Musisz zainstalować flash player pobierz instalator






Nr 8 (05/2013) II LO Tarnów

Spis treści:
Fotogaleria z debaty s.2-5 Borys Kuca O co chodzi w "carpe diem"? s.6


Kasia Witek What's wrong with Norman? s.9 Kącik kulinarny s.11 Gabriela Rudna 50 twarzy Sherlocka Holmesa s.12 Bartek Ziaja Miłość naznaczona cięciem miecza s.16 Jedna strona dla patrona s. 20 Karolina Machalska Modern Girls & Old Fashion Conversations s.21 Gabriela Lis Gejsza czy Sona? s.24 Dominika Saładyga Mury przesiąknięte historią… s.26 Mikołaj Kłos "Grona gniewu" porastają wzgórza Syrii s.30





Jesteśmy w finale! Po zażartej walce z XIV liceum naszej drużynie udało się wygrać ten pojedynek, co zagwarantowało im awans do ostatniej części rozgrywek Ligi Debatanckiej. Finał już 28 maja w teatrze. Życzymy powodzenia!

O co chodzi w "carpe diem"?
Odpowiedź na to pytanie jest na pozór oczywista. Przecież każde dziecko wie, że „carpe diem” oznacza „chwytaj dzień” i że sentencja ta nawołuje do tego, aby cieszyć się każdą chwilą. Jeszcze miesiąc temu byłem tego samego zdania. Również żyłem w błędnym, jak się potem okazało, przekonaniu, że carpe diem to jedynie takie płytkie, utopijne hasełko.


Jednak wtedy właśnie nasza drużyna debatancka rozpoczęła przygotowania do pojedynku z ZSOiT. Jego tezą miała być właśnie ta znana maksyma, dlatego sięgnąłem po źródła opisujące ten temat. I wtedy natknąłem się na coś, co dogłębnie zmieniło mój pogląd na carpe diem. Kiedy myślimy o postawie, do której odnoszą się słowa carpe diem, przeważnie wyobrażamy sobie, że chodzi po prostu o życie z dnia na dzień, o chwytanie każdej możliwej przyjemności i czerpanie radości z życia pełnymi garściami. Wydaje nam się, że carpe diem nawołuje do maksymalnej troski o teraźniejszość, a zarazem odrzuca całkowicie przyszłość. Niektórzy mniej obeznani w przedmiocie wręcz porównują znaczenie tej maksymy do słynnego hasła: „sex, drugs and rock’n’roll” lub do popularnego ostatnio YOLO. Nic bardziej mylnego. Aby zrozumieć, jak błędna jest ta interpretacja, wystarczy rzucić okiem na kontekst, w jakim słowa carpe diem się pojawiają. Są bowiem częścią dłuższej horacjańskiej frazy: „carpe diem quam minimum credula postero”, którą Adam Ważyk przetłumaczył jako „weseląc się dziś, nie dowierzaj przyszłości”. Wzięcie pod uwagę kontekstu całkowicie zmienia perspektywę, z jakiej patrzy się na carpe diem: już sam ten przekład sugeruje, że carpe diem wcale nie nawołuje do ignorowania przeszłości. Przeciwnie, mówi raczej



o tym, aby – owszem – korzystać z życia, ale aby także przyszłości poświęcać odrobinę uwagi. Co więc radził Horacy, gdy pisał swoją Pieśń I 11. wraz ze słynnymi słowami carpe diem? Wątpię, aby ktokolwiek z nas znał owego Rzymianina bezpośrednio i był na tej podstawie w stanie stwierdzić, co też miał na myśli. Niemniej jednak, możemy spróbować to odgadnąć na podstawie analizy znaczenia słów oraz kontekstu, w jakim się pojawiają. Z całej ody jasno wynika, że carpe diem mówi o „weseleniu się dziś”, lecz sugeruje zarazem, aby nie pokładać zbytniej nadziei w obietnicach przyszłości. Równocześnie wcześniejsze wersy mówią o tym, aby nie dociekać, ile życia nas jeszcze czeka, lecz przyjąć ze spokojem to, co ma nastąpić. Wnioski sobie pozornie przeczą, jednak po głębszym zastanowieniu się wszelka niespójność znika. Skąd więc bierze się tak powszechne dziś przekonanie, że carpe diem to pean na cześć przyjemności chwilowej i odrzucenia przyszłości? Nie analizowałem dokładnie historii użycia tego sformułowania, mimo to mogę wskazać jedną rzecz, która wpłynęła na zmianę w sposobie pojmowania tej rzymskiej maksymy. Jest nią film i książka „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” – piękna opowieść o uczniach elitarnej szkoły, którzy pod wpływem szeptów mądrego nauczyciela decydują się „chwycić dzień” i poszukać szczęścia w świecie rygoru

Są sytuacje, jak choćby wszelkie wojny czy niszczycielskie kataklizmy, gdy z zasadą carpe diem po prostu nie da się żyć, bo nawał problemów zmusza do walki o przeżycie i uniemożliwia dążenie do szczęścia.

i ograniczeń, w jaki zostali wplątani przez kochających rodziców. Historia ta wzrusza do łez i warto po nią sięgnąć, lecz jednej rzeczy nie wolno z niej wyciągać: interpretacji zwrotu carpe diem, która została w niej karygodnie wypaczona. To właśnie tam tę sentencję ukazano wyłącznie jako wołanie do cieszenia się tym, co tu i teraz, a odniesienie do niezawierzania przyszłości bezwstydnie pominięto. Należałoby postawić sobie jeszcze jedno, ostatnie pytanie: czy warto żyć zgodnie z maksymą carpe diem w jej oryginalnym, niewypaczonym znaczeniu? Myślę, że – wbrew temu, co argumentowała moja grupa na debacie – tak. Korzystanie z życia i chwytanie za przyjemności w celu osiągnięcia własnego szczęścia jest jak najbardziej słuszne, przynajmniej o tyle, o ile uzyskana przez nas przyjemność jest większa niż potencjalne szkody wyrządzone otoczeniu. Pamiętać należy przy tym o jednej istotnej rzeczy: radowanie się dziś wcale nie wyklucza troski o przyszłość, bo przyszłość to dziś, które nadejdzie za niedługo. Trzeba jednak mieć na uwadze to  że nie zawsze da się żyć zgodnie z zasadą carpe diem. Istnieją momenty, kiedy ból, rozpacz i gorycz są zbyt potężne, aby jakakolwiek mądra dewiza mogła je przezwyciężyć. Są chwile, kiedy carpe diem jawi się jako wyzuta z wszelkiego znaczenia pusta maksyma. W takich momentach carpe diem należy odłożyć do lamusa i znaleźć inną drogę. Jeśli jednak odrzucimy takie sytuacje na bok, jeśli skupimy się na życiu takim, z jakim mamy obecnie do czynienia – pokoju oraz względnej niezależności i swobodzie – to za słowami carpe diem powinniśmy jak najbardziej podążać. What's wrong with Norman?



To pytanie już od kilkudziesięciu lat zadają sobie fani Psychozy (1960), uważanej za najważniejszy film w całym dorobku artystycznym Alfreda Hitchcocka. Jeszcze przed premierą wywołał lawinę spekulacji, ponieważ sam reżyser w licznych wywiadach stwierdzał, że chce stworzyć coś brutalnego i wyrazistego, co na zawsze zrewolucjonizuje kino grozy. Jego słowa okazały się prorocze - Psychoza stała się kasowym hitem i przyciągnęła rekordową ilość widzów. Słusznie czy nie, sławetna scena pod prysznicem po dziś dzień wygrywa rankingi na najstraszniejszy moment w historii kina. W ubiegłym roku na złotym ekranie mogliśmy podziwiać film, który można uznać za backstage towarzyszący powstawaniu Psychozy. Hitchcock przedstawia sylwetkę jednego z najwybitniejszych reżyserów, genialnego wizjonera, który zmaga się ze swoimi słabościami i przemijaniem (w tej roli Anthony Hopkins). Pojawiają się wątki spięć na planie, sprzeczek podczas pisania scenariusza. Wiele uwagi poświęcone jest także osobistymi kłótniami Hitchcocka z żoną, spowodowanymi małą obsesją reżysera - blond aktorkami, które stały się ikonami jego filmów (od Grane Kelly począwszy, na Tippi Hedren skończywszy). Sequele Psychozy są słabej jakości, ponieważ większość z nich powstała po śmierci mistrza suspensu.



A więc wróćmy do Normana (w tej roli zachwycający Anthony Perkins). Jest on przystojnym, błyskotliwym młodym człowiekiem, ale kiedy do drzwi jego motelu puka piękna nieznajoma, wszystko diametralnie się zmienia... Dalszych wydarzeń nie muszę chyba zdradzać. Wszyscy znamy zakończenie, ale co stoi u podstaw Psychozy? Czas więc na małą retrospekcję. Taki pomysł zaowocował serialem Bates Motel. Początkowo zastanawiano się, czy ponowne "odgrzewanie" tej samej historii jest dobrym pomysłem, ale niektórzy po premierze pierwszego odcinka już stali się wielkimi fanami, zaś inni wręcz przeciwnie, w dalszym ciągu broniąc pierwotnej wersji Psychozy. Akcja rozgrywanych wydarzeń została przeniesiona do współczesności, co może się nie podobać, jednak większość jest pod wielkim wrażeniem fabuły serialu. A jest co podziwiać! Szesnastoletni Norman (Freddie Highmore) wraz z matką (i tu pojawia się największy atut serialu, czyli Norma Bates, grana przez charyzmatyczną Vere Farmiga) po śmierci ojca przeprowadzają się do małego miasteczka i postanawiają prowadzić motel. Od pierwszej chwili anonimowe natchnione, po przesycie poezją tajemniczego polskiego noblisty



mamy wrażenie, iż idylliczne miejsce wybrane przez Normę ma swoje mroczne tajemnice, a przeszłość motelu okazuje się mieć kryminalne zabarwienie. Czas pokaże, że nikomu nie można ufać. Norman zaczyna chodzić do nowej szkoły, poznaje przyjaciół, zakochuje się i powoli traci psychiczne panowanie nad sobą. Została wprowadzona postać starszego brata naszego bohatera, który zamieszkuje razem z nimi. Jednak Batesom daleko do kochającej się rodziny. Oczywiście nie pominięty jest charakter specyficznej relacji łączącej Normana z matką. Do zakończenia pierwszej serii serialu pozostał tylko jeden odcinek. A&E Network zapowiedziało przystąpienie do produkcji drugiej serii, co zaowocuje 10 nowymi odcinkami, które będziemy mogli obejrzeć za rok. Wszystko wskazuje na to, iż Bates Motel jako prequel sprawdził się w stu procentach i nie pozostaje mam nic innego niż oczekiwanie na odcinek finałowy. Czy okaże się on mieć słynną scenę pod prysznicem? Czas pokaże. Katarzyna Witek Ręka Twa niczym dzieło michała anioła (choć wszystko co ludzkie równać się z Nią nie może) ((proszę zwrócić uwagę na użycie liter dużych)) pędzi przez stronice Tworzy słowem harata niczym dłu- tem dzieła Twe Poezją przekazują ludziom to czego nie widzą i zrozumieć nie mogą - tylko Twój geniusz. ja także jestem tylko marnym prochem tylko cieniem Twym. nazwałeś mnie muzą lecz ja padam u Twych stóp wielbiąc Cię wśród gwiazd kochając Cię... otworzyłam jednak oczy wyrywając się z obłąkania jam tylko odbiorcą a może aż? w końcu dzieł Twych jednak nie liczę się bo Tyś Jeden Jedyny Poeto. Poetość 50 twarzy Sherlocka Holmesa Gabriela Rudna
Co jakiś czas w czyjejś głowie pojawia się pomysł. Jest on rzecz jasna nowatorski, brawurowy i ,co najważniejsze, niepowtarzalny. Zazwyczaj w pakiecie występuje także wielkie zdeterminowanie twórcy, który w przekonaniu o wartości swego dzieła zrobi wszystko, aby pokazać go publice.


Ideą tą jest nakręcenie adaptacji lub ekranizacji książek o genialnym detektywie Sherlocku Holmesie autorstwa Arthura Conana Doyle’a, a jej wynikiem powstanie już trzeciej produkcji tego typu, licząc tylko od 2009 roku. Pierwsza z nich to znana chyba najszerszej widowni, a także najbardziej nastawiona na masowy odbiór seria filmów Guya Ritchie’go. Jest to jedyna stworzona ostatnio produkcja związana z Sherlockiem Holmesem, której akcja rozgrywa się (tak jak w oryginale) w XIX-wiecznym Londynie. Holmes także jest wyjątkowo zgodny z zamysłem Doyle’a. Rzecz jasna jest tym ekscentrycznym geniuszem, w którego mieszkaniu panuje artystyczny nieład, i detektywem, który zrobi wszystko aby rozwiązać zagadkę. W tym przypadku "wszystko" zawiera wyjątkowo dużą



ilość biegania, pościgów czy bójek. Wiernym towarzyszem Sherlocka pozostaje John Watson. Tu także nie ma żadnych niespodzianek: Watson jest lekarzem, od drugiego filmu mężem Mary Morstan oraz jedyną osobą, która znosi towarzystwo Sherlocka dobrowolnie. Filmy Ritchie’go to po prostu Sherlock Holmes taki, jakiego oczekuje współczesny widz. Sprawiają, że może on zapomnieć o swoich problemach i po prostu dobrze bawić się w kinie, patrząc na nieco wybuchów zwieńczonych romansem. Inne adaptacje są jednak bardziej ambitne. Powracając do oryginalnej Wielkiej Brytanii, znajdujemy serial pod tytułem Sherlock (2010). Pierwszą zmianą, jakiej dokonało BBC, było przeniesienie akcji do Londynu współczesnego. Ten zabieg dał twórcom większe pole do popisu – mogli wprowadzić nowe zbrodnie, nowe postacie, praktycznie wszystko mogłoby zostać zmienione. Pomimo posiadania takiej możliwości historie pokazane w Sherlocku są oparte na pomysłach Doyle’a. Dopiero po ustaleniu, na jakiej oryginalnej przygodzie dany odcinek będzie się opierał, jego scenarzysta może uruchomić swoją inwencje twórczą i trochę pobawić się historią. Wielką zaletą Sherlocka są na pewno jego aktorzy - w obsadzie nie ma chyba źle obsadzonej postaci. Nie ma w tym nic dziwnego, BBC dysponuje naprawdę świetnymi aktorami realizującymi się nie tylko w filmach, lecz także na deskach teatru (złośliwi, czy też może ci bardziej spostrzegawczy twierdzą, że tak naprawdę w Wielkiej Brytanii jest tylko 12 aktorów. To prawda). Sherlock, tak jak i w przypadku filmów Ritchie’go, został przekształcony dla człowieka współczesnego, jednak jest bardziej nastawiony na myślenie i specyficzny geniusz Holmesa. W tym czasie Ameryka zdążyła stworzyć całkiem nowy serial, Elementary (2012). Jest on tak jak i brytyjska wersja, osadzony w czasie współczesnym, lecz tym razem w Nowym Jorku. Co ciekawe, pierwotnie miała to być przeróbka Sherlocka BBC. Plany te zmieniono, kiedy stacja nie chciała się zgodzić na taki zabieg, nie użyczając tym samym praw autorskich. Zostało wspomniane we wstępie, twórca jest jednak niepowstrzymany w pasji tworzenia. Dzięki temu Amerykanie stworzyli oddzielny serial, zmieniając przy tym jeszcze kilka rzeczy. To właśnie w Elementary zaczęto używać oryginalnych historii, a postaci zostały zmodyfikowane. Jedną z najbardziej widocznych było obsadzenie Lucy Liu w roli Joan

"It's elementary, my dear Watson"? Co ciekawe, Sherlock Holmes nigdy tych slów nie wypowiedział.

Watson. Na początku wywoływało to ogromne kontrowersje, jednak twórcy zadbali o to, aby nie była to jedyna przeróbka. Ms. Hudson wcale nie jest gosposią, (chociaż tu bardziej znaczący może okazać się fakt, że jest trans kobietą) a niespodzianka dotycząca Irene Adler, czyli jedynej ukochanej kobiety Holmesa, czeka na widzów w finale sezonu. Elemantary wprowadza Sherlocka Holmesa do XXI wieku, zamiast ślepo podążać za kanonem. Ze wszystkich przedstawionych wersji Sherlocka Holmesa, osobiście najbardziej polecam wersję BBC, która jest moim zdaniem najlepiej zrobiona. Jednak każdy, niezależnie od preferowanego przez siebie rodzaju rozrywki, będzie mógł odnaleźć coś dla siebie (chyba, że nie lubi historii detektywistycznych). Miłość naznaczona cięciem miecza
Jak wyglądało prywatne życie naszego patrona, także i to miłosne? Wszak Jan Hetman Tarnowski także był człowiekiem i nic, co ludzkie, nie było mu obce.


Jest upalne popołudnie. Siedmioletni chłopiec niechętnie wchodzi do zimnego kościoła i z grymasem na twarzy słucha wywodów taty, który wskazując na jakiś dziwny, wiszący jakby w powietrzu nagrobek, zawzięcie o nim opowiada. Dziecko wyłapuje tylko poszczególne słowa, Hetman… Barbara Tęczyńska… żona… Nie interesuje go to zbytnio, całą jego małą główkę pochłania teraz perspektywa loda czekoladowego, którego obiecano mu o poranku. Dziesięć lat później ten sam chłopiec, tym razem już młodzieniec, mozolnie pnie się ku szczytowi ruin zamkowych



na górze św. Marcina. Wreszcie dochodzi na szczyt. W lekko przybrudzonych podczas wspinaczki trampkach siada na najwyższym punkcie pozostałości budowli i korzystając z pięknej, słonecznej pogody, zaczyna rozkoszować się cudownym widokiem na miasto. Teraz już wie, co ojciec chciał mu wówczas przekazać. Jest tego w pełni świadomy, chociaż z tamtego dnia pamięta tylko mgliste, pojedyncze obrazy i smak loda. Dzisiaj już zna historię wielkiego Hetmana Jana Amora Tarnowskiego i staje w tej chwili przed kolejnym zadaniem: po niemal pięciu wiekach ma opisać wielkie uczucie, jakim ten wybitny rycerz, darzył pewną damę… Niemal dokładnie pięćset lat wcześniej w roku 1511 pewien dworzanin królewski nazwiskiem Tarnowski herbu Leliwa, syn wielkiego wojewody sandomierskiego i krakowskiego dumnie kroczył ku ołtarzowi, prowadząc pod rękę Barbarę Tęczyńską, młodą pannę o wysokiej, smukłej sylwetce i delikatnej twarzy, jakże różniącą się od postawnego, dobrze zbudowanego, choć niezbyt wysokiego hetmana. Wokół idących młodych, w bogato zdobionych dębowych ławach siedziało wielu dostojników, w tym zapewnie sam król, który dodawał majestatu temu wydarzeniu. Gdzieś tam znajdowała się również Barbara z Rożnowa, wnuczka najznamienitszego miecza Polski średniowiecznej Zawiszy Czarnego, która roniąc łzy, cieszyła się z całego serca, że jej syn w końcu się żeni a ona w najbliższym czasie doczeka się wymarzonych wnucząt. Spokój zapewniał jej fakt iż wybranka jej potomka wywodziła się z jej kręgu rodzinnego, była bowiem córką brata jej pierwszego męża, Mikołaja Tęczyńskiego. Po błogosławieństwie księdza wpatrzona w siebie para młoda, a także wszyscy zaproszeni goście udali się na obfitą ucztę. Tarnowski jednak wyruszył na daleką wyprawę do Mołdawii,



gdzie dowodził chorągwią jazdy, a niedługo potem brał udział w kampanii moskiewskiej, po której jego pozycja na dworze królewskim zapewne niebotycznie wzrosła. Niestety, jak to w życiu, jedno odbija się kosztem drugiego, dlatego zapewne młode serce Barbary krwawiło za każdym razem, gdy lubu ja opuszczał, pozostawiając w jej umyśle ciągły niepokój i lęk o jego losy. Po powrocie do kraju Hetman bierze udział w wojnie krzyżackiej, a tuż po jej zakończeniu udaje się wspomóc króla węgierskiego Ludwika w najazdach tureckich. Właśnie tutaj



dowiaduje się od posłańca o ciężkim stanie zdrowia swojej żony. Szybko wskakując na konia pędzi na nim jak oszalały przez rozległe pola, wioski i miasta w nadziei, że może jeszcze coś się uda zrobić. Może jego obecność sprawi, że żona wyzdrowieje? Może będzie miał na tyle szczęścia, że sprowadzi medyka, by ten uratował jego ukochaną? Być może żałuje wówczas, że spędził z nią tak mało czasu? Że źle wybrał? Może uczucie do żony było mocniejsze od tego, które żywił do pola bitewnego? Teraz już nic nie zmieni. Jest już za późno, bowiem wracając do domu na przełomie sierpnia i września 1521 roku zastaje Barbarę bardzo schorowaną, bądź wedle innego przekazu, martwą. Pogrążony w bólu i tęsknocie Jan Hetman Tarnowski wystawia Tęczyńskiej monumentalny nagrobek, który zostaje umieszczony w Katedrze Tarnowskiej. Bogato zdobione dzieło jest najlepszym dowodem jego płomiennego uczucia, jakie żywił do tej kobiety. Podobnego zaszczytu dostąpiła jedynie jego matka, Pani z Rożnowa, która miała niebagatelny wpływ na osobowość i późniejsze sukcesy przyszłego twórcy wiktorii pod Obertynem. Tarnów zaczyna się powoli mienić w kolorach czerwieni i żółci. Chłopak zamyka delikatnie laptopa i wkłada go do plecaka. Energicznie zeskakując z jednej z pozostałości muru, wciąż rozmyśla nad tym, co przed chwilą napisał. Dopiero teraz zauważa, że wokół niego toczy się sesja fotograficzna jakiejś pary młodej. Ktoś z tyłu robi zdjęcie tulącym się do siebie zakochanym. Niesamowite, że mimo upływu wieków, to miejsce wciąż ma w sobie tą niepowtarzalną magię. Bartek Ziaja fot. Dominika Saładyga Jedna strona dla patrona

Utwory zasłyszane na Wieczornicy w 2010 i 2011 roku.

Hetmanie, bohaterze mój! Tyś jest niezwyciężony Ile ty masz siły, ten tylko się dowie, Kto z Tobą walczył. Dziś potęgą Twą w całej ozdobie Widzę i opisuję, bo tęsknię w Tarnowie, Krakowczyku, co gród własny ochraniasz, I w wyprawie orszańskiej przewodzisz. Ty  co grobu Chrystusa bronisz jako wierny rycerz! Jak dla nas patriotów ojczyznę ratowałeś Gdy od Tatarów pod Twoim dowództwem Walczący martwe pobudziłeś serce, I zaraz mogłeś pieszo do Ziemi Świętej progu Iść za ocalałe życie podziękować Bogu. I tak powrócisz przez Ruś na ojczyzny łono. Tymczasem przenoś moja duszę utęsknioną Do tych ksiąg wojennych, do tych wojen wszystkich Gdzie strach pod Obertynem pokonałeś z błyskiem. 1. Jana zesłał Bóg raz mu wyszedł taki cud. Jana zesłał Bóg by pomagał ludziom tu wiedzę miał i tęgi łeb nie zmarnował tego wnet polityki spec. 2. Kasztelanem był urząd wielki w państwie tym mecenatem zwan wiele czytał, pisał sam Spraw wojenych księga wielka sztuk bitewnych nauczyła dla strategów miła. 3. Sam też wodzem był w obertyńskiej bitwie prym o nauk dbał młodzież zawsze w rację brał. Podróżował, zwiedzał świat hetman wielki , rodak , brat autorytet nasz Majka Pabian Od dziecka szukałam w filmach postaci, z którymi mogłabym się identyfikować czy podziwiać. Często miałam problem ze znalezieniem kobiet, które mogłyby stać się dla mnie wzorem czy chociażby ulubionym bohaterem filmu. Największe zdziwienie budził we mnie fakt, że nawet te mądre i inteligentne były zajęte rozmową o… mężczyznach!
Modern Girls & Old Fashion Conversations


W 1985 roku powstał pewien sposób na sprawdzenie reprezentacji kobiet w danym literackim/filmowym/ komiksowym/dowolnym dziele. Nazwany po swojej twórczyni, amerykańskiej autorce komiksów Alison Bechdel, Bechdel test może być zastosowany do filmów, gier komputerowych, książek, komiksów czy seriali. W przypadku tych ostatnich często rozpatruje się każdy odcinek osobno. Na czym polega jednak ów mityczny Bechdel test? Uchylmy rąbka tajemnicy. Założenia są bardzo proste: w dziele muszą się pojawić co najmniej dwie (nazwane) kobiety, które rozmawiają ze sobą o czymś innym niż mężczyznach. Niektórzy badacze dodają do tego jeszcze wymóg czasowy – minimum 60 sekund. Banał, prawda? Przecież wszystkie



kobiety są ludźmi i rozmawiają o wszystkim: muzyce, pracy, polityce, filmach, sztuce, historii, gotowaniu, pogodzie… Bechdel test powinien być łatwizną dla twórców, ba! Nawet nie powinno go być, ponieważ w idealnym świecie (a takim niewątpliwie jest nasz, tak?) każda historia byłaby pełna dobrze napisanych i wiarygodnie scharakteryzowanych postaci wszystkich płci. Niestety, w naszym świecie takie są tylko postacie męskie. Ile dokładnie filmów przechodzi Bechdel test? Postanowiłam skupić się na filmach, jako że w czasie trwania Tarnowskiej Nagrody Filmowej byłam członkiem Jury Młodzieżowego i na którymś z kolei seansie postanowiłam zwracać szczególną uwagę na postaci kobiece. W zabawę włączyła się także inna jurorka, dzięki czemu udało nam się przetrwać co gorsze projekcje. Co się okazało? Z 19 filmów konkursowych (zignorowałyśmy filmy dokumentalne, ale gorąco polecam Inny świat – chociażby przez wzgląd na genialną Szaflarską), Bechdel test przeszło tylko 5-7 z nich! Różna liczba jest spowodowana dodatkowym kryterium czasowym. Dodatkowo niektórych filmów nie byłyśmy pewne, jak na przykład Yumy, gdzie jedyna tak naprawdę interakcja kobieca pojawia się pomiędzy nienazwaną matką Zygi i jego ciotką (rozmowa naturalnie dotyczy jego), lub jest to kąśliwa uwaga Bajadery do obiektu westchnień Zygi, której naprawdę nie można nazwać rozmową. Naszym "faworytem" pod względem reprezentacji kobiecej pozostaje Pokłosie, w którym jedyna nazwana kobieta to Justyna, córka Malinowskiego. Jej rola to oczywiście klasyczny „popychacz fabuły”, podobnie jak rola Staruszki, granej przez wcześniej już wspomnianą Danutę Szaflarską. Naturalnie, Bechdel test nie jest idealny. Pewne dzieła obleją go z powodów fabularnych, np. Imię róży Umberto Eco, które będąc obsadzone w męskim zakonie z oczywistych względów nie ma szans na spełnienie warunków testu. Nie należy także przeceniać wartości testu – nie jest to bowiem wyznacznik poziomu utworu ani jego ogólnych wartości feministycznych czy humanitarnych, jak to jest w przypadku Obcego czy Biegnij Lola, biegnij. Dodatkowym problemem jest stopień ostrości testu, jaki zastosujemy. Czy jeśli w kadrze jest obecny mężczyzna, to scena już się nie liczy? Czy za krótka rozmowa dyskredytuje konwersację? Czy tak samo działa chociażby błaha wzmianka o mężczyznach, którzy nie są głównym tematem?



Jakiś czas temu furorę w pewnych częściach (tych zdecydowanie zdominowanych tylko przez kobiety, niestety) Internetu zrobił artykuł napisany przez studentkę scenariopisarstwa, która pragnęła dowiedzieć się, co jest złego z jej scenariuszami. Największe wrażenie wywarła na mnie odpowiedź jednego z jej profesorów: “The audience doesn’t want to listen to a bunch of women talking about whatever it is women talk about”, czyli „widownia nie chce słuchać bandy kobiet, gadających, o czym to tam kobiety sobie gadają” (bardzo wolne tłumaczenie autorki). Najgorsze jest to, że profesor próbował zrzucić odpowiedzialność właśnie na widzów. Nie twórców, którzy piszą, reżyserują i grają w filmach bez kobiet. Nie twórców, którzy piszą ksiązki, w których kobiety są tylko bezbarwnymi elementami tła. Nie twórców, w których grach jedyną rolą kobiet jest stanie w jak najmniej okrywającym ubraniu dla przyjemności mężczyzn. I na koniec mała uwaga, co do klasycznych i ukochanych filmów wielu z nas (także i moich). Co ciekawe, nawet te najbardziej kultowe nie są w stanie przejść Bechdel testu. Oryginalne Star Wars przegrywają w tym aspekcie ze znienawidzonymi prequelami (chociaż trzeba przyznać, że o włos), zaś w całej trylogii Władcy Pierścienia nie ma nawet sceny z dwoma kobietami. Karolina Machalska (Fot.: Flickr) Gejsza czy Sona? Gabriela Lis
30 kwietnia żyliśmy już marzeniami o zbliżającym się wielkimi krokami długim weekendzie, ale w szkole czekało na nas jeszcze jedno niecodzienne wydarzenie.


Klasa 1c postanowiła podzielić się swoją nowoodkrytą fascynacją dotyczącą kultury kraju kwitnącej wiśni. Po wielu dyskusjach z burzy pomysłów wyłonił się ten jeden- zorganizujmy dzień japoński! Jak powiedzieliśmy, tak zrobiliśmy. Ten wtorek był inny niż wszystkie. Niecodzienną atmosferę zapewniały dekoracje, japońska muzyka i nasze stroje- tego dnia zmierzyliśmy się też z tematem cosplay’u, czyli przebierania się za charakterystyczne postacie z gier, komiksów itd. Na I piętrze kolejna niespodzianka- kiermasz z tradycyjnymi japońskimi przysmakami. Po chwili wahania nawet ja zdecydowałam się przemóc i spróbować sushi- było warto. Paula, Agnieszka i Karolina po raz kolejny udowodniły, że mają talent do gotowania. Ale największe atrakcje czekały nas popołudniu. Punktualnie o 14 rozpoczęła się główna część zabawy. Madzia przedstawiła nam swoją gitarową wariację na temat pieśni japońskiej, wprowadzając niezwykły świat Dalekiego Wschodu. Potem przyszła kolej na Olę i Karolinę. Dzięki ich prezentacji usystematyzowaliśmy swoją wiedzę o Japonii i poznaliśmy kilka interesujących faktów. Teraz już wiemy, że żuraw przynosi szczęście, a na urodziny nigdy nie wolno podarować zegarka. Czekały nas jeszcze dwie prezentacje- pierwsza dotyczyła sztuki niewidzialności i wojowników ninja. Natomiast Mateusz, jako największy fan japońskiej kultury w naszej klasie, opowiedział o subkulturze otaku, czyli podobnych mu pozytywnych wariatach. Pomiędzy prezentacjami odczytywaliśmy haiku w oryginale, a zadaniem publiczności było odgadnąć o czym w nich mowa. Jak myślicie, udało się?  Na najwytrwalszych czekała niespodzianka- kurs japońskiego, poprowadzony przez Anię i jej nauczycielkę, panią Ewę Zabielską. To był dzień pełen wrażeń. Dziękujemy wszystkim którzy razem z nami zagłębili się w fascynującą kulturę Japonii. A jaki kraj poznamy następnym razem? Mury przesiąknięte historią… Dominika Saładyga
Kiedy wyjedziemy z Tarnowa w kierunku północnym, po kilku kilometrach zobaczymy mały pałacyk usytuowany w przepięknym parku. To właśnie ten niewielki obiekt mieści w sobie niesamowite historie.


Zacznijmy więc od samego początku… Sama wieś, w której znajduje się pałacyk - to Łęg Tarnowski, założony prawdopodobnie przez samego Spycymira Leliwitę w XVIw. Łęg był niegdyś jedną z miejscowości, które wchodziły w dobra ziemskie Hetmana Jana Tarmowskiego. W późniejszych latach miejscowość ta był pod panowaniem rodu Potockich, którzy do końca XVIIw. zamieszkiwali w drewninym dworze. W 1792r. przebywał tu z gościną znany poeta sentymentalista Franciszek Karpiński, autor sielanki ”Laura i Filon” oraz znanej kolędy „Bóg się rodzi”. Karpiński, korespondując do swojej przyjaciółki, wspomina o wizycie w galicyjskim dworze, gdzie schował się przed wkraczającymi na Litwę wojskami rosyjskimi. Na początku XVIIIw., gdy miejscowa ludność chorowała na cholerę, dwór



pełnił rolę szpitala. W ramach dezynfekcji- stanął w płomieniach. Po tych wydarzeniach zachowały się jedynie murowane fundamenty. Najprawdopodobniej ok 1850r. na drodze kupna/sprzedaży Łęg został własnością rodu Dobrzyńskich z Rożnowa. Jedna z córek właścicieli – Helena Dobrzyńska w 1865r. poślubia Józefa Gabriela Męcińskiego i  z woli matki wniosła majątek jako wiano. Józef Męciński pochodził z terenów Królestwa Polskiego. Uczestniczył w powstaniu styczniowym. Walczył pod rozkazami generała Mariana Langiewicza jako adiutant komendanta Czachowskiego. W powstaniu odniósł wiele ran, m.in. stracił lewą rękę. Uznany za zmarłego, nie został dobity przez żołnierzy rosyjskich. Cudem udało mu się uciec. Postanowił schronić się w spokojnej Galicji, gdzie piastował urząd posła na sejm galicyjski we Lwowie aż do wybuchu I wojny światowej. Pośmiertnie został odznaczony orderem Virtutti Militari. Jest jedną z najważniejszych postaci w historii Łęgu. To właśnie on w latach 1885-1892 zlecił budowę nowego pałacu, wykorzystując pozostałe fundamenty po drewnianym dworze. Architektem neorenesansowej budowli był najpopularniejszy w tamtych czasach projektant Sławomir Odrzywolski. Po śmierci Józefa Męcińskiego, jego dobra odziedziczyła Helena- najstarsza z ich córek, która w roku 1896 poślubiła hrabiego Jana Zborowskiego, właściciela pobliskich Zgłobic, a dodatkowo pełniącego funkcję majora 2 pułku ułanów wojsk



austriackich, szambelana dworu Franciszka Józefa I oraz członka Rady Powiatowej w Tarnowie. Helena natomiast była duszą artystyczną - pod pseudonimem Blanka Halicka, napisała kilkanaście powieści historycznych oraz zbiory nowel. Zdobyła wykształcenie na poziomie uniwersyteckim. Znakomicie znała języki obce - łacinę, język francuski i grekę. Interesowała się również dziennikarstwem. Jan i Helena doczekali się trójki dzieci: Andrzeja, Aleksandra i Ireny. Historia Andrzeja jest tragiczna, ponieważ zginął w wieku 20 lat służąc w wojsku we Włocławku. Za swoje osiągnięcia na polu bitwy został odznaczony Krzyżem Niepodległości. Irena z pewnością zapał do sztuki odziedziczyła po matce. Swój artyzm wyrażała na płótnach – była malarką. Jej autorstwa są obrazy m.in. w ołtarzu głównym kościoła w Łukowej oraz kaplicy cmentarnej (grobowiec właścicieli Partynia) w Łęgu Tarnowskim. Od najmłodszych lat była osobą podatną na choroby. W wieku 26 lat poślubiła porucznika 20. pułku ułanów Stanisława Drzewińskiego. Ich miłość jednak nie trwała długo. Irena po długiej walce z gruźlicą zmarła w sanatorium Arco we Włoszech. Drzewiński nie mógł pogodzić się ze stratą ukochanej żony. Prawdopodobnie z rozpaczy popełnił samobójstwo w parku otaczającym pałac, strzelając sobie w skroń z własnej broni. Andrzej, najmłodszy z dzieci Jana i Heleny, również interesował się malarstwem i muzyką, jednak obrał inną drogę życiową i podjął studia rolnicze. Po I wojnie światowej zajął się gospodarstwem rodzinnym, a także pełnił funkcję wójta w nowopowstałej gminie Klikowa. Podczas II wojny światowej hrabia Aleksander w swoim pałacu ukrywał Żydów, udostępniał pokoje potrzebującym, należał też do AK jak i innych podziemnych stowarzyszeń w walce z Niemcami. Wraz z żoną Marią doczekali się czterech synów – Zbigniewa, Henryka, Jana i Andrzeja . Nie mieszkali oni jednak długo w pałacu. W czasie okupacji niemieckiej ich dom został zrabowany, a rodzina Zborowskich w tym czasie musiała ukrywać się w piwnicach przed rozstrzelaniem. W 1945r. pałac odebrano właścicielom na rzecz skarbu państwa, a Zborowscy zamieszkali na Śląsku. Co się stało później? Odpowiedź jest prosta! Po zakończeniu wojny pałac trafił w ręce komunistów. Wszystkie cenne rzeczy zostały skradzione i zniszczone. Zbiory biblioteczne zostały przejęte przez Miejską Bibliotekę w Tarnowie, a obrazy trafiły do tarnowskiego muzeum. W latach 1946-1948 w pałacu mieściła się szkoła podstawowa a później m.in. Kasa Stefczyka, Bank Spółdzielczy, Siedziba Gminy Klikowa, USC, świetlica wiejska i wiele innych biur, a nawet prywatne mieszkania. W latach 80-tych XXw. pałac miał pełnić funkcję ośrodka



wczasowowypoczynkowego dla Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, jednak dzięki wydarzeniom historycznym i transformacjom ustrojowym plan ten się nie powiódł. W budynku została ponownie utworzona szkoła a od 1999r. mieści się tutaj Publiczne Gimnazjum. To niesamowite, mała perełka architektoniczna mieszcząca w sobie tak wiele historii… historii dobrych i bolesnych. Kto wie, co skrywa w sobie jeszcze pałac, czy park, którego drzewa były świadkami tak wielu wydarzeń. Okazją do zwiedzania są organizowane co roku „dni otwarte pałacu”, zloty miłośników starej motoryzacji czy Dni Dziedzictwa Kulturowego organizowane przez Małopolski Instytut Kultury. Może warto odwiedzić pałacyk mieszczący się przy trasie Tarnów - Żabno i niemalże dotknąć historii… "Grona gniewu" porastają wzgórza Syrii Mikołaj Kłos
Syryjczycy zdecydowali sie zrzucić ze swych ramion brzemię, jakim były dla nich rządy prezydenta Baszara alAsada. Wyszli na ulice swych miast, aby pokazać swoje niezadowolenie z obecnej sytuacji. Krwawo tłumione manifestacje w końcu przerodziły się w regularną wojnę domową.


Niemalże natychmiast Syryjczycy zwrócili się z rozpaczliwymi apelami do ONZ, prosząc światowych przywódców o pomoc w obaleniu dyktatora. Świat jednak milczy, bo wie, że niektórych elementów układanki pt. światowa polityka gwałtownie ruszać nie należy. Nikt w pierwszych dniach nowego roku 2011 nie przewidziałby tego, co miało sie wkrótce wydarzyć na Bliskim Wschodzie. Rok ten zapowiadał się dosyć spokojnie, co z drugiej strony pokazuje, jak wielką siłę i determinację odnalazły w sobie narody walczące o wolność. Świat arabski przecierał oczy ze zdumienia, widząc upadający reżim w Tunezji, Egipcie czy też upokorzonego Muammara Kaddafiego uciekającego z własnej stolicy w obawie przed rebeliantami. Olbrzymi zryw wolnościowy, który przeszedł do historii pod nazwą 'Arabskiej Wiosny Ludów' miał zwrócić, podobnie jak uczyniła to oryginalna Wiosna Ludów, wolność narodom. Walki pojawiły się we wszystkich regionach objętych owym zrywem, choć do regularnej wojny domowej doszło tylko w Libii i Syrii.



Podczas gdy dni libijskiego reżimu wydawały się od początku wojny policzone, ciemne chmury nad Syrią dawno juz nie były tak gęste. Rebelianci nie są pewni wygranej nawet w pomniejszych regionach, a nieformalna stolica rewolucjonistów, jaką obwołano Hims, permanentnie staje sie arena walk. Światowi przywódcy obiecali pomoc, ale nie pomagają i wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie nie pomogą. Nie pomogą, bo nie mogą. Pomimo iż to Egipt, a nie Syria, jest największym państwem, które doświadczyło 'Arabskiej Wiosny Ludów', Damaszek jest dla świata o wiele ważniejszym partnerem niż Kair. Dzieje sie tak za sprawą położenia geograficznego Syrii, będącej granicą między, jakby na to nie patrzeć, 'zachodnią' Turcją i zdecydowanie 'wschodnim' Irakiem i jego sąsiadem Iranem. Można więc powiedzieć, iż jest to swego rodzaju bufor hamujący zbyt gwałtowne reakcje z jednej i drugiej strony. Problem w tym, że im bufor jest miększy, tym gorszy. A 'najtwardszymi' i najstabilniejszymi 'buforami'



są właśnie reżimy. Państwa rządzone tak twarda ręka, że ich obywatele są w stanie momentalnie przedsięwziąć wszelakie pożądane działania, jakie nakaże im dyktatura. Ale i to nie przesądza o bezczynności Zachodu, gdyż w ostateczności demokratyzacja Syrii, chociaż umniejszyłaby jej rolę jako bariery zaporowej, to umożliwiłaby transfer zachodnich inwestycji na roponośne równiny Eufratu i Tygrysu. To wszystko nie stanie się jednak dopóty, dopóki do Damaszku przychodzić będą depesze świadczące o poparciu dla prezydenta a adresowane z.. Kremla. Rosja, mająca dobre układy z al-Asadem, nie widzi żadnych korzyści w przyzwoleniu na powstanie nowej republiki. Wręcz przeciwnie, dostrzega w tym fakcie zagrożenie 'amerykanizacją' regionu. Regionu tak ważnego dla rosyjskiej ekonomii. Światu nie pozostaje więc nic więcej, jak tylko udzielać syryjskim rebeliantom wsparcia, dyplomatycznie określanego mianem 'niemilitarnego' a będącego w rzeczywistości jedynie pomocą humanitarną i czekać na rozwój wypadków. Jedno jest pewne, Rosja nie pozwoli sobie na jakąkolwiek interwencje zbrojną, bo wie, że to byłoby otwarte rzucenie wyzwania Zachodowi. Wyzwania, które Zachód mógłby ku przerażeniu Kremla podjąć. Tak więc przyjdzie nam oglądać jeszcze wiele reportaży mówiących o 70,000 zabitych cywilów, milionach bez dachu nad głową i dostępu do leków a także przyjdzie nam oglądać polityków oglądających te reportaże i kiwających ze zrozumieniem głowami. Wkrótce kolejny światowy przywódca podejdzie do mównicy i z poważną mina oświadczy iż 'sytuacja w Syrii jest przerażająca', niestety reakcję świata tez opisać można jako 'przerażającą'. fot. SyriaFramesOfFreedom (źródło: wikipedia)