Musisz zainstalować flash player pobierz instalator




WIOSENNE WYDANIE GŁOSU GIMNAZJALISTY G11



Egzamin gimnazjalny już w przyszłym tygodniu. Niektórzy nazywają go "małą maturą". W opinii naszej redakcji jest jednak trudniejszy niż matura. Dlaczego? Po pierwsze - nie można go poprawić. Po drugie - dotyczy wszystkich przedmiotów. Po trzecie - od niego zależy, czy dostaniemy się do wymarzonej szkoły średniej, a do jakiejś się dostać musimy, bo w Polsce obowiązek nauki kończy się dopiero w 18 roku życia. Nie możemy więc, jak licealiści po oblanej maturze, zrobić sobie roku przerwy i np. wyjechać w podróż po Europie. Co nas czeka tuż po Świętach? 19 kwietnia, w środę - egzamin z języka polskiego oraz z historii i WOS - u. 20 kwietnia, w czwartek - egzamin z biologii, chemii, fizyki i geografii oraz z matematyki. 21 kwietnia - piątek - egzamin z wybranego języka na poziomie podstawowym i rozszerzonym. Szykując się się na egzamin gimnazjalny, musimy pamiętać, co wolno nam wnieść ze sobą na salę. Nie możemy zapomnieć o legitymacji szkolnej. Trzeba zabrać także przybory do pisania i rysowania. Chodzi o pióro lub długopis z czarnym tuszem lub atramentem i linijkę. POD ŻADNYM POZOREM NIE MOŻEMY ZABRAĆ ZE SOBĄ - NAWET W KIESZENI, Z WYŁĄCZONYM GŁOSEM - TELEFONU, SMARTFONA CZY TABLETU! Za to komisja może nas usunąć z sali. Zapomnijmy też o słownikach, a na matematyce - o kalkulatorach. Przed egzaminem odwiedźmy toaletę. Podczas pisania nie wolno opuszczać sali. Co prawda to tylko 60 min (pierwsza część) i 90 min (druga część), ale w sytuacji stresowej lepiej zapewnić sobie jak największy komfort pisania. A w dniu egzaminu - koniecznie zjedzmy rano śniadanie. Schowajmy do kieszeni chusteczkę do nosa, nie spóźnijmy się i... poprośmy przyjaciela, by kopnął nas na szczęście. I pamiętajmy, że jesteśmy mądrzy i inteligentni. Na pewno sobie poradzimy. Tylko spieszmy się powoli, jak mawiali starożytni. POWODZENIA! (RED.) Jak na świecie obchodzi się Wielkanoc? Informacje zebrała - Monika Dych z kl. 1 c



Wielkanoc to święto chrześcijańskie, które upamiętnia zmartwychwstanie Chrystusa. W Polsce obchodzimy je, m.in. malując jajka, a potem spotykając się z rodziną na niedzielne śniadanie. Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak w innych miejscach na świecie ludzie obchodzą to święto? CZECHY Tylko jeden dzień w tygodniu wielkanocnym nosi miano wielkiego, "Wielki Piątek". Pozostałe dni określane są kolorami: środa jest czarna, czwartek - zielony, a sobota - biała. Do tradycyjnych czeskich potraw należą "judasze" - ciasteczka z mąki pszennej, podawane z miodem. SŁOWACJA Wielkanoc rozpoczyna się w czwartek. Od 10 rano przestają bić dzwony, a rozpoczynają klekotać kołatki, słychać je aż do Białej Soboty. Wiekszość z nas nie interesuje sie tym, jak znane nam z obserwacji zwyczaje wyglądają w innych państwach i regionach. A szkoda...



WŁOCHY I HISZPANIA Urządzane są tu procesje zwane Passos. Ubrani na czarno wierni maszerują od kościoła do kościoła. Droga Passos udekorowana jest czerwonymi kobiercami ozdobionymi liśćmi palmy i kompozycjami kwiatowymi. Uczestnicy procesji zakładają na głowę kaptury, a kobiety czarne chusty lub kapelusze z woalkami. FRANCJA Święta Wielkiej Nocy we Francji mają charakter mniej religijny a bardziej handlowy. W Niedzielę Palmową Francuzi święcą gałązki bukszpanu. Popularną tradycją jest szukanie całą rodziną czekoladowych jaj. NIEMCY W Wielką Sobotę, w północnych i środkowych Niemczech wieczorem przed kościołami katolickimi rozpalane są ogromne ogniska. W niedzielę wielkanocną rodzice chowają pomalowane jaja, zajączki z czekolady oraz inne słodycze, a dzieci szukają ich w mieszkaniu lub ogrodzie. Zwyczaj oblewania się wodą w poniedziałek wielkanocny jest całkowicie obcy. ROSJA Wielkanoc na wschodzie nazywana jest Paschą. Zgodnie z przyjętym w cerkwi kalendarzem juliańskim, święto to obchodzi się nieco później niż u katolików. W okresie Wielkiego Postu przez 40 dni prawosławni nie powinni spożywać mięsa, ryb, nabiału i białego pieczywa. Większość rosyjskich restauracji w tym okresie oferuje specjalne postne menu. Ścisły post obowiązuje w Wielki Piątek i Wielką Sobotę. AUSTRALIA W poniedziałkowy poranek dzieci zbierają jajka w ogrodzie, a następnie wymieniają się z rówieśnikami. Tradycyjny wielkanocny posiłek składa się z wieprzowiny i kurczaka, smażonego z ziemniakami, marchewką i dynią. USA Święta ograniczają się do jednego dnia. W niedzielę wielkanocną organizowane są konkursy na najciekawszy Easter Bonnet (kapelusz). Dzieci zbierają jajka schowane przez Easter Bunny, a później muszą je zjeść. Zajączek przynosi dzieciom prezenty. W koszyczku znajdą się najczęściej słodycze, owoce oraz drobne upominki. SZWECJA Tam panuje zwyczaj przebierania się za Påskkäringar czyli "wielkanocne wiedźmy" przez dziewczynki w wieku 5–11 lat. W Wielką Sobotę spacerują po domach i w zamian za ofiarowanie świątecznych kartek, laurek i życzeń Religia, obyczaje i tradycje kultywowane w Polsce są nam doskonale znane, obserwujemy je bądź są nam przekazywane z pokolenia na pokolenie.



zbierają łakocie. W Szwecji obowiązuje również zwyczaj przyozdabiania brzozowych gałązek różnokolorowym pierzem. ANGLIA Nazwa świąt obchodzonych w anglosaskiej tradycji zawdzięcza swoją nazwę bogini wiosny Eostre. W Wielkanocnej tradycji jaja to symbol wiosny i nowego życia. Na północy kraju, w Preston, obowiązuje zwyczaj turlania ugotowanych na twardo jaj. W innych regionach ludzie bawią się, trzymając jajko w dłoni i uderzając w jajko przeciwnika. Przegrywa ten, którego jajo pierwsze zostanie uszkodzone. Symbolem świat na wyspach jest zając. BIAŁORUŚ To jedyna poradziecka republika należąca do Wspólnoty Niepodległych Państw, gdzie najważniejsze katolickie święta - Wielkanoc i Boże Narodzenie - są świętami państwowymi i dniami wolnymi od pracy. NORWEGIA Påske, czyli Wielkanoc, to przede wszystkim ostatnia okazja do wyjazdu na narty. Przerwa świąteczna jest jedną z najdłuższych w całej Europie. Rozpoczyna się w środę popołudniu przed Wielkim Czwartkiem i kończy we wtorek po poniedziałku wielkanocnym BRAZYLIA Wielki Tydzień rozpoczyna się od poświęcenia palm, które często są zaplatane w różne kształty, np. krzyża. Na ulicach rysowane są kolorowe symbole związane ze świętem i odbywają się procesje. Jedną z tradycji jest malhaçăo de Judas. W różnych publicznych miejscach umieszcza się kukły Judasza, które każdy przechodzień może „poobijać”. Niekiedy lalki są publicznie spalane. AFRYKA W afrykańskiej tradycji szczególną oprawą odznacza się wigilia Wielkiej Nocy. Tego wieczoru wierni biorą udział w renowacji i dekoracji kościołów. Wśród świątecznych dań dominuje pieczony ryż z wołowiną lub kurczakiem. Na stole obowiązkowo musi znaleźć się iguana (nazywana przez tubylców sopa de garrobo) - potrawa podawana z dodatkiem ryżu i warzyw, która posiada moc wzmacniającego afrodyzjaku. Jest to bardzo stara tradycja, która w niektórych rejonach Afryki już zamiera. Warto poznawać kulturę naszych blizszych i dalszych sąsiadów. Przecież jesteśmy w zjednoczonej Europie. A to nas do czegoś zobowiązuje. W NIEZNANE



Szłam powoli skąpaną w świetle słońca drogą. Plecak na moich barkach obciążał mnie i fizycznie, i psychicznie - miałam dosyć szkoły. Na dzisiaj i na zawsze. Skręciłam w maleńką uliczkę prowadzącą do mojego domu. Jeszcze chwila i będę mogła w końcu odetchnąć od hałaśliwych szkolnych korytarzy, nauczycieli grożących kartkówką i wszechobecnej szkolnej głupoty. Będę tylko ja i całe tony książek, przy których mogę odciąć się nawet od mojego upierdliwego brata. W zamyśleniu chwyciłam klamkę drzwi wejściowych i wparowałam do domu, a następnie do mojego pokoju i rzuciłam się na łóżko. Moja rybka zachlupała radośnie w swoim akwarium. -Cześć. Nie podlizuj się, i tak dam ci jeść. Podeszłam leniwie do biurka, z szufladki wyciągnęłam pudełeczko i już po chwili zadowolona ryba wyłapywała małym pyszczkiem drobne płatki. Znowu usiadłam na łóżku. -Ty to jesteś małym grubaskiem. Zwierzak spojrzał na mnie wymownie, z wyższością i odpłynął w kąt, wachlując swoim bordowo - błękitnym ogonem. Zaśmiałam się cicho i wzięłam pierwszą lepszą książkę. Już miałam zacząć czytać, kiedy nagle usłyszałam donośny głos mojej mamy, co oznaczało, że albo znowu oblałam matematykę, albo ktoś do mnie przyszedł. Wstałam ponownie i powlokłam się do salonu. -Taaaak? -Chyba ktoś do ciebie. Mówiąc ,,ktoś", miała na myśli ,,mojego starego przyjaciela", który na mój widok wyszczerzył zęby w uśmiechu. -Idziemy? Zmarszczyłam brwi. -Gdzie? Uśmiechnął się jeszcze bardziej, co wydawało mi się niemal niemożliwe. -Zobaczysz... *** Jak się czuje ktoś, kto z zawiązanymi oczami prowadzony jest do zupełnie nieznanego sobie miejsca przez osobę, której nie widział od jakichś... sześciu miesięcy? Świetnie. Parę razy prawie wpadłam na słup, a raz nawet przewróciłam się o coś, co w dotyku przypominało korzonek. Oznaczało to, że znajdujemy się w pobliskim lasku znanym z licznych, kwiecistych polanek. Już tutaj czułam słodką woń fiołków i uderzający zapach lawendy. Mimowolnie się uśmiechnęłam, wdychając cały leśny aromat przy delikatnym śpiewie ptaków. Jednak, jak to ja, musiałam coś zepsuć. Z głową w chmurach nie poczułam, że pod moimi stopami gleba układa się w niewielki spadek, który potem przeradza się w dosyć stromy pagórek. Upadłam, pociągając za sobą przyjaciela i razem stoczyliśmy się (przy okazji obijając się o wszystkie kamyki, korzenie i wybrzuszenia) w wielką kępę trawy. Cała obolała wstałam, chwytając się za głowę. Opaska zsunęła się z moich oczu i mogłam zauważyć, że to, co wcześniej nazwałam ,,kępą trawy", tak naprawdę jest jedną z tych wszystkich polanek, a niedaleko znajdowała się głęboka jaskinia. Rozejrzałam się w poszukiwaniu mojego towarzysza, jednak nawet po przeszukaniu całej polany nigdzie nie mogłam go dostrzec. Wiedziałam, co teraz nastąpi. Muszę spenetrować jaskinię. Zajrzałam nieśmiało do środka, licząc na to, że cokolwiek lub kogokolwiek znajdę, jednak bez sensu było gapić się w ciemną przestrzeń. Na dworze również nie było lepiej - nastawał zmierzch, a nadchodząca ciemność szybko spowiła łączkę w ponurym cieniu. Zadrżałam na myśl, że miałabym spędzić choć jedną noc w tym lesie. Tym bardziej, że nie znam drogi powrotnej. Wyjęłam z kieszeni telefon, którym posługuję się w ,,ostatecznej ostateczności" i spróbowałam skontaktować się z moimi rodzicami, bezskutecznie. No jasne. Telefon doładowywałam raz na parę miesięcy, bo jakoś nie przepadam za rozmowami telefonicznymi, częściej używam go do słuchania muzyki. A teraz zwyczajnie nie miałam kasy na koncie. Z cichym westchnieniem zapaliłam latarkę, oświetlając sobie zejście do głębin jaskini. Wszystko będzie dobrze. Zejdziesz tam, zgarniesz przyjaciela, wyjdziesz, a już



niedługo razem będziecie się śmiać z tej historii. A na przyszłość, nigdy nie dawaj sobie zasłonić oczu. Przecież nagle może się okazać, że takich jaskiń jak ta jest o wiele, wiele więcej. Chyba jest źle, bo zaczęłam rozmawiać sama ze sobą. Przepraszam, wróć. Jest bardzo źle. Wzięłam głęboki oddech i kazałam sobie wziąć się w garść. Nikt za mnie nic nie zrobi. To moje czyny ułożą się w jeden los i to ode mnie zależy, jak nim pokieruję. Moje życie jest moją grą i ja ustalam zasady, a jeśli zrobię zły ruch, to będzie mój błąd. Spojrzałam jeszcze raz w dół i poświeciłam latarką, obmyślając plan działania. Postawiłam ostrożnie nogę na wystającej skale i powoli zsuwałam się w dół, przy okazji boleśnie zdzierając sobie skórę z łokci i dłoni. Zastanawiałam się, co może robić właśnie moja mama i czy już wezwała policję, aby natychmiast zaczęli poszukiwania. Znając życie, zdążyła wydrukować ogłoszenie o moim zaginięciu, choć nie ma mnie dopiero od trzech godzin. Tak. Całkiem możliwe, że moja mama jest nieco nadopiekuńcza. Otrząsnęłam się z tych myśli dopiero, kiedy nie zdałam sobie sprawy, że klęczę przy jakimś głazie i go obejmuję. Z lekkim zdziwieniem wstałam i otrzepałam się z ziemi. Zdziwiona byłam tym, jak ta jaskinia była... ,,urządzona". Wszędzie na ścianach można było zauważyć ciemnoczerwone malowidła, a na podłożu walały się jakieś sterty papierów, wyglądające jak projekty architektoniczne. W ściany powbijane były włócznie i noże, nadające wnętrzu złowieszczy wygląd. -Emm... jest tu kto? - zapytałam nieśmiało. Weszłam w głab, z przerażeniem i jednoczesną ulgą odkrywając, że nie jestem tu zupełnie sama. Dobra i zła wiadomość. Dobra - znalazłam w końcu mojego przyjaciela. Zła - z moim przyjacielem był jeszcze KTOŚ. Wysoki chłopak z gęstą, czarną grzywą, opadającą niesfornie na jego jasnozielone oczy i z szerokim uśmiechem dziwacznie komponującym się z jego jasną cerą. Na tors wciśniętą miał czarną bluzę z przydługimi rękawami, a na nogach - umazane błotem jeansy. Nieznajomy przeszywał mnie wzrokiem na wylot, powodując tym samym ciarki na moich plecach. -Zimno ci? - skrzywił się. - Kim jesteś i czego od nas chcesz? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie. Nie podobał mi się ten koleś. Tym bardziej jego umiłowanie do dziwnych i ciemnych jaskiń. Roześmiał się melodyjnie. -Od twojego przyjaciela niczego nie chcę. Może dlatego, że mnie nawet nie widzi. Zmrużyłam oczy. No, jeśli ten chłopak myśli, że ma na sobie pelerynę niewidkę, to nie jest chyba najmądrzejszą osobą na świecie. Ja również. Roześmiał się ponownie, widząc mój wyraz twarzy. - Naprawdę, nie mam pojęcia, co pana tak bawi, tym bardziej, że kompletnie nie wiem, jak się stąd wydostać. Chwilka. Może lepiej niech będzie tak. Ja zabiorę mojego kolegę - wskazałam na kulącego się w kącie Filipa (tak, mój przyjaciel nazywa się Filip) - i jakoś wyjdę z pana... jaskini, a pan będzie mógł się w spokoju pośmiać z zaistniałej sytuacji. No, to ten... ja chyba się będę zbierać. Do widzenia! - rzuciłam, jednak nieznajomy chwycił mnie za nadgarstek. - Nie tak prędko. - Chce pan mieć do czynienia z policją? Niedługo pewnie przyjadą, moja mama maczała w tym palce. Chłopak powstrzymał się od kolejnego napadu śmiechu. - Jak mają złapać twój strach? Oj, jaka ty jesteś głupiutka! - schylił się, aby stanąć ze mną twarzą w twarz i zrobił głupią minę. Jaki strach? O czym ten koleś mówi? Za dużo czytałam fantasy. Od dziś sama literatura faktu i poezja! - Przepraszam, ja zostawię tu pana samego... z pana światem... ja odejdę. Kroczek... kroczek... Nie boimy się dlatego, że coś jest przerażające [...]. Coś jest przerażające dlatego, że się boimy. Luis de La Higuera
A! Zapomniałabym. Przyjaciel. Właśnie. Biorę przyjaciela. Odchodzę. Kroczek...kroczek... - STÓJ! MASZ TU ZOSTAĆ! ROZUMIESZ TO, CZY NIE?! - ryknął. Z wrażenia upadłam i wykręciłam sobie kostkę. Syknęłam z bólu, a ten ,,strach" dostał nagłego ataku śmiechu. - Czy mógłby mi pan pomóc? Czy nie widzi pan, że ja sama nie dam rady? Pewnie jest tu gdzieś apteczka, wystarczy tylko poszukać! - Nie pomogę ci! Masz się mnie bać! Spojrzałam na niego z ukosa, wykrzywiona w bólu. - Proszę sobie nie żartować. Mam się bać PANA? Czy pana histerycznego śmiechu? Chłopak urażony prychnął: - Ale masz się... - JA NIE WYTRZYMAM Z PANEM! CO PAN SOBIE MYŚLI? Jestem w lesie, tak? Lubię lasy. Lubię jaskinie. Nie lubię pana. Czego mam się niby bać? Nietoperzy? Zauważyłam, że to nim nieco wstrząsnęło, więc dodałam: - Proszę pana. Przeczytałam tysiące książek. Bardzo możliwe, że czegoś się boję, jak każdy człowiek. Jednak książki nauczyły mnie na


pewno jednego: strach należy przezwyciężać. A nie bawić się nim w kotka i myszkę. Jeśli chce pan kogoś nastraszyć, proszę się bardziej postarać. Albo najlepiej niech pan znajdzie sobie jakieś hobby. Nieznajomy zadrżał lekko: - Hobby? - Tak. Może... niech pan zacznie uprawiać sport. Bo widać, że raczej właśnie tego pan potrzebuje. Spojrzałam za siebie: - Filip? Pomożesz mi, czy nie? *** Po wielu minutach ciężkiej wspinaczki w końcu dotarliśmy na polanę i padliśmy zmęczeni na mokrą od rosy trawę. Księżyc w pełni oświetlał nasze strudzone twarze słabym blaskiem, a podmuchy nocnego wiatru odgarniały nam włosy z czoła. Ptaki ucichły, schowane w swoich dziuplach, raz po raz tylko słychać było słabe głosy sów. Woń kwiatów jednak nie osłabła - nadal pachniała z pełną mocą, wzbogacona o świeży zapach mokrej trawy. - Ej - zaczął mój przyjaciel - mam pytanie. Uśmiechnęłam się. - Wal śmiało. Westchnął, a po chwili zapytał: - Z kim ty tam rozmawiałaś? Kaja Klim kl. I b REKOLEKCJE W SZKOLE - CZY MAJĄ SENS? DWUGŁOS UCZNIOWSKI



JESTEM NA "NIE" Moim zdaniem znaczna część młodzieży idzie na rekolekcje tylko dlatego, że są krótsze niż normalne lekcje. Mentalność naszego pokolenia sprawia, że tracą one sens. A przecież mają służyć przygotowaniu nas do najważniejszych świąt katolickich - Wielkiej Nocy. A my traktujemy je jak ...lekcje. Ktoś znowu robi wykład. Tym razem przekazując nam partię wiadomości o tym, jaki Bóg jest wszechmogący itp. Jesteśmy pełni buntu, kiedy słyszymy prawdy głoszone odgórnie, z racji swojego wieku machinalnie je odrzucamy. Więc jaki to ma sens? Poza tym wszystkim rekolekcje nie powinny odbywać się w czasie lekcji. Powinny być organizowane w kościele po zajęciach szkolnych. Jeśli dla kogoś Bóg jest wartością, przyjdzie. Jeśli nie, nie zmuszajmy go do tego. Powinniśmy mieć czas na naukę, a ten zabierają nam trzy dni poświęcone na szerzenie wiary i przygotowywanie do świąt. A przecież tuż po Wielkanocy są egzaminy gimnazjalne! Od nich zależy więcej niż od rekolekcji. S JESTEM NA "TAK" Rekolekcje w szkole to bardzo dobry pomysł! Jesteśmy w wieku buntu i nie oszukujmy się - lenistwa. Nie chce nam się chodzić do kościoła czy rezygnować z przyziemnych przyjemności na rzecz abstrakcyjnych uniesień. Zapominamy często, że wiara jest ważna. Żyjemy powierzchownie, rzadko ukazujemy innym swoje prawdziwe wnętrze. Rekolekcje organizowane zamiast lekcji stawiają nas niejako w sytuacji bez wyjścia i bardzo dobrze! Złapani w przelocie przez katechetów, chcąc, nie chcąc przez trzy dni skupiamy się na tym, co duchowe. Po prostu nie mamy alternatywy. Zamiast na matmę idziemy do kościoła lub na spotkanie z rekolekcjonistami, podejmując refleksję nad tym, co istotne z punktu widzenia zbliżających się świąt. Nie oszukujmy się - ilu z nas poszłoby na rekolekcje po lekcjach? Dlatego te trzy dni innej nauki są potrzebne. A poza tym dla uczniów niechodzących na religię są przecież normalne lekcje. nikt więc nie traci. Można tylko zyskać! M Kochajmy marzycieli, czyli recenzja musicalu "La La Land"



"Za tych, co mają marzenia, jakkolwiek głupie mogłyby się wydawać, za serca, które cierpią, za bałagan, który tworzymy" - tak brzmi refren jednego z wielu utworów skomponowanych przez Justina Hurwitza do musicalu "La La Land", który w ostatnim czasie cieszył się ogromną sławą. Co tak naprawdę czyni film doskonałym? "La La Land", dzieło reżysera Damiena Chazelle'a, pierwszy raz w Polsce zagrano 6 stycznia 2017 roku. Na świecie miał on swoją premierę już 31 sierpnia 2016 roku. Oglądając film na ekranach kinowych, zagłębiamy się w życie dwojga przeciętnych ludzi, Mii i Sebastiana, w których rolę wcielili się Emma Stone i Ryan Gosling. Ponieważ mieszkają w centrum amerykańskiej kinematografii, Hollywood, wydawałoby się, że dla nich kariera aktorska czy muzyczna to bułka z masłem. Damien Chazelle pokazał nam, jak tak naprawdę zwykli ludzie z ambicjami pną się na gałęziach sławy. Cały musical w połączeniu z genialną muzyką tworzy niepowtarzalny klimat. Od razu zauważamy, ile pracy i serca Justin Hurwitz musiał włożyć w komponowanie utworów. Cała ścieżka dźwiękowa oparta jest na brzmieniach jazzowych, które pełnią rolę drugiego głównego motywu filmu. Sebastian, muzyk, którego priorytetem jest założenie klubu jazzowego, pozwala Mii odkryć świat zapomnianego przez ludzkość piękna tego gatunku muzyki. Musical "La La Land" to piękna opowieść o marzeniach i życiu codziennym, przeplatanym trudną relacją. Film skierowany jest zdecydowanie do dojrzalszych odbiorców i to nie ze względu na samą treść, ale przekaz, jaki niesie. Warto przeżyć tę dwugodzinną historię chociażby dla muzyki, która, jak już wcześniej napisałam, jest istnym arcydziełem. Wszystkie utwory dostępne są już na YouTube. Film na pewno spodobałby się miłośnikom oryginalnego, hollywoodzkiego kina. Krytycy filmowi przyjęli musical z wielkim zachwytem. OSTRZEŻENIE! Musical należy obejrzeć w piątek, ponieważ zrobienie tego w niedzielę grozi nieskupieniem się na lekcji matematyki w poniedziałek z powodu ciągłego nucenia melodii w głowie! |Basia Dudzińska kl. I b NA KRAŃCE AFRYKI Z ARKADYM P. FIEDLEREM Dnia 5 kwietnia br. gościliśmy w naszej szkole znakomitego gościa.



W ramach organizowanych przez Echo Piątkowa spotkań Klubu Odkrywców i Reporterów odwiedził nas Arkady P. Fiedler, wnuk słynnego pisarza podróżnika, globtroter i pasjonat Afryki. Pan Fiedler opowiadał wszystkim zebranym w auli słuchaczom o swoich podróżach do Namibii, państwa stanowiącego – jak sam określił – „Afrykę w pigułce”. Pokazując setki fantastycznych zdjęć, zrelacjonował kolejne etapy wyprawy, której celem było pokonanie samochodami prawie 4000 km z Windhoek (stolicy Namibii) do wodospadów Wiktorii w Livingstone w Zambii. Po drodze uczestnicy wyprawy odwiedzali najciekawsze miejsca i plemiona żyjące w Namibii. Spędzili także noc w buszu, a z okien kampingu mogli obserwować pływające w rzece hipopotamy. Bardzo zaciekawiły nas opowieści o przedstawicielach szczepu Himba. Są to niesłychanie przyjaźni ludzie, którzy zajmują się hodowlą krów i kóz. Ich odmienny tryb życia może stać się inspiracją dla wielu z nas. Arkady P. Fiedler odwiedzi naszą szkołę ponownie 24 maja br. Tego dnia o godzinie 17.00 w auli opowie o swojej podróży po Afryce fiatem 126 p., popularnie znanym „maluchem” Zapraszamy już dziś. Nigdy więcej...



Drogi Pamiętniczku! Dziś jest 13 lutego, dzień przed walentynkami! Od rana czułam wzrok tych wszystkich zapatrzonych we mnie chłopaków, którzy tylko czekali, aż się z nimi umówię. Jednak ja nie jestem uległa, trzeba ich przytrzymać trochę w niepewności. Mam rację? Oczywiście, że mam. Nie mogę się doczekać jutra. Już widzę te kartki walentynkowe walające się w mojej szafce. Zazwyczaj jest ich około 30, ale i tak nie czytam wszystkich, nie mam na to czasu. Mam nadzieję, że w tym roku pobijemy rekordzik szkoły (45 kartek). Jestem przeszczęśliwa. - Scarlett, chodź tu do mnie - z zamyślenia wybudził mnie głos mamy. Zeszłam po schodach i skierowałam się do kuchni. Mama jak zwykle robiła coś przy piekarniku. Zawsze przygotowywała mi "pożywne i zdrowe" obiadki, jednak ja i tak ich nie jadłam. - Czego ode mnie chcesz? - spytałam rozzłoszczona. - Spokojnie, nie denerwuj się. Chciałam się tylko spytać, co chcesz jutro na śniadanie? Może coś wyjątkowego, są w końcu walentynki... - Nie wiem, nie obchodzi mnie to. Ma być dobre - odparłam opryskliwie i wróciłam do pokoju. Pomimo tego, że była dopiero godzina 20, poczułam się bardzo znużona i śpiąca. Położyłam się i momentalnie zasnęłam. Śniły mi się walentynki, jednak nie takie, jakich oczekiwałam. Byłam w szkole i stałam przy szafce. Otworzyłam ją, ale zamiast kartek wylewających się na podłogę wewnątrz leżała jedna jedyna, z napisem "idiotka". Obudziłam się z krzykiem. Była dopiero 5. - Spokojnie, to tylko zły sen. Nie masz się czym przejmować. Jesteś za bardzo popularna i za ładna, żeby nie dostawać kartek na walentynki - powiedziałam do siebie, chcąc się uspokoić. Wiedząc, że i tak już nie zasnę, postanowiłam dopracować mój "outfit". Zamiast czerwonej spódnicy zdecydowałam się założyć granatową, do niej białą koszulę bez rękawa i wstążkę. W takiej stylizacji będę wyglądać zmysłowo, a zarazem poważnie. Zabrałam się za robienie loków. Mam dosyć długie włosy, więc zajmuje to wiele czasu. Po ukończeniu tej czynności poszłam na śniadanie. Była już 6, co oznaczało, że mama na pewno coś mi szykuje. - Cześć, skarbie - przywitała się z uśmiechem. - Ślicznie wyglądasz. - Hej, tak jak zwykle - byłam zmęczona tym przesłodzonym głosem mamy. - Cześć, słonko - powiedział ojczym. - Nie mów tak na mnie - bruknęłam zezłoszczona. - Co jest z tobą? - zapytał. - Nic, nie życzę sobie, żebyś mnie tak nazywał. Kim ty dla mnie jesteś.? - A ja nie życzę sobie, żebyś się tak do mnie zwracała - powiedział, łapiąc mnie z całych sił za nadgarstek. - A dla twojej wiadomości - od teraz jestem twoim ojcem. - Marco - zwróciła mu uwagę mama. Wyrwałam rękę z uścisku i pomasowałam. Marco odznaczał się dużą siłą. Był nowym facetem mamy. Od śmierci taty miała ich trzech, ale jeszcze żaden dotąd nie wprowadził się do nas. Nie lubiłam go, był bardzo wymagajacy i stawiał mi nakazy i zakazy. Ja nie muszę go słuchać, nikogo nie muszę. - Super, po prostu wspaniale - odparłam z obrażoną miną.- Nie dotykaj mnie więcej. To, co chciał zrobić, zaskoczyło mnie i przeraziło. Podniósł na mnie rękę i chciał uderzyć. Ja ugięłam się i szybko pobiegłam do pokoju. Z góry słyszałam, jak mama krzyczy na Marca. Później dobiegło mnie trzaskanie drzwiami. Najwidoczniej wyszedł. - Scarlett? - weszła mama do pokoju z zatroskaną miną. - Wszystko w porządku? - Nie chcę o tym rozmawiać, idę do szkoły. Pamiętaj! Jeśli Ty albo ktoś z Twoich bliskich jeście ofiarą przemocy fizycznej lub psychicznej - macie prawo szukać pomocy. Nikt nie może nikogo krzywdzić! Masz problem - zgłoś to psychologowi lub pedagogowi szkolnemu.



Przecisnęłam się obok niej w drzwiach i zeszłam na dół. - Kocham cię - krzyknęła za mną. - Ja ciebie też - powiedziałam do siebie po cichu. W drodze do szkoły starałam się nie myśleć o tym wydarzeniu, jednak mój głupi mózg mi na to nie pozwolił. Jeszcze nikt nigdy nie podniósł na mnie ręki. Jest dla mnie nikim, a śmie mi rozkazywać. Najchętniej wygarnęłabym mu, ale boje się, że mnie uderzy. Mama musi wybrać, albo ja, albo on. - Uważaj! - przez te rozmyślania nie zauważyłam, że weszłam w jakiegoś chłopaka, który stał z rowerem. Otrząsnęłam się i spojrzałam na niego. - Yyy... przepraszam, zamyśliłam się - powiedziałam zdezorientowana. Nigdy nie widziałam tego chłopaka, jednak on zachowywał się, jakby mnie znał. - Jesteś tu nowy? - musiałam go o to zapytać. - Scarlett, chodzę z tobą do klasy przez trzy lata - z rozgniewaną miną odszedł. Zrobiło mi się głupio. byłam tak zapatrzona w siebie, że nie zwracałam uwagi na innych. W drodze do klasy próbowałam przypomnieć sobie imię chłopaka. - O! Hej, Tiana - przywitałam się z moją przyjaciółką. Jak ma na imię ten czarnowłosy chłopak? - zapytałam, wskazując na niego. - To jest Nathan. - Ma dziewczynę? - Nie, ale Julia jest w nim zakochana. A co spodobał ci się? - zapytała z uśmiechem. - Co ty gadasz - odeszłam od niej. Po wejściu do sali pani Still oznajmiła nam, że "są walentynki i że mamy się wszyscy kochać, bla bla bla." Ogólnie mieliśmy wolne lekcję. Na przerwie chciałam przeprosić Nathana za moje zachowanie. - Hej Nath. Chciałam cię przeprosić, czasem jestem głupia. - No jesteś. Kto powiedział ci, jak mam na imię? - zapytał złośliwie. - Nie mów, że jestem głupia - zdenerwowałam się. - Ale jesteś. - Zrobiło mi się strasznie przykro. - Jezu dziewczyno, nie jesteś najważniejsza - powiedział, unosząc rękę. Ja, po doświadczeniach z rana, skuliłam się. - No co ty... Nie uderzę cię - powiedział ze śmiechem, lecz kiedy zobaczył strach w moich oczach, spoważniał. - Ty się mnie boisz? Zawstydzona szybko stamtąd uciekłam. Ja naprawdę jestem głupia. Jak mogłam pomyśleć, że on mi coś zrobi. Przez resztę dnia unikałam go. Na ostatniej lekcji otworzyłam swoją szafkę i ujrzałam w niej to, co spodziewałam się zobaczyć: mnóstwo kartek, jednak ten fakt nie ucieszył mnie tak bardzo. Ciągle myślałam tylko o nim. Przejrzalam wszystkie pocztówki, żadna nie wydawała się ciekawa, jednak gdy dokopałam się na sam spód, zobaczyłam jedyną białą, prostokątną kartkę. Jej treść była bardzo prosta: "Co się dzieje? Spotakajmy się po szkole w kawiarni naprzeciwko. Nath". Przeraziłam się, nie chciałam się mu z niczego tłumaczyć. Stałam przed kawiarnią. Przez szybę widziałam Nath'a. Chciałam szybko odejść, jednak ten mnie zauważył. - Scarlett, no chodź - zachęcił mnie. - Nie mam ci nic do powiedzenia - odparłam i odeszłam od niego, jednak ten mnie zatrzymał. - Jak to nie masz mi nic do powiedzenia? Ty się mnie bałaś... Ktoś cię biję? - Nie nikt mi nic nie robi - zdenerwowałam się. - Zostaw mnie w spokoju i nie odzywaj się ndo mnie. Zdezorientowana odeszłam. Słyszałam, jak Nathan woła i biegnie za mną, jednak ja się nie przejełam. Czy wszyscy muszą się wtrącać w moje życie? Co ja ich obchodzę? Najgorsze jest to, że przez Nathana inaczej patrzę na wszystko dookoła. Ja nie chcę, czuję się dobrze z sobą taką, jaka jestem. Gabriela Molata 1b ~~Zaklęta~~ Opowiadanie Weroniki Wilkowskiej z kl. I c



Nieraz opowiadano legendę o Lucy, dziewczynie w ciele wilka. Legenda, choć jest nieprawdziwa, zawiera ziarno prawdy. Przekonałem się o tym na własnej skórze. Była wycieczka szkolna do Polski. Siedziałem razem z klasą przy ognisku i słuchałem, co mój przyjaciel, Frank Adamson,mówił: - Znowu będzie - burknął - ta nieprawdziwa legenda. - Serio tak uważasz?- zapytałem. - Davidzie Letos, nie gadaj, tylko słuchaj - powiedziała ostrzegawczo moja wychowawczyni, pani Alwis Przy ognisku stał starszy pan z książką w ręku. Rozejrzał się po gronie gimnazjalistów, którzy patrzyli na niego (choć, jak zwykle, nie słuchali). - Tego wieczoru opowiem wam tragiczną historię Lucy Beter. Była to dziewczyna inteligentna, ale niemiła i zarozumiała, więc pycha ją zgubiła. Pewnego wieczoru spacerowała z przyjaciółmi w lesie i przechodzili koło chatki, gdzie, według plotek, mieszkała czarownica - nauczyciel przerwał, ale znowu wrócił do tekstu. - Koledzy powiedzieli Lucy, że nie potrafi pójść do domku, a ona wzburzona odpowiedziała: ,,Zobaczymy". Zakradła się do budynku i zajrzała przez okno. Tam ujrzała wiedźmę robiącą miksturę. Spojrzała na nią i rzekła następujące słowa: - W dzień i w noc, zostanie ubrana w futro niczym koc. Będzie taka całe życie, chyba że się odmieni całkowicie. - Po tych słowach czarownica wskazała ręką na Lucy i zamieniła ją w wilka. Według legendy dziewczyna wciąż żyje w Tatrach. Nauczyciel umilkł. Wszędzie panowała cisza. Patrzyłem zamglonym wzrokiem na góry zanurzone w ciemnościach. A jeśli ta legenda to prawda? - myślałem. - Nie, na pewno nie - uspokoiłem się. Wszyscy położyli się spać w małym hotelu. Mieliśmy pecha i razem z Frankiem zajęliśmy pokój na parterze. Mój przyjaciel od razu zaczął chrapać. Ja nie mogłem zasnąć. Przez opowiedzianą przy ognisku historię wydawało mi się, że słyszę wycie wilka. Najgorsze było to, że brzmiało coraz bardziej realistycznie. - Pewnie ktoś robi kawał. Niejeden raz robiono takie żarty - powiedziałem do siebie. Nagle obudził się Frank i zrobił przerażoną minę. - Czy ty też to słyszysz?- zapytał. - Owszem, ale na pewno to tylko żarty - odpowiedziałem. Przyjaciel pokręcił głową. - Nikt nie może zrobić tego tak realistycznie. To musi być zwierzę - w jego głosie brzmiał strach. Zaśmiałem się. Mój kolega, jak na siedemnastolatka, strasznie panikował. - Sam mówiłeś, że nie wierzysz w takie bajki - odrzekłem. Nagle coś zapukało w szybę, odwróciłem się błyskawicznie.



Przełknąłem ślinę. Miałem wrażenie, że czas się spowolnił. Podszedłem do okna, co mogło być najgłupszą decyzją mojego życia. Jednak to zrobiłem i zajrzałem przez okno. Stał tam średniej wielkości szary wilk. Nie zachowywał się jednak jak zwyczajny basior. Stał i patrzył na mnie swoimi smutnymi, brązowymi oczami. Uśmiechnąłem się, a wtedy nagle postać wilka rozwiała się i na jego miejscu pojawiła się dziewczyna w sukience. Lucy. Otworzyłem natychmiast okno i przyglądałem się jej. - Dziękuję ci. Przyglądałam wam się i zrozumiałam, co muszę zrobić. Pomóc wam. Patrzyłem na nią niepewnie. - W jaki sposób? - spytałem. - Do hotelu zbliżała się grupa niedźwiedzi, wypłoszyłam je. Musiałam zrobić jakiś dobry uczynek - powiedziała. - Co teraz poczniesz? Nie masz się gdzie podziać. Ona tylko się uśmiechnęła i jej ciało zaczęło rozpadać się w pył. Zrozumiałem, była już stara, więc musiała umrzeć. Lucy w końcu zaznała spokoju. Musiała tylko zrobić coś dobrego. Skład redakcji: Opiekun: Ludmiła Śliwieńska Redaktor naczelny: Dawid Sas III a Dziennikarze: Karolina Bukowska Ic Barbara Dudzińska I b Monika Dych I c Kaja Klim I b Gabriela Molata I b Weronika Wilkowska I c Współpraca: Kinga Meller I d Maja Oleszczuk I c Martyna Wojciechowska I d ******* Wydawca: Zespół Szkół Ogólnokształcących Nr 15 Gimnazjum nr 11 os. Chrobrego 107 60-681 Poznań ****** Wszystkich chętnych uczniów zapraszamy do współpracy z naszą redakcją. Spotkania - środy 14.30-16.00 s. 36 Przyjmujemy także teksty do druku uczniów pragnących współpracować zdalnie z gazetką. Nie musisz wcale przychodzić na zajęcia! Informacje u p. Ludmiły Śliwieńskiej Tajemnica Krainy Pięciu Gór Tekst: Kinga Meller 1 d



Komoda mojej babci była najbardziej niezwykłym meblem w naszym mieszkaniu - wiekowa, pięknie rzeźbiona, z mnóstwem szuflad, w których kryły się niesamowite skarby, a z każdym z nich była związana jakaś tajemnica. Tajemnice zawsze mnie fascynowały, tak jak wszystkie drobiazgi znajdujące się w babcinej komodzie. Nie wiedzieć czemu, babcia niechętnie o nich mówiła, ale pewnego dnia nakłoniłem ją wreszcie, by powiedziała mi historię o szkatułce znajdującej się w prawej, dolnej szufladzie. Babcia uśmiechnęła się delikatnie, co ledwie zdołałem zobaczyć, gdyż po chwili na jej twarzy zagościł smutek. - W szkatułce ozdobionej drogimi kamieniami... - zaczęła, lecz jej przerwałem. - Babciu, skąd masz takie kamienie? Nie stać nas przecież, a nie sądzę, abyś je znalazła na naszym biednym osiedlu. - Mam je z miejsca, o którym ludzie śnią, tak pięknego, że każdy marzy o byciu tam - powiedziała zagadkowo starsza kobieta. - Co to za miejsce? Gdzie ono jest? - spytałem zaciekawiony. - Podaj mi tę szkatułkę - poprosiła babcia, a ja uczyniłem tak, jak kazała. Otworzyła ją za pomocą kluczyka, o którym myślałem, że był naszyjnikiem, pamiątką po zmarłych rodzicach. Wyciągnęła zegar, mały, okrągły, pozłacany złotem i szlachetnymi kamieniami. - Ten zegar przenosi nas do Krainy Pięciu Gór. - Przenosi? A czy ty babciu przenosiłaś się kiedyś? - spytałem. - Tak, trzy razy. - Dlaczego tylko trzy razy? - Każdy może tylko trzy razy wejść do tego świata. Jednak wyjście z niego jest trudne. - Dlaczego? - Pomimo tego, ze Kraina jest przepięknym i pełnym dobrej magii miejscem, wszędzie czai się niebezpieczeństwo. Opowiem ci historię... ...Pewnego dnia mała dziewczynka bawiła się z wujkiem w chowanego. Przebiegając przez salon, zauważyła komodę. Podeszła do niej i otworzyła prawą, dolną szufladę, a gdy usłyszała krzyk: "Szukam", nie myśląc za wiele , schowała się do niej. Była mała i drobna i więc nie miała problemu z zmieszczeniem się tam, a jednak coś kuło ją w plecy. Była to szkatułka. Dziewczynka wzięła ją do ręki, a gdy pudełko się nie otworzyło, pomyślała o swoim naszyjniku, kluczyku. Chwytając go w dłoń, z lekkim zawahaniem zerwała go z szyi, po czym otworzyła, zaciekawiona, szkatułkę. Zdziwiła się zawartością. Myślała, że znajdzie jakieś drogocenne przedmioty, a jednak leżał tam zwykły zegarek. Dziewczyna wzięła go do ręki, a gdy okazało się, że nie można go otworzyć, z wściekłości zaczęła nim trząść. Nie spodziewała się jednak takiego efektu... Kiedy znudzona zabawą w chowanego, postanowiła wyjawić swoją kryjówkę... - Wujku! Wujku! Tutaj jestem! - krzyknęła, po czym z małymi trudnościami otworzyła szufladę. Oniemiała, widząc krajobraz rozpościerający się przed jej oczami. - Wujku? - dziewczynka zaczęła po cichu wołać swojego towarzysza zabawy. - Wujku!? Gdzie jesteś!? - zapłakana podeszła do stawu, a raczej jeziora, bo na staw było to za duże. - Gdzie ja jestem? - rozpaczliwie pytała, jednak odzewu się nie doczekała. Nagle zauważyła cień poruszający się, a po chwili wyłaniający się z wody. Cieniem była kobieta. Piękna kobieta, a raczej syrena. Miała długie, falowane blond włosy, w których znajdowały się muszle o różnych kształtach i kolorach. Zamiast nóg wyrósł jej ogon w kolorach błękitu i różnych odcieniach różu. - Nie bój się mnie. Nie mam zamiaru cię skrzywdzić... Dziewczynka zaufała syrenie, co okazało się wielkim błędem. Amelii (bo tak się nazywała dziewczynka) nikt do tej pory nie widział... - Babciu, to smutna historia. Jednak ciekawi mnie jedno... - Co takiego? - spytała zaciekawiona babcia. - Czy ona wyszła z tego świata? - Tak, trzysta lat później do krainy przeniósł się młody chłopak i ją wyciągnął. - Jak to zrobił? - Stało się to przez przypadek, tak samo jak u dziewczyny, chłopak potrząsnął zegarkiem i znalazł się w innym świecie. Zobaczył piękny krajobraz. Był na polanie, a niedaleko niego znajdowało się błękitne,
przejrzyste jezioro. Daleko za nim były wysoko położone nad poziomem morza góry i niesamowite wodospady, gdzie biegały pegazy, jednorożce i pełno innych dziwnych, pięknych istot. Ten widok zapierał dech w piersiach. Niedaleko jeziora ujrzał elfy. Oszołomiony podszedł do nich i spytał: - Gdzie jestem? - Elfy spojrzały na niego łagodnym wzrokiem. - Jesteś w Krainie Pięciu Gór. - Nigdy tu nie byłeś? - spytała jedna z nich. - Nie - odpowiedział - Ach, więc to ty jesteś tym, który ją uratuje, jednak zanim wyruszysz, musisz coś wiedzieć. Uważaj na syreny. Są podłe i kłamliwe. Łatwo im zaufać, ale trudno przejrzeć ich plany.


- Jakie plany? - Syreny wzbudzają w tobie zaufanie, a gdy to zrobią, usypiają swoim śpiewem i oddają swoją ofiarę smokowi. - Czyli ona jest u smoka? - Niestety tak. - Gdzie jest kryjówka smoka? - Za pięcioma górami jest jezioro, tam znajdziesz jaskinię. Strzeż się syren, żyją one we wszystkich zbiornikach wodnych. Istoty zamieszkujące tamte obszary są bardziej okrutne niż te. Chłopiec wysłuchał elfów i ruszył ku przeznaczeniu. Po drodze zobaczył istoty o których nigdy nawet nie śnił i nie marzył o ich spotkaniu. Pegazy, jednorożce, elfy, wróżki... Wszystko wydawało się takie piękne, jednak zmieniło się po wejściu do Lasu Strachów. Napotkał tam błąkającego się minotaura. Wystraszony schował się za drzwem, ale odgłos łamanych gałęzi utwierdził go w przekonaniu, że został zauważony. Nie zważając na nic, wybiegł zza drzewa i ruszył w błyskawicznym tempie ku wyjściu z lasu. Wiedział, że minotaur go goni, dlatego przyśpieszył, potykając sie o własne nogi, mimo to się nie przewrócił. Zobaczył światło i uradowany wybiegł z tego przerażającego miejsca. Ku jego zdziwieniu dziwna istota już za nim nie biegła. Kolejne pięć dni maszerował do jaskini smoka. Nie mając już sił, chłopak opadł na kamienną ścieżkę i rozmyślał: "Poddać się? Wracać bez dziewczyny?" Nagle podniósł wzrok na stojącego przed nim pegaza. Chłopiec wstał ~~~~PODRÓŻ~~~

i dosiadł istoty, która od razu wzniosła się na swoich skrzydłach. Parę godzin później już stał przed jeziorem, gdzie była jaskinia. Bez zawahania wskoczył do wody i popłynął do wielkiej pieczary w skale. Był pewny, że to właśnie tam ukrywa się smok i się nie mylił. Już po chwili ujrzał ogromnego potwora przed sobą. Nie wiedział, jak go pokonać, był mocno zaniepokojony faktem, iż poszukiwaną dziewczynę oplatał ogromny ogon śpiącej istoty. Szybko podpłynął do niej i chwilę walcząc z ciężkim odwłokiem, wyciągnął spod niego dziewczynę. Wziął ją w ramiona i odpływając najszybciej jak się dało, uciekł przed smokiem, który na jego nieszczęście się przebudził. Chłopak zdążył uciec i siadając wraz z dziewczyną na pegaza, poszybował do polany, na której wszystko się zaczęło... - Dziewczyna wróciła do domu cała i zdrowa - powiedziała babcia. - Kim była ta dziewczyna? - Ja byłam tą dziewczyną, a tym chłopcem jest twój dziadek. Ta historia zmieniła życie chłopca. Za pozwoleniem babci chłopiec co jakiś czas przenosił się do Krainy Pięciu Gór. Jednak zawsze uważał, by nie ufać syrenom. KONIEC Siedziałam na środku pokoju, naprzeciw walizki, patrząc na nią niczym na arcywroga. Przezornie nie spoglądałam w stronę sterty ubrań kłębiących się za moimi plecami i starałam się nie myśleć o tym, że potem będę musiała to sprzątnąć. Usłyszałam trzask zamykanych drzwi i dźwięk kroków, moje serce mocniej zabiło.

Nie płaczcie na moim pogrzebie. Moja przyjaciółka – moja morderczyni - stanęła w progu pokoju z wypisanym na twarzy niedowierzaniem. Wzięła głęboki oddech, już otworzyła usta… i zaczęła krzyczeć. W moich uszach brzmiało to niczym wybuch gromu. – Zoey, słonko, ja spakowałam się, poszłam po zakupy, odwiozłam psa do cioci, a ty nadal nie jesteś gotowa?! – przeczuwając swój rychły koniec, wiedziona instynktem przetrwania, zaczęłam się przesuwać by zasłonić jej ulubione rzeczy leżące na podłodze. Mimo że ja i Lucy jesteśmy w tym samym wieku, a ona jest ode mnie pół głowy niższa, to jest przerażająca. – Kobieto, ty masz dziewiętnaście lat, a nawet się spakować nie potrafisz, kupić ci na tę podróż jeszcze śliniaczek do kompletu? – jej brązowe włosy latały we wszystkie strony, gdy energicznie zbierała rzeczy z podłogi i rzucała na łóżko. Nagle zatrzymała się wciąż pochylona i obróciła głowę w moją stronę, w ręce ściskała swoją ulubioną czerwoną bluzkę. Gdyby spojrzenia mogły zabijać, już dawno padłabym trupem. Poprawiłam swoje blond włosy, w milczeniu czekając na to, co miało nadejść. Gdy już dotarłyśmy na lotnisko, miałyśmy jeszcze dużo czasu, aby wypić kawę w pobliskiej kawiarence. Lucy podeszła do lady, zamawiając napoje. Ja w tym czasie rozglądałam się dookoła, szukając dobrego miejsca, aby usiąść. W końcu już obie siedziałyśmy i piłyśmy powoli espresso, przegryzając ciasto. W pewny momencie podszedł do nas wysoki blondyn o zielonych oczach.



- Dziesięć minut spóźnienia, Lucy – odparł blondyn. - Zoey nie była pewna swojej decyzji – odparła moja przyjaciółka, uśmiechając się promiennie. Już w tamtym momencie mogłam śmiało stwierdzić, że chłopak jej się podoba. – Pamiętasz, jak mówiłam ci o tym moim przyjacielu, który oprowadzi nas po uniwersytecie? To właśnie jest Chris. - No tak, Lucy ogromnie cieszyła się, że obydwie dostałyśmy się na uniwersytet w Missisipi, a tym bardziej, gdy dowiedziała się, że uczy się tam jej nowy przyjaciel. Ja jednak nie podzielałam jej entuzjazmu nawet w połowie. Wolałam dać sobie czas na wybranie studiów, ale ona podjęła decyzję za mnie, a ja nie potrafiłam się postawić. - Miło cię poznać, Zoey – powiedział chłopak, uśmiechając się promiennie, a ja zaczęłam się zastanawiać, ile dziewczyn rozkochał w sobie tym uśmiechem. - Ciebie również – odparłam, starając się, by mój głos brzmiał jak najbardziej wiarygodnie. Nagle usłyszeliśmy komunikat dotyczący naszego lotu, więc spokojnym krokiem udaliśmy się do bramek. Po pewnym czasie wszyscy pasażerowie siedzieli już na swoich miejscach, a samolot wystartował. – Jak cię podoba Chris? – spytała mnie Lucy. – Jest dobrze – powiedziałam. Po wielogodzinnej podróży dolecieliśmy do celu, którym było Missisipi. Wysiedliśmy z samolotu i udaliśmy się do najbliższej pizzerii, by zaspokoić głód i pragnienie oraz by porozmawiać o dalszych planach. Zamówiliśmy i po kliku minutach czekania dostaliśmy zamówienie. Nagle zauważyliśmy zadowolonego szefa, który do nas podszedł. – Czy smakowało? – zapytał. Pochwaliłam szefa za jego wykwintną kuchnię. Następnie chciałam zapłacić za siebie, ale wysoki blondyn zapłacił za nas oboje. Było to bardzo dżentelmeńskie. Po chwili ubraliśmy się i wyszliśmy na miasto. Siedzieliśmy nad rzeczką opodal krzaczka i oglądaliśmy parostatki.Nagle usłyszeliśmy okropny krzyk. – Co to było? – spytała Chris. – Nie mam pojęcia – opowiedziałam, rozglądając się wokół. Usłyszeliśmy, że z naprzeciwka idzie do nas mężczyzna kulawym krokiem. – Kto to jest? – spytałam. – Nie wiem, może jest chory? Wyglądał na osobę godną zaufania. Podszedł do nas i zaczął rozmowę. – Pomożecie mi? Muszę dojść do skraju lasu, ponieważ ustaliłem tam miejsce spotkania – poprosił. – Zgoda – odpowiedzieliśmy równo. Przez całą drogę wydawał się jakiś dziwny. W końcu dotarliśmy na miejsce zmęczeni niezręcznym milczeniem. Na miejscu było bardzo cicho, a wkoło nie było widać żywej duszy. Nagle usłyszeliśmy strzały, pod moje nogi spadła dziwny przedmiot. Spłoszeni uciekliśmy. Wtedy usłyszeliśmy nadjeżdżającą policję, która opanowała sytuację. Okazało się, że była to strzelanina dwóch gangów, które miały niewyrównane rachunki. Uciekliśmy do najbliższej kamienicy. Po dwóch godzinach postanowiliśmy wrócić na lotnisko. Po drodze zaczęliśmy się mocno niepokoić. Był środek słonecznej soboty, a miasto świeciło pustkami. Światła i neony migały, jakby miały zaraz zgasnąć. Panowała złowroga cisza, zwiastująca cos bardzo niedobrego. Niebawem miał być wywołany nasz lot, a my dopiero dochodziliśmy na lotnisko. Przerażeni stanęliśmy przed wejściem, widząc zza szyby ruszające się cienie. Nagle usłyszeliśmy stukot kopyt, a nad naszymi głowami przeleciała seria z karabinu maszynowego. Szklane drzwi rozbiły się z łoskotem, obsypując nas odłamkami szkła. Staliśmy jak zmrożeni, kiedy w naszą stronę zaczęły szarżować magiczne jednorożce – cyborgi, z bronią wystającą z trzewi. Jedno ze stworzeń dotknęło nas rogiem, co sprawiło, że ujrzeliśmy ciała leżące w kałużach krwi. Poczułam ogromny ból głowy, jakby ktoś próbował się do niej dostać. Jednorożce – cyborgi ustawiły się przed nami w rzędzie i skupiły wzrok na nas. Usłyszałam niski, męski głos, ledwo docierający do mojej świadomości: - Daję hasło! Ostatnim, co usłyszałam, była odpowiedź: - Buchnęło, zawrzało i zgasło! Doskonale pamiętam moment, w którym się obudziłam. Czułam przeszywający ból w całym ciele, nie wiedziałam, gdzie jestem i kim są ludzie, którzy znajdowali się obok mnie. Dzisiaj wszystko rozumiem, wiem kim jestem i jaki jest mój cel. Świat, który znałam przestał dla mnie istnieć, teraz tworzę mój własny. Chciałabym naprawić to, co zostało zniszczone. Obecnie wyruszam w podróż, która ma mi pomóc odnaleźć pozostałych ocalałych, byśmy mogli odbudować to, co straciliśmy. MARTYNA WOJCIECHOWSKA Złota gwiazda



Urodziłam się na planecie bogów, daleko od Ziemi. Moją matką jest królowa nocy, zaś ojcem - król słońca. Ich miłość była sztuczna, pobrali się tylko, aby zawrzeć sojusz między bogami posługującymi się czarną magią a bogami, którzy preferują piękną i białą magię. Gdy stałam się w pełni samodzielna, moim obowiązkiem było zajmowanie się sprawami politycznymi. Miałam wtedy może trzynaście lat? Do piętnastego roku życia nie posiadałam imienia, dopiero podczas mojej koronacji mogłam je sobie nadać. Zdecydowałam się na Alice. Po całej tej uroczystości musiałam poślubić boga deszczu. Stosował surowe zasady wobec mnie i naszych dzieci. Z czasem moje potomstwo zmarło, następnie z powodu choroby odeszła moja matka, a potem mój ojciec zginął na wojnie z Mrocznym Królestwem, które obwiniało go za śmierć Nocy. Musiałam zakończyć swoje małżeństwo. - Słucham? Jak śmiesz! - Deszcz zaczął krzyczeć na mnie po usłyszeniu mojej propozycji. - Nie mogę z tobą dłużej być, wybacz. - Ty nawet nie jesteś prawdziwą boginią! Tylko ja mogę o nas decydować! - Wiesz, że nie cierpię, gdy ktoś tak mnie nazywa. - I co? Może się popłaczesz? Z wściekłości tupnęłam nogą, a ziemia rozstąpiła się pode mną. Moje żółte oczy straciły swój kolor, włosy również stały się szare i takie nijakie. To tak, jakbym utraciła swą moc. Teraz od wielu lat żyję wśród ludzi. Nadal nie jestem pewna, co się tamtego dnia tak naprawdę wydarzyło, ale nie żałuję, że tu trafiłam. Mieszkańcy wioski zbudowali dla mnie dom, dali jedzenie oraz ciepłe ubrania, a także parę książek. Byli bardzo przyjaźni i pomocni. Natomiast jeśli chodzi o bogów, to nikt mnie nie szukał. Zresztą ja tam żadnych przyjaciół nie miałam... - Proszę, szybko! - krzyknęło z daleka jakieś dziecko. - O co chodzi? - Smok! O tam! - Smok? Tutaj? Nie bądź głupi! To jest niemożliwe. - Ja nie kłamię! Proszę! - wyglądał, jakby miał zaraz się rozpłakać. - No dobrze, pójdę z tobą. Doszliśmy do centrum lasu, gdzie leżało jakieś olbrzymie niebieskie stworzenie. Było ranne i ciężko oddychało. - To jest smok... - Widzisz! Ja nigdy nie kłamię! Podeszłam do stwora. Skrzydła miał poharatane, łuski wycięte. To był okropny widok. Zbliżyłam się do jeg paszczy, a on otworzył żółte ślepia, takie, jak moje kiedyś. - Aak zu'u- to było do przewidzenia, mówił w smoczym języku. - Niestety, nie rozumiem. - Aak zu'u. Nii ahraan. - Wybacz, nadal nic nie Poświęcenie musi być pełne i okrągłe jak kula, bo każdej wklęsłości zło się może uczepić. Adam Mickiewicz



pojmuję. - Ja rozumiem! - odezwał się chłopiec. - Powiedział ,,To boli" oraz ,,Pomóż mi". Spójrz! - wskazał na łapy, które były zaplątane w drut. Rozplątaliśmy je, a smok ponownie odezwał się. - Alice? Los ni hi? - On ciebie rozpoznał! - Ale ja go nie - słysząc moją odpowiedź, chłopak wytłumaczył gadowi, że nie poznaję potwora. - Wyszeptał, że znacie się od małego! - Musiał mnie z kimś pomylić Smok zamilkł i kazał się ukryć, więc przykryliśmy go zielonym kocem. Następnego dnia nie było śladu po stworzeniu i po przykryciu. Zaczęłam się zastanawiać, jak wytłumaczę to temu dziecku. - Myślałaś, że ucieknę? - zamurowało mnie, gdy zrozumiałam, że on do mnie mówi. - Chłopak ma talent, zna się na magii, więc pomógł przywrócić moją pierwotną formę. - Te rany to też niby on ci wyleczył? - Owszem. - Nie wierzę ci i nie rozumiem, skąd mnie znasz. - Nie pamiętasz mnie? - Nie wydaje mi się. - Ty nazywasz się Alice, a ja jestem bogiem czasu. Czy teraz sobie przypomniałaś? Nie wiedziałam o czym on mówi. Bóg czasu? Nie umiałam sobie przypomnieć czegokolwiek z nim związanego . - Zła czy dobra wiadomość?- przerwał ciszę. - Co? - teraz już zupełnie się pogubiłam. - Zła. - Bóg deszczu przyjdzie i cię zamorduje. - Zaraz, skąd ty to wiesz? Przecież moja przyszłość w każdej chwili może się zmienić. - Nie w tym przypadku. Zapadła głucha cisza. Nie chciałam tak skończyć swojego życia. - A dobra wiadomość? - Twoja śmierć pomoże innym. - To staje się już niedorzeczne! - zdenerwowałam się. Wolałam nie kontynuować tej rozmowy, więc udałam się do domu. Miałam zamiar położyć się spać, gdy usłyszałam, że ktoś wszedł do mojego lokum. - Alice? - był to Czas. - Co ty tu robisz o tej godzinie? - spytałam zaniepokojona. - Przepraszam - zaczął płakać i trząść się. - Deszcz nie przyjdzie. - Mówiłeś, że to jest niemożliwe, by nie przyszedł. - To ja miałem przyjść. - To jest jakiś kiepski żart? - Nie, Alice. - Nie zbliżaj się do mnie! - chciałam wyjść przez okno, gdyż intruz tarasował główne drzwi, ale nie zdążyłam. Pchnął mnie nożem w brzuch. - Ja bardzo cię przepraszam! Jeśli tego nie zrobię, to zginę! - Co za różnica, które z nas umrze? - nic nie rozumiałam z tego, co się działo, a miałam mało czasu na pytania. - Teraz ja umieram! - Wiem, ale... jeśli ja zginę, to czas zatrzyma się i wszyscy będą stać jak jakieś posągi już na zawsze. Pchnął mnie nożem jeszcze kilka razy, następnie upadłam na ziemię i zamknęłam oczy. Moja skóra zaczęła pękać, a z wnętrza przebijało się złote światło. Po chwili moje ciało zamieniło się w pył unoszący się w powietrzu, który poleciał w stronę gwiazd i sam zamienił się w jedną z nich. Ja natomiast otworzyłam oczy i usłyszałam głos Czasu: - Wybacz mi, błagam. Moja droga siostro! - Wybaczam - cicho wyszeptałam, stojąc pośrodku nieba dla istot cudownych. Maja Oleszczuk 1c