Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








TYDZIEŃ JĘZYKA POLSKIEGO W NASZYM GIMNAZJUM



Tego roku, w dniach od 20 do 24 lutego, po raz pierwszy w naszej szkole, odbył się Tydzień Języka Polskiego. W ciągu zaledwie pięciu dni wydarzyło się więcej, niż przewidywano, a to za sprawą pań polonistek i uczniów, którzy również się w to włączyli. Tydzień zaczęliśmy od wieczornej projekcji filmu „Syzyfowe prace”. W ramach dopełnienia tej inicjatywy, mieliśmy za zadanie zaprojektować okładkę pasującą do płyty z tymże filmem. Ponadto już w poniedziałek, na stronie internetowej szkoły, dostępne było wydanie specjalne gazetki. Opisano tam najczęstsze błędy językowe oraz poradzono, jak im zapobiegać. Na przerwach wręcz wskazane było wstąpienie do biblioteki, gdzie mogliśmy puścić wodze fantazji przy pisaniu wspólnego opowiadania. Jedną lekcję dziennie z kolei urozmaicono zagadkami, dotyczącymi gwary poznańskiej, nadawanymi przez radiowęzeł. Konkurs ten pokazał, na ile poznańscy uczniowie znają swój lokalny język. Odpowiedzi udzielaliśmy w bibliotece. Ponadto nauczyciele zachęcali nas do szukania najzabawniejszego tytułu książki oraz wartego zapamiętania cytatu z literatury. Nie było to łatwe zadanie, szczególnie, że miało zakończyć się wyłonieniem zwycięskich propozycji i wręczniem nagród ich autorom. We wtorek wytypowani przez polonistki uczniowie od rana czuli presję wywołaną kolejną dawką rywalizacji. Tym razem ich zadaniem było zmierzenie się z językiem polskim w formie Szkolnego Konkursu Wiedzy o Języku. Walkę o miano Mistrza Kultury Języka G11 wygrała Marta Matuszewska z klasy 3a. Gratulujemy! Dodatkowo atrakcją tego dnia był wykład prof. Ewy Kołodziejek z Uniwersytetu Szczecińskiego zatytułowane: "Kto rządzi językiem". Pani Profesor przedstawiła nam w bardzo przystępny sposób informacje o retoryce, slangu młodzieżowym i wielu innych sekretach naszego nieco skomplikowanego języka. Z dużą dawką nowej i przydatnej wiedzy próbowaliśmy własnych sił w pisaniu wierszy podczas przerw. Choć na moment mogliśmy zamienić się w profesjonalnego pisarza i stworzyć dzieło. Niezwykle pomogła nam w tym makieta z wizerunkiem Adama Mickiewicza, która wręcz motywowała nas do napisania czegoś wartościowego. W środę klasy humanistyczne i inni wytypowani uczniowie mieli zaszczyt uczestniczyć w wykładzie prof. Tadeusza Zgółki pt. "Dlaczego warto i należy mówić poprawnie po polsku?", który miał miejsce w Collegium Maius. Podobnie jak wykład prof. Ewy Kołodziejek, ten również dostarczył nam bardzo wielu dotąd nieznanych, faktów. Pan Profesor odwoływał się kilkukrotnie do języka angielskiego, podawał też przykłady ze słownika poprawnej polszczyzny, co jeszcze bardziej ożywiło całe spotkanie. Umówiliśmy się z panem Profesorem na kolejny wykład za rok. Za to w czwartek wszystkie przerwy spędzaliśmy w świetnej atmosferze, siedząc na poduszkach w bibliotece i wsłuchując się w odczytywane przez "A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają." M. Rej



pracowników szkoły fragmenty "Małego Księcia". Podczas pierwszej przerwy mieliśmy przyjemność słuchać czytającej pani dyrektor Grażyny Lach. W czasie kilku następnych - nauczycieli, którzy pokazali nam, że płynne odczytanie to nie wszystko, ponieważ trzeba zadbać o odpowiednią intonację i emocje. Całe przedsięwzięcie zakończyły oklaski i uśmiechy na twarzach. O godzinie 14.20 natomiast wszystkie klasy gimnazjalne dzielnie walczyły o miejsce w finale Konkursu Teatralnego na najlepszą inscenizację wylosowanego fragmentu lektury szkolnej. Jury wyłoniło cztery najlepsze scenki teatralne. Wśród nominowanych klas znalazły się: IIc, Ie, Ib i IIb. W piątek półfinalistów czekała końcowa eliminacja podczas uroczystego finału Tygodnia Języka Polskiego. Wszystkie klasy mogły oddać jeden głos na ulubioną scenkę. Głosowali też nauczyciele. Okazało się, że uczestnikom finału najbardziej przypadła do gustu adaptacja "Dziadów" klasy Ie. Podczas piątkowego podsumowania dowiedzieliśmy się też, że zwyciężczynią szkolnego dyktanda została Aleksandra Dziekan z klasy IIb, zdobywając tytuł Mistrzyni Ortografii G11 oraz Mistrzyni Ortografii ZSO NR 15. Podsumowano też inne konkursy, m.in. fotograficzny ("Żywe okładki"), który wygrali Olga Skolasińska z Ia oraz Jakub Lemiesiewicz z IIIa. Warto jednak pamiętać, iż nie liczy się wygrana, ale dobra zabawa i postępy w nauce. Tydzień Języka Polskiego, choć trwał tylko pięć dni, nastawił nas pozytywnie do języka ojczystego i uświadomił, że jest to ważny aspekt naszej kultury osobistej. Basia Dudzińska kl. I b Przyniosłam ostatni karton z pamiątkami do obszernego salonu. Zmeczona usiadłam, a raczej opadłam na kremową sofę i zaczęłam obserwować płomienie znajdujące się w kominku przy ścianie.



- To już wszystkie rzeczy? - spytał mój ojciec. Otarł brudną szmatką czoło, brudząc je jeszcze bardziej. - Na szczęście tak. Nie wytrzymałabym już dłużej - westchnęłam i zamknęłam oczy. Odpoczywałam po całym, długim dniu spędzonym na ustawianiu mebli i przenoszeniu rzeczy z samochodu do nowego domu. - Lily! - gwałtownie otworzyłam oczy i z przerażoną miną spojrzałam na twarz ojca. - Zejdź z kanapy. Masz brudne ubrania, a ten mebel jest nowy. - Wystraszyłeś mnie - skrzywiłam się, ale wykonałam polecenie. Rozległ się dżwięk otwieranych drzwi, a po chwili do pomieszczenia weszła moja matka. Miała na sobie ciemne, luźne, ubrudzone spodnie i koszulkę, zresztą ja i ojciec byliśmy podobnie ubrani. - Plan jest taki. Ja i tata zajmiemy się dołem, a ty się rozpakujesz i posprzątasz w swoim pokoju - oznajmiła. Już miała odejść, lecz zatrzymałam ją. - A co z Maksem? - Na niego przyjdzie pora, kiedy wróci z treningu. - odpowiedziała i znów ruszyła w kierunku kuchni, ale kolejny raz jej to uniemożliwiłam. - Myślałam, że umówiliście się z trenerem na zajecia wtorkowe i środowe? - Matka przewróciła oczami i postanowiła zignorować pytanie. - Mamo?! Odpowiedz. - Ugh, bo trener przełożył zajęcia - Wiedziałam, że zaczęłam ją irytować, ale jedno małe pytanko nie powinno zaszkodzić. - A który trener? - Lily! - Oj, chyba zaszkodziło. - Zadajesz za dużo pytań. Idź się zająć swoim nowym pokojem. Moja rodzicielka wzięła karton ze sprzętem do kuchni, a tata poszedł za nią. - Trener Phill - Ojciec odwrócił się i szepnął. Uśmiechnęłam się i weszłam po schodach na górę. Mój brat cztery lata temu przed przeprowadzką do Clayrock, co dosłownie oznacza glinianą skałę, także chodził do tego klubu piłkarskiego. Słabo pamiętam trenera Philla, ale wiem, że cechuje go skłonność do częstego przekładania zajęć. Gdy weszłam do pokoju, nie wiedziałam gdzie postawić stopę, wszędzie stały kartonowe pudła wypełnione moimi rzeczami. Przy ścianie znajdowały się wyjątkowo wysokie paczki. Zaciekawiło mnie, co w nich jest i dlaczego ich nie kojarzę. W pierwszej kolejności odsunęłam kartony na boki, tworząc ścieżkę. Kiedy dotarłam do celu, podarłam szary papier i zajrzałam, co się za nim kryje. Były to obrazy. Może i wyglądały amatorsko, ale robiły wrażenie. Oniemiałam, gdy przeczytałam, kto jest autorem tych malowideł. Czy to jest możliwe? Skąd rodzice to wzięlli? Mia. Mia Dacner. Jedno nazwisko i wszystkie wspomnienia wracają. Odsunęłam się od obrazów, wzięłam głeboki wdech i wstałam. Zapomnij, Lily. Podeszłam do komody i zaczęłam rozpakowywać książki oraz zdjęcia przedstawiające mnie i moich przyjaciół. - Felicia, Olympia, Andrew, Katrine, Lauren, Bastian,



Tristan, Lyn... - urwałam gwałtownie. Co tu się do cholery dzieje? Skąd się biorą te rzeczy? Koniecznie muszę zapytać rodziców, co oni wyprawiają. Mimo guli w gardle dokończyłam wyliczankę: - Lynda, Cadence, Matthew, Louis, Mia i Tom... - Coraz ciszej wypowiadałam imiona, a na ostatnim łza popłynęła mi po policzku. Po chwili siedziałam zapłakana na podłodze. Nie potrafiłam o nich zapomnieć, zwłaszcza o Tomie. Było to w piątek popołudniu. Wracaliśmy z dodatkowej lekcji historii. Omawialiśmy film, który oglądaliśmy na zajęciach. Nie poświęciłam mu dużo uwagi, ponieważ męczyła mnie jedna sprawa. Mój ojciec miał poważny wypadek samochodowy i dzisiaj zaplanowana była operacja. Strasznie się denerwowałam. - Lily?! - odezwał się zielonooki uśmiechnięty blondyn, Matthew. Spojrzałam zagubiona, nie byłam w temacie. - Mia zapytała cię, co myślisz o tym filmie? - Em... - zerknęłam na Toma błagalnym wzrokiem. Chłopak zmienił temat: - Dzisiaj wieczorem leci "Więzień Labiryntu", co wy na nockę u mnie? - Jasne, czemu nie! - powiedziała Cadence, wyjątkowo niska dziewczyna o krótkich, gęstych, czarnych włosach. - Która godzina? - tym razem do rozmowy dołączyła Lynda o rudawo-blond włosach. - Już ci mówię, trzecia szesnaście - oznajmiłam. Dziewczyna mruknęła podziękowania i udała się w stronę tabliczki z rozkładem jazdy. Byłam właśnie w trakcie chowania telefonu do kieszeni, gdy zabrzmiał dżwięk smsa. Odblokowałam urządzenie i zerknęłam na ekran. Od: Tom - Musisz im powiedzieć, zaufaj im Spojrzałam na nadawcę. kiwnęłam głową i kiedy Lynda wróciła do nas, odezwałam się... WERONIKA KOWALEWSKA DZIEŃ Z ŻYCIA MUZYKA Jak każdego dnia, siedziałam na balkonie oparta o mur za moimi plecami i pisałam w notatniku...



Czułam się... dziwnie po przeprowadzce z małej francuskiej prowincji do Los Angeles - wielkiego miasta, w którym dominuje hałas i spaliny samochodów. Jednak warto było zrezygnować z dotychczasowego życia dla kariery muzycznej. Podpisanie kontraktu z inną wytwórnią płytową, nagrywanie utworów, a później trasa koncertowa - tak zapowiada się najbliższy rok. Nazywam się Chloe Blake, jestem początkującą wokalistką, a tak wygląda mój zwykły dzień: Budzą mnie promienie słoneczne i trąbienie samochodów z ulicy. Jest 9.36. Wsuwam stopy w miękkie kapcie, wkładam szlafrok i ginę w mroku łazienki, w której - na szczęście - nie ma okna. To jedyne pomieszczenie chronione przed wzrokiem wścibskich sąsiadów z wieżowca naprzeciwko, którym wcale nie pozostaję dłużna. Ruchliwa ulica w dole stanowi idealną przerwę między blokami i tworzy coś na kształt sztucznego kanionu. Z salonu mogę śmiało podziwiać postępy w dziedzinie gastronomii jednej z wścibskich sąsiadek za sprawą ogromnej, przezroczystej szybywychodzącej na ulicę. Tak jest i dziś: siedzę w salonie, jedząc tosty z masłem i borówkami, i wytężam wzrok, by dostrzec panią Colle, podrzucającą niezidentyfikowany obiekt na patelni. Po chwili ląduje on na głowie sąsiadki, która ze złości aż czerwienieje. Jestem z niej dumna! Naprawdę robi postępy! Sprawdzam pocztę internetową przed wyjściem z budynku i dostaję dwa nowe powiadomienia: pierwsze to oczywiście reklama, drugie to informacja o dzisiejszym spotkaniu w studiu. Po wyjściu z wieżowca oślepiają mnie południowe promienie, więc zakładam na nos okulary przeciwsłoneczne. Kieruję się ruchliwą ulicą w stronę podziemnego garażu, gdzie odpalam silnik mojego samochodu. Warkot nowego, czarnego forda odbija się echem od ścian. Jako dziecko przejawiałam niezwykłe zainteresowanie motoryzacją i muzyką, rzecz jasna. Nie przykładałam - i nadal nie przykładam - wielkiej wagi do ubrań czy też makijażu. Różnię się od dziewczyn w moim wieku, trzeba to przyznać. Dowodem na to jest muzyka, która aktualnie płynie z głośników samochodu. Mijam piękne wybrzeże, mknąc czarną limuzyną przy akompaniamencie rockowych brzmień. Wystukuję rytm na skórzanej kierownicy i wykrzykuję pojedyncze słowa po angielsku (warto dodać, że język sprawia mi trudność tu, w Ameryce Północnej). Soczystozielone palmy rzucają swoje cienie na rozżarzoną od słońca drogę. Gdyby ktoś uchwycił ten moment, nadawałby się on do typowego hoolywoodzkiego filmu: palmy, morze i samotny samochód przemierzający wybrzeże. Jeszcze pół roku temu byłam zwyczajną, francuską dziewczyną, kończącą liceum. Od czterech miesięcy przemierzam świat w poszukiwaniu spełnienia swoich dawnych, dziecięcych marzeń. Jestem na dobrej drodze do sukcesu. Stoję przed mikrofonem już trzy godziny i wciąż nie mogę znaleźć odpowiedniej tonacji. A to za nisko, a to nie pasuje do całości. Wzdycham bezradnie i opadam na kanapę, gitarzysta odkłada gitarę, perkusista wstaje z krzesła. Chyba czas na przerwę... Basia Dudzińska Dywagacje na temat tego, do czego mogą doprowadzić rozmowy o nowej teorii wymiarów, liczbie mnogiej liczby mnogiej oraz memach i gwiezdnych wojnach. Do czego? Do stwierdzenia, że łatwo manipulować ludżmi dzięki ironii i sarkazmowi.



Po pierwsze - ironia to ukryta złośliwość, pogarda lub kpina wyrażona przy pomocy pozornej aprobaty. Po drugie - sarkazm to szczególnie złośliwa ironia; szyderstwo, kpina, drwina. Na pozór oba środki językowe są jednoznacznie negatywne. Mogą też działać odwrotnie, pod pozornie obraźliwym tekstem możesz ukryć miłe słowa, lub naśmiewając się z czyichś wad tak naprawdę wyrażasz w rubaszny sposób swoją sympatię. Jednak częściej używamy ich jako broni przeciko swoim rozmówcom. Jak to robimy? Podczas rozmowy wielokrotnie można rozproszyć swojego przeciwnika zupełnie sprzecznymi informacjami. Gdy mówimy do osoby, która nie umie wyczuć sarkazmu bądź ironii łączymy kąśliwe komentarze z normalną rozmową. Dzięki takiemu zabiegowi możemy m.in. ukryć informacje na swój temat, umieszczając pośród ironii fakty. Rozmówca najczęściej nie jest pewny tego, co się dzieje, a w niektórych sytuacjach daje to dużą kontrolę nad nim. Ironia przydaje się także podczas dyskusji z kimś mającym przeciwne poglądy, lub mądrzejszym (wtedy bitwa na słowa jest najzabawniejsza). Wówczas przydatna jest umiejętność argumentowania swoich sądów. Kiedy rozmówca stara się z całych sił, przekonać nas do swojego zdania, a my z całkowitą powagą i jak najgrzeczniej odpowiadamy mu na pozór potakując, ale "wewnątrz" naszych słów tkwią argumenty definitywnie niszczące jego rację. To najsilniejszy z możliwych sarkazm. Ironizując, jesteśmy w stanie doprowadzić do tego, że rozmówca sam będzie podkładał się pod twój sarkastyczny "strzał", tym samym ośmieszając siebie i prawdy, które głosi. Ironia tym bardziej może rozdrażnić i rozproszyć naszego oponenta, że widzi on, iż nie jest w stanie nas przekonać, a w dodatku dostrzega, że... świetnie się bawimy, z łatwością odbijając wszystkie argumenty strony przeciwnej. Sprawa wygląda zupełnie inaczej gdy rozmawiasz z osobą, która rozumie sarkazm. Wtedy trudno wyjść na prowadzenie w bitwie na słowa prowadzonej w sposób spokojny i kulturalny, natomiast w przypadku kłótni szanse na wygraną rosną. Gdy sarkastycznie będziemy wypowiadać się na temat jego słów, a zarazem wyrazimy ironicznie swoją rację, przeciwnik będzie się niepotrzebnie złościł i to go rozłoży na łopatki. Ważne jest, by swe poglądy wyrażać w sposób niepodlegający dyskusji, to nie da przeciwnikowi możliwości wykorzystania naszych własnych słów przeciw nam. Jednocześnie dobrze jest szukać błędów logicznych w jego wypowiedzi.
Po co? Żeby mu je wytknąć. To jeszcze bardziej osłabi jego pewność siebie i - być możę - doprowadzi do rezygnacji z walki o swoje racje, dzięki czemu wygramy pojedynek. Nawet jeśli jednak przegrywamy, dzięki ironii możemy pokazać, że... nie zależy nam na wygranej. Oponent wówczas widzi, że zwycięstwo nic mu nie da, bo (pozornie, ale on tego nie wie) nas to wcale nie obchodzi. W pewnym momencie - gdy już wyrobisz sobie opinię ironisty - możemy... ironicznie zacząć traktować swoją własną ironię. Mechanizm jest prosty: mówimy wprost, co


sądzimy na temat danego zjawiska, osoby, nie owijamy w bawełnę, a nasi znajomi myślą, że to nie prawda, tylko sarkazm. Na tym etapie mistrz sarkazmu może manipulować rozmową, jak tylko chce. Jednak trzeba uważać, niektórzy mogą się obrazić. Podsumowując w prosty sposób dzięki ironii i sarkazmowi można manipulować ludźmi. Pytanie tylko - czy to moralne? Nie, jednak w większości przypadków, gdy jesteśmy na tyle inteligentni, że z łatwością posługujemy się sarkazmem, nie mamy oporów by wykorzystać go chociaż częściowo do osiągnięcia naszych celów. Nawiązując do tytułowego pytania - ludzie nie zawsze są frajerami, ale jesteśmy w stanie - przy pomocy odpowiednich środków językowych, doprowadzić do tego, że nasz rozmówca sam zrobi z siebie głupca. [Metody przetestowane, potrzebna jest jednak umiejętność dopasowania poziomu okrucieństwa do rozmówcy, gdyż możesz w ten sposób stracić znajomych, którzy uznają cię za zwykłego chama. Korzystaj ostrożnie.] S ***Między zimą a wiosną - cz. I ***



Szłam powoli przez miasto. Śnieg padał delikatnie, a chodnik był śliski. Drzewa, przysypane białym puchem, ruszały swymi gałeziami na wietrze. Czując tę piękną aurę, byłam w znakomitym humorze, chociaż u mego boku brakowało przyjaciółki. Sandra miała w zeszłym tygodniu ciężką operację. Chciałam jak najszybciej ją zobaczyć, chociaż wiedziałam, że na razie nie czuje się najlepiej. W szkole było mi jej brak. Siedziałam samotnie na korytarzu, wpatrując się błyszczącymi, zielonymi oczyma w ogromne okno ukazujące mi świat. Szare smutne niebo z niewyraźnie wychodzącym z mgły blokowiskiem. Dawno nie doznałam uczucia, które dokuczało mi niemiłosiernie, ale też wprawiało w nastrój głębokiej melancholii i wiecznego namyślenia. Czasem spoglądałam po swoich kolegach i koleżankach z klasy. W ich oczach widziałam jakby współczucie. Moja druga przyjaciółka była obecnie w Londynie na chrzcie swojego kuzyna. Tak jak pisałam, byłam zupełnie sama. Na lekcjach nie potrafiłam się skupić. Patrzyłam po klasie błędnym wzrokiem, próbując skoncentrować się na geografii, jednym z najtrudniejszych, jak dla mnie przedmiotów. Nigdy nie byłam dobra z nauk ścisłych, zwłaszcza jeśli nie rozumiałam ostatniego tematu. Teraz było podobnie. Odwracając się, zauważyłam, że nagle zza zakrętu wyjechał autobus linii pięćdziesiąt jeden. Zaczęłam biec najszybciej, jak tylko mogłam. I wtedy poślizgnęłam się na oblodzonej powierzchni. Przez dłuższą chwilę nie mogłam wstać, a kiedy wreszcie osiągnęłam swój cel, autobus dawno odjechał już z przystanku. Obróciłam się na pięcie, znów omal nie upadając, i zauważyłam przed sobą chłopca z mojej klasy. - Nic ci się nie stało? - zapytał łagodnie. - Tak, chyba jestem cała - odparłam z okropnym zawstydzeniem. Próbowałam się pozbierać. Podniosłam z ziemi moją lekko przybrudzoną parasolkę i poprawiłam plecak nieustannie zsuwający mi się z lewego ramienia. - Zastanawiam się, dlaczego akurat w tym miejscu jest lód... - westchnęłam z zakłopotaniem. Zachichotał, ale ja już wiem, co on mógł o mnie pomyśleć - wielka niezdara. Po chwili okazało się, że wracamy do domu tym samym autobusem, tyle że ja wysiadam jeden przystanek później. Kiedy już zostałam sama, myślałam nad tym, że z tego Sekundyna to jest niezły przyjaciel. I że on chyba jest też takim wielkim ciamajdą, bo nic mu się nie udaje. "Muszę go przedstawić Sandrze i Basi" - pomyślałam, gdy silne podmuchy wiatru ustały na chwilę i mogłam swobodnie choćby oddychać, nie mówiąc już o chodzeniu. Kolejne dni nie były już takie nudne. Wiedziałam, że znalazłam kolejną bratnią duszę. CDN. KAROLINA BUKOWSKA Kobiece rozważania



Polki uzyskały prawa głosu dopiero w 1918 roku, długo o to prawo musiały jednak walczyć. Dostały je jako prezent wraz z odzyskaniem niepodległości. Dziś - teoretycznie - mają takie same prawa jak mężczyźni. Pomimo to kobiety wciąż są dyskryminowane, np. na rynku pracy, zarabiając mniej na tych samych stanowiskach, co mężczyźni. Dzieje się taki, mimo tego, iż liczba kobiet i mężczyzn z wyższym wykształceniem jest podobna. Polskie prawo zabrania dyskryminowania osób ze względu na płeć, jednak pomimo tego i tak kobiety często są ofiarami przemocy płynącej z nienawiści. Kobiety stanowią też 98% ofiar przemocy w rodzinie. Aby poruszyć tę kwestię na skalę światową, ONZ ogłosiło datę 25 listopada Międzynarodowym Dniem Walki z Przemocą Wobec Kobiet. Pamiętajmy, że prawa człowieka są takie same dla wszystkich ludzi bez względu na rasę, płeć, orientację seksualną, wyznanie, pochodzenie etniczne, społeczne, narodowe czy przekonania polityczne. Są niepodzielne i powszechne dla wszystkich ludzi. Są fundamentem demokracji, wolności, sprawiedliwości oraz pokoju - jak czytamy na stronie Amnesty International. Gabriela Molata 1B MÓJ SEN



Może zacznę od początku... Powoli zaczynała się wiosna. Wraz z koleżanką wracałyśmy po lekcjach do domu. Było już dość późno, więc powoli się ściemniało. Wsiadłyśmy do autobusu. Nareszcie, byłam pewna, że to właściwy przystanek i że za chwilę znajdę się w domu, ale przestrzeń, którą ujrzałam, w niczym nie przypominała okolicy mojego zamieszkania. Boki nierównej asfaltowej ulicy porastały krzewy i drzewa. Zaczęłam się trochę bać, Szczególnie wtedy, kiedy pomyślałam sobie, że tam w domu czekają na mnie rodzice i na pewno są zaniepokojeni. Usiłując powstrzymać lęk, zeszłam nieco w dół po lekko stromej dróżce. Uznałam, że w zupełnych ciemnościach nic nie wskóram, więc usiadłam pod ogromnym kamieniem. Wkrótce zasnęłam. Noc minęła mi bardzo szybko. Obudziwszy się, najpierw usiadłam na owej skale i, rozpaczając, próbowałam ułożyć jakiś sensowny plan dotyczący wydostania się z tego odludzia. Postanowiłam pozwiedzać okolicę. Nieopodal znajdowało się niewielkie jeziorko porośnięte niezbyt gęstym lasem. Było bardzo ładnie i przymusowy pobyt w tym miejscu przestawał mi nawet dokuczać poza jedną kwestią - miałam ze sobą tylko plecak bez jedzenia ani picia. Nagle zauważyłam nadjeżdżający samochód. Wysiadł z niego... mój wujek. Jego pasją jest i zapewne przyjechał nad jezioro, by coś złowić. Powinnam poprosić go o pomoc, jednak nie miałam odwagi, aby powiedzieć mu, że jestem tu od wczoraj i nie wiem, jak wrócić do domu. Miał ze sobą psa, który z pewnością wyczułby mój zapach. Przemknęlam więc szybko, tak aby mnie nie zauważył. Ukryłam się za małym, świerkowym zagajnikiem i obserwując sytuację, zaczęłam obmyślać plan. Zrobiłam też kilka zdjęć moim telefonem, aby pokazać je rodzinie i znajomym. Spojrzałam na godzinę. Powinnam być na WFie! Po chwili ruszyłam w drogę, która miała być moją powrotną drogą do domu. Pobłądziłam chwilę, aż wreszcie w oddali zauważyłam mój blok. W drodze myślałam, że muszę jeszcze kiedyś powrócić w tamto miejsce. Co było potem, chyba nie muszę już mówić. Rodzice nie byli zadowoleni... A jeszcze chwilę potem - otworzyłam oczy, wyskoczyłam z łóżka i zaczęłam szykować się do szkoły. Karolina Bukowska Nie kupuj, adoptuj!



Bohaterowie mojego reportażu to: była pracownica sklepu zoologicznego, pani Ania, wolontariuszka fundacji Viva Gryzonie, pani Dorota i prowadzące Toruński Dom Tymczasowy Martyna i Karolina. SKLEP ZOOLOGICZNY  Wchodząc do "sieciówki" można zobaczyć półki zastawione różnorodnym towarem przeznaczonym dla zwierząt oraz same zwierzęta - gryzonie, żółwie, ptaki, pajęczaki, jaszczurki, rybki akwariowe. Wszystkie wycenione. Nie widać jednak, jak wygląda cały proces ich sprowadzania ani jak są traktowane. Nikt nie ma odwagi wypowiedzieć się na ten temat, bojąc się o utratę pracy. Nikt prócz pani Ani, która ma dosyć kłamstw.  Umawiając się na spotkanie z panią Anią wiedziałam mniej więcej, czego mam się spodziewać. Ale to, co usłyszałam na spotkaniu naprawdę mną wstrząsnęło.                                                                                                                  Kobieta wita mnie i zaprasza do wnętrza jej domu. W kuchni, przy stole, pijąc herbatę rozmawiamy na temat poprzedniej pracy pani Ani. Kiedy dowiedziała się o otrzymaniu pracy w sklepie zoologicznym była przeszczęśliwym miłośnikiem zwierząt. Ma nadzieję, że jej słowa dotrą do wielu osób.  Zwierzęta brane są z hodowli, ale nie tych zarejestrowanych, które polecamy. Przychodzą w kartonikach, wraz z towarem, w których często można było znaleźć martwego zwierzaka. Wówczas robiło się odpis i szczurka, myszkę czy chomika zamrażało się dla węża - mówi pani Ania.  Przy dostawie brano zwierzę za kark, ogon, sprawdzano płeć i wrzucano do pozostałych bez jakiegokolwiek dopuszczania i asymilowania. Można się domyślić, że po takiej dostawie rano znajdowano "odpady". Zwierzęta były dzikie, nie miały wcześniej kontaktu z ludźmi, często wkładało się je do akwarium w rękawicach, żeby nie zostać pogryzionym. Na zapleczu stały zaciążone, chore osobniki w maleńkich klatkach i w zależności od sklepu oglądał je weterynarz i usypiał (bo nie opłacało się leczyć zwierzaka) lub nie oglądał i same padały. Tak jak w poprzednim przypadku robiło się odpis i karmiło się nimi węża. Nikt nie zastanawiał się, dlaczego dostawy nie przychodzą w ciągu dnia, kiedy jest pełno ludzi. Dorzucaliśmy je wieczorami, a rano robiliśmy porządek - opowiada.                              Klient to dla Pani Ani bardzo drażliwy temat. Najczęstsze pytanie, z jakim się spotkałam to: "Witam, szukam zwierzątka dla dziecka, czy mogłaby mi pani coś polecić?". Na usta cisnęło się "sklep z zabawkami obok" - mówi była ekspedientka sklepu zoologicznego.                                       Ludzie przychodzą, kupują zwierzę bez podstawowej wiedzy o jego potrzebach, bez znajomości gatunku. Jedna  pani chciała kupić świnkę morską i trzymać ją w malusieńkiej klatce, bo "ona nie ma warunków". Kupują zwierzę jak koc w sklepie – aby pasowało -dodaje.                                        Najgorszy okres to święta, które notabene nadchodzą. W święta idzie taka ilość zwierząt, żeczłowiek się za głowę łapie. Po okresie świątecznym "prezenty" znajdowane są w tych samych kartonikach, w których zostały kupione, między towarem. Niestety takie zwierzę nie może ponownie trafić do sprzedaży i trafia bardzo często na karmę. Pani Ania opowiada, że zdarzało jej się w rękawach wynosić zwierzaki, które nie dawały rady. Szukała im wtedy domów.
Jestem ogromną przeciwniczką nabywania zwierząt w sklepach zoologicznych, ale nie potępiam też ludzi, którzy właśnie tam kupili zwierzę, ponieważ wielka grupa sympatyków zaczynała właśnie od sklepów zoologicznych z powodu niewiedzy - uważa pani Ania. Zgadzam się z jej zdaniem – nasze społeczeństwo jest za mało wyedukowane w tym temacie.   DOM TYMCZASOWY   Z umówieniem się na spotkanie z Martyną, która wraz z przyjaciółką, Karoliną prowadzi Toruński Dom Tymczasowy, nie miałam żadnych problemów, ponieważ znałyśmy się już wcześniej.   W dwupokojowym mieszkanku jeden pokój zajmuje Martyna, a drugi "tymczasy", czyli zwierzęta odebrane z różnych interwencji. Aktualnie dziewczyny załatwiają inspektorat, by mogły odbierać zwierzaki na mocy prawa. Decyzja o rozpoczęciu działalności TDT była


bardzo spontaniczna. Najpierw wszystko było przygotowywane na przybycie nowych domowników - mówi przyjaciółka Martyny, Karolina.  Koleżanki miały dużo chęci do pomocy małym stworzonkom.   Budżet przeznaczony na leczenie zwierzaków i karmę dla nich reperują, wystawiając uszyte przez siebie zestawy mebelków do klatki na licytację. Obecnie na utrzymaniu Toruńskiego Domu Tymczasowego znajduje się 28 szczurów, w tym jedna ciężarna samiczka.     Prowadzące Dom Tymczasowy Martyna i Karolina potrafią nie przespać nocy, przejechać wiele kilometrów, byleby tylko uratować choć jedno istnienie.    Na moje pytanie, czy jest problem ze znalezieniem domu stałego zwierzakom, Martyna odpowiada: - Nie ma problemu ze znalezieniem jakiegokolwiek stałego domku szczurkom, ale ze znalezieniem takiego, który mógłby zapewnić im godne  warunki życia już jest. Wydając zwierzaka, wymagam wypełnienia ankiety, wizyty przedadopcyjnej, krótkiej rozmowy oraz podpisania umowy, a już na etapie przeprowadzania ankiety można wstępnie określić, czy dana osoba jest gotowa na przyjęcie zwierzaka.   Według dziewczyn adoptowane zwierzęta mogą dać tyle samo, a nawet więcej miłości i ciepła, co te kupione w sklepie zoologicznym, hodowli czy też pseudohodowli. Podsumowując, bycie domem tymczasowym to nie jest łatwy kawałek chleba, ale daje ogrom satysfakcji i radości współmiernych do włożonego w to wysiłku - mówią.



W fundacji najczęściej odbiera się zwierzaki bezpośrednio od ludzi, którzy się z nimi sami zgłoszą. Czasem "bo samiczka urodziła dziesięcioro młodych i nie mam z nimi co zrobić", czasem "bo wyjeżdżam za granicę i muszę je oddać".   Niekiedy fundacje przyjmują też od ludzi zwierzęta wyciągnięte ze sklepów zoologicznych, za darmo, po przekonaniu właściciela. Przejmuje się też je od osób z różnych portali ogłoszeń lokalnych, a także od inspektoratu, który odebrał zwierzęta właścicielom. Spektakularne interwencje zdarzają się rzadko, ale również bywają. Gryzonie przebywają w domach tymczasowych ulokowanych na terenie całej Polski.     Gdy zadałam pytanie, czy ciężko jest później wyadoptować zwierzęta pani Dorota odpowiedziała: - To bardzo zależy od zwierzęcia. Maluchy szybko "schodzą". Miewamy też dożywotnie "tymczasy", czyli zwierzęta, które z jakiegoś powodu nie mają szans na znalezienie domu stałego. Na przykład są bardzo stare lub wymagają specjalistycznej opieki. Zdarza się oczywiście znaleźć chętnego na starsze, czy schorowane zwierzę, ale rzadko, bo nie przekazujemy "trudnych" gryzoni osobom niedoświadczonym.      Procedura adopcyjna w fundacji Viva Gryzonie to ankieta adopcyjna, wizyta przedopcyjna oraz umowa.  Mając ankietę, wolontariusze mogą doradzić wybór zwierzaka. Kiedy widzą, że przyszły opiekun jest osobą niedoświadczoną, a chce wziąć zwierzę, które wymaga regularnego podawania leków lub gdy dana osoba ma starsze stado, a chce dołączyć do niego energiczne maluchy, które by się nudziły lub męczyły starsze osobniki - odradzają i doradzają wzięcie pod swój dach innego zwierzaka. Zdarza się także odmówić adopcji, co wyróżnia fundację na tle sklepu zoologicznego i hodowli.         Adoptując zwierzę, zawsze dowiemy się wiele o jego życiu przed adopcją. W fundacji działa tzw. "infolinia pomocowa" - adoptujący może zawsze skontaktować się z domem tymczasowym, z którego wziął zwierzaka z prośbą o poradę. W razie czego można także zwierzaka oddać (kiedy stało się coś, przez co musimy go oddać lub kiedy mimo starań nie udało się włączyć gryzonia do istniejącego stada) -  zapewnia wolontariuszka Vivy. Na moje pytanie, jakie jest zdanie pani Doroty odpowiada z uśmiechem: - Adoptować Ola Dziekan II b Walentynkowa nienawiść



Wzięłam głęboki oddech. Ze skupieniem obserwowałam panią Wirczak rozdającą sprawdziany z angielskiego. Jak zwykle chłopak za mną starał się zwrócić na siebie uwagę. Słyszałam, że do mnie szepcze, ale nie odwróciłam się. Przewróciłam oczami. Jurek był kompletnym palantem. Podczas pisania nie raz słyszałam szept mojego prześladowcy: - Hej, Sylwia, oguchłaś? Moja wściekłość sięgnęła zenitu. Po sprawdzianie podeszłam do pani i rzekłam tak: - Proszę pani, czy może pani przesadzić Jurka Birka? Ten bałwan cały czas mnie rozprasza. Nauczycielka powiedziała, że jeszcze zobaczy. Po wyjściu z klasy Jerzy mnie zaskoczył. - Cześć skarżypyto. Pewnie zaczęłaś skarżyć, co? Twój charakter nie pasuje do twoich włosów - stwierdził. No tak. Zawsze uważałam swoje rude włosy za pomyłkę. Postanowiłam zaatakować. - Przynajmniej nie mam takich białych włosów jak ty. Jesteś okropnym dzidziusiem ze żłóbka - odparłam mściwie i odeszłam. Był 12 lutego. W liceum zaczęli szykowć dekoracje do walentynek. Nie cierpiałam tego dnia. Rzuciłam rzeczy do szafki i poszłam w kierunku klasy od polskiego. Niestety, po drodze spotkałam swoją nieprzyjaciółkę, Matyldę. Specjalnie dała mi wielkiego kuksańca i rzekła: - Oj, przepraszam, panno Pożar! - krzyknęła z udawaną skruchą. - Odwal się, Matyldo. Przestań, ok? - powiedziałam z nienawiścią. Matylda tylko zachitotała złośliwie i poszła dalej. Z niechęcią weszłam do klasy i usiadłam z Iwoną. Dziewczyna powiedziała do mnie: - Słyszałam, że Jurek zamierza dać ci walentynkę, czy to prawda? - Prędzej na głowie wyrośnie mi kaktus -odparłam. Wtedy wszedł sam Jerzy. Przechodząc obok, mrugnął do mnie. Zignorowałam go. Nie wiadomo, jak to by się skończyło, ale weszła nasza wychowawczyni, pani Halina Giress. Po przywitaniu się powiedziała do nas: - Dziś będziemy rozmawiać o walentynkach u nastolatków. Proszę się podzielić na pary, ale musi być chłopak i dziewczyna. Przewróciłam oczami. Nasza wychowawczyni nie mogła mieć gorszego pomysłu. Po jej słowach uczniowie błyskawicznie się ustawili. O, zgrozo! Zostałam tylko ja i Birek. Jęknęłam, gdy skierował się w moją stronę. - Cześć ślicznotko. Zdaje się, że się cieszysz, bo jesteśmy razem- rzekł z pewnością siebie. - Baardzo! Wprost mam nadzieję, że to będzie wspaniały czas - odparłam z ironią. W końcu nadszedł upragniony koniec lekcji. Przysięgłam sobie, że już nigdy nie dopuszczę do tego, co stało się na wychowawczej. W końcu Jerzy to bałwan. Weronika Wilkowska Tej nocy śnił mi się wspaniały sen. Żeglowaliśmy przez otwartę morze, kiedy nagle ujrzeliśmy wyspę. Nie posiadałam sie z radości. Zaspanymi oczami spojrzałam na Sky'a, który jak zwykle stał przy sterze. Wyglądał na bardzo zadowolonego, jednak nie wiedziałam z jakiego powodu...



- Co cię tak cieszy? - A czemu miałbym się nie cieszyć? - odparł z jeszcze większym uśmiechem. Spojrzałam na niego zaciekawiona. Kiedy zauważyłam, że dobijamy do brzegu, krzyknęłam zachwycona. - Czyli to jednak nie był mój sen! - Śniło ci się coś takiego? - zdziwił się Sky. - Szybciej, szybciej! - skakałam ze szczęścia. - Co to za wyspa? Czy ktoś tam mieszka? Czy będziemy mogli tam przenocować? Czy... - Dziewczyno, opanuj się. Skąd ja mam to wiedziedzieć? - powiedział, przytrzymując mnie, żebym przestała skakać. - A skąd my weżmiemy pieniądze? Przecież ja mam szesnaście lat, a ty... Ty tylko dziewiętnaście, sam nie zarobisz na naszą dwójkę - zaczęłam panikować. - Spokojnie, damy sobie radę. Najpierw może dopłyńmy do tej wyspy. Po piętnastu minutach byliśmy już przy brzegu. Wybiegłam na ląd, nie oglądając sie za siebie. To, co ujrzałam, zwaliło mnie z nóg. - To to to... - zająkałam się. - To niemożliwe. Chciało mi się płakać, nie mogłam znieść myśli, że to była wyspa... - Stardos - powiedział załamany Sky. - Czy to morze jest na tyle małe, że w miesiąc zdążyliśmy całe je opłynąć? - sama nie wierzyłam w swoje słowa. - Coś tu jest nie tak. - Dlaczego to przytrafia sie akurat mnie? Nie starcza im, że ty... Oj, przepraszam, wiem, że ta cała sytuacja nie była twoją winą. - Chodź lepiej, trzeba sprawdzić, co tu się dzieje - powiedział, łapiąc mnie za nadgarstek. Musiałam za nim pójść. Doszliśmy do placu, wszystko wyglądalo normalnie, jednak.. Coś z tą wyspą musi być nie tak. - Trzeba się kogoś zapytać, czy gdzieś w pobliżu znajduje się jakaś biblioteka lub antykwariat. Podeszliśmy do pierwszej osoby, którą zobaczyliśmy, jednak ta nie potrafiła odpowiedzieć na nasze pytanie. Spotkaliśmy kolejne dziesięć osób i znowu nic. - Czy ktokolwiek zna tę wyspę? Tylu ludzi mieszka tu na stałe, a nie umieją odpowiedzieć, gdzie znajduje się jakaś głupia biblioteka - odparłam zmęczona. - Przecież ta wyspa nie jest taka duża! - Nie jest taka duża?! - Usłyszałam męski głos za plecami: - To jest ogromna wyspa, znajdująca sie na ogromnym morzu - powiedział stary człowiek w bardzo znoszonych ubraniach.



- Najwidoczniej nie takim dużym morzu - mruknął pod nosem Sky. - Co tam mamroczesz? - dopytywał się mężczyzna ze złą miną. - Chodzi nam o to, że to morze nie jest duże, skoro przepłynęliśmy je w miesiąc, a nie zmienialiśmy kursu. - Miesiąc... - zamyślił się nieznajomy. - W takim razie ten czas już nadszedł - powiedział do siebie. - Jaki czas? O czym pan mówi? - zapytał Sky, jednak ten nie odpowiedział, tylko z zamyśloną i zdezorientowaną miną poszedł w drugą stronę. - Halo! Proszę pana... Co tu się dzieje? Nie odpowiedział, więc podążyliśmy za nim. Co dwa kroki kulał i syczał z bólu. - Wszystko w porządku? - zapytałam zaciekawiona. - Ciiiiiii. Przewróciłam oczami i spojrzałam na zniesmaczoną minę Sky'a. Złapał mnie za dłoń i uśmiechnął się. Zawstydziłam się i opuściłam wzrok. Sky zaczął się ze mnie śmiać. Wciąż trzymając się za ręce, podążaliśmy za starcem. - A właściwie... - zaciął się, spoglądając na nasze splecione dłonie. - Jak macie na imię? - Jestem Kola, a to jest Sky. - Ja jestem Genzo. - Czym się Pan zajmuje? - zaciekawił się Sky. - Kiedyś pracowałem w piekarni, jednak na mojej zmianie cała spłonęła. Teraz pracuję w antykwariacie... - Ach! Dzięki Bogu! - przerwałam mu. - Przepraszam kontynułuj. - W antykwariacie zajmuję się działami - historia i magia. - Magia powiadasz... - zamyślił się Sky. - W takim razie możesz nam się przydać... - Co masz na myśli? - Pewnie uznasz nas za wariatów, ale nasza historia jest w 100% prawdziwa - odparłam. Opowiedziałam mu o całym wydarzeniu, od samego początku aż do chwili obecnej. W pierwszej chwili nie chciał mi uwierzyć, tylko śmiał się i prychał, jednak gdy stopniowo wsłuchiwał się w dalszy ciąg historii, jego mina poważniała. - Chyba jednak wam nie pomogę - powiedział ze zdenerwowaną miną i odszedł pośpiesznym krokiem. - Coś mi się wydaje, że wiesz coś na ten temat - krzyknął za nim Sky. - Nie, nie wydaje ci się - powiedział zmieszany. - Genzo! Powiedz mi, o co tu chodzi! - wrzasnęłam na niego. - Żądam wyjaśnień! - No jak mam ci powiedzieć, skoro ja nic nie wiem - zakłopotany odwrócił wzrok. - Przestań kłamać - zezłościł się Sky. - To dla mnie bardzo ważne, pewnie mnie nie rozumiesz, ale od jakiegoś miesiąca, może nawet dłużej, jestem poza domem i bardzo martwię się o bliskich. Na pewno wszyscy mnie szukają i zastanawiają się, co strasznego mnie spotkało. Myślał przez chwilę i pokazał nam, byśmy poszli za nim. Weszliśmy do starego i zaniedbanego domu. Było tu dużo zabytkowych mebli okrytych płachtami, na ścianach wisiały wizerunki monarchów oraz mapy świata, na których widniały zmiany granic. Genzo zaprowadził nas do małego pomieszczenia, w którym znajdował się jedynie stół z rozłożonymi grubymi zakurzonymi książkami. - Usiądźcie - odparł Genzo. - Opowiem wam historię... Jakieś 50 lat temu tej wyspy jeszcze nie było na mapie, nagle znikąd się pojawiła, tak po prostu. Kiedyś byłem poszukiwaczem i moim celem było zbadanie jej. Po roku poszukiwań bez rezultatów postanowiłem powrócić do domu. Gdy wypłynąłem w morze, zacząłem dostrzegać dziwne zjawiska, takie jak słońce zastygłe w miejscu lub całkowity bezruch wody.



Wtedy myślałem, że mam paranoję, nie wierzyłem swoim zmysłom. Chciałem jak najszybciej wrócić do domu, ponieważ tam czekała na mnie narzeczona, za miesiąc mieliśmy brać ślub. Jak tylko zobaczyłem ląd, wiedziałem , że coś jestnie tak, ten czas za szybko minął. Po przybiciu do brzegu zrozumiałem, że zatoczyłem koło i utknąłem na tej wyspię aż do teraz. - Nigdy nie próbowałeś się stąd wydostać? - zapytałam zasłuchana. - Nie, ponieważ stąd nie ma ucieczki. - Jak to nie ma?! Musi być! - wykrzyknęłam zdruzgotana, podciągając nogi i chowając twarz w dłoniach. Sky podniósł się z krzesła, podszedł i objął mnie ramionami. - Stąd nie ma wyjścia, utkneliście tu na ZAWSZE. CDN. Gabriela Molata 1BLudmiła Śliwieńska Skład redakcji: Opiekun: Ludmiła Śliwieńska Redaktor naczelny: Dawid Sas III a Dziennikarze: Karolina Bukowska I c Barbara Dudzińska I b Monika Dych I c Wiktoria Kordylewska II b Weronika Kowalewska I b Gabriela Molata I b Weronika Wilkowska I c Grafika: Jakub Lemiesiewicz III a Współpraca: Kinga Meller I d Franciszek Psuja I c Karolina Wojtuś I c ****** Wydawca: Zespół Szkół Ogólnokształcących Nr 15 Gimnazjum nr 11 os. Chrobrego 107 60-681 Poznań ******* Wszystkich chętnych uczniów zaraszamy do współpracy z naszą redakcją. środa 14.30-16.00 s. 36 Zimowe noce cz. II



Po odkryciu, że potrafię kontrolować pogodę myślałam, że już nic nie może mnie zaskoczyć. Myliłam się. Bardzo. Skąd miałam wiedzieć, że na świecie istnieją ludzie, którzy są inni. Teraz żyję w legionie Zimowym. Są 4 takie: Wiosenna, Letnia, Jesienna i oczywiście ta ostatniej pory roku. Dowiedziałam się, gdzie moje miejsce. Ja, Irlana Saunt już od dawna pragnę zemsty. Chcę zemsty na człowieku, który zniszczył to, co kochałam. Po moich zimnych i bladych policzkach stoczyły się łzy. Oczywiście natychmiast wokół mnie zaczął padać śnieg. Musiałam wziąć się w garść. Weszłam do swojej komory. Tu każdy miał własną. Sięgnęłam po naszyjnik ze śnieżynką, który leżał na łóżku. Ostatni prezent od matki. Ktoś zapukał do drzwi. Była to Gera, zaprzyjaźniłam się z nią od razu. Była przed wszyskimi zamknięta. Tak samo jak ja. Zapewne dlatego się dogadywałyśmy. - Jak tam Irla? Zdaje się, że znowu jesteś smutna?- spytała. - Nie, wszystko w porządku. Dlaczego przyszłaś? - Pan Wintr chce cię widzieć - odpowiedziała Gera, którą znam najdłużęj ze wszystkich. To ona mnie znalazła w lesie i przyprowadziła tutaj. Jeszcze nie wiem, jaką ma moc, pomimo że jestem tu już 2 tygodnie. Aha, każdy legion ma swojego przywódcę. U nas jest nim pan Wintr i podobno potrafi zmieniać się w niedźwiedzia polarnego. Tego wszystkiego dowiedziałam się od mojej najlepszej (i jedynej) przyjaciółki. Na razie nigdy nie miałam okazji go poznać, więc byłam rada, że mogę to w końcu zrobić. Gera zaprowadziła mnie do jego apartamentu. Był to wielki, lodowy budynek, tak niezwykły, że musiałam na chwilę przystanąć w miejscu. W końcu oszołomiona znalazłam się przed drzwiami od gabinetu. Cicho zapukałam i weszłam. Gdy rozejrzałam się po pokoju pomyślałam, że znajduję się w lodzie. Okazało się, że większość gabinetu zrobiono z zamarzniętej wody. - Panie Wintr? - zawołałam cicho. Nikt się nie odezwał. Zaczęłam oglądać rzeczy w pokoju. Patrzyłam na biurko, komodę, szufladę i inne meble. Nie znalazłam niczego interesującego. Nagle, przechodząc koło łóżka, zauważyłam pod nim tajemniczy błysk. Schyliłam się i podniosłam lśniący przedmiot. Był to szafirowy medalion na szyję, połyskiwał w świetle. - Jaki piękny- szepnęłam. Nie miałam więcej czasu, by go przebadać, bo nagle drzwi się otworzyły i stał w nich pan Wintr. Był to mężczyzna w kwiecie wieku. Miał krótkie, jasne włosy i przenikliwe szaroniebieskie oczy. Jego twarz była surowa i bardzo prawdopodobne, że nigdy się nie uśmiechał. Na szczęście nie zobaczył, że dotykałam jego własności, usłyszawszy,że ktoś wchodzi, wsunęłam OPOWIADANIE W ODCINKACH ~~~~~~~~~~~~~~~~



klejnot na miejsce. - Witam, jesteś zapewne Irlana Saunt, zgadza się?- zagadnął mnie. - Tak, to ja, a pan mi się nie musi przedstawiać - odezwałam się. Nie odpowiedział. Zaczął spacerować po pokoju, jednocześnie mi się przyglądając . Byłam oburzona bezczelnym patrzeniem na mnie. W końcu zawołałam: - Proszę, niech pan przestanie! - byłam zła. - Słyszałem, że potrafisz kontrolować pogodę emocjami - nie odpowiedział na moją uwagę. Przytaknęłam. - Ile masz lat?- zaczął mnie wypytywać. Nie odpowiedziałam. Nie chciałam, by wszyscy mogli ze mnie czytać, jak z książki. Pan Wintr opowiedział o przepisach, jakie obowiązują w naszym legionie. Nie wolno wychodzić poza bramy. Nie wolno dużo używać swoich mocy i trzeba być posłuszym wobec władz. - Możesz odejść - usłyszałam słowa, na które tak bardzo czekałam. Wyszłam szybko z gabinetu i skierowałam się w stronę wyjścia. Tam czekała Gera. - I jak było? - spytała zaciekawiona. Opowiedziałam jej o klejnocie, choć nie byłam pewna, czy jest to godny uwagi temat. Gera nic o nim nie wiedziała. - A jak on wygląda?- zapytała. - Był piękny. Połyskiwał jakby była w nim woda - zamyśliłąm się. - O co chodzi?- zaciekawiła się moja przyjaciółka. - Gero- rzekłam- chyba mamy do rozwikłania tajemnicę. Gera spojrzała na mnie z uśmiechem. cdn. Weronika Wilkowska kl. I c Jak kupować, żeby nie żałować?



Wspólcześnie kupowanie wcale nie należy do prostych czynności. Żeby kupować odpowiedzialnie, trzeba zwracać uwagę na wiele rzeczy. Oto kilka uwag, które być może pomogą Czytelnikom w odpowiedzialnych zakupach. Zanim wyjdzie się do sklepu, należy wykonać parę czynności. Trzeba spisać listę rzeczy do kupienia, by nie jeździć wiele razy (pamiętajmy, że czas to pieniądz, a każda jazda samochodem do centrum handlowego wpływa negatywnie na poziom zanieczyszczeń w powietrzu) oraz żeby nie zapomnieć o ważnych produktach. Gdy mamy w planach zakupy, powinniśmy zbierać własne torby. Nie należy brać w sklepie za każdym razem jednorazówek, ponieważ plastikowe torebki szkodzą Ziemi i bardzo długo się rozkładają. Dobrą praktyką jest kupowanie lokalnych produktów lokalnych by wspierać firmy z danego kraju. Warto szukać wyrobów ekologicznych, które są zdrowsze od tych oferowanych przez sklepy sieciowe.. Nie powinno się też nabywać towarów zbędnych – takich jak na przykład: chipsy, cocacola. Jeśli już się takie rzeczy kupuje, to z umiarem i rzadko. Nie należy też przesadzać z ilością kupowanych słodyczy, one rujnują nasze zdrowie, ponieważ w 90% składają się z cukru. Trzeba zwracać uwagę, czy kupowana rzecz jest jeszcze zdatna do spożycia. Te informacje pojawiają się na kapslu, zakrętce – w wypadku napojów lub na wierzchu opakowania. Oprócz daty ważności warto czytać skład produktu, który wybieramy. Podczas zakupów powinniśmy poszukać informacji, z jakiego kraju pochodzą wybrane przez nas produkty. Czy przypadkiem nie wyprodukowano ich w krajach znanych z brutalnego traktowania pracowników – takich jak Chiny, Birma, Indonezja, Tajlandia. Jeśli rzeczywiście towar pochodzi z wyżej wymienionych krajów, to trzeba się zastanowić, czy nie można kupić zamiennika wytworzonego gdzie indziej. Te same zasady dotyczą zakupów towarów przemysłowych, kosmetyków, ubrań. Radzę kupować z myślą o swoim zdrowiu, o zawartości swojego portfela , ale także z myślą o przyszłości naszej planety. Franciszek Psuja Pewnego dnia słyszałem historię najcenniejszego z babcinych skarbów. Bardzo mnie poruszyła, poprzedni właściciel opisywanego przedmiotu był niesamowity, był elfem! Talizman przyniósł mu wiele szczęścia, ale finał tej jakże ciekawej przygody był tragiczny.



Chciałem opowiedzieć ją moim przyjaciołom: Jadwidze, Mariuszowi i Bogdanowi. Streszczałem historię talizmanu, co jakiś czas robiąc dramatyczne pauzy, żeby wzrosło napięcie. - Tak zakończył się żywot elfa, w dość makabryczny sposób... - powiedziałem. - Słaba historia, Ryszardzie - rzekła jak zawsze niezadowolona Jadwiga i poprawiła okulary na swoim lekko zgarbionym nosie. - Skądże! Jest świetna! Aż mnie ciarki przeszły! - zawołał Bogdan w mojej obronie. - Po prostu nie masz dobrego gustu, jeśli chodzi o opowieści. Cały czas byś tylko siedziała z nosem w książkach historycznych oraz czarowała. Jadwiga wzruszyła ramionami i spojrzała na Bogdana z góry. Mariusz jedynie przyglądał się sytuacj, a ja po cichu się ewakuowałem. Następnego dnia okazało się, że talizman zniknął. Ja i babcia szukaliśmy zguby po całym domu, lecz go nie znaleźliśmy. Starsza pani usiadła na ręcznie rzeźbionym stołku i poczęła gorzko płakać. Początkowo zacząłem ją pocieszać, ale co innego przykuło mą uwagę - była to wizytówka jedynego krawca w mieście, wilkołaka. - Idę odwiedzić pana Wolfina! - krzyknąłem zdeterminowany do babci i zamknąłem drzwi frontowe. Pan Wolfin był oszalałym staruszkiem, który nigdy nie pogodził się ze śmiercią żony i syna. Oboje zabiły wampiry. Gdy tylko wszedłem do jego domu, zauważyłem przeistaczającego się w swą dziką postać gospodarza. W lewej dłoni dzierżył zgubiony talizman. Odgłosy wiatru zagłuszały szaleńczy śmiech mężczyzny. Uciekł, chciałem za nim biec, ale był za szybki. W drzwiach do kolejnej izby stanęła młoda dziewczyna, na oko moją rówieśniczka. - Tato, gdzie żeś poszedł? - krzyknęła i mnie zauważyła. - Mój ojciec znowu coś zepsuł? Przepraszam najmocniej! Jestem Sekundyna Wolfin. Przedstawiłem się i opisałem sytuację. Powiedziałem, że jej ojciec ukradł wisior mojej babci. Niewiasta rzekła, że pokryje koszty, ale po usłyszeniu co można uczynić, mając talizman, zakrzyknęła: - Musimy go znaleźć! Może sobie coś zrobić! Wybiegła z domu, wcześniej prosząc mnie, bym zebrał swoich przyjaciół i udał się jak najprędzej na najbliższą łąkę. Zapytałem Jadwigę, OPOWIADANIE FANTASY...



czy pójdzie ze mną ścigać krawca. Nie oponowała, ale na jej twarzy malował się grymas. Bogdan i Mariusz powiedzieli młodszej siostrze, by zaopiekowała się piekarnią i chorą mamą, a oni pójdą z nami. Na łące czekała przeistoczona Sekundyna. Miała brązowe futro i długie łapy. Warczała troszkę na czarownicę i dwóch braci, lecz gdy mnie zauważyła, wystawiła język w przyjaznym grymiasie: - Znalazłam trop, chodźcie zamną. Wszedłem na grzbiet Mariusza, z racji tego, że jest on minotaurem, jak jego brat, było szybciej i wygodniej przemieszczać się w ten sposób. Jadwiga użyła jakiegoś czaru i zaczęła lewitować, a przed nami na mocnych łapach biegła Sekundyna. Wtem znaleźliśmy się na peronie 5. Wilkołaczyca ciężko dychała i w mgnieniu oka przemieniła się w człowieka. - To krawiec! - wrzasnął Bogdan, a tłum ludzi i elfów krzywo na nas spojrzał. Wolfin zaczął uciekać, będząc ciągle pod postacią wilka, do lasu. Rozłączyliśmy się, bracia i Jadwiga pobiegli dorwać go od tyłu, a ja wraz z zielonooką mieliśmy odciągnąć jego uwagę. Podczas gonitwy za złodziejem, serce biło mi jak szalone. Widziałem, że jeśli go nie złapiemy, to może skończyć jak elf z opowiadania babci. Czułem przypływ pewności siebie i energii. Krawiec zatrzymał się. Widać było, że nie miał siły, by dalej wiać. Sapał głośno i przemienił się w człowieka. - Tato, odłóż talizman! Może zrobić ci krzywdę! - krzyknęła Sekundyna ze łzami w oczach, wiedziała, iż jej ojciec zaczął tracić zmysły. - Córciu, kochana moja! To nasza szansa, by przywołać duchy twego brata Sobiesława i twej matki Jagny! Nie możemy tego zmarnować! - Siła tego przedmiotu jest zbyt wielka, by ktokolwiek mógł ją okiełznać z niej skorzystać! - powiedziałem przejęty. Mariusz i Bogan zaczęli biegać wokół mężczyzny. Obwiązywali go grubym sznurem. Pan Wolfin był zbyt zszokowany, by wykonać jakikolwiek ruch. Związany wilkołak padł na kolana, a Jadwiga rzuciła na niego jedyne znane mi zaklęcie, czar wymazania pamięci. Jego oczy błysnęły przez moment bielą. - Możecie już iść, wracać. Dziękuję za pomoc. Tylko przysięgnijcie mi, że nikomu nie rzekniecie o obłędzie mego taty - prosiła blondynka. - Przyrzekamy! - powiedzieliśmy jednym głosem, a nasza koleżanka uśmiechnęła się. Wróciłem do domu kilka godzin później. Czułem się trochę winny, że nie pomogłem panience Wolfin zabrać jej ojca do domu, ale zarzekała się, iż poradzi sobie sama. Trzymałem zgubę w prawej dłoni. - Jak mogłeś tak zniknąć! - oburzyła się babcia, widząc mnie, a następnie mnie przytuliła. - Mogło ci się coś stać! Twe zdrowie jest najważniejsze! Przeprosiłem i położyłem się na moim drewnianym, skromnym łóżku. Wszystko zakończyło się dobrze, ponieważ ojciec Sekundyny zapomniał o całej sytuacji, a babcia nie dała mi kary za pogoń i zostawienie jej na cały dzień samej, zmarwionej. Karolina Wojtuś Kl. I c __________________________________ Redakcja Głosu Gimnazjalisty G11 serdecznie zaprasza wszystkich chętnych na spotkanie ze znakomitym podróżnikiem i wnukiem słynnego pisarza Arkadym Fiedlerem. Spotkanie odbędzie się w ramach Klubu Odkrywców i Reporterów 5 kwietnia o g. 17.00 w auli szkoły. Zapraszamy wszystkich uczniów szkoły do opisywania swoich pasji. Chcemy utworzyć rubrykę pokazującą, czym interesują się gimnazjaliści z G11. Cykl otwiera tekst Wiktorii Kordylewskiej. Mam pasję
Według mnie moja pasja jest bardzo nietypowa. Mianowicie lubię pisać opowiadania o różnej tematyce. To fanfiki, opierają się głównie na stworzonych przez profesjonalnych pisarzy książkach. Piszę naraz w około dziewięciu zeszytach i w jednej aplikacji. Jeden z zeszytów jest wyjątkowy, ponieważ piszę w nim własną, autorską miniksiążkę. Opowiada ona o pewnej dziewczynie, która trafia


do szkoły razem ze swoim najlepszym przyjacielem. Więcej zdradzić nie mogę. Razem z moimi przyjaciółkami czasem żartujemy, że to, co robię, jest nienormalne i powinnam się leczyć. Zawsze się przy tym śmiejemy. Kilka osób namawia mnie do wydania moich opowiadań, lecz ja zawsze odmawiam, mówiąc im, że byłby to plagiat, gdyż tak jak wyżej wspomniałam, te wszystkie historie, oprócz jednej, oparte są na już wydanych książkach. Chociaż kto wie, może pewnego dnia, gdy będę starsza o kilka lat lub kilka miesięcy, na półkach w księgarniach pojawi się całkiem nowa lektura, nie za gruba, nie za cienka, nosząca tytuł "Amicitia", autortwa... Wiktorii Kordylewskiej. Cóż mogę więcej powiedzieć. Pozostaje mi tylko podziękować tym osobom, które mnie wspierają i we mnie wierzą. Oto ja i moja pasja. Wiktoria Kordylewska II b