siebie nawzajem w grze w ‘partyzantkę’. Dzień ten wyłonił naszych liderów. Była to nasza pierwsza tak ważna wspólna decyzja i na szczęście byliśmy dość jednogłośni. Jedyne konflikty wynikały z tego, iż w naszym zespole jest wiele silnych charakterów, równie dobrze nadających się na pozycję lidera grupy, lecz tylko te "najgłośniejsze" mogły zostać wybrane. Po świetnym zintegrowaniu przyszedł czas na teorię, więc nasze następne warsztaty były kolejno na temat społeczeństwa obywatelskiego oraz etyki dziennikarskiej. Rzecz jasna wszyscy z nas, tak głodni wiedzy, jak i gotowi do działania, ochoczo przybyli na te zajęcia. Nie było to na szczęście tylko bierne słuchanie, mogliśmy także wykazać się kreatywnością, chociażby projektując stronę naszej telewizji, jak i tworząc (ustawioną z góry) debatę na temat tego, czy ziemia jest płaska czy okrągła. Jeszcze długa droga przed nami nim zaczniemy tworzyć reportaże, tak więc pełni zapału i pogody ducha, zintegrowani oraz ze świeżą wiedzą wyruszymy niebawem na kolejne warsztaty, tym razem filmowe. #FOMO Michał Gut
Specjaliści twierdzą, że FOMO jest to strach przed odrzuceniem i ominięciem ważnych wydarzeń, na przykład z życia znajomych lub odrzuceniem przez nich, jeśli nie idziemy wraz z napływającymi trendami i wzorcami. Osoby z FOMO stawiają sobie za priorytet, jak najlepsze ukazanie siebie w sieci oraz bycie nieustannie ‘online’(...)


O tym, jak popularny jest Facebook i Twitter nikogo chyba nie trzeba przekonywać. Gdziebyśmy się nie ruszyli, tam natkniemy się na portale społecznościowe. Bo przecież Ty masz swój profil, ona ma swój profil, Twoja ciocia ma,  Twój ulubiony aktor, zespół, restauracja, firma i wiele wiele innych też mają. Każdy ma… no prawie każdy. A wszystko rozgrywa się tam, w Internecie, do którego mamy dostęp, zaczynając od naszego osobistego komputera, przez smartfon i tablet, a skończywszy na konsoli do gier i aparacie fotograficznym. Tworząc konto na danej stronie internetowej, często napotykamy opcje „powiąż ze swoim profilem”, co ma na celu identyfikowanie nas i naszego konta z naszym imieniem i nazwiskiem z Facebooka. Co więcej, powstaje wiele aplikacji i stron, z których niemożliwe jest korzystanie bez posiadania konta na portalu społecznościowym. Jeśli chcemy w pełni czerpać korzyści z naszego nowego urządzenia czy aplikacji, jesteśmy zmuszani do rejestrowania się i posiadania własnego profilu. Zauważmy tylko, jak na każdym



kroku, media, firmy i instytucje wręcz ubiegają się o ‘lajka’ i zachęcają do odwiedzenia ich profilu, często też kusząc konkursami z nagrodami i dostępem do szerszych zasobów informacji. Gdy kończą się wiadomości w telewizji bądź w radiu, prezenter zachęca do polubienia ich strony na Facebooku czy Twitterze, gdzie będziemy mogli zaczerpnąć dodatkowych informacji o różnych zdarzeniach, wyrazić swoje zdanie i zapoznać się z opinią innych. Co więcej, słyszymy, że  to MY możemy pomóc w tworzeniu wiadomości poprzez przesyłanie zdjęć i udostępnianie informacji jeśli jesteśmy świadkami jakiegoś ważnego zdarzenia jako pierwsi. A może zyskamy uznanie i ktoś to ‘polubi’? Innym razem, oglądając nasz ulubiony program kulinarny, zostajemy oddelegowani również na facebookowy profil po przepisy i porady. A gdy dodamy swój przepis to… może ktoś nasz przepis też ‘polubi’? Kupujemy nowy telewizor z możliwością podłączenia do Internetu i mamy szanse ‘lajkowania’ filmów i programów, które właśnie oglądamy, a w tym czasie na naszym profilu pojawi się informacja dla naszych znajomych, że właśnie oglądamy ów nowy film i nam się podoba… wow. Aż w końcu idziemy do sklepu, po niepozorny baton, ot niczemu niewinny. Jednak po przyglądnięciu się podczas rozpakowywania go  naszym oczom ukazuje się na opakowaniu dobrze znany nam celebryta zachęcający nas, do dołączenia do fanów owego batona poprzez polubienie go na facebooku, dzięki czemu mamy szanse wygrać roczny zapas naszych przysmaków. I tak bez końca. Wypada również być na bieżąco z tym, gdzie są i z kim, co robią, co o tym myślą osoby, którymi jesteśmy zainteresowani. Idealnie informują nas o tym krótkie ‘twitty’ na Twitterze, autorstwa przykładowo polityków (co jest bardzo popularne ostatnimi czasy wśród społeczności sejmowej), innych super gwiazd, naszych znajomych, a nawet Papieża. 12 grudnia 2012 roku media huczały od haseł ‘Twittujący Papież’, bo to  właśnieie ex papież Benedykt XVI dodał pierwszego twitta na swoim papieskim profilu, wzbudzając duże zainteresowanie tym zdarzeniem i doskonale pokazując, jak rozwój techniki i wirtualny świat ma wpływ również na Stolicę Apostolską. Z jednej strony można powiedzieć: te portale społecznościowe - "geniusz techniki", wszystko w jednym miejscu, no czad. A z drugiej … FOMO atakuje! [z ang. fear of missing out].



Gdy ktoś zada nam pytanie, czy jesteśmy od czegoś uzależnieni, to pewnym głosem odpowiadamy: „oczywiście, że nie”. Jednak po chwili zastanowienia często dodajemy: „gdybym tylko chciał, to mógłbym przestać, ale nie chce, bo nie jestem uzależniony”. Więc jak nazwać osobę, której przykładowy dzień z życia wygląda następująco? Zaraz po przebudzeniu sprawdzamy wiadomości na telefonie. Pomiędzy poranną toaletą, a śniadaniem ‘scrollujemy’ tablicę zasypaną wpisami znajomych. Podczas jazdy komunikacją miejską do pracy informujemy naszych znajomych o tym, jak wygląda nasza, trwająca aż 10 minut, droga do pracy przez zatłoczone miasto. A w pracy, jak to w pracy, co kilka minut sprawdzamy, czy nie wydarzyło się coś, co moglibyśmy przegapić. Nareszcie w domu, czas ugotować obiad. Zaraz po skończeniu ‘pykamy’ fotkę naszego dania, jeszcze tylko mała korekta, podpis, tagi (#ziemniaczki #kotlet #dinner #kefir #cooking etc. ) i można wrzucać na swoją tablice. Pozostaje tylko czekać na ‘lajki’. Idziemy do kina, jesteśmy zajęci zarówno oglądaniem filmu, jak i komentowaniu go na naszym profilu, bo już wcześniej wśród



znajomych wzbudzał kontrowersje – niech wiedzą, że też byliśmy w kinie. Jak to w piątki bywa, zaraz po kinie idziemy na imprezę do znajomych. W sumie, to nie chce nam się, ale zaprosili nas, a swój udział potwierdzili prawie wszyscy znajomi… Trzeba się pokazać. Bawimy się średnio, ponieważ, co chwilę nerwowo sprawdzamy pocztę, bo być może gdzie indziej bawią się lepiej… i to bez nas! Koniec. Wracamy do domu. Jeszcze tylko chwilę na komputerze poszperamy i przy okazji oglądniemy zdjęcia z imprezy i poczytamy, jak bawili się inni. Ok  można iść spać… oczywiście z naszym super mobilnym smartfonem z dostępem do naszych serwisów społecznościowych. Facebook, Twitter, G+, Poczta, SMSy, itd. Sprawdzone, można spokojnie zasnąć… Śmiało można stwierdzić, że mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju uzależnieniem od takiej mobilności. Oczywiście, nasze uzależnienie może mieć różny stopień, co także zależy od podłoża naszej nieustającej potrzeby sprawdzania wiadomości. U niektórych jest to spowodowane chęcią bycia na bieżąco z tym, co dzieje się w naszych kręgach, u innych zaś przyczynynami biznesowymi. Pozostali zapewne przywiązują większą wagę do życia wirtualnego, niż do realnego. Jest to bardzo powszechne zjawisko w obecnym świecie, szczególnie wśród młodzieży, która nie wyobraża sobie życia bez portali społecznościowych. Specjaliści twierdzą, że FOMO jest strachem przed odrzuceniem i ominięciem ważnych wydarzeń, na przykład z życia znajomych lub odrzuceniem przez nich, jeśli nie idziemy wraz z napływającymi trendami i wzorcami. Osoby z FOMO stawiają sobie za priorytet jak najlepsze ukazanie siebie w sieci oraz bycie nieustannie ‘online’, co może znaczenie odbić się na życiu w realnym świecie, który coraz częściej jest zastępowany przez świat wirtualny. Świat idzie do przodu i nie można zostać w tyle. Portale społecznościowe mają ułatwiać i umilać życie, a dobre i złe strony tych wynalazków można wyliczać długo. Warto jednaj zastanowić się, jak wielką rolę w naszym życiu odgrywają i jak na nas wpływa nieustanny kontakt z tym, co się dzieje w sieci oraz czy na ogół niepozorne życie wirtualne nie niszczy naszego PRAWDZIWEGO życia. Sometimes it's only madness that makes us what we are Karolina Machalska
Jak opisać komiks, który czerpie swoje wzorce z najlepszych opowieści epoki romantyzmu, który jest inspirowany Biblią, fizyką kwantową, mitologią egipską, a nawet Psychozą? Jak wreszcie opisać komiks, który zaprzecza wszelkim stereotypom tego gatunku? Jednym słowem - mistrzostwo.


Lata 80. były trudnym czasem dla branży komiksowej, a przynajmniej tej części z superbohaterów i superzłoczyńców. Zmieniły sie reguły gry. Powstające ówcześnie dzieła obnażały słabości historii "pradawnych" herosów i ich samych, drwiąc przy tym z ustalonych zasad gatunku i obecnej sytuacji gospodarczo - społecznej. Watchmen czy The Dark Knight Returns to dwie powieści graficzne Franka Millera, które posiadają wszystkie charakterystyczne elementy budowy, np. dyskusja ze starymi komiksami, użycie mediów czy też olbrzymia ilość nawiązań do świata rzeczywistego. Jednakże, niektórzy twórcy nie zgadzali sie na takie przedstawienie ich bohaterów. Przykładem tego jest Arkham Asylum: A Serious House on Serious Earth z 1989 roku. Napisane przez Granta Morrison i ilustrowane przez Dave'a McKeana



z literami Gaspara Saladino, Batman: Arkham Asylum (skrócona nazwa) stał się doskonałą alternatywą dla brudnego realizmu pozostałych dzieł gatunku, przeciwstawiajac mu surrealizm, bogactwo symboli i odniesień do literatury i psychologii oraz niezwykłą szatę graficzną. Sam podtytuł książki pochodzi z wiersza Philipa Larkina pt. Church Going. Morrison oparł fabułę na prostym pomyśle - pacjenci Arkham Asylum (zakładu psychiatrycznego w Gotham, do którego jednak najczęściej trafiali pokonani przeciwnicy Batmana) przejmują kontrolę nad ośrodkiem. Jednakże, sam pomysł na powieść narodził sie po przeczytaniu fikcyjnej biografii Amadeusa Arkhama, założyciela szpitala. I tak wydarzenia w komiksie istnieją w jednej z dwóch płaszczyzn czasowych  w przeszłości, czyli świecie Arkhama i Mad Doga oraz współcześnie, w świecie Batmana i Jokera. O ile Mad Dog jest ważną postacią dla zrozumienia działań Arkhama (nie chcę zdradzać nikomu szczegółów powieści, ale to zdanie to jedno wielkie niedomówienie, biorąc pod uwagę dokładny charakter ich relacji), ale nie jest obecny w żadnym innym komiksie, to Joker jest jednym z najpopularniejszych przeciwników Mrocznego Rycerza. Ale Morrison nie poprzestaje tylko na nim - w szpitalu wszak przebywają prawie wszyscy zamaskowani zloczyńcy miasta Gotham, a każdy z nich zostaje włączony do swoistego przeglądu osobowości i dziwów. Widać przy tym, ze pomimo bycia w opozycji do panującej wtedy tendencji do przedstawiania świata komiksowego w konwencji realistycznej, Batman: Arkham Asylum czerpie pełnymi garściami z założeń tego kierunku twórczego. Podobnie jak w The Dark Knight Returns, bawi sie z klasycznymi wizerunkami postaci, zmieniając je znacząco w oparciu o nie mniej klasyczne elementy kultury (np. Bambi, teoria jungowska czy książki Lewisa Carrola) czy reagujac na zmiany społeczne i kulturalne. W powieści widzimy Mad Hattera, którego obsesja z Alicją w Krainie Czarów jest podsycana zapędami pedofilskimi, Harvey'ego Denta, którego moneta zostaje zamieniona przez terapeutów na talię kart (dając mu teoretycznie więcej możliwości wyboru, ale w efekcie ubezwłasnowalniając go), czy też Maxie Zeusa. Oryginalnie był to prosty czarny charakter z urojeniami wielkości i bycia zreinkarnowanym greckim bogiem, ale tutaj jest uzależnionego od elektryczności i androgynicznego pseudo - Mesjasza. Clayface (wielki,



zmiennokształtny potwór w oryginale) to rozpadająca się, obrzydliwa postać, która według zamysłu twórców symbolizuje AIDS. Niestety, najbardziej rewolucyjne zmiany nie zostały jednak wprowadzone - Killer Croc, który przez lata był przedstawiany jako duży i antromorfizowany krokodyl, miał stać sie człowiekiem ze zniekształconą twarzą, zaś Joker miał być transwestytą. Pomyślcie, jak wtedy wyglądałyby współczesne wersje Jokera! Ale co z Batmanem? W końcu to główny bohater. Po pierwsze, zmienia sie film, po seansie którego giną jego rodzice - z ultramęskiego symbolu męstwa i odwagi Zorro na wspomniane wcześniej Bambi, czyli animację o osieroconym jelonku. Bruce Wayne jest ograniczonym i niezręcznym bohaterem z tłumionymi wspomnieniami. Miała być to krytyka innych przedstawień Mrocznego Rycerza z tamtego okresu jako agresywnego i niemalże psychopatycznego bojownika. Co sprawiło, że ten komiks jest aż tak popularny? Czy istnieją inne zalety oprócz niekanonicznych charakteryzacji postaci i fabuły, często uważanej za zbyt chaotyczną? Zazwyczaj podaje sie w takim przypadku niewiarygodną szatę graficzną. Rysunki



McKeana są pełne odwołań malarskich i niemalże fowistycznych przekształceń rzeczywistości, zaś litery Saladino zapoczątkowały nowy trend, w którym wypowiedzi każdej postaci są zapisane inną charakterystyczną czcionką. W tym momencie powinno jednak zadać sie inne pytanie: czy jest to naprawdę wizja komiksu, która jest tak odmienna od pozostałych w tym okresie? Innym słowem, czy Batman: Arkham Asylum skutecznie krytykuje tamte tendencje artystyczne? Odpowiedź na to pytanie może być równie dobrze rozstrzygnięta przez rzut monetą, ponieważ pomimo innej charakteryzacji postaci i niemalże romantycznej, mrocznej atmosfery panującej w komiksie, Morrison nadal wykorzystał elementy nowej koncepcji historii o nadludziach: świadoma krytykę społeczeństwa i wlasnie inną charakteryzację bohaterów. Po prostu poszedł z nimi w innym kierunku. I chwała mu za to. PS: Polecam zaznajomienie się z edycją z 2004 roku, gdzie został dołączony oryginalny skrypt. Pozwala on na lepsze zrozumienie często niejasnych, symbolicznych kadrów z komiksu. Mimo najszczerszych chęci, część z nich nadal pozostaje dla mnie zagadką. Gratulacje panie Morrison.
O ścięciu pewnego drzewka Borys Kuca


Od pewnego czasu Koreańska Republika Ludowo–Demokratyczna (czyli Korea Północna) znów stroi fochy. Nie po raz pierwszy – od kiedy w 1953 zawarto rozejm między Koreą Północną a Południową, co jakiś czas dochodzi do spięć pomiędzy antagonistami. Obecny kryzys nie jest pierwszym ani prawdopodobnie ostatnim, jaki wybuchł. Zatargi toczą się od lat, raz przycichając, innym razem wybuchając z nową zawziętością. Najsłynniejszą z tych awantur jest tzw. incydent z siekierą z 1976 r.  Granica między Koreą Południową a Północną leży na 38 równoleżniku. Terytoria obu państw nie przylegają jednak bezpośrednio do siebie – pomiędzy nimi znajduje się czterokilometrowa strefa zdemilitaryzowana. Po obu stronach stacjonują jednostki wrogich armii, w każdej chwili wyczekujące zagrożenia ze strony przeciwnika. Jedną z położonych blisko granicy osad jest Panmundżom. Nie wyróżniałaby się ona niczym, gdyby



nie cztery wydarzenia. Po pierwsze, to tu podpisano rozejm w 1953. Po drugie, to tu spotykają się delegacje obu państw koreańskich, gdy pojawiają się jakieś kwestie wymagające przedyskutowania. Po trzecie, w pobliżu, już w obrębie strefy zdemilitaryzowanej, leży Most Bez Powrotu, przez który dokonywano dawniej wymiany jeńców między Północą a Południem. To tędy z północnej części wydostał się James Bond w filmie „Śmierć nadejdzie jutro”. Po czwarte, to w tym miejscu odbył się w 1976 r. słynny incydent z siekierą. W czasie wojny koreańskiej Panmundżom zostało opuszczone. Osada nie była jednak martwa – w pobliżu znajdował się budynek z siłami ONZ. Niedaleko granicy żołnierze z tego posterunku zbudowali dwa punkty obserwacyjne, z których mieli obserwować strefę zdemilitaryzowaną. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to  że patrolowanie terenu z tych punktów było mocno utrudnione. Powodem było pewne drzewo, które zasłaniało widok. Wartownicy z Północy zdawali sobie z tego sprawę i kilkakrotnie próbowali porwać z punktów obserwacyjnych Amerykanów i żołnierzy z Południa. W końcu sojusznicy poszli po rozum do głowy i podjęli decyzję: drzewo trzeba wyciąć. Żeby uniknąć wszelkich nieporozumień, poprosili Koreę Północną o zgodę. Pozwolenie zostało udzielone. 18 sierpnia 1976 grupa żołnierzy z Południa wspierana przez 12 Amerykanów udała się do strefy zdemilitaryzowanej, aby usunąć zawadzającą roślinkę. Jak gdyby nigdy nic przystąpili do pracy, gdy nagle znikąd zjawiło się 12 Koreańczyków z Północy. Przez jakiś czas spokojnie przyglądali się, jak ich wrogowie demolują przyrodę, gdy – ni stąd, ni zowąd – ich przywódca zażądał przerwania pracy. Powód był prosty: drzewo zostało rzekomo zasadzone przez Kim Ir Sena i komunistycznemu przywódcy jego los bardzo leży na sercu. Amerykanie bezczelne żądanie oczywiście zignorowali. Wtedy jednak żołnierze z Północy otrzymali posiłki i rzucili się z siekierami i kijami bejsbolowymi na przeciwników. Jeden z Amerykanów zginął na miejscu, drugi został ciężko ranny i zmarł chwilę później. Reszta uciekła. W ciągu kilku godzin świat obiegła wiadomość: miłujący pokój żołnierze Korei Północnej zostali zaatakowani przez imperialistycznych agresorów z Ameryki. Wkrótce syn



przywódcy, Kim Dzong Il  przeforsował na posiedzeniu ruchu państw niezaangażowanych rezolucję potępiającą Amerykę. Imperialistyczni agresorzy z Ameryki oczywiście nie mogli przepuścić płazem takiej nikczemności. Postanowili pokazać swoim nieprzyjaciołom, kto tu rządzi. 5 dni później 200 żołnierzy ze Stanów Zjednoczonych wkroczyło bez zapowiedzi do strefy zdemilitaryzowanej. Wspierani przez krążące w pobliżu helikoptery i oddziały specjalne z Południa, wycięli wreszcie kłopotliwe drzewo. Zajęło im to 42 minut. Północ nie odważyła się zaatakować. Jest chłodny marcowy dzień. Ziemie pokrywa śnieżny puch, ludzie w kożuchach, kurtkach, kozakach oraz czapkach przechadzają się po Tarnowie. Mróz szczypie w nos, ale w II LO atmosfera jest gorąca. Wypieki na twarzy, zwiewne sukienki, jednym słowem wiosna!
Życzliwość zawsze modna Magdalena Jewuła


21. 03. 2013 roku nasza szkoła na hali Tosir witała wiosnę. Spotkanie nosiło tytuł: "Życzliwość zawsze modna". Zgromadziło się wiele osób, mimo że ów dzień był dniem wagarowicza. Osobami prowadzącymi byli: Magdalena Jewuła oraz Dawid Borszowski. Wydarzenie to miało na celu przedstawienie widowni nowej mody wiosennej. Wiele osób wykazało się kreatywnością w projektowaniu strojów. Występowały kolorowe ubrania, zwiewne sukienki oraz eleganckie kreacje. Pojawiło się wiele, wiele kwiatów, a każdy



otrzymał serduszko symbolizujące życzliwość, która jest bardzo ważna w obecnych czasach. Oglądając uśmiechniętych, pięknych, przystojnych i radosnych modeli, na moment zapominaliśmy o tym, co działo się za oknem i przenosiliśmy się w inny wymiar (miejmy nadzieję, że wiosna wreszcie zawita w nasze progi). Cały jakże wspaniały pokaz uświetniły występy naszych szkolnych talentów. Na początku pojawili się goście z III LO: Magdalena Kułaga oraz Kamil Rozkuszka. Utalentowana para swoim tańcem wprowadziła widownię w inny świat. Nie zabrakło również utalentowanych w dziedzinie muzyki. Pierwsza swój występ zaprezentowała Paula Łazarek, która wykonała kilka piosenek, kolejną osobą była Magdalena Goc, która nie tylko śpiewała, ale także grała na gitarze. Nie zabrakło też rapera, a był nim Jarosław Król ze swoim oryginalnym wystąpieniem. Nasi artyści rozkołysali tłum! Do grupy zdolnych, dzięki którym noga sama zaczęła tupać, a ciało kołysać się w rytm, zaliczamy też zespół w składzie: Aleksandra Krzemińska, Aleksandra Lorenc oraz Daria Wołek. Kolejny pokaz wprawił wszystkich w osłupienie i zaparł dech w piersiach, a sprawcami tego całego zamieszania byli: Miłosz Pękala oraz David Stanek w niesamowitym pokazie judo. Zobaczyliśmy układ kaskaderskich wyczynów oraz uświadomiliśmy sobie, jak wiele może ludzkie ciało. Ruch, płynność i profesjonalizm sprawił, że ujrzeliśmy "latających w powietrzu", na koniec zachwycili nas emocjami prawdziwej walki zawodników dżudo. Kolejnym wspaniałym występem mogą pochwalić się Maja Klich i Katarzyna Piątek, które pozwoliły nam na moment przenieść się w świat szermierki, gdzie zacięta walka floretami wprowadziła ogromne emocje na widowni. Głównym celem walki jest pchnięcie lub cięcie zawodnika



oraz unikanie jego trafień, co zostało zaprezentowane perfekcyjnie. Po emocjach sportowych przenieśliśmy się w świat tańca, gdzie Aleksandra Klich, Kinga Mędala i Sylwia Tuszyńska jako cheerleaders oczarowały męską część publiczności, a swym tańcem zaraziły większą część widowni. W ich ślady poszli: Karol Zegar oraz Damian Sztorc w pokazie tańca jumpstyle, którzy z kolei podbili żeńską cześć widowni. Całe to widowisko i szkolną imprezę zorganizowały: Pani Anna Zygucka, Pani Małgorzata Klich oraz Pani Iwona Mierzwa. Ostatnią czekającą na nas niespodzianką był konkurs karaoke, który odbył się na długiej przerwie. Uczniowie bardzo chętnie uczestniczyli w tej zabawie, która pozwoliła odkryć nowe, może ukryte talenty niejednego i niejednej z nas! Wszyscy jednogłośnie mogli stwierdzić, że ów dzień należał do bardzo udanych. A kto nie był, niech żałuje... :) Supermegafoxyawesomehot!
Co łączy Harrego Pottera, Batmana czy wielkie robaki z kosmosu? Odpowiedź jest jedna – StarKid - grupa studentów z Uniwersytetu Michigan, która zawładnęła Internetem.


Dawno dawno temu, bo aż 4 długie lata – czterech bardzo ambitnych, z pasją studentów UM postanowiło założyć tzw. musical theatre company. Nikt, a zwłaszcza założyciele – Darren Criss, Brian Holden, Matt i Nick Lang (lub tzw. the Lang brothers) nie przypuszczał, że grupa odniesie taki sukces i przerodzi się w coś więcej – w coś, z czym można wiązać przyszłość. Starkidzi zdobyli sympatię Internetu, gdy opublikowali na Youtube swój pierwszy musical, A Very Potter Musical, jak łatwo zauważyć nawiązujący do kultowej serii J.K.Rowling o czarodzieju z Hogwartu. Nie można jednoznacznie stwierdzić z akcją której książki pokrywa się spektakl, ponieważ czerpie on informacje z całej sagi. Jednakże, możemy znaleźć nawiązania głównie do Kamienia Filozoficznego, Czary Ognia i Insygniów Śmierci. Jak już pewnie się domyślacie, nie jest to poważny, pełen patosu musical o chłopcu, który przeżył, lecz jego niezwykle fascynująca parodia, pełna wewnętrznych żartów i niespodziewanych zwrotów akcji. Ten, kto nie czytał książek, prawdopodobnie nie znajdzie go na



tyle śmiesznym, ponieważ mimo że grupa nie trzyma się stricte kanonu serii, wciąż akcja oparta jest na historiach Rowling. Co wyróżnia przedstawienie to skomponowana przez tych jakże utalentowanych młodych ludzi muzyka. Kawałki już kultowe takie jak We’re going back to Hogwarts czy Dance Again na zawsze zapadną w pamięć starkidowych fanów. Gra aktorska jest na najwyższym poziomie, mimo że w tamtym okresie byli jeszcze niedoświadczonymi studentami aktorstwa – już widać u nich było pasję z jaką wychodzili na scenę i odgrywali swoje role. Darren Criss, mający swoje początki właśnie w Starkidach – nigdy nie przypuszczał, że rola Harrego Pottera przyniesie mu aż taki rozwój kariery. Nie dość, że został zwerbowany do Glee by zagrać epizodyczną postać, która wkrótce stała się jedną z głównych w serialu, to jeszcze zastąpił samego Daniela Radcliffa na Broadwayu, gdy ten nie mógł wystąpić. Grupa rozrosła się do ponad 30 członków, mają na swoim koncie 7 ponad 3 godzinnych produkcji, napisanych przez nich samych z własną muzyką. Wydaje się to być niemożliwym, amerykańskim snem, który nie miał prawa zaistnieć na dłużej. Lecz oni wciąż działają. Niedawno wyszła trzecia, i ostatni część trylogii o HP – A Very Potter Senior Year, która była niepisanym pożegnaniem z niektórymi członkami grupy (głownie mowa tu o Crissie, któremu grafik Glee nie pozwala na dalszy udział w Starkidach – a szkoda) plus już są zapowiedzi o kolejnym spektaklu, który interpretowałby na nowo baśń o Aladynie i jego magicznej lampie. Jednak nie tylko samym Harrym Potterem Starkidzi żyją. Tak jak już wspomniałam we wstępie, musical o Batmanie, a przepraszam B@manie (prawa autorskie zawsze obecne) pokazuje nam Mrocznego Rycerza, już nie z takiej mrocznej strony. Joe Walker jak zawsze wywiązał się ze swojej roli znakomicie, jego BruceMan/BatWayne był niemal tak dobry jak jego Voldemort, a to poprzeczka postawiona niezwykle wysoko. W 2011 powstał Starship, jak do tej pory najlepiej przygotowany technicznie występ – tu właśnie mowa o robakach z kosmosu. Na rzecz przedstawienia stworzyli paręnaście kukiełek (co samo w  sobie wzbudza podziw) wokół których zbudowali oryginalny scenariusz science fiction pełen zwrotów akcji, romansu, zdrady i humoru. A wszystko doprawione



genialną muzyką! Tak więc nie pozostaje nic innego jak czekać na Aladyna, a jeżeli nie oglądało się jeszcze ani jednego strakidowego musicalu – radzę brać się do roboty! Obiecuję, że nie będzie to czas stracony a wręcz przeciwnie, będzie totally awesome! Katarzyna Wąs Młoda, jak zwykle młoda, ciągle jeszcze młoda - obraz kobiety w twórczości Wisławy Szymborskiej Gabriela Lis
Wisława Szymborska zadebiutowała w latach 50-tych XX wieku. Cechą charakterystyczną jej twórczości jest opieranie się na doświadczeniach czerpanych z codzienności. Daje to niesamowitą możliwość poznania natury człowieka. Dzięki temu można spodziewać się, że stworzony przez nią obraz kobiety będzie odzwierciedlał rzeczywistość. Jednak czy można kobietę opisać definitywnie i z całą pewnością?


Nie sposób powiedzieć kim jest kobieta bez uwzględnienia tego, kim była. A każda kobieta była kiedyś dziewczynką. Wychodząc z tego punktu widzenia od razu nasuwa się pytanie, jakie było dziecko, z którego wyrosła opisywana kobieta. Szymborska uchyla rąbka tajemnicy i o tym okresie swojego życia mówi w utworze „Śmiech”. Już sam tytuł jest przewrotny. Czyżby ta dorosła dziś śmiała się z dziewczyny, czyli siebie sprzed lat? Czy jej doświadczenia, miłości i wiersze są dla niej mało warte? Na pierwszy rzut oka tak. W końcu mówi wprost: „Nic ci nie jestem winna”. Podmiot liryczny to dojrzała kobieta, co można wywnioskować z fragmentu „ dziewczynka, którą byłam” czy „ jeśli dobrym trafem pożyje się dłużej”. Utwór przyjął formę wspomnienia minionych lat. Posiadając już tę wiedzę, warto by powrócić do kwestii stosunku dorosłej do własnej przeszłości. O tej relacji dużo mówi język- autorka celowo używa zdrobnień, by w ten sposób pomniejszyć wagę opisywanych zdarzeń. I tak w wierszu pojawiają się historyjka zamiast historii i wierszyki zamiast wierszy. Jeśli chodzi o dziewczynę, to jej miłość jest dziecinna, a ona sama to mała brzydula. Mogłoby to prowadzić do konkluzji, że ta kobieta odcina się od swojej przeszłości, a nawet uznaje dziecko w sobie za martwe. Najbardziej widoczne jest to we fragmentach „jej krótkiego życia” oraz „ oczami zanadto otwartymi, jak oczy umarłych”. Innymi słowy, wszystko, co wiązało się z tamtą dziewczynką, należy do przeszłości i nigdy nie powróci. Nie jest to jednak do końca prawda. Podmiot liryczny wprost mówi, że pamięta kilka zdarzeń. Z mojego



punktu widzenia są to te najważniejsze przeżycia, które wpłynęły na jej późniejsze losy i pojmowanie świata. Ta teoria byłaby zgodna z dokonaniami współczesnej psychologii. Nie raz można usłyszeć lekarzy grzmiących, że nasze dzieciństwo w ogromnym stopniu definiuje to,  kim jesteśmy w dorosłym życiu. Zdaje się to potwierdzać także treść utworu. Kobieta Szymborskiej jest już dojrzała, a jej miłość poważna. Cóż z tego, skoro dziewczynka w tym obecnym obiekcie westchnień wciąż widzi studenta, którego tak mocno kochała (albo przynajmniej tak się jej wydawało), choć bez wzajemności. Kobieta i dziewczynka są nierozerwalnie złączone. A jednak starania odcięcia się od przeszłości są widoczne, zwłaszcza w szóstej strofie. „ Dałabym jej na ciastko. Dałabym na kino. Idź sobie, nie mam czasu.” W ten sposób podmiot liryczny bezpośrednio zwraca się do swojego alter ego z minionych lat. Światło jest zgaszone, a drzwi zamknięte. Mimo to  dziewczynka wciąż szarpie za klamkę i obserwuje z szeroko otwartymi oczami. Ta mała nie wiedziała, że „nawet rozpacz przynosi korzyści, jeżeli dobrym trafem pożyje się dłużej”. Dorosła to już wie, nawet jeśli czasami na chwilę o tym zapomina. A zatem wyciągnęła wnioski ze swojej przeszłości i cały czas czerpie z doświadczenia, jakie nabyła. Wszystko to dowodzi, że ta kobieta dziś byłaby całkiem inna niż jest, gdyby nie ta śmieszna dziewczynka z przeszłości. A jaka jest dzisiaj? Sama określa siebie jako „ zwyczajną”. Żeby w pełni zrozumieć, czym jest „zwyczajność” w tym odniesieniu, warto sięgnąć po kolejne utwory. Sięgnęłam po wiersz „Żona Lota”. Opowiada on o kobiecie, która według Pisma Świętego zamieniła się w słup soli za karę, że obejrzała się za siebie uciekając z Sodomy. Można by się zastanawiać, czy analiza utworu będącego reinterpretacją biblijnej historii wnosi coś do obrazu kobiety. Po takie dzieła zwykło się sięgać zazwyczaj tylko w tym konkretnym kontekście. A przecież żona Lota była prawdziwym człowiekiem, dlatego śmiało można zagłębić się w przyczyny jej postępowania przedstawione w utworze i na tej podstawie wyciągnąć pewne wnioski. Wiersz stanowi opis motywów kobiety, która nie posłuchała rozkazu i ostatni raz spojrzała na rodzinne miasto. Mamy do czynienia z wspomnieniem tych zdarzeń właśnie z perspektywy ich uczestniczki, co daje możliwość głębszej analizy jej zachowania. Bardzo często banalizuje się tę historię sprowadzając ją tylko do zwykłej ciekawskości, tak chętnie przypisywanej wszystkim kobietom. Nawet jeśli takie stwierdzenie nie jest z gruntu fałszywe, to na pewni nie zawiera pełni prawdy. Mówiąc: „ oprócz ciekawości mogłam mieć inne powody” żona Lota jak gdyby dokonuje uzasadnienia i usprawiedliwienia swojego czynu. Mnie jednak nie interesuje ocena moralna samego zdarzenia. Zadałam sobie pytanie, jak opisane przez nią motywy działania wpływają na obraz kobiety. Doprowadziło mnie to do kilku wniosków. Po pierwsze, kobiety przywiązują się do miejsc czy przedmiotów i są bardzo praktyczne. Dobrze jest to widoczne w zdaniu „ z żalu za miską ze srebra”. To doskonałe obserwatorki. Żona Lota zauważa na swojej drodze myszy polne, węże, pająki, pisklęta sępów, chomika i szczelinę. Nikt inny



tego nie zrobił. Bardzo lubimy być niezależne i samowystarczalne, i tak w dużym stopniu jest, a jednak samotność i poczucie, że mąż nie zareagowałby na jej śmierć wstrząsnęły nią tak bardzo, że złamała dany jej zakaz. Często odwagę, zadziorność i upór określa się jako cechy typowo męskie. Nic bardziej mylnego. Analizując utwór trudno mi było nie zauważyć, że to właśnie kobieta zbuntowała się przeciwko wymuszonemu posłuszeństwu i pokorze. Jej jako jedynej było wstyd, że ucieka chyłkiem. A uciekała nie tylko ona. Gromada mężczyzn biegła przed nią bez zastanowienia, byle dalej. O kobiecie mówi wiersz „Znieruchomienie”. Bohaterka liryczna, miss Duncan, to tancerka. Uosabia tę intrygującą, eteryczną część damskiej natury. Jest lekka, nieuchwytna i delikatna. Utwór przenosi w świat jakby zatrzymany na chwilę, utrwalony na zdjęciu w „atelier fotograficznym”. Widzę ją  w krótkiej tunice i pozycji do tańca- „lewa noga do przodu, naga stopa, palce”. Ach, ileż pracy i samokontroli musiało ją kosztować, by wypracować ten idealny stan! Tego nikt się nie dowie, a ona nigdy nie przyzna się, ile wcześniej wylała łez. Teraz stoi bez ruchu. Cały świat wokół wciąż gdzieś pędzi- ona zatrzymała się na chwilę. Za parawanem czeka na nią „ różowy gorset, torebka”, te fascynujące mężczyzn atrybuty kobiecości. Ona nie zwróci na nie uwagi, bo we wspomnianej torebce ma bilet. Nie wiem dokąd. Wiem, że jest dawno nieważny i że ona go za nic w świecie nie wyrzuci. Kobieta to nie tylko duch. To również ciało, które może być piękne lub szpetne, budzić zachwyt lub litość, stanowić dar lub



przekleństwo. Chyba nikt tak mocno jak ona nie odczuwa presji urody. Nie lubię myśleć, że istnieje jakiś trwały i ostateczny kanon. W wierszu „ Kobiety Rubensa” opisany jest ten obowiązujący w XVII wieku. Bohaterki są szczęśliwe i piękne z powodu swoich obfitych kształtów, tak bardzo znanych z dzieł wspomnianego w tytule malarza. To one biegną po łące, piją wino i zażywają kąpieli. Śmieją się w głos- są paniami świata. A co z tymi, które w ówczesnym rozumieniu były za chude? One są nieszczęśliwe, pomijane, idą po „ niezamalowanej stronie płótna”. Przedostatnia strofa daje obraz tego, kim byłyby, gdyby przyszło im żyć w innym czasie. „ Trzynasty wiek dałby im złote tło. Dwudziesty dałby ekran srebrny”. Czy nie oznacza to  że w naturę kobiety nierozerwalnie wpisane jest piękno? Wisława Szymborska podjęła się próby stworzenia utworu, który w pełni opisywałby kobietę. Tak powstał „ Portret kobiecy”. Wydawać by się mogło, że właśnie ona jest odpowiednią osobą, by to uczynić. W końcu kto lepiej opisze kobietę niż zrobi to ona sama? Autorka jednak przewrotnie przyjęła perspektywę mężczyzny. Dlaczego to zrobiła? Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, muszę najpierw pochylić się nad sposobem, w jaki ukazała tę piękniejszą część ludzkości. Kobieta jest uparta, bo „ musi mieć do wyboru”. Ale to wcale nie jest cecha negatywna. Tylko upór prowadzi nas do osiągnięcia celu, a oddając ster komuś innemu tracimy kontrolę nad swoim życiem. Nie zniechęca się łatwo, gdyż wszystko jest „niemożliwe, trudne, warte próby”. Odpuszczanie nigdy nie było i nie będzie czymś charakterystycznym dla kobiety. Nikt tak jak ona nie potrafi się dostosować. Nawet oczy ma „ jeśli trzeba, raz modre, raz szare”. Mówi się, że kobiety płaczą bez powodu. Może to i prawda. Ale i cieszą się, gdy mają powody raczej do rozpaczy niż radości. Nikt tak nie kocha jak ona. „Śpi z nim jak pierwsza z brzegu, jedyna na świecie”te słowa doskonale ukazują rzeczywistą naturę kobiety- każda jest wyjątkowa, jeśli tylko zechce. To ona jest tą osobą, która z wszystkim sobie poradzi. „Słaba, ale udźwignie. Nie ma głowy na karku, to będzie ją miała.(…) Nie wie po co ta śrubka i zbuduje most.” Tak. Kobieta zawsze zadziwia. Z wszystkim da sobie radę, wszystko ma przy sobie i o wszystkim pamięta. Nigdy się nie zatrzyma, chociaż jest zmęczona, bo przecież „ nic nie szkodzi” Nasuwa mi się wniosek, że kobieta jest jedną wielką niewiadomą, sprzecznością i paradoksem. To tak zdumiewające, że trzeba było spojrzeć na to męskim okiem, by zostało prawidłowo ukazane. To  co dla nas kobiet jest naturalne, panowie odbierają jako coś niesamowitego. Nie sposób w pełni opisać kobiety. Stworzenie jej obrazu w taki sposób, by niczego nie pominąć, jest niemożliwe. Wisława Szymborska była jednak blisko osiągnięcia tego celu. Analizując dogłębne portrety bohaterek jej wierszy doszłam do tego samego wniosku, co Sokrates. „Wiem, że nic nie wiem” na pewno o kobietach. Nigdy nie są brzydkie ani stare. Ale za to zawsze są silne i słabe, uparte i uległe, zdecydowane i nie przestają się wahać, porywcze i spokojne, mądre i głupiutkie, takie same i jedyne w swoim rodzaju. „ Na litość boską”… fot. www.wikipedia.pl ...czyli, gdy Maćkowi nudzi się na języku polskim Znalezione w sieci
Konkurs intelektualny


Z dna szklanki ze sprite'm odrywają się, co dt bąbelki o napięciu powierzchniowym s. Po czasie t pierwszy bąbelek przebył drogę S poruszając się po sinusoidzie. Całkowita praca wykonana przez bąbelki sprite'a w danym czasie t wynosi W. Oblicz skok linii śrubowej n+2-ego bąbelka, jeżeli wiadomo, że po czasie, gdy kty bąbelek był w 1/8 drogi, szklanka została oświetlona skolimowaną wiązką światła. Przewidzieć zmiany w ruchu n+2-ego bąbelka, jeżeli po dojściu jego poprzednika do powierzchni szklanka zacznie wirować z prędkością kątową w. fot. Ricardo Ricote Rodríguez (źródło: www.flickr.com) Jak hartowała się stal... O kobiecie, która zmieniła Brytanię Mikołaj Kłos
We wtorek, 8 kwietnia 2013r., zmarła w Londynie Margaret Thatcher, jedyna kobieta, która przez prawie trzy kadencje z kolei sprawowała funkcję premiera Wielkiej Brytanii. Mówiono o niej "kobieta, która ośmieliła się ubiegać o fotel przy Downing Street 10 i wygrała". Choć dla wielu była wspaniałym szefem rządu, który ośmielił się być kobietą...


Był maj roku 1979, kiedy na Downing Street 10 podjechał czarny mercedes, z którego wysiadła niewysoka blondynka, do niedawna przewodnicząca Partii Konserwatywnej. Kiedy tylko zobaczyli ją dziennikarze, rzucili się w jej kierunku, aby zadać pytania nowemu premierowi rządu. Po nieudolnych i, na szczęście dla kraju, krótkich rządach premiera Callaghana, które zakończyły sie rozwiązaniem parlamentu i rozpisaniem nowych wyborów na wiosnę '79 roku, wszyscy zwrócili swoje oczy na jego następczynię. Partia Pracy przegrała z kretesem, więc Brytyjczycy zaczęli pokładać swoje nadzieje w Partii Konserwatywnej i jej kandydatce. Czując na sobie spojrzenia całego narodu, Thatcher rozpoczęła swoje przemówienie od modlitwy św. Franciszka z Asyżu. I chociaż zapewne wszyscy w pierwszej chwili oniemieli ze zdziwienia, to te krzepiące słowa były balsamem którego potrzebowało społeczeństwo targane kryzysem gospodarczym i stojące na skraju przepaści. Mało kto zdawał sobie też sprawę z faktu, iż z jednej obietnicy wtedy danej, pani premier zamierzała wywiązać sie w całości. "O Panie, uczyń z nas narzędzia Twojego pokoju (...) Jedność tam, gdzie panuje zwątpienie; Nadzieję tam, gdzie panuje rozpacz;" Lata 70. stały się dla Zjednoczonego Królestwa od czasów II Wojny Światowej okresem najcięższej próby. Ponad 4 miliony osób nie miało pracy, a rynek nie był w stanie przyjąć już ani jednego pracownika, co było spowodowane złym zarządzaniem spółkami państwowymi. Od roku 1983



nieustannie starała sie ograniczyć rolę związków zawodowych, tak aby umożliwić prywatyzację brytyjskiego przemysłu ciężkiego, zwłaszcza wydobywczego na północy Anglii. Spotkało się to,  rzecz jasna, z gwałtownymi protestami ze strony środowisk pracowniczych także było paliwem dla kampanii Partii Pracy. Nikt nie miał złudzeń, iż w tej walce nie ma kompromisów. Protestujących w Leeds rozpędzono przy użyciu pałek i gazu łzawiącego, co stało sie powodem do jeszcze ostrzejszej krytyki poczynań pani premier płynącej ze środowisk lewicowych na wyspach. Zamach w roku 1984 w Grand Hotel Brighton, do którego przyznała sie Tymczasowa Irlandzka Armia Republikańska, stał sie testem siły charakteru, który Thatcher przeszła pomyślnie. Mimo iż ledwie uszła z życiem, a paru jej najbliższych



współpracowników zginęło, postanowiła wygłosić następnego dnia, zgodnie z planem, przemówienie. Posunięcie to zapewniło jej niekwestionowane poparcie wszystkich partii politycznych w kraju i stanowiło niezbity dowód, podobnie jak Wojna Falklandzka, iż jest to nie tylko silna kobieta, ale i wspaniały przywódca. Niestety, jak to niegdyś zauważył Machiavelli, pamięć ludu trwa tak długo, jak długo ludowi wygodnie jest pamiętać, toteż pod koniec lat 80. pozycja Partii Konserwatywnej zaczęła sie pogarszać. Mimo, iż to właśnie Thatcher, jako jedna z pierwszych polityków w brytyjskim parlamencie, głosowała za dekryminalizacją homoseksualizmu i przez początkowy okres swoich rządów popierała rozwój badań nad invitro, w połowie roku 1985 jej poglądy uległy diametralnej zmianie. Rząd rozpoczął kampanię na rzecz wpajania tradycyjnych wartości młodzieży, co zniechęciło stronnictwa liberalne. Jednak była to zaledwie kropla w morzu problemów. Niski poziom inflacji utrzymywany był kosztem wysokiej (ponad 15%) stopy podatkowej podatku gminnego, co zaczęło powoli drażnić najważniejszy elektorat Konserwatystów - handlowców i przemysłowców przemysłu wielkiego. Ponadto ponad połowa miejsc pracy znajdowała sie w rekach prywatnych, co w początkowym okresie spowodowało falę zwolnień i restrukturyzację zatrudnienia w brytyjskim przemyśle. Coraz więcej ludzi otwarcie opowiadało sie za zmianą rządu, nie pamiętając, iż 10 lat wcześniej sytuacja była nieporównanie gorsza. Niemniej jednak, rząd nie miał już szans na utrzymanie się przy władzy i 28 listopada 1990r. ostatecznie podał się do dymisji. Thatcher przeszła na emeryturę w dwa lata później, choć dalej aktywnie brała udział w życiu kraju, a jej zasługi zostały docenione chociażby przez nadanie jej w roku 1995 Orderu Podwiązki przez Królową Elżbietę II. Została także wielokrotnie uhonorowana innymi orderami, godnością szlachecką, a także tytułami honoris causa na wielu uniwersytetach m.in. w Polsce. Jej imieniem została także nazwana katedra na Uniwersytecie Cambridge. Nie sposób więc tej niezwykłej postaci pominąć, mówiąc o współczesnej historii Wielkiej Brytanii. Swoją odwagą i zapałem utorowała sobie drogę do wielkości, i choć wielu może sie z tym nie zgodzić, również swój kraj do niej poprowadziła. I dlatego dziś Brytyjczycy żegnają kogoś, kogo kochali, aby potem go odtrącić, kogoś kto ujarzmił kryzys gospodarczy i pokonał przeciwników kogoś, kto pokazał, że Wielkiej Brytanii do twarzy w spódnicy.

Warsztaty przed półfianłem TLD (fot. Dominika Saładyga)