Musisz zainstalować flash player pobierz instalator






Nr 9 (6/2013) II LO Tarnów

Spis treści:
Fotogaleria z TLD s.2-9 Gall Anonim Venimus, Vidimus, Vicimus s.4
Zdjęcia ze stron 2-6 autorstwa Tomasza Bielata

Karolina Machalska This is my design s.9 Kącik kulinarny s.14 Borys Kuca Sztuka czytania s.15 Katarzyna Wąs Two Kings: Bøe and Øye s.18 Michał Gut Co łączy Szymona Hołownie i Nergala?  s.22 Julia Foltak Królowie a capella s.28 Stopka s.32



Venimus, Vidimus, Vicimus Gall Anonim
Tak mogli mówić, parafrazując słowa Juliusza Cezara, reprezentanci II LO po finałowym pojedynku Tarnowskiej Ligi Debatanckiej. Nasza drużyna, niczym rozpędzona maszyna, niszczyła kolejnych, coraz to mocniejszych rywali, by wreszcie 28 maja dosięgnąć „debatanckiego raju”.


Jednak zanim do tego doszło, musieli pokonać XVI LO  które również, jak na wojskowe liceum przystało, zostawiło na placu boju wszystkich swoich wcześniejszych przeciwników. „Tarnów miasto sprzyjające młodym ludziom” - to w tym temacie miało się wszystko rozstrzygnąć. Nasze Liceum miało obalić tę tezę. Tak niewdzięczne, patrząc na okoliczności, stanowisko wylosowali. Na sali zasiadł już pan prezydent Ryszard Ścigała, przedstawiciele mediów, panie dyrektor obu szkół i tarnowska młodzież która przyszła obejrzeć tę pasjonującą bitwę na argumenty. Na scenie skupienie. Główni aktorzy widowiska wpatrują się nerwowo w oczy swoich przeciwników. Pojawiają się pierwsze kropelki potu na czole, panowie luzują za ciasno związane krawaty, a panie poprawiają ostatnie niedoskonałości makijażu... Zaraz się zacznie.... Pierwsi z tematem zmierzyli się przeciwnicy. Dobrze zdefiniowali tezę i nasza drużyna nie miała nic do zarzucenia. Jednak emocje rosły, nasza strona wytykała coraz to nowe mankamenty dotyczące miasta, jako jednostki niesprzyjającej młodym ludziom: za niskie stypendia, słaba oferta kulturalna, nietrafione inwestycje budżetu obywatelskiego, fatalny stan tarnowskiego sportu, pokrzywdzone młode matki, które nie mają gdzie nakarmić i przewinąć swych potomnych i rower... rower, którego w Tarnowie nie ma gdzie zostawić. Zdesperowana druga strona chwyta się ostatniej deski ratunku, sprytnie chcąc pokonać II LO ich własną bronią, czyli poruszając temat



klasy z maturą międzynarodową. Niestety „nasi” z bólem serca, walcząc z wewnętrznymi rozterkami i ten argument musieli podważyć, czego wymagała od nich sytuacja. Skończyły się przemówienia mówców. Teraz głos otrzymała publiczność, która z tej możliwości korzystała bardzo ochoczo, poruszając kolejne ważne tematy, między innymi poruszając problem tarnowskiego skateparku czy młodzieżowych organizacji takich jak Siemacha. Pojedynek się kończył. Mówcy obu drużyn zwilżali teraz wodą mineralną zaschnięte podczas rozmowy gardła, w napięciu oczekując wyniku. Na mównicy przemawiał prezydent miasta, który obiecywał wziąć sobie wszystkie argumenty do serca, a na twarzach obu drużyn rysowało się multum emocji. Już nic nie mogli zmienić. W końcu nadszedł ten moment. Marszałek debat, pan Andrzej Król dostał kartę z wynikami, i upajając się wiedzą, którą właśnie posiadł, zaczął swoje pasjonujące i barwne przemówienie. Jednak już po chwili padł, tak bardzo oczekiwany, werdykt: „Debatę stosunkiem dużych punktów 5:2 wygrywa II LO” Nie było wybuchu radości. Pewnie olbrzymi kamień spadł im z serca, a może też... trochę już siebie i nas do tego przyzwyczaili ?

UROCZYSTA GALA ZAKOŃCZENIA TARNOWSKIEJ LIGI DEBATANCKIEJ Wszystkie zdjęcia ze stron 7-8 pochodzą ze stron internetowych tarnow.pl i miastoiludzie.pl. Możecie na nich przeczytać więcej o TLD, a także zobaczyć inne zdjęcia z finału i gali zakończenia.





This is my design Hannibal Lecter nowym królem seriali Karolina Machalska
Brian Cox, Gaspard Ulliel (a także 8-letni wtedy Aaron Thomas) i niewiarygodny Anthony Hopkins. Co łączy tych szacownych dżentelmenów? Wszyscy grali Hannibala Lectera, genialnego psychiatrę i kanibalistycznego seryjnego mordercę. Teraz do tego grona dołącza Mads Mikkelsen, portretując dr Lectera w najnowszym serialu amerykańskiej stacji NBC Hannibal.


Uwaga! Cały tekst jest przepełniony spoilerami zarówno do serialu (chociaż tych jest mało), jak i samej historii Lectera. Ale mam nadzieję, że wszyscy czytelnicy zdają sobie sprawę z jego niecnych uczynków. Co ciekawe, serial jest prequelem do historii przedstawionych dotychczas w książkach i filmach (jak większość fanów, postanowiłam zignorować większość biografii kanibala, która została przedstawiona w Hannibal – po drugiej stronie maski. Bądźmy poważni.), gdyż opowiada o wydarzeniach jeszcze sprzed Czerwonego smoka. Innymi słowy, Will Graham jest jeszcze przyjacielem Hannibala, zaś same zbrodnicze czyny dobrego doktora jeszcze nie wyszły na jaw. Naturalnie, nie pojawiła się (jeszcze, miejmy nadzieję) agentka Clarice Starling czy Mason Verger, a ze świecą można szukać tytułowych owiec. Czym więc zajmują się bohaterowie serialu, jeśli nie ciągłymi podróżami do więziennego centrum psychiatrycznego? Na brak atrakcji na pewno nie może narzekać wspomniany już Will Graham (i mistrzowsko go grający Hugh Dancy – prawdopodobnie jedna z najlepszych kreacji w jego karierze). Jego nieustannie przerywane wykłady i wieczory spędzane na beztroskiej zabawie ze swoimi psami są przetykane miejscami zbrodni, gdzie nasz neuroatypiczny (kanonicznie położony na spektrum autystycznym!) geniusz



„wchodzi” w umysły najgorszych przestępców i zabójców w celu ich zidentyfikowania i zrozumienia. Wykorzystuje przy tym swój nadzwyczaj rozwinięty zmysł empatii, który przez niektórych (ok, przez Hannibala) bywa nazywany chorobą, a przez innych darem (znowu Hannibal). Tyle czasu my  widzowie, spędzamy identyfikując z i współczując Willowi, że część fanów uważa właśnie Grahama za główną postać serialu i to pomimo tytułu. Niestety, jak można łatwo się domyślić, takie radosne wycieczki do morderczej jaźni nie pozostają bez wpływu na biednego Willa. I w tym momencie wchodzi do gry jedyny i niepowtarzalny Hannibal „actual cannibal” Lecter. Mimo początkowego ostrzeżenia, nie zamierzam nikogo pozbawiać przyjemności z odkrywania fabuły tego serialu i niesamowicie poprowadzonego rozwoju postaci i związków międzyludzkich – dość powiedzieć, że jest to zdecydowanie jedno z lepszych przedstawień Lectera i najbardziej obiecujących seriali. Ale to nie koniec przyjemności. Największą bowiem budzą we mnie genialnie napisane i zagrane postacie kobiecie. W końcu powstał serial (czy też inne dzieło kulturalne), w którym kobiety nie są definiowane tylko przez relację do mężczyzn, czyli nie są tylko przysłowiowymi „matkami, żonami i kochankami”. O nie! Mają one swoje własne cele i plany, realizują się na wszystkich polach i są naprawdę ciekawie napisane, dostając od scenarzystów pasjonujące wątki. Warto tutaj także dodać, że dwie kanonicznie męskie postacie zostały „zmienione” w kobiety (mowa tutaj o psycholożce Alanie Bloom i dziennikarce Freddie Lounds).



Zastanówmy się w tym miejscu, czy jednak możemy nazwać Hannibala idealnym serialem (a przynajmniej na tyle idealnym, na ile wrodzona natura tego świata pełna niedoskonałości mu na to pozwala). Wspaniała strona techniczna – jest. Absolutnie idealna obsada – jest (naprawdę, nie zamieniłabym ani jednego aktora). Frapująca i wciągająca fabuła – jest. Gdzie są twoje błędy, Hannibalu? Głównym argumentem przeciwników może być brutalność niektórych scen, na co wskazuje już sam opis głównych bohaterów (hello, kanibal/psychiatra i wczuwający się w morderców empata). Jednakże można z łatwością odbić tą piłeczkę – w czasie większości scen zbrodni nie ma nawet pokazanego ciała czy tez samego momentu morderstwa – te oglądamy przez oczy Willa, co pozwala nam skupić się bardziej na uczuciach i motywach bohaterów niż

Obrzydzenie widza do pewnych scen morderstw czy zwłok nie jest jednak odczuwane przy wszelkich ukazanych, wręcz przepysznie wyglądających posiłkach czy jedzeniu. Ciekawe, biorąc pod uwagę fakt, że niemal na pewno większość z nich to kanibalistyczne potrawy z ludzkich ofiar Hannibala.

samym akcie przemocy. Dodatkowo, następny niepokojący element nie pojawia się w serialu. Chodzi o seksualnie zabarwioną przemoc wobec kobiet, która praktycznie nie występuje (pomijając dziwną dominację białych, ciemnowłosych kobiet wśród ofiar – jeden z morderców miał bardzo określoną preferencję). Oczywiście, pojawiają się raz na jakiś czas sceny, przy których większość ludzi co najmniej odwróciłaby z niesmakiem wzrok. Powtarzam – już sam opis głównych postaci (nawet jednej z nich) mógłby odrzucić od seriali niektórych widzów. Jednakże, jeśli lubicie historie kryminalne, dobrze skonstruowane opowieści z dreszczykiem czy też moralnie dwuznacznych bohaterów – to serial dla was. Nie czekajcie – nie będziecie żałować. I ty możesz zostać królem polowań! (kącik kulinarny) Słowo od autora:



1. Spokój. Delikatne podchodź do ofiary. Skradaj się. Jeśli polujesz w pomieszczeniach zamkniętych: brak butów często pomaga, a skarpety tłumią wszelakie odgłosy. Ofiara nie może cię usłyszeć, nawet jeśli jesteś skazany na sukces - stres wydzielany przed śmiercią negatywnie wpływa na jakość mięsa! Jeśli wolisz jednak uniknąć bezpośredniego spotkania, użyj innych metod, np. trucizna (ale, czy jesteś pewien robić tę przykrość mięsu?). No  chyba, że strzał z kuszy. 2. Użyj fantazji! Często zmieniaj cel, nie ograniczaj się tylko do jednej metody zabijania, nawet, jeśli to szybkie skręcanie karku daje ci największą satysfakcję. Poszerzaj swoje horyzonty, a nikt nie będzie cię podejrzewał. 3. Porządek. Nigdy nie daj po sobie poznać, że sam zdobyłeś mięso. Pozostaw sobie tę wiedzę i satysfakcję - karmionych możesz uraczyć subtelną sugestią ukrytą między wierszami. I cokolwiek robisz, nawet gdy dokonujesz zabójstw, rób to  z wdziękiem, gracją i elegancją. Jak to mówią na zachodzie, "always classy, never trashy". 4. Wykorzystuj wszystko. Oczywiście mięso jest najważniejszą częścią ofiary, ale nie zapominajmy o chociażby włosach czy kościach. Wyobraź sobie minę swojej matki czy gości na obiedzie, gdyby usłyszeli od Ciebie, że twoja ostatnia poduszka zawiera prawdziwie organiczny wkład, nie znajdą bardziej naturalnych świec, a te zwierzęce dekoracje to żadne "made in China"? Umrą z wrażenia (może to  i lepiej dla ciebie, jeśli zrobią to dosłownie). Mam nadzieję, że czujesz teraz inspirację i odwagę do uprawiania tego wspaniałego sportu, jakim jest polowanie! Poczuj ten zew i wiatr we włosach. Weź życie (własne lub czyjeś) w swoje ręce! Nie daj swojemu celowi "dać nogi" (no chyba, że dosłownie)! Polecam, Dr Hannibal Lecter, M.D. PS W razie pytań proszę o pozostawienie u mnie swojej wizytówki. Na pewno się odezwę. Sztuka czytania Borys Kuca
Czytanie książek jest odkrywaniem. Odkrywaniem nowych światów, nowych bohaterów. Nowych pasji i namiętności. Nowych miłości i nienawiści, przyjaźni i animozji. Dlatego czytanie to nie jedynie odbieranie tego, co ktoś kiedyś wymyślił – to akt tworzenia.


Tworzenia własnego wizerunku danej książki, własnej interpretacji zawartej w niej opowieści oraz własnych portretów naszkicowanych w niej bohaterów. Bo czytanie to coś więcej niż zwykła konsumpcja. To kreowanie nowego świata, dla którego podstawą jest zamysł autora przepuszczony przez sito naszych doświadczeń, wyobrażeń i pragnień. To, że czytanie to twórczość sama w sobie a nie jedynie odtwarzanie, najlepiej widać na podstawie tego, jak książka jest postrzegana. Kiedy czytam jakieś dzieło, sławne lub nieznane, wzniosłe lub przyziemne, skupiam się na pewnych wybranych jego elementach. Inny czytelnik tego samego tomu położy akcent na innym jego aspekcie. Kolejny wybierze sobie coś zupełnie innego. Toteż każdy spogląda na dzieło pod innym kątem, każdy dostrzega w nim inne cechy, łącząc je z elementami z własnego życia. Ale i to nie wszystko.



Bowiem to, w jaki sposób książka jest rozumiana, nie tylko od czytelnika zależy, lecz i od tego, który raz bierze ją do ręki. Kiedy czytam książkę po raz pierwszy, jestem z reguły ciekawy tego, co się w niej wydarzy – jakie namiętności spotkają bohaterów, jakie przeszkody będą musieli pokonać, z jakimi trudnościami się zmierzą, a wreszcie – jaki czeka ich los. Innymi słowy, gdy czytam coś, z czym nie zetknąłem się nigdy wcześniej, interesuje mnie przede wszystkim akcja. Niezależnie od tego, czy płynie wartko, czy też powoli i dostojnie, czy biegnie prostą ścieżką od początku do końca, czy raczej wije się krętymi dróżkami, chcę znać odpowiedzi na pewne podstawowe pytania: co będzie potem i potem, co się stanie za dziesięć stron, a co za dwadzieścia. Co za sto, a co w ostatnim rozdziale. Przeważnie jestem wytrwały i czytam do samiutkiego końca, choćby miało mnie tam spotkać najczarniejsze rozczarowanie (o którym oczywiście wcześniej nie wiem i którego istnienia nawet nie przeczuwam). Niekiedy bywa jednak tak, że akcja biegnie wolno, że zatrzymuje się na mieliznach opisów i uparcie nie chce przeć do przodu, tymczasem ja czekam i czekam na dalszy ciąg baśni. W takich momentach dopada mnie nieraz złość i mówię sobie: Dość! nie męcz się, nie warto! to jego wina, autora, to on zawinił, nie ty! I przerywam wtedy, z ciężkim sercem odkładam książkę na bok i sięgam po coś lżejszego, co ukoi mój szczery ból po niedokończonej opowieści, którą tak haniebnie porzuciłem w środku drogi. Tak oto wygląda czytanie po raz pierwszy. Niekiedy jednak historia ma w sobie tyle niesamowitości, tyle zachwycających elementów, które wręcz zalewają i miażdżą wyobraźnię, że po zakończeniu książki napada mnie dziwna nostalgia za światem, który właśnie opuściłem. Siedzi ona we mnie, przeważnie uśpiona, lecz czasami wybucha z całą swoją mocą. I wtedy coś przekonuje mnie do tego, abym sięgnął po książkę jeszcze raz i żebym ponownie zagłębił się w jej niezwykłości i cudowności, abym jeszcze raz zakosztował tych samych dreszczów, które dotknęły mnie za pierwszym razem. Przeważnie nie mam na to czasu i z wyrzutami sumienia zaduszam w sobie tę tęsknotę za niesamowitością opowieści. Gdy jednak czasu mam w nadmiarze lub też porzuca mnie moja zwykła dokładność, zegarkowość i zorganizowanie, kiedy fantazja i chaos przejmują nade mną władzę, spychając rozsądek w najgłębsze czeluści (choć nie tak głębokie, aby nie mógł się

Ktoś kiedyś powiedział, że rozkoszą bogów jest zemsta. Możliwe. Nawet niewykluczone. Za to rozkoszą ludzi jest czytanie książek.

on z nich z łatwością wydostać), wtedy siadam na łóżku, biorę tę upragnioną książkę w ręce, gładzę przez chwilę okładkę, przyglądam się jej przez moment i wreszcie, skończywszy wszelkie rytuały, otwieram. Mój wzrok przesuwa się powoli ze strony na stronę, a moje zmysły wchłaniają te same historie, które już niegdyś pochłaniałem. Gdy więc czytam coś po raz drugi, wtedy akcja nie nurtuje mnie już tak jak za tym dziewiczym razem. Nie pędzę tak bardzo przed siebie, byleby tylko dowiedzieć się, jaki los czeka bohatera. Nie. Zamiast tego zdobywam się (choć niekiedy z trudem) na odrobinę więcej subtelności. Moją uwagę zwracają fragmenty, które kiedyś szpetnie pominąłem – artystyczne opisy, wytworne dialogi czy dogłębne charakterystyki postaci. Miast jak lokomotywa mknąć do przodu, staram się wydobyć z dzieła coś, co wcześniej mi umknęło. Przeważnie jest to treść estetyczna, lecz bywają to i nawiązania, i głębsze przemyślenia autora, i inne elementy, które niegdyś przeoczyłem. Two Kings: Bøe and Øye Katarzyna Wąs
Wszystko zaczęło się kilkanaście, a dokładnie 25 lat temu w szkolnej ławce, kiedy to razem rapowali wierszyk o nauczycielu.


Dwaj młodzi chłopcy postanowili połączyć swoje siły i zasmakować przyjaźni, która na szczęście dla nas (mnie) trwa do dziś! A mowa tu oczywiście o dwóch członkach norweskiej grupy Kings of Convenience – Erlend Øye i Eirik Glambek Bøe. Jeżeli nie słyszeliście jeszcze o tych dwóch niezwykle utalentowanych mężczyznach (a mieliście prawo nie słyszeć, jako że nie jest to komercyjna muzyka nadawana nam przez radio (zależy od radia oczywiście - Trójkę wykluczam z mniemanej komercyjnej papki, bo to właśnie tam usłyszałam po raz 1. o KoCach!)) to nic się nie bójcie, zaraz wszystko wam opowiem.



Mają na swoim koncie tylko 3 płyty, a to stanowczo za mało jak na zespół grający od 1999 roku, i to jak grający! Odpowiedzią na pytanie - dlaczego tylko 3 płyty, mogą być poboczne projekty Erlenda tj. zespół The Whitest Boy Alive, własne DJskie projekty albo fakt, że jeden mieszka w Norwegii a drugi lata po świecie (aktualnie znajduje się we Włoszech). Ale wracając do początków…  W 2001 wydali swoją debiutancką płytę Quiet is New Loud, wyprodukowaną przez producenta grupy Coldplay – Kena Nelsona. Krążek zawierający

Czy już niedługo ujrzymy taki widok na którymś z polskich festiwali? Miejmy nadzieję!

takie kawałki jak Toxic girl czy Winning the battle, losing the war spowodował, że zaczęło się o nich robić głośno w undergroundowym indiepopowym środowisku. Tym samym otworzyły im się do drzwi do większych festiwali. Potem dopiero w 2004 usłyszeliśmy od nich kolejny materiał z płyty: Riot on an Empty Street. Nowy album zagwarantował im takie recenzje jak: „A gorgeous piece of folkpop 5/5” ESQUIRE, czy „Album of the week” SUNDAY TIMES. Promujący płytę singiel I’d Rather Dance With You i  nakręcony do niego teledysk (genialny!) został okrzyknięty przez MTV (wtedy, kiedy MTV jeszcze coś znaczyło) jako najlepszy w całym 2004 roku, a to już o czymś świadczy. Następnie znowu była przerwa w działalności zespołu (spowodowała ona nawet spekulacje o dezaktywacji grupy), by w 2009 roku powrócić z ostatnim krążkiem Declaration of Dependence. Ostatnia płyta zagwarantowała im udział w Primavera Sound Festival oraz bardziej po „polskiemu” w Open’er Festiwal w Gdyni w 2010.



Podsumować można ich bardzo prosto: dwie gitary i dwa nieziemskie, niesamowicie pasujące do siebie głosy. Nie potrzebują całej orkiestry by porwać tłum, by wzbudzić w nim emocje od płaczu do śmiechu. Eirik i Erlend to zupełne przeciwieństwa, ale jak głosi powiedzenie przeciwieństwa się przyciągają i w perfekcyjny sposób uzupełniają. Dlatego, też spokojny pan psycholog Eirik wciąż wytrzymuje z rudym Erlendem, który żyje z dnia na dzień, gra na dworcach, w metrach i chodzi w ogromnych okularach. Aktualnie grupa podróżuje po świecie z trasą koncertową, tym samym mam nadzieję, że dostaniemy kolejną płytę w niedalekiej przyszłości. Ponadto trzymamy kciuki za ponowny przyjazd do Polski, jako że informacja poszła w świat a szczegółów brak… Co łączy Szymona Hołownię i Nergala?  Michał Gut
Co łączy Szymona Hołownię i Nergala?  Właściwie, nie co łączy, a raczej, co dzieli. I nie ‘co’, tylko ‘KTO’?


Szymon Hołownia, polski dziennikarz i publicysta. Znany również jako ‘ten mniejszy”, który prowadzi „Mam Talent” razem z Prokopem. Natomiast Nergal, a właściwie Adam Darski – polski muzyk, wokalista, kompozytor, lider grupy Behemoth, znany także jako ‘satanista drący Biblię i ryja’ W polskich mediach zasłynął właśnie dzięki temu incydentowi, a później za sprawą głośnego i gorącego związku z polską wokalistką Dorotą Rabczewską. Niemniej jednak nie powinno się kończyć opisu tych dwóch postaci na tak ogólnych przesłankach z ich życia. Obaj mogą pochwalić się znacznie bardziej interesującymi doświadczeniem i osiągnieciami.



Nie będę przepisywać tutaj życiorysu z Wikipedii, w ten sposób zająłbym jedynie miejsce i niepotrzebnie zanudziłbym czytelnika. Ale jeśli ktoś jednak jest ciekawy, to odsyłam do lektury biografii obu Panów. Można o nich powiedzieć, że są swoistymi reprezentantami dwóch grup ludzi, których poglądy skrajnie się od siebie różnią, wręcz przeczą sobie. Jak wiadomo, od dawien dawna wszelkie różnice poglądowe były przyczyną wielu sporów. A jeśli w grę wkracza pojęcie tak wielkie jak religia i kwestie z nią związane, to możemy śmiało powiedzieć, że mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju odwieczną wojną, która trwa i trwać będzie jak długo człowiek od człowieka będzie różny. Ale czym byłaby wojna bez pola walki…? Media to w obecnym czasie jedno z głównych miejsc starć i tak też jest w tym przypadku. Nie mam zamiaru przedstawiać obu tych postaci jako stron walczących ze sobą, raczej spróbuję ukazać Hołownię i Darskiego jako dwie niezależne osoby, reprezentujące w mediach i na polskiej scenie publicystycznej dwie grupy. Jeśli jednak o pojedynkach wspomniałem, to dla kronikarskiej dokładności należałoby dodać, że do pewnego rodzaju starcia jednak doszło… na odległość wprawdzie, ale jednak. Zła historia Nergala w mediach i środowiskach katolickich zaczyna się w 2009 roku w Gdańsku, gdy podczas koncertu Behemtoha, Darski podarł Pismo Święte, nazywając je ‘księgą kłamstw’, po czym krzyknął m.in. ‘żryjcie to gówno’, a resztą już zajął się tłum pod sceną. Media, katolicy i przedstawiciele kościoła niedługo czekali z oskarżeniem Darskiego i postawieniem go przed sądem za obrazę uczuć religijnych i zbezczeszczenie Biblii. Sam Darski i rzesza jego obrońców twierdzi, że było to jedynie część show podczas koncertu (wstawiła się za nim wówczas pewna część polityków określana jako „ziomale Nergala” oraz m.in. ks. Adam Boniecki). W 2009 roku drugie narodziny w mediach i zyskanie statusu celebryty dał Nergalowi związek z Dodą. Dzięki pokazywaniu się



na salonach przy jej boku Nergal zabłysnął w mediach w trochę innej odsłonie niż dotychczas. Serwisy plotkarskie miały istną ucztę. W 2011 roku czarę goryczy przelała jednak obecność Adama Darskiego w programie rozrywkowym w TVP. Wiele osób, głownie ze środowiska katolickiego, postanowiło wyrazić swoją opinię na ten temat. Był wśród nich również Wojciech Cejrowski, znany z walki z lewakami i przeciwnikami chrześcijaństwa, niegdyś niezbyt lubiący się z Szymonem Hołownią. Jak wszyscy jednak dobrze wiemy, wspólny wróg łączy, nie inaczej było i tym razem. Cejrowski nazwał Nergala ‘praktykującym satanistą’, a w dalszej części wypowiedzi wyraził swoje niezadowolenie z tego, że osobą taka jak Darski będzie jurorem w telewizji publicznej. Natomiast Hołownia zabrał głos dopiero po tym, gdy Darski, wygłosił swoje poglądy o ‘największej zbrodniczej sekcie’, jak nazwał kościół katolicki. W tym samym wywiadzie Nergal stwierdził o Hołowni, że jest ‘ popier…hipokrytą oraz amatorem duchowego gówna’. Hołownia nie zostawił tego bez odzewu, twierdząc, że Nergal nie



jest satanistą, a zwykłym celebrytą (ew. niedzielnym satanistą lub amatorem ateistą), który po chamsku, z pogardą i agresją głosi swoje absurdalne poglądy. Wiele wówczas mówiło się o debacie pomiędzy dwoma zainteresowanymi, jednak Hołownia na starcie wyjaśnił, dlaczego rzekoma debata nie będzie miała miejsca, stwierdzając, że z osobą zachowującą się w taki sposób i z takim nieetycznym stosunkiem do niego i religii dyskutować nie zamierza. W innym wywiadzie natrafiamy na wypowiedź Hołowni, że nie gardzi nim, mimo iż gada bzdury i z przyjemnością zmierzyłby się z Darskim na argumenty, próbując rozłożyć na czynniki pierwsze bajki, które opowiada. W efekcie do rzeczonej debaty nie doszło, a obaj panowie zbierali coraz to większe grono osób popierających jednego bądź drugiego. Szymona Hołownię i Adama Darskiego łączy to, że są współczesnymi celebrytami. Ten pierwszy ma swoich czytelników i zwolenników, którzy mieszkają w całej Polsce i poza jej granicami. Adam ma fanów na całym świecie, o czym świadczy zagraniczna sława zespołu Behemoth (choć formacja ta jest raczej zapomniana w kraju, to obiektywnie rzecz biorąc jest najbardziej znaną i osiągającą sukcesy na scenie międzynarodowej grupą z Polski). Sława, która objawiła się w mediach, gdy fani z całego świata życzyli powrotu do zdrowia. Obaj są inteligentni i dobrze wykształceni. Nergalowi w programie Kuby Wojewódzkiego zdarzyło się podać, jako dowód na nieistnienie Boga, słynny już w podstawówce przykład z kamieniem: ‘jeśli Bóg, jest wszechmogący, niech stworzy kamień, którego on sam nie będzie w stanie podnieść – jeśli go nie podniesie – nie będzie wszechmogący. Osobiście uważam, że jest to dość słaby przykład, zwłaszcza przytoczony przez osobę taką jak on. Niemniej jednak przykłady głoszenia swoich racji przez obu panów można mnożyć w nieskończoność. Jedne są bardziej racjonalne, inne mniej. Hołownia, wydając szereg ‘boskich’ książek o tematyce religijnej, jest pewny słuszności



swojej misji jako pisarz i były dyrektor stacji religia.tv o nauczaniu swoich ‘owieczek’ poprzez słowo tam zawarte. Natomiast Darski jest ‘święcie’ przekonany o tym, że za kilka lat nikt nie będzie chciał słuchać ludzi takich jak Hołownia, a chrześcijaństwo upadnie. O tym i o innych rzeczach można przeczytać w książce Nergala ‘Spowiedź heretyka. Sakrum Profanum’, gdzie znajdziemy szersze informacje o jego poglądach, dzieciństwie i ‘piekielnej’ walce z białaczką. Odsyłam więc do biblioteki po książki OBU panów celebrytów zanim ktokolwiek oceni jednego bądź drugiego. Obaj panowie mają ze sobą więcej wspólnego niż się by mogło wydawać. Stoją po dwóch stronach odwiecznego konfliktu. Celebryci, dobrzy mówcy i osoby oczytane. Po wielu odwołaniach kilka dni temu sąd uniewinnił Adama Darskiego za podarcie Biblii. Szymon Hołownia otworzył własny portal i nadal pisze dla czytelników, Adam wciąż tworzy dla swoich fanów. Każdy z nich robi to  co potrafi najlepiej. A zwycięzcy i przegranego w ‘świętej wojnie religijnej’ prędko nie będzie… Fot.: Newsweek (fotografie S. Hołowni), Flickr (Nergal). Królowie a capella Julia Foltak
The King’s Singers. Zespół wybitny. Wielokrotnie okrzykiwany najlepszą grupą wokalną na świecie. Męski sekstet a capella powstały ponad 40 lat temu, wykonujący muzykę od poważnej po rozrywkową.


Zespół fascynujący od lat nie tylko amatorów muzyki klasycznej. W branży osiągnęli status prawdziwej legendy, gdyż właśnie od około 40 lat są na topie, a od tamtego czasu - jakimś cudem - pną się tylko do góry. Budowa zespołu to od zawsze dwóch kontratenorów, tenor, dwóch barytonów i bas. Oczywiście, od powstania zespołu skład zmienił się już kilkukrotnie, jednakże nowi członkowie to zawsze prawdziwe perły. Aktualnie, pan z najdłuższym stażem, bo aż 26-letnim, to David Hurley, pierwszy kontratenor (o  nieprawdopodobnie liryczym głosie, łudząco zbliżonym do sopranu). Nawiasem mówiąc, do King's Singers nie można aplikować, nie ma żadnego castingu; aktualni członkowie



wyszukują potencjalnych zastępców wśród wokalistów z całego świata. Przykładowo, nowego pierwszego barytona "wyłowili" aż w Nowej Zelandii. Skąd jednak ich status? Co tu kryć, są po prostu zespołem idealnym... idealnym? Nawet jeśli ideałów nie ma, to właśnie oni są właśnie perfekcji najbliżsi. Po pierwsze, ich śpiew. Technika każdego z nich jest absolutnie doskonała. Poza tym, są oni ze sobą idealnie zgrani, brzmiąc zarazem jak liczny chór i jeden organizm, biorąc oddechy w tym samym momencie i wyznaczając to samo tempo utworów. Idealna kooperacja. Po drugie, ich wizerunek. Idealnie skrojone garnitury, pasujące kolorystycznie krawaty. Na scenie  nic poza delikatnym oświetleniem i paroma pulpitami z nutami. Jednak mimo braku "fajerwerków", nie da się od nich oderwać wzroku. Są absolutnie hipnotyzujący. Dzięki swojej mimice, przeżywaniu muzyki, poczuciu humoru. A nawet flirtowaniu z publiką, w czym specjalizuje się tenor Paul Phoenix. I tu mała uczta dla tych, którzy chcieliby usłyszeć ich samych, a nie tylko o nich gadania: Dla fanów Queen: https://www.youtube.com/watch?v=Sz9GyGzfihM Popis "instrumentalny" na uwerturze znanej każdemu: https://www.youtube.com/watch?v=SrXJnMvg9uI Coś na wzruszenie: https://www.youtube.com/watch?v=SfGTq71VXfo I prawdziwy "majstersztyk" - historia muzyki w 10 minut przedstawiona w dość niekonwencjonalny sposób: https://www.youtube.com/watch?v=JXhAz0DOpMU Wystarczy skopiować i juz można się cieszyć. A na koniec, krótka opowieść. Kiedy końcem kwietnia miałam niezwykłą przyjemność uczestniczyć w ich koncercie w Bytomiu – spóźnili się na niego o ponad 60 minut. Dlaczego? Okazało się, że 15 godzin wcześniej ich samolot do Katowic



zaczął się opóźniać. Woląc nie ryzykować, polecieli z Belgii do Wiednia, skąd po kolejnych problemach z transportem postanowili wynająć samochody osobowe i na własną rękę dojechać do Bytomia. Wszystko po to, by dotrzeć na koncert jak najszybciej. Mimo wykańczającej podróży, dali idealny koncert. W dodatku, po tym samym koncercie spędzili ponad godzinę poświęcając czas fanom i mimo ogromnego zmęczenia, z prawdziwym zainteresowaniem rozmawiając z nimi na kolejne tematy, czasami bardzo błahe. Cóż, wszystkim życzę takich idoli. STOPKA:



Redaktor naczelna: Karolina Machalska Dziennikarze: Katarzyna Was, Gabriela Rudna, Borys Kuca, Mikołaj Kłos, Magdalena Jewuła, Bartek Ziaja, Michał Gut, Gabriela Lis, Dominika Saładyga Opieka: Anna Lipińska