Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








Wywiad z p. Wiesławem Gryglem, nestorem wśród nauczycieli golińskiego gimnazjum.
TO BYŁY NIE NAJGORSZE CZASY


GIGant: Jak Pan wspomina czasy swojego dzieciństwa (w kontekście Goliny)? Wiesław Grygiel: Z nostalgią wspominam dzieciństwo w Golinie. Były to szczęśliwe lata beztroski, radości i zabaw. Przedszkole mieściło się w byłym Banku Ludowym przy ul. Wolności, a szkołę miałem dosłownie za płotem, gdyż mieszkaliśmy w gospodarstwie brata mej matki, które istnieje do dziś. GIGant: Jak wyglądała Golina za czasów pańskiego dzieciństwa? Dużo się zmieniło? Co pozostało od tamtych czasów? W.G.: Doskonale pamiętam Golinę z mego dzieciństwa. To czasy połowy XX w. Wiele budynków było pod strzechą. Niektóre domy wspomina czasy swojego dzieciństwa (w kontekście Goliny)? Wiesław Grygiel: Z nostalgią wspominam dzieciństwo w Golinie. Były to szczęśliwe lata beztroski, radości i zabaw. Przedszkole mieściło się w byłym Banku Ludowym przy ul. Wolności, a szkołę miałem dosłownie za płotem, gdyż mieszkaliśmy w gospodarstwie brata mej matki, które istnieje do dziś. GIGant: Jak wyglądała Golina za czasów pańskiego dzieciństwa? Dużo się zmieniło? Co pozostało od tamtych czasów? W.G.: Doskonale pamiętam Golinę z mego dzieciństwa. To czasy połowy XX w. Wiele budynków było pod strzechą. Niektóre domy stały w głębi posesji, a przy drodze były stodoły i zabudowania gospodarcze. Brukowane ulice i głębokie rowy, przy których rosły wysokie drzewa. Ul. Wolności w połowie swej szerokości miała tzw. latówkę - zwyczajny piach, po którym pędzono bydło na wypas. Gdy latem była susza, unosiły się tumany kurzu. Ruch samochodowy dotyczył głównie ulicy Jarocińskiej, którą przejeżdżało zaledwie kilkanaście samochodów dziennie. Ulica Dworcowa zabudowana była po prawej stronie. Po lewej rozciągały się pola z lasemoberskim na horyzoncie. W parku przy dworze, którego niestety nie pamiętam (spłonął po okupacji) były cztery stawy rybne, piękna aleja grabowa i dębowy starodrzew. Czworaki dworskie istnieją jak dawniej, a dalej dworzec i tory kolejowe. Obiekty znaczące w Golinie to: kościół, szkoła, dwa sklepy (pani Błaszczykowej i Mikołajczyka), piekarnia Patoki i poczta. Niewiele zachowało się z tamtych czasów. W opłakanym stanie dworzec kolejowy, pięknie odrestaurowany kościół, kilka budynków, no i zupełnie odmieniona szkoła. GIGant: Czy pamięta Pan tamtejszą golińską szkołę?



Jak wyglądała? W.G.: Jakże mam nie pamiętać, skoro przy niej mieszkałem? To był piętrowy, ceglany budynek z wysokim poddaszem o dwuspadowym dachu (dzisiejsza najwyższa część szkoły). Było ośmiu, może dziewięciu nauczycieli z kierownikiem Łuszczyńskim na czele. W klasach drewniane długie ławki z dziurami w pulpicie na kałamarze. Czasem podłogi smarowano oliwą, podobno dla konserwacji (nie radzę potknięcia na takich deskach). Boisko szkolne od strony ulicy wysadzone było kasztanowcami i otoczone gęstym żywopłotem. Na boisku dwa kołki i sznurek do siatkówki, ale wyniki sportowe były lepsze od naszej kadry piłkarskiej.(śmiech) GIGant: Jakie miejsce szczególnie zapadło w pańską pamięć? W.G.: Z wczesnego dzieciństwa dobrze zapamiętałem pola pod Stefanowem, na których to wypasaliśmy krowy z kuzynem. Jesienne ogniska, babie lato, śpiew ptaków, wykopki, zupełnie jak w obrazach J. Chełmońskiego. Gdy byłem starszy, mieliśmy z kolegą radziecki motocykl, którego częściej naprawialiśmy, niż nim jeździliśmy. GIGant: Jak wyglądał pański typowy dzień jako nastolatek? W.G.: Jak w życiu, dni często podobne do siebie. Przed południem szkoła, nauka, czasem zabawne dowcipy na przerwach, a po lekcjach obowiązki w domu, spotkania z kolegami, zabawy. GIGant: Jakie rozrywki miała ówczesna młodzież? W.G.: Często spotykaliśmy się na boisku szkolnym po lekcjach i graliśmy w siatkówkę, dwa ognie, klipę i tzw. palanta (nie mylić z obraźliwym określeniem osoby). Jesienią łowiliśmy ryby w Lubieszce, a w zimie jeździliśmy na łyżwach lub kosturku (to takie saneczki, na których stojąc odpychało się kijem). Gdy miałem 11 lat, zamieszkałem nieco dalej od szkoły, zmienili się też koledzy i zainteresowania. Były zabawy taneczne, tzw. majówki, na których podrywało się dziewczyny. Pijalni piwa czy pubów nie było. GIGant: Czy to były dobre czasy dla Goliny? W.G.: Z perspektywy minionych lat uważam, że były to nie najgorsze czasy. Wioska liczyła ok. 100 rodzin, wszyscy dobrze się znali, byli dla siebie życzliwi, uprzejmi, a dotrzymanie słowa – jak w porzekadle - było droższe od pieniędzy. Ludzie, mimo wielu problemów, żyli spokojniej. Nie było tyle kłamstw i oszustwa, co dziś. GIGant: Jakie miał Pan wtedy autorytety? W.G.: Gdy byłem dzieckiem, moim autorytetem była pani Grzemska - nauczycielka od nauczania początkowego. W szkole średniej był nim mój wychowawca, doskonały pedagog i wyrozumiały opiekun, z którym spotykałem się jeszcze przez wiele lat. W naszej szkole też mamy takich. Jednak największym autorytetem byli dla mnie rodzice, którym wszystko zawdzięczam. GIGant: Co pana aktualnie łączy z Goliną? W.G.: Obecnie z Goliną łączą mnie więzi rodzinne. Tutaj są moje korzenie, tu spędziłem wspaniałe lata mojego życia. Gdy w 2001r. pan Gabrysiak zaproponował mi pracę w tej szkole, pomyślałem, że może na rok lub dwa? Zrobiło się dwanaście. Po wielu latach znowu byłem w mojej szkole. Stanąłem przy oknie w sali M1 i patrzyłem na łąkę i pola z mego dzieciństwa, a łzy



same cisnęły się do oczu. Tamten świat - jak na filmowych klatkach błyskawicznie przebiegał w mej głowie. To tu ponownie poznałem wspaniałych ludzi, koleżanki, kolegów i was, młodzi przyjaciele. Tak koło się zamyka. Zapewniam, że możecie być dumni ze swej szkoły i miejscowości. Magda Mróz NAJLEPSZA REKLAMA ŻERKOWA Wywiad z panem Jackiem Jędraszczykiem- burmistrzem Żerkowa. Gigant: Jakie korzyści będzie miał Żerków z tego, że będą tu mistrzostwa? Jacek Jędraszczyk: Ta korzyć będzie taka trochę niewymierna. Dlaczego? Bo bezpośrednio nie przyniesie nam tutaj jakichś wpływów, tylko będzie pozytywne zamieszanie. Mamy nadzieję, że ci ludzie, którzy przyjeżdżają na tak duże imprezy, to potem wracają tu ze swoimi dziećmi, rodzinami, aby pokazywać, że „tutaj startowaliśmy, tutaj odnosiliśmy sukcesy”. I to jest takie długoplanowe działanie, które nam się opłaca. Gigant: Dlaczego akurat Żerków? J. J.: Dlatego, że Żerków jest Żerkowską Szwajcarią i jest to miejsce uznane przez wszystkich od dawien dawna i we wszystkich przewodnikach turystycznych. Wykorzystujemy to, co nam stwórca dał, czyli to ciekawe i malownicze położenie i te nasze moreny, po których możemy się ścigać i organizować takie ciekawe imprezy kolarskie. Gigant: Jakie inne atrakcje będą w Żerkowie podczas mistrzostw? J. J.: Podczas mistrzostw atrakcji będzie



wystarczająca ilość, bo będą dwa koncerty, będzie strefa kibica i przy okazji będzie można nabyć sobie różne pamiątki ,gadżety. Głównie po to, by dopingować w jakiś sposób tych dzielnych kolarzy. Gigant: Jaki z tego będzie zysk? J. J: Są zainteresowane telewizje, także jeżeli sama widokówka miasta ukaże się na tylu ekranach, na tylu programach, to jest to rzecz, na którą gminy nie byłoby stać gdybyśmy chcieli kupić sobie taką reklamę. Oprócz tego figurują i funkcjonują media typu Facebook i YouTube. Amanda & Magda To wielkie wyróżnienie! Wywiad z Iwettą Michalską- dziewczyną, która swoją urodą zauroczyła niejednego mężczyznę, zdobywczynią tytułu Miss WRC oraz Półfinalistką Miss Wielkopolski 2013. GIGant: Najpierw Miss WRC, teraz udział w Miss Wielkopolski 2013. Skąd pomysł na to? Iwetta Michalska: Na udział zarówno w Miss WRC, jak i w Miss Wielkopolski 2013 namówiła mnie moja najwierniejsza fanka – mama . To właśnie ona dodaje mi pewności siebie i wzbudza we mnie poczucie własnej wartości. Wiem ,że mogę na nią liczyć w każdej sytuacji, zawsze! Nawet wtedy, gdy coś mi nie wyjdzie. GIGant: Jesteś półfinalistką. Spodziewałaś się tego? I. M.: Byłam bardzo szczęśliwa ,że dostałam się do półfinału Miss Wielkopolski 2013 ,który odbywa się w ramach MISS POLSKI 2013 - najbardziej prestiżowego konkursu piękności w Polsce. Jest to jak dla mnie wielkie wyróżnienie ,że znalazłam się wśród 100 najpiękniejszych kobiet Wielkopolski. Jednak wiem, że droga po koronę Miss jest długa, a poziom konkurencji bardzo wysoki, lecz staram się podchodzić do tych wyborów rozważnie. GIGant: Kto cię najbardziej wspiera podczas tych konkursów? I. M.: Przyznam szczerze: nie spodziewałam się, że mogę liczyć na wsparcie tylu ludzi. Codziennie otrzymuję od obcych osób wiadomości z gratulacjami oraz słowami wsparcia. Moi znajomi, przyjaciele oraz rodzina bacznie śledzą moje zmagania i trzymają za mnie kciuki. Na duże wsparcie mogę liczyć ze strony grup rajdowych oraz moich ‘rajdowych rodziców’- Marty i Michała Kuleszów z grupy WRC Pleszew, z którymi zaprzyjaźniłam się po zdobyciu tytułu Miss WRC. GIGant: Czy jesteś rozpoznawana przez ludzi? I. M.: Już w trakcie udziału w Miss WRC znaleźli się ludzie, którzy przechodząc obok mnie na ulicy rozpoznawali moją twarz, jednak gdy dostałam się do półfinału MW 2013, a w internecie pojawiły się wszelkie zdjęcia, wizytówki, wywiady, video



prezentacje etc, etc stałam się bardziej rozpoznawana zarówno przez starszych, jak i młodych ludzi, którzy, nie ukrywajmy spędzają dużą część czasu surfując po internecie. Dzięki temu mają możliwość zdobycia wszelkich informacji nieco szybciej. Jak już wcześniej wspominałam, otrzymuję wiadomości od wielu obcych osób ,które chwalą nie tylko moją urodę, lecz także zdolność wypowiedzi, pewność siebie oraz inteligencję. Bardzo miło czyta się takie słowa - jestem zaskoczona ,że wielu ludzi doceniło to, iż próbuję nieco obalić panujący od lat mit na temat takich kobiet, jak ja (blondynek). Cieszę się, że chociaż w taki sposób mogę dotrzeć do ludzi i uświadomić ich, że wygląd to nie wszystko. Jednakże, niestety, znajdą się osoby ,które mylą moją pewność siebie z zarozumiałością, a wiadomo - granica pomiędzy tymi skrajnościami jest cienka i trzeba bardzo uważać, by jej nie przekroczyć. GIGant: Wiążesz przyszłość z modelingiem? I. M.: Nadal twierdzę, że nie nadaję się do tego, by pracować w modelingu, chodzić po wybiegach i żyć na wiecznej diecie. W świecie modelingu istnieją różne kryteria, według których każda kandydatka na modelkę zostaje poddana ocenie. Ja nie spełniam tych wymogów ze względu na wagę oraz wzrost. Wiele osób myli modeling z fotomodelingiem czy też wyborami Miss : są to zupełnie różne światy. Jeśli chodzi o fotomodeling, stawiam pierwsze kroki w tym temacie i jak na razie - z dobrymi efektami. GIGant: Mamy nadzieję, że na tym nie poprzestaniesz, ale mimo wszystko to pewnie jest przygoda, którą zapamiętasz do końca życia. Jak to wszystko będziesz wspominać? I. M.: Oj, na pewno bardzo miło. Jest to dla mnie bardzo duże doświadczenie i test moich zdolności oraz odwagi. Takie wybory dają też dużo możliwości. Już jest co wspominać. Po zdobyciu tytułu Miss WRC poznałam osobiście wielu interesujących oraz sławnych ludzi takich jak Adam Małysz, Mariusz Kałamaga, Jean Eric Vergne i wielu wielu innych , bywam w ciekawych miejscach ,przeżyłam najwspanialsze wakacje życia spędzone na Majorce, miałam okazję współpracować z reprezentantami Polski w rajdowych mistrzostwach Europy Centralnej w rajdach Cross Country - czyli KRDteam oraz brać udział w nagraniu do klipu na galę KRD i pokazie ‘Moulin Rouge’ organizowanym na 4 rajdzie WRC Pleszew. Mam nadzieję ,że wybory Miss Wielkopolski 2013 będą dla mnie miło spędzoną przygodą, nawiązaniem nowych znajomości oraz kolejną dawką niezapomnianych wrażeń i wspomnień. GIGant: Finały już 26 kwietnia. W jaki sposób można na ciebie zagłosować i cię wesprzeć? I.M.: Już 26.04 odbędą się półfinały Miss Wielkopolski 2013 w Magnes Club we Wtórku. Niestety, głosowanie na różnych portalach społecznościowych dobiega końca, ale mimo wszystko zachęcam do odwiedzenia stron „infostro.pl”, „wielkopolska.naszemiasto.pl” oraz „maraton piękna”, gdzie znajdziecie wypowiedzi oraz krótkie videoprezentacje każdej z półfinalistek. Można mnie również znaleźć na facebook’u gdzie staram się regularnie umieszczać zdjęcia oraz wszelkie informacje dotyczące wyborów. Korzystając z okazji chciałabym serdecznie podziękować wszystkim tym ,którzy tak mocno mnie wspierają i śledzą moje zmagania ! Mam także nadzieję ,że



nauczyciele oraz uczniowie szkoły, do której miałam zaszczyt uczęszczać dopingują mnie i trzymają za mnie kciuki! GIGant: Trzymamy mocno kciuki i życzymy powodzenia! I.M.: Dziękuję Sandra Wolicka Redakcja GIGanta: Red.nacz.: Magda Mróz, Dziennikarze: Agata Barczak, Małgorzata Jelak, Hubert Kucharski, Angelika Lisiecka, Marta Łukaszewska, Amanda Pawlicka, Szymon Radziejewski, Weronika Teodorczyk, Olga Wojtczak, Sandra Wolicka, Alicja Zaworska. KOMÓRKA NA MISJE!!!



Szafki, szuflady, pudła z drobiazgami to najczęstsze miejsca, gdzie trafiają stare, zużyte i niepotrzebne telefony komórkowe. Istnieją jednak instytucje, dzięki którym telefony zyskują drugie życie. Odnowione telefony mogą być ponownie używane. Trafiają przede wszystkim do krajów rozwijających się, zapewniając dostęp do środków komunikacji po najniższej cenie. Telefony, które nie mogą być powtórnie wykorzystane, będą poddane recyklingowi. Zdobyte w ten sposób fundusze wspomogą naszą działalność misyjną i pomogą potrzebującym w wielu krajach, w których pracują misjonarze werbiści. Chętni niepotrzebne telefony mogą dostarczyć do gimnazjalistów z klasy II b: Szymona Radziejewskiego i Małgorzaty Paterskiej lub do katechety Hieronima Czaplickiego. Sprzęt przyjmowany jest do końca maja 2013 roku. Po tym terminie telefony zostaną zapakowane i wysłane do księży werbistów, aby w ten sposób wspomóc ich dzieła misyjne. „ROBIĘ TO, CO ZAWSZE CHCIAŁEM ROBIĆ"
Wywiad z piosenkarzem Jackiem Mejerem powszechnie znanego jako „Mezo”, który objął patronat i wspomaga kolarskie Mistrzostwa MTB XC 2013. Mistrzostwa te odbędą się w Żerkowie.


GIGant: Czy pan interesuje się kolarstwem? Jacek Mejer: Generalnie interesuję się wieloma sportami. Kiedyś byłem piłkarzem, grałem w juniorach Lecha Poznań, m.in. z Bartkiem Ślusarskim, który dzisiaj strzela bramki w ekstraklasie. Gram amatorsko w tenisa, biegam, nawet zdarzyło mi się dwa razy przebiec maraton, a obecnie przygotowuję się do triathlonu. Także kolarstwo nie jest mi całkiem obce, chociaż to całkiem nowa dyscyplina. Ćwiczę tez na basenie. GIGant: Czy był pan już wcześniej w Żerkowie lub okolicach? J. M: W okolicach z pewnością, w Żerkowie być może też, chociaż nie kojarzę, kiedy to było i w jakich okolicznościach. Ale mogę powiedzieć, że bywałem w tych stronach wielokrotnie, ponieważ w Golinie mam rodzinę. Co prawda nie najbliższą, ale jeździłem tam szczególnie, gdy byłem młodszy, kiedy byłem przy boku rodziców, bo wtedy co roku jeździliśmy na święto zmarłych do Goliny na cmentarz. Pozdrawiam Golinę, całą moją rodzinę i mieszkańców! GIGant: Co sprawiło, ze się tu zjawiłeś? J. M: Zostałem poproszony o zagranie koncertu jako imprezy towarzyszącej Mistrzostwom Polski MTB, a jako że jestem czynnym sportowcem i zdarza mi się grać koncerty jako imprezy towarzyszące do takich wydarzeń sportowych, to się zgodziłem. Poza tym, bardzo to lubię i dlatego tutaj właśnie jestem! Mam nadzieję, ze to będzie duże wydarzenie. Jestem pod wrażeniem organizacji, impreza naprawdę bardzo dobrze organizacyjnie wypada już na konferencji prasowej. GIGant: Dlaczego pomagasz Drużynie Szpiku? J. M: Drużyna Szpiku to



fundacja, która zajmuje się pomocą dzieciom - i nie tylko dzieciom - chorym na białaczkę. Regularnie odwiedzam chore dzieci w szpitalu. To niestety straszna choroba, która spada na ludzi nieoczekiwanie. Robię to z potrzeby serca i z potrzeby tego, że mogę to robić. Kiedy nadarzy się okazja, zakładam koszulkę Drużyny Szpiku, żeby im pomagać, żeby ich promować. Fundacja ta zbiera pieniądze na krew i szpik, które pomagają osobom chorym. Z Drużyną Szpiku już przebiegłem maratony i dla nich występowałem w programie „Bitwa na głosy”, gdzie moim celem charytatywnym było właśnie pomóc Drużynie Szpiku. Zajęliśmy trzecie miejsce, dlatego pieniędzy nie wygraliśmy, ale myślę, że cała fundacja została nieźle wypromowana, co jest niemałym sukcesem. GIGant: Ma pan zamiar wziąć udział w maratonie rowerowym? Na jakim dystansie? J. M: Piątego lipca mam koncert, następnego dnia są maratony od rana, więc jeśli tylko będę mógł zostać dłużej w sobotę - ponieważ w sobotę też będę miał koncert już gdzieś indziej - to myślę, że jestem w stanie przejechać dłuższy dystans. A jeśli nie, to chociaż ten krótki. GIGant: Biorąc teraz pod uwagę życie zawodowe - jak to jest być znanym piosenkarzem? J.M: Generalnie bycie znanym ma swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że można dzielić się tym, co robisz z dużą rzeszą ludzi, że można zarabiać na tym pieniądze, że można realizować swoje. Minusem jest to, że trudno jest być w jakikolwiek sposób anonimowym. Czasami chce się coś kupić w spożywczaku, być zwykłym człowiekiem, a tu na każdym kroku ktoś zaczepia. Zazwyczaj jest to mile, bo ktoś prosi o autograf, zdjęcie, ale gdy jest tego za dużo, to bywa to po prostu męczące. Niemniej bilans jest bardzo dobry. Robię to, co zawsze chciałem robić, i to już od ponad 10 lat i jest wszystko w porządku. GIGant: Denerwuje się pan przed koncertami? Które pamięta pan najlepiej? J. M: Oczywiście (śmiech), ostatnio czytałem o rodzajach stresu i jest taki stres, który się nazywa dystres. Jest to stres, który paraliżuje przed jakimś zajęciem i sprawia, że to zajęcie wychodzi później gorzej, ponieważ działa on negatywnie. Jest też coś takiego, jak eustres, który wręcz motywuje i wytwarza w organizmie taką pozytywną energię, adrenalinę. Zawsze staram się mieć ten eustres przed koncertami i cieszę się, jeśli on jest, bo to znaczy,



że są jakieś emocje i zależy mi na tym, żeby ten koncert dobrze wypadł. Jeżeli chodzi o koncerty , które pamiętam- wiadomo, różne sytuacje się zdarzają na koncertach. Najczęściej jeżeli chodzi o jakieś problemy to jest to … zapomnienie tekstu. No, ale na to są różne sposoby. Najlepiej jest nie dać po sobie poznać, ze coś się dzieje i po prostu improwizować. GIGant: Pana marzeniem jest…? J. M: Moim marzeniem jest wydawanie fajnych płyt, podróżowanie i rozwijanie się także jako sportowiec, ponieważ trenuję różne dyscypliny. Fajnie to na mnie działa. Magda & Amanda Bo jestem rudy…?! Rude włosy - dar czy przekleństwo? Statystyki podają, że jedynie około 2% populacji ludzkiej ma naturalnie rude włosy. Wiąże się z tym wiele stereotypów. Co jest takiego w tym kolorze, że wszyscy poświęcają mu tyle uwagi. Z badań wynika, że rudowłosi ludzie są bardziej odporni na kłujący ból. Wyniki wszystkich doświadczeń, choć pozornie niepowiązane. Naukowcy wskazują na istnienie genu, który byłby specyficzny wyłącznie dla rudowłosych ludzi. Gen powodujący ten kolor może ujawnić się u osób różnego pochodzenia, ale najwięcej z nich jest w północnej Europie. W tych statystykach przoduje Szkocja i Irlandia, gdzie aż 46% osób posiada gen odpowiedzialny za powstawanie rudego koloru włosów. W Szkocji 13% ludzi jest naturalnie rudowłosych, a w Irlandii - 10%. Dla porównania w USA jest tylko 2% ludzi o miedzianych włosach. Dość popularny w Internecie ostatnio stał się fragment odcinka Idola, kiedy to jury skrytykowało pewnego chłopaka, a on z oburzeniem zapytał się: „Bo jestem rudy?!” Dlaczego więc rudzi są dyskryminowani i wyśmiewani przez niektórych? Zapytałam dwóch chłopaków z gimnazjum, czy kiedykolwiek byli obiektem kpin i jak się z tym czują… Prawda jest taka, że wyśmiewają się ze mnie niekiedy. Moje stałe przezwisko to Rudy. Może i trochę mi to przeszkadza, ale nic na to nie poradzę. Zawsze najgorsze są początki znajomości, potem już jest lepiej – chłopak, I klasa (gimnazjum). Czuję się inny, ale z reguły zapominam o tym. Parę razy mi się to przytrafiło, że ktoś się wyśmiewał ze mnie. Raczej normalnie to przyjmuję, nie przejmuję się tym aż tak. Myślę, że rudość przeszkadza w poznawaniu obcych ludzi czy zawieraniu nowych znajomości, ale potem jest już dobrze - Mateusz Wosiek. Cechy często przypisywane rudowłosym to: namiętność złośliwość duży temperament fałsz (dwulicowość) W serialu telewizyjnym „Czterej pancerni i pies” główni bohaterowie walczyli czołgiem, który nosił nazwę „Rudy”. Nazwa ta została nadana na cześć rudowłosej Marysi Ogoniok, rosyjskiej sanitariuszki, narzeczonej Janka. Sandra Wolicka Życie sportowca od drugiej strony medalu...
Od Mistrzostw Świata w Egipcie minął już prawie rok. Nie tylko pierwsza połowa 2012 roku okazała się dla mnie szczęśliwa, druga także przyniosła wiele wzruszeń, osiągnięć i przeżyć. Zacznijmy jednak od początku …..


Lipiec – sierpień 2012 Chcąc osiągnąć bardzo dobre wyniki w przyszłym sezonie nie mogłam sobie pozwolić na „wakacyjną labę”. Aby nie utracić formy, ciężko trenowałam na obozach kadrowych w Karpaczu i Poznaniu oraz na obozie klubowym w Sarbinowie. Wrzesień 2012 rok Wraz z 1 września rozpoczął się nowy okres startowy. Pierwszą taką wielką imprezą sportową był Międzynarodowy Turniej Warsaw Cup. Po raz pierwszy walczyłam w kategorii juniora z wcześniej nierozpracowanymi w walce przeciwniczkami. Zwycięstwo w turnieju zapewniło mi stałe miejsce w kadrze narodowej. Październik 2012 To był bardzo pracowity miesiąc. Już 5 października udałam się na tygodniowe zgrupowanie kadry do Poznania. Podczas tych dni przystąpiłam do egzaminu na czarny pas. Udało mi się go zaliczyć pozytywnie. Podczas treningów przygotowywałam się do turnieju Aclass w Serbii. 18 października wyjechałam w długą podróż do Belgradu. Spotkałam tam przyjaciółkę z Cypru, Kyriaki. Do domu wróciłam z brązowym krążkiem. Nie znalazłam jednak chwili na oddech. Już 26 października wyjechałam na kolejne tygodniowe zgrupowanie do Poznania. Listopad 2012 8-12 listopad – Międzynarodowy Turniej Aclass Chorwacja Zagrzeb Open. Zawody ukończyłam również na trzeciej pozycji. Dzień w domu i 14 listopada udałam się na coroczne badania sportowe w Warszawie. Specjaliści badali nam m.in.: tkankę tłuszczową, stopień zmęczenia wraz z poborem krwi, siłę, rozpęd i stan psychiczny. Z Warszawy od razu pojechałam do Poznania na kolejne zgrupowanie.



Minął tydzień i znów znalazłam się na sali gimnastycznej w Poznaniu na następnym zgrupowaniu. Ostatniego dnia zgrupowania, późnym wieczorem wylecieliśmy do Paryża na Turniej Paris Open. 30 listopada zwiedziliśmy stolicę Francji, nie odbyło się bez sesji przed słynną wieżą Eiffla. Grudzień 2012 2 grudnia okazał się dla mnie bardzo szczęśliwy. Stoczyłam wówczas cztery, wygrane walki. Z wielką radością wróciłam do domu z wielkim, złotym pucharem za 1 miejsce. Do końca grudnia postawiłam na rehabilitację i świąteczną atmosferę. Styczeń 2013 Niestety nie można odpoczywać wiecznie. Prawie całe ferie zimowe spędziłam na obozie kadry wielkopolskiej w Karpaczu. Luty 2013 Cały miesiąc spędziłam w Jarocinie. Z wielką determinacją trenowałam pod okiem mojej klubowej trenerki. Marzec 2013 7 marca wyjechałam na zawody German Open 2013. Był to mój pierwszy start w wyższej kategorii wagowej i zarazem pierwszy turniej w 2013 roku. Udało mi się powtórzyć sukces osiągnięty w Paryżu. 17 marca odbyły się badania kadry wojewódzkiej juniorów w Poznaniu. Już 23 marca wraz ze swoim klubem udałam się na mniej ważne zawody do Pragi. W Czechach zdobyłam pierwsze miejsce. Tuż przed Wielkanocą udałam się na trzydniowe zgrupowanie w Poznaniu.



Kwiecień 2013 W tegoroczne święta musiałam lekko przystopować z jedzeniem, ponieważ musiałam utrzymać wagę, a już 4 kwietnia wyjeżdżałam do Belgii. Do Jarocina wróciłam tym razem ze srebrem. 19 kwietnia wyruszam na kolejne międzynarodowe zawody do Bydgoszczy. Rok 2012 był dla mnie bardzo udany, tak jak pierwsze miesiące roku 2013. Każdego tygodnia spędzam wiele godzin na treningach. Mam określony cel, który chcę zrealizować, a mianowicie Mistrzostwa Europy Juniorów w Portugali. Zdaję sobie sprawę z tego, że samej nigdy nie udałoby mi się osiągnąć tak wiele. To dzięki cierpliwości i zaangażowania trenerki, pomocnej dłoni przyjaciół, kolegów i koleżanek, nauczycieli i rodziny, kocham robić to, co robię. Dziękuję wam za to z całego serca. Patrycja Adamkiewicz ZŁOTY OLIMPIJCZYK Wywiad z ,Konradem Chołodeckim - mistrzem Igrzysk Zimowych Olimpiad Specjalnych w Korei Północnej'' GIGant: Jak to się stało, że zainteresowałeś się slalomem narciarskim? Konrad Chołodecki: Wszystko zaczęło się od obozu przygotowawczego w Zakopanem. W 2011 roku organizowano pierwszy taki obóz. Ośrodek miał wytypować siedem osób, w tym mnie. W 2011 roku pierwszy raz miałem narty na nogach. Tak zaczęła się moja przygoda.



GIGant: Co cię skłoniło do udziału w tak dużym przedsięwzięciu? K.Ch.: W 2012 roku w Kielcach organizowane były zawody, w których zdobyłem złoto. Następnie odbyło się losowanie zawodników na wyjazd do Korei. GIGant: Co czułeś podczas zawodów? K.Ch.: Na pewno stres, aczkolwiek cieszyłem się, że zaszedłem tak daleko. Z każdym dniem było coraz lepiej. GIGant: Jak się czułeś będąc na podium olimpijskim? K.Ch.: Byłem bardzo zaskoczony, ponieważ nie spodziewałem się tego, że wygram. Czułem się świetnie. GIGant: A gdy zagrano i odśpiewano „Mazurka Dąbrowskiego”? K.Ch.: Czułem dumę, byłem wzruszony. Dopiero wtedy dotarło do mnie, jak wielki sukces udało mi się osiągnąć. GIGant: Kto przygotowywał cię do igrzysk? K.Ch.: Przygotowywał mnie trener z Nowej Soli, z którym nie pracuję na co dzień. GIGant: Ile czasu poświęcasz na treningi i jak one wyglądają? K.Ch.: Trenuję tylko i wyłącznie podczas obozów. Oprócz slalomu narciarskiego interesuję się również piłką nożną, siatkówką i tenisem stołowym. GIGant: Komu zawdzięczasz swój sukces? K.Ch.: Myślę, że najwięcej zawdzięczam pani Małgosi, która cały czas mnie wspierała, ale także trenerom, którzy przygotowywali mnie do zawodów i wkładali dużo pracy i wysiłku, abym wypadł jak najlepiej. GIGant: Czy ta wygrana wpłynęła w pewien sposób na twoje życie? K.Ch.: Muszę przyznać, że jestem zamkniętym w sobie człowiekiem. Jednak dzięki tej przygodzie otworzyłem się na świat. Poznałem wielu ciekawych ludzi. GIGant: Kto był dla ciebie największym wsparciem? K.Ch.: Największe wsparcie okazała mi pani Małgosia Michalska, moja obecna wychowawczyni. GIGant: Jak twoja rodzina zareagowała na twoją wygraną? K.Ch.: Rodzina była ze mnie bardzo dumna. Wszyscy bardzo cieszyli się z mojego sukcesu. GIGant: Kto jest twoim największym autorytetem? K.Ch.: Moim największym autorytetem jest Lionel Messi. GIGant: Czy wyznaczyłeś sobie cele na przyszłość, które chciałbyś zrealizować? K.Ch.: Chciałbym dalej rozwijać się w kierunku sportowym. Moim drugim celem jest oczywiście ukończenie szkoły. GIGant: Czy mógłbyś nam zdradzić, jakie jest twoje największe marzenie? K.Ch.: Moim największym marzeniem jest znalezienie dobrej pracy. GIGant: Konradzie, bardzo dziękujemy ci za wywiad i życzymy spełnienia życiowych planów. K.Ch.: Dziękuję również. Do Szkoły Przysposabiającej do Pracy w SOSW Borzęciczki uczęszcza również Łukasz Zieliński, który jest najlepszym sportowcem 2012 roku, wielokrotny medalista zawodów w pływaniu. Miał możliwość wyjazdu na międzynarodowe zawody na Majorkę. Niestety, podczas obozu przygotowawczego Łukasz został odrzucony i nie trafił do kadry. Towarzyszył nam on w rozmowie z



Konradem i wspierał naszego olimpijczyka – istna skarbnica wiedzy o sporcie. A. Piłkowska, A. Kubacka i A. Kowalczyk Wychowałem mistrzów świata i Europy Rozmowa z ternerem kolarskim GIGant: Był pan kiedyś w Żerkowie lub jego okolicach? Andrzej: Byłem w zeszłym roku na Pucharze Polski. Przez kilka miesięcy współpracowałem tutaj również z grupą zawodową i ich trochę szkoliłem. GIGant: Kolarstwo - jak to się zaczęło? Czy interesuje się pan jakimś innym sportem? Andrzej: Kolarstwem zajmuję się 32. rok. Najpierw jeździłem na rowerze 5 i pół roku. Później była matura i trzeba było zdecydować, czy iść na studia, czy dalej uprawiać sport. Chciałem być mistrzem i przez te pierwsze pięć lat do matury jeździłem dobrze, ale trudno mi było wygrać jakieś ważne zawody typu mistrzostwa Polski, więc stwierdziłem, że tym misrzem olimpijskim będzie mi trudno zostać. Pomyślałem, że po maturze pójdę na studia i zostanę trenerem. GIGant: Czy pana wychowankowie mają jakieś sukcesy? Andrzej: Moją wychowanką jest nie tylko Maja Włoszczowska, ale również Ola Dawidowicz, która była mistrzynią świata, mistrzynią Europy. Wygrała puchar świata w kategorii młodzieżowej. Była na igrzyskach. Moją wychowanką jest również Ania Szafraniec, która była wicemistrzynią świata. Była mistrzynią świata w wyścigu drużynowym. Magda Sadłecka, wicemistrzyni w maratonie rowerowym też była moją wychowanką. Marcin Karczyński, mistrz świata w wyścigu drużynowym. Wychowałem sześciu mistrzów świata i pięciu mistrzów Europy. GIGant: Jak przebiega taki trening? Andrzej: To zależy, w jakim okresie przygotowawczym jesteśmy. Zimą kolarze trenują dużo, bo wykonują dwa treningi dziennie. Ogóle 6-7 godzin dziennie. Od kwietnia zaczyna się okres startowy i tych treningów jest trochę mniej. Jest jeden trening dziennie. Od półtorej godziny do trzech godzin w przypadku dziewczyn. Chłopcy trochę więcej. Startów jest rocznie od trzydziestu do czterdziestu.



GIGant: Na czym polegają ćwiczenia na treningu? Andrzej: Od grudnia do lutego to są treningi poza rowerem. Marszobiegi, narty biegowe, pływanie, siłownia i zajęcia ogólnorozwojowe na sali. Od połowy lutego czy marca jest tylko i wyłącznie rower. Treningi w terenie i treningi na szosie. Listopad jest miesiącem przejściowym, gdzie zawodnicy niewiele trenują, odpoczywają dwa razy w tygodniu, a 2-3 razy w tygodniu trenują, np. na basenie. GIGant: Czy interesuje się pan czymś innym poza sportem? Andrzej: Chyba fotografia. Sport zajmuje mi całe moje życie... Nie mam za bardzo czasu, mając kadrę zawodników do trenowania. Trzeba być 24 godziny na dobę trenerem, więc za wiele możliwości nie ma. Ale pasjonuje mnie jeszcze fotografia. KUMKA OLIK Wywiad z członkami zespołu „Kumka Olik” z Mogilna - czyli tego samego miasta, w którym sporą część swojego życia duszpasterskiego spędził patron naszego golińskiego gimnazjum, Ks. Piotr Wawrzyniak. Zespół zawitał do Jarocina na prośbę grupy gimnazjalistów, którzy poprzez zorganizowanie koncertu realizują swój projekt edukacyjny (obowiązkowe zadanie zespołowe dla uczniów klas drugich). Gigant: Skąd pomysł na nazwę „Kumka Olik”? Mateusz Holak (wokalista): Nazwa wzięła się stąd, że jak Kuba był mały, to swoim dziecięcym językiem nazywał siebie właśnie w ten sposób, Kumka Olik czyli Kuba Holak (założyciel zespołu, starszy brat Mateusza Holaka) Gigant: Jak i kiedy powstał zespół? M. H.: Zespół powstał w 2007 r. Od tamtej pory nagraliśmy trzy płyty. Gigant: Jak się zaczęła Wasza przygoda z muzyką indywidualnie? Max Psuja (perkusista): Chyba każdy przez to przechodzi, że kombinuje, żeby być w jakimś zespole, nagrywa covery. Od kiedy zacząłem grać na perkusji, to grałem w zespołach metalowych, a potem zaczął się już jakiś autorski materiał wraz z zespołem Kumka Olik. M. H.: U mnie zaczęło się w ten sposób, że chodziłem na zajęcia plastyczne również do takiego domu kultury, który w każdym małym miasteczku jest, i tam też odbywały się próby zespołu Kuby. Pewnie jako młodszy brat trochę mu zazdrościłem i postanowiłem sam się w coś podobnego zaangażować. Jakoś po roku od tego czasu jak on zaczął. Kumka Olik to jest właściwie pierwszy taki mój zespół, w który jakoś się wciągnąłem. Wcześniej uczestniczyłem, w składach w których graliśmy covery. Kuba Holak (basista): Kolega mojego taty zaprosił nas do siebie. Miał syna w moim wieku i ten syn był strasznie wkręcony w muzykę. On mi dał wtedy pierwszą gitarę. Zacząłem ćwiczyć, później zacząłem trochę grać i założyłem pierwszy zespół. Gigant: Czy sami piszecie



i komponujecie utwory? M. H.: Tak, robię to ja. Mogę powiedzieć na temat procesu twórczego w tym zespole tyle, że piosenki nagrywam sobie i piszę w domu, później dochodzi do tego procesu Kuba, który pomaga mi je rejestrować, a następnie rozkminiamy, jak by to zagrać na koncercie i sprzedać. Gigant: Jak staliście się sławni? M. H.: Nie wiem (śmiech). Nie wiem kiedy. Sława to chyba słowo zupełnie nieprzystające do tego stanu, w którym jesteśmy. Co to jest sława? Na pewno takim jakimś większym echem odbiła się nasza pierwsza płyta, na której było kilka piosenek, które okazały się ciekawe dla osób pracujących w radiu, a potem dla ludzi słuchających radia. No i tak się jakoś od wtedy kręci. Gigant: Czy jesteście rozpoznawalni? M. H.: Mnie się to czasami zdarza, aczkolwiek nie jest to



częste. Ale zdarza się. Gigant: Czy macie jakieś nagrody? Jeśli tak, to z jakiej jesteście najbardziej dumni? M. H.: Ja mam nagrodę w konkursie plastycznym (śmiech). Ale w zespole jest jedna taka nagroda, o której warto wspomnieć przy okazji naszego koncertu, bo dostaliśmy wyróżnienie w konkursie w Jarocinie w 2007 roku na początku funkcjonowania zespołu. Jest jedną z fajnych nagród. Często byliśmy nominowani do jakiś nagród, ale nigdy ich nie wygrywaliśmy, więc nie będę o nich mówił. Gigant: Gdzie zagraliście swój pierwszy koncert? M. H.: Pierwszy koncert zagraliśmy w Mogilnie, w magazynie zbożowym. Magazyn zbożowy to była taka akcja, gdzie nasi aktywiści chcieli zrobić klub i takie miejsce, w którym można by pooglądać sobie różne rzeczy związane ze sztuką, przy okazji przywracając życie magazynowi zbożowemu. Inicjatywa upadła, ale to był chyba nasz pierwszy koncert. Gigant: Jakie macie zainteresowania poza muzyką? M. P.: Ostatnio jestem skoncentrowany na muzyce. Można powiedzieć, że nic nie robię poza tym. Raczej tak naprawdę wszystko się kręci wokół muzyki. M. Sz.: Interesuję się budową maszyn rolniczych, ponieważ jestem inżynierem w firmie, która buduje takie futurystyczne maszyny. M. H.: A ja coraz bardziej interesuję się sztuką, za sprawą mojej szkoły, do której uczęszczam. I to chyba na tyle. K. H.: Muzyka zabiera mi tyle czasu, że nie mam innych zainteresowań, albo robię to, co wszyscy, więc nie warto o tym mówić. Poza muzyką pracuję zawodowo. Nawet gdybym chciał, to po prostu nie mam na to czasu. Gigant: Czy macie jakiś swój autorytet czy raczej to wy chcecie być autorytetem? M. H.: Autorytet to jest bardzo trudny temat. Chociaż czy my mamy być autorytetem, to już jest imputacja. Potrafilibyśmy wymienić paru artystów, którzy są dla nas autorytetami. Mnie osobiście inspiruje taka postać jak Steve Jobs. Mówię zupełnie serio. Czytam biografie ludzi, którzy mogą mnie interesować, i chociażby wspomniany Steve Jobs albo Woody Allen. K. H.: Szczerze mówiąc można by znaleźć wielu artystów, którzy mieliby na mnie wpływ, ale nie ma nikogo takiego, kogo bym mógł wskazać konkretnie. Magda i Gosia



To czysta pasja, bez ciśnienia na sławę Adam Gościniak- uczeń naszego gimnazjum, zawodnik GROMu Golina, ale jego pasją jest machanie na yoyo. GIGant: Jak długo machasz? Adam Gościniak: Macham yoyem od 3 lat. Na początku traktowałem to jako zabicie czasu, potem oglądałem filmiki i poświęcałem temu więcej czasu. GIGant: Jak to się zaczęło? A. G.: Był taki dzień w szkole, kiedy widziałem jak inni bawią sie taką zabawką. Zaciekawiło mnie to bardzo. Postanowiłem kupić swoje pierwsze yoyo i zacząłem z kolegami machać, uczyć się. Potem z czasem coraz bardziej mi się to podobało. Zauważyłem, że mogę coś osiągnąć i wystartowałem w pierwszych zawodach yoyo w Jarocinie " Summer Freestyle Competition", gdzie wypadłem słabo, ale mimo tego nie zaniedbywałem tej pasji. GIGant: Jakie masz osiągnięcia na swoim koncie? A. G.: Moje największe osiągnięcia to: 3 miejsce w kategorii " Junior " ( do lat 18 ) na Oficjalnych Mistrzostwach Polski yoyo w Łodzi. 4 miejsce na zawodach w Łowiczu. Obecnie trwa liga yoyo w Łodzi, gdzie w ogólnej klasyfikacji zajmuję 5 miejsce. GIGant: Jak rozwijasz swój talent? A. G.: Codziennie przynajmniej godzinę poświęcam na to, oglądam filmiki na YouTube, wzoruje się na innych, a potem sam coś wymyślam. Jeżeli mi się spodoba to powtarzam kilka razy trick, żebym go zapamiętał. GIGant: Co ci to daje? A. G.: Trudne pytanie. Na początku sam myślałem nad tym, ale tak naprawdę jest to zabawka, dzięki której rozwijam swoją wyobraźnię i myślenie logiczne. Zdobywam dużą wiedzę na ten temat, nawiązuję nowe znajomości z całego kraju i świata. GIGant: Jak zachęciłbyś innych do machania? A. G.: Myślę że każdy kto chce machać, będzie miał problemy przez pierwsze 2 miesiące. Sam tak miałem, ale z czasem przy uruchomieniu wyobraźni spodoba sie to każdemu. Zachęcam do machania, mogę pouczyć. Przy większym gronie można stworzyć szkółkę i myślę, że na pewno znajdę czas, przynajmniej godzinę w tygodniu, żeby pouczyć innych i rozwijać to w Polsce. Angelika Lisiecka



BEZ MUZYKI NIE BYŁOBY… MNIE Dnia 10 kwietnia w kinie "Echo" w Jarocinie odbyło się spotkanie z Markiem Niedźwieckim, polskim dziennikarzem muzycznym i prezenterem Programu III Polskiego Radia. Celem spotkania było wypromowanie książki biograficznej Niedźwieckiego. Opowiadał nam o swoich pasjach - muzyce, którą interesował się już w młodości i podróżach. Marek Niedźwiecki rozpoczął pracę w Studenckim Radiu Żak Politechniki Łódzkiej, podczas gdy studiował na Wydziale Budownictwa i Architektury. Od kwietnia 1982 do lipca 2007 prowadził "Listę Przebojów Programu Trzeciego". Jednak w grudniu 2007 przeszedł do Radia Złote Przeboje, gdzie prowadził "Listę Przebojów Marka Niedźwieckiego". Wrócił do Radiowej Trójki 1 kwietnia 2010 i tam wznowił swoją słynną "Listę Przebojów". Marek Niedźwiecki prowadzi również telewizyjny program muzyczny "W tonacji Premium", który jest emitowany na kanale nPremium HD. GIGant: Czy praca w radiu sprawia Panu satysfakcję? Marek Niedźwiecki: Ciągle jeszcze tak. GIGant: Jest pan pomysłodawcą trójkowej audycji TOP wszechczasów. Skąd narodził się ten pomysł? M. N.: Trochę ściągnięty z holenderskiego radia, oni to robią od wielu lat. Nasz pierwszy TOP wszechczasów był na antenie w 1983 roku - jeśli dobrze pamiętam, potem była duża przerwa. Teraz to już jest na stałe co roku. Oni robili to w święta Wielkiej Nocy, zaczynało się w piątek, a kończyło w lany poniedziałek i było nadawane całe 24 godziny na dobę. Pomyślałem



sobie, że jeśli u nich to było w Wielkanoc, to u nas będzie w Boże Narodzenie. Wiele pierwszych TOP odbywało się w okolicach świat bożonarodzeniowych, a teraz ostatnie kilka lat to jest pierwszy stycznia, bo to jest też taka pora dobra, kiedy można wydobrzeć po sylwestrze, cześć jeszcze w ogóle nie włącza radia w ten dzień. To jest takie 12 godzin dla tych, którzy chcą słuchać tego radia i myślę, że to odpowiednia pora. Ale sam pomysł „zaciągnięty” z Holandii. GIGant: Czy muzyka to całe pana życie? M.N.: Prawie. Można powiedzieć, że cos najważniejszego. Myślę, że gdyby nie było muzyki, nie byłoby w ogóle mnie. To jest takie sprzężenie zwrotne - że ja uwielbiam muzykę, a dzięki tej muzyce mogę robić, to co lubię. Muzyka jest istotna dla mnie w życiu codziennym. Pierwszą rzecz, którą robię po przebudzeniu to włączenie radia, a tuż przed zaśnięciem to wyłączenie radia. A w międzyczasie dzieje się dużo innych rzeczy związanych z muzyką, jak choćby słuchanie płyt. Przesłuchuję muzykę, którą puszczam w radiu. GIGant: Jakiej muzyki pan słucha? M. N.: Bardzo różnej. Chyba łatwiej byłoby mi powiedzieć, jakiej muzyki nie słucham. Słucham mało muzyki klasycznej, właściwie wybiórczo, najchętniej Mozarta. Natomiast nie słucham ciężkiego rocka, jeśli to jest np. Metallica no to tak, jednakże takich wynalazków dla młodych ludzi jednak nie. Nigdy nie słuchałem muzyki disco polo i jest mi z tym dobrze. A cała reszta to różnie. Dawkuję sobie. Jeśli mam ochotę na coś starego, to włączam płyty Davida Bowiego albo Eltona Johna. Jednak większość to są nowe rzeczy, dlatego że kupuję czy też dostaję płyty od firm fonograficznych, które muszę potem „przerobić” i wybrać, co puszczę w radiu. GIGant: Występuje pan również w telewizji. Jakie programy pan prowadzi? M. N.: Właściwie telewizja nigdy nie była moim medium. Wiem jak wyglądam, lustruję się codziennie i uważam, że w pewnym wieku nie wypada już się pokazywać w telewizji. Przez te wszystkie lata właściwie telewizja częściej wybierała mnie niż ja ją. Czy to była wzrokowa lista przebojów, czy Magazyn 102, czy potem ulubione kawałki, czy tez lista TOP wszechczasów. Dostawałem propozycję i myślałam „czemu nie”. W tej chwili robię jeden program. To się wcześniej nazywało „W tonacji Premium” a teraz „W tonacji plus”. To jest około 45-minutowy program, w którym gram klipy - od lat 70 do lat współczesnych. Teraz nowy pomysł polega na tym, że zapraszam gości, którzy mogą przedstawiać swoje ulubione klipy. Pierwsza była Anna Maria Jopek, potem Kayah, następnie Grzegorz Markowski, czyli moi ulubieni wykonawcy. To jest wszystko, co chciałbym robić, bo - jak mówiłem - telewizja to nie jest moje ulubione medium. GIGant: Czy ma pan jakieś inne zainteresowania? M.N.: Lubię podróżować, chyba jak każdy. Wybrałem sobie takie ulubione miejsca, jak Korsyka od 1991 roku, Australia od 1995 roku i, Góry Izerskie. Tak się złożyło, że jeżdżę tam zaledwie od trzynastu lat, ale ponieważ są najbliżej, jestem tam najczęściej. Jest to Szklarska Poręba, Świeradów, Jakuszyce i okolice. Tam jest naprawdę mnóstwo fajnych miejsc. Z tym podróżowaniem wiąże się to, że fotografuję, nieprofesjonalnie



oczywiście. Jest to moje takie pewnego rodzaju hobby i od mniej więcej siedmiu lat prowadzę bloga, w którym opisuje swoje podróże i umieszczam zdjęcia. GIGant: Dziękujemy za wywiad Amanda Pawlicka i Gosia Jelak SKĄD TA NAZWA Etymologia nazw jest jedną z najciekawszych dziedzin naukowych. Wielu ludzi pasjonują w etymologii nazwy ich własnej miejscowości, ale przecież jest bardzo wielu ludzi, którzy nie wiedzą, skąd się wzięła ta nazwa. W tym artykule postaram się przybliżyć etymologię nazw kilku okolicznych miast i miejscowości. Nazwa miejscowości najczęściej pochodzi od: - położenia geograficznego danej miejscowości, - nazwy zawodów, z którego kiedyś osada słynęła, - od imienia właściciela lub bohatera legendy związanej z tym miejscem, Golina - nazwa pochodzi od sformułowania goła ziemia, goleźń, ponieważ, kiedy zakładano tu osadę, to w okolicy była sama ziemia stojąca odłogiem, goła. Krotoszyn – Kiedyś w Krotoszynie mieszkał rycerz o imieniu Krot. miał syna. Gdy ten dorósł, ojciec wydzielił mu własny majątek. Od tego czasu mówiono tam mieszka Krot , a tam Krota syn. Z czasem oba wyrazy połączyły się tworząc nazwę Krotoszyn. Koźmin Wielkopolski – Dawno temu kiedy te tereny były niezamieszkane, a okoliczną puszczę zamieszkiwał tylko pewien pustelnik. Nad rzeką Orlą znajdowała się mała dolinka, w której żyły żmije. Pewnego dnia w tej dolince, na którą zwykło się mówić kosz żmij, pustelnik znalazł dziewczynkę. Po latach gdy dziewczyna dorosła, spotkała przejeżdżającego księcia, który założył tu osadę, która od dolinki ze żmijami, nazwana została kosz żmij. Z czasem nazwa uległa przekształceniu na dzisiejszą. Jarocin – Nazwa wzięła się od pewnego właściciela tej osady, o imieniu Jarota. Z czasem osadę Jaroty nazwano Jarocinem. Rozdrażew – Jest idealnym przykładem miejscowości, której nazwa wzięła się od dawnych właścicieli tych ziem o nazwisku Rozdrażewscy. Kobylin, Dubin i Jutrosin – wszystkie te miejscowości wzięły swą nazwę od słów wypowiedzianych przez pewnego woźnicę, którego powozu nie chciały ciągnąć konie, gdyż wyczuwały w pobliżu złe moce. Zdenerwowany woźnica miał wyrzec słynne zdanie: Wio kobylino, bo jak cię zatnę pod dupino to ci będzie jutro sino. Od tych to słów nazwę wzięły te trzy miejscowości. Krzysztof Bochna



W dniach 15-17.03 odbył się III Wielkopolski Zlot Wędrowników w Wągrowcu. Coroczna impreza organizowana dla harcerzy z całej Wielkopolski. „Na tegorocznym w Zlocie było 308 uczestników podzielonych na 48 patroli. Najdłuższą drogę do Wągrowca przebył patrol z Olsztyna” – pisze magazyn wędrowniczy „Na Tropie”. Harcerze są wszędzie Program zlotu był bardzo urozmaicony. Po długiej i męczącej podróży uczestników zlotu zaproszono przedstawienie „Czarna skrzynka” wągrowieckiego teatru, które zrobiło niemała wrażenie na widzach. ” W inauguracji wziął udział hm. Jarosław Rura, komendant Chorągwi Wlkp. ZHP. Niestety, ale nie dopisały lokalne władze. Burmistrza Wągrowca reprezentował jego zastępca, Grzegorz Kamiński, honor starosty ratowali Ewelina Szulc i Piotr Pałczyński.” – informuje magazyn „Głos Wągrowiecki”. Na tym się jednak nie skończyło, zaraz po wspaniałym występie, wędrownicy mieli możliwość skorzystania z miejscowego aquaparku, siłowni lub groty solnej. Wieczorem w szkole służącej za noclegownię, drużyny otworzyły 3 kawiarenki: „U rolnika”, „Romantico” i „Kawiarenkę Filmową”. Wszystkie stworzone były z pasją, a posiłki, które



serwowały (gofry, naleśniki, tosty, herbata, kawa, placek…) smakowały nieziemsko. Przy okazji kilka drużyn miało okazję trochę się wzbogacić . Jak to zwykle bywa na harcerskich wyjazdach, wędrownicy niezbyt szybko znaleźli się w swoich śpiworach, a następnego dnia powoli, bardzo niechętnie z nich wyszli. Po porannej toalecie poszli do pobliskiego sklepu po pyszne śniadanko. Trzeba się było dobrze pożywić, bo tego dnia czekały na uczestników cztery niezwykle interesujące bloki zajęć: intelektualne (warsztat rozwijania kreatywności; Gap Year; zdrowe żywienie; Kto ma w domu włącznik?; Fun Theory; Eprofilia i elektroniczne wizytówki alternatywą dla CV) duchowe (religia w sferze publicznej; studnie w Sudanie, paczki świąteczne dla Afganistanu; korzenie cywilizacji zachodniej; prawa konsumenta; Poznański Czerwiec ’56 i „Solidarność”; Grunwald, z czym to się je?) społeczne (harcerskie stereotypy a wizerunek – czy problem został wreszcie rozwiązany; czy harcerstwo pomaga w godzeniu wielu ról społecznych, czy też je utrudnia; harcerskie wartości: aktualne? ważne? atrakcyjne?; EZHP i karty



członkowskie – ułatwienie czy utrudnienie?; wędrownik w hufcu – pomysł stary ale jary?; nowe technologie w związku – jaką rolę pełnią w misji harcerskiego wychowania?) i emocjonalne (joga śmiechu; panowanie nad stresem; kreatywność sceniczna; zarządzanie sobą w czasie; kreatywne oświecenie; dykcja + emisja + artykulacja = śpiew!). Każdy miał możliwość wzięcia udział w jednych zajęciach z każdego bloku. Zajęcia prowadzili studenci, doradcy zawodowi, specjaliści i instruktorzy młodzieżowi. Instruktorzy uczestniczyli w tym czasie w konferencji, podczas której mogli wymieniać się swoimi doświadczeniami. Nie skończyło się jednak na zajęciach. Na koniec dnia organizatorzy Zlotu przygotowali dla uczestników jeszcze jedną niespodziankę – koncert zespołu „Cisza Jak Ta”, który specjalnie dla harcerzy przybył aż z Kołobrzegu. Mimo ciasnoty na sali, wędrownicy świetnie się bawili i śpiewali razem z zespołem. W niedzielę, po gruntownym sprzątnięciu sal, odbyła się giełda programowa, podczas której każda ekipa mogła zareklamować swoje środowisko. Następnie po pożegnaniu w kręgu, każdy udał się w swoje strony, bogaty w nowe doświadczenia i znajomości. Hufiec Jarocin reprezentował 12-osobowy patrol „Ciemna strona naleśnika”. „Zlot wspominam bardzo miło i na pewno przyjadę też w przyszłym roku. Sobotnie zajęcia i koncert były rewelacyjne!”. „Zlot był spoko, zaje fajnie w ogóle, za rok też przyjadę”. – tak wypowiadają się uczestnicy zlotu z naszego hufca. Wszyscy bardzo dobrze się bawili i planują wyjazd na IV Wielkopolski Zlot Wędrowników, który odbędzie się w przyszłym roku we Wrześni. Karolina



ZACHOWAĆ W LUDZKIEJ PAMIĘCI Rozmowa z Wojciechem Talagą - historykiem GIGant: W jakim celu zorganizował Pan spotkanie w Pałacu Radolińskich? Wojciech Talaga: Spotkanie autorskie w Pałacu Radolińskich było zorganizowane w celu prezentacji i sprzedaży książki pt. „Dwanaście drewnianych kościołów wokół Jarocina”. GIGant: Skąd u pana zainteresowanie historią? W.T.: Moje zainteresowania biorą się z wykonywanego zawodu historyka w Zespole Szkół nr 3 w Jarocinie oraz z bycia członkiem Polskiego Towarzystwa Historycznego. Uważam, że historyk powinien sam prowadzić badania z dziedziny regionalistyki i o ile zbierze odpowiedni materiał, powinien z tym podzielić się z innymi. Po drugie nasze badania prowadzą do zachowania w ludzkiej pamięci i na kartach publikacji tych rzeczy, które są ulotne i mogą bezpowrotnie ulec zapomnieniu czy też zniszczeniu. Wreszcie po trzecie należy dbać o naszą ukochaną małą ojczyznę, czyli mówiąc po naszemu - fyrtel. GIGant: Dlaczego akurat wybrał pan kościoły i co jest w nich ciekawego? W.T.: Kościoły zostały wybrane nieprzypadkowo. Większość z nich leży w powiecie jarocińskim, ale też wybrałem te, które leżą w powiatach sąsiednich (krotoszyńskim i pleszewskim). Nie żyjemy przecież w izolacji. Co w nich ciekawego? To, że są z drewna, który to materiał jest narażony na wiele niebezpieczeństw. Po drugie w tych świątyniach są pięknie zachowane wnętrza, które urzekają swymi dziełami malarskimi i rzeźbiarskimi. Po trzecie z tymi kościołami wiążą się historie ludzi, którzy żyli w tych miejscowościach, pracowali, a jak było trzeba, to walczyli za ojczyznę. GIGant: Ma pan jakieś inne zainteresowania? W.T.: Tak, mam inne zainteresowania, takie jak robienie zdjęć, wycieczki po Wielkopolsce, tenis ziemny, bieganie po lesie, czytanie książek. Pamiętajcie Giganci - sport jest fantastyczny, gdyż daje dużo satysfakcji oraz zdrowia, czego i Wam, i sobie życzę. Amanda ;)



Dzień patrona na rockowo W czwartek, dnia 4 kwietnia 2013 roku, w Jarocińskim Ośrodku Kultury Niepubliczne Gimnazjum w Golinie obchodziło święto swego patrona, Piotra Wawrzyniaka. Tym razem szkoła postanowiła uczcić pamięć patrona inaczej, a mianowicie na rockowo. Gościem honorowym uroczystości był zespół Kumka Olik. Kumka Olik pochodzi z Mogilna, tak samo jak nasz patron. Dlatego postanowiliśmy skontaktować się właśnie z nimi. – mówi jedna z organizatorek koncertu.



Pomysł spędzenia tego szczególnego dnia narodził się wśród grupy projektowej pod nadzorem pana Tomasza Jankowskiego. Na początku chcieliśmy zaprosić Libera. Niestety, negocjacje nie zakończyły się sukcesem. Byłoby to dla nas zbyt duże wyzwanie tylko i wyłącznie pod względem finansowym. Po wielu przemyśleniach i „wertowaniach” stron internetowych wpadliśmy na pomysł zaproszenia zespołu Kumka Olik. – mówi członek projektu. Mieliśmy już zespół, więc zaczęliśmy myśleć o miejscu. W głowach mieliśmy pełno pomysłów np.: scena przy sali wiejskiej w Golinie. Ostatecznie postawiliśmy na JOK. W tym celu udaliśmy się do dyrektorki JOK`u, aby ustalić najważniejsze sprawy dotyczące organizacji. Następnie grupa zwróciła się, z propozycją zagrania dodatkowych piosenek do zespołu absolwentów gimnazjum. Starsi koledzy poparli nasz pomysł i zgodzili się wystąpić przed Kumka Olik. – wspomina organizator. Musieliśmy dowiedzieć się, czego dokładnie potrzebuje nasz gość specjalny. W tym celu kontaktowaliśmy się emailowo z jednym z członków w Kumka Olik. Kolejnym krokiem było wypromowanie wydarzenia. Założyliśmy wydarzenie na facebooku, dzięki któremu zdeklarowało swój udział wiele osób. Rozwieszaliśmy także plakaty w Jarocinie, rozdawaliśmy ulotki w szkole, zapraszaliśmy znajomych i rodziny. Dzięki naszym staraniom frekwencja na koncercie była bardzo zadowalająca. Grupa starała się również o sponsorów. Udało nam się pozyskać trzech sponsorów, dzięki którym uregulowaliśmy wszystkie niezbędne wydatki. Załatwiliśmy także ochronę. Nadszedł dzień koncertu. Równo z godziną osiemnastą na scenę wszedł prowadzący, który otworzył dzień patrona i zapowiedział pierwszy występ. Jako pierwsi wystąpili absolwenci. Grupa bardzo dobrze rozgrzała publiczność i z wielkim aplauzem zakończyła swoje show. Następnie na scenę wkroczył zespół Kumka Olik. Już od pierwszej piosenki młodzież wspaniale bawiła się pod sceną. Bardzo cieszymy się z tego, że ludzie tak dobrze przyjęli Kumka Olik i wraz z nimi śpiewali ich największe hity, takie jak: „Niepoprawnie kolorowych snów”, „Zaspane poniedziałki” i „Podobno nie ma już Francji”. – mówi organizator. Chcąc zaspokoić pragnienie publiczność mogła skorzystać z kawiarenki, która serwowała kawę i herbatę. Około godziny 20, jak to bywa na koncertach, widzowie poprosili o bis. Grupa chętnie zaśpiewała jeszcze dwa utwory. Następnie członkowie zespołu z wielką radością rozdawali autografy i pozowali do zdjęć z fanami. Widzowie rozeszli się do domów, a zadowolony zespół powrócił do Mogilna. Projekt był bardzo trudny do zrealizowania, ale udało nam się stanąć na wysokości zadania. Bardzo cieszymy się, że wszystko poszło po naszej myśli. Dziękujemy wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do zorganizowania tego wspaniałego wydarzenia. Według nas, szkoła powinna o wiele częściej organizować tego typu spotkania. – podsumowuje koncert grupa organizatorów. Skład grupy projektowej: Patrycja Adamkiewicz Adam Gościniak Martyna Grygiel Ania Jachnik Aleksandra Przybył Opiekun: Tomasz Jankowski Ola & Patrycja



JUSTIN BIEBER W POLSCE ! 25-go marca br. Odbyło się największe muzyczne wydarzenie 2013 roku w Polsce. Mianowicie w końcu w naszym kraju pojawił się tyle czasu wyczekiwany Justin Bieber! Bożyszcze nastolatek- to właśnie on ma najwięcej fanów na świecie! Aż 34% populacji jest fanami Justina Biebera, czyli „Beliebers”. Po raz kolejny 2 uczennice z naszego golińskiego gimnazjum spełniły swoje marzenie, jednak tym razem były w pierwszym



rzędzie, a od Justina dzieliły je centymetry! Olga Wojtczak i Magda Mróz już drugi raz zobaczyły Justina na żywo, różnica tylko taka, że w Polsce. Tym razem oprócz dziewczyn z gimnazjum na koncert wybrało się rodzeństwo ze szkoły podstawowej w Golinie - Wiktoria i Marcel Gęściak (recenzja w oddzielnym artykule) pod opieką swojej mamy. Oni również tego dnia spełnili swoje marzenia BO TO ZALEŻY OD PERSPEKTYWY Ten dzień kiedyś musiał nastać. Żadna z nas nie mogła w nocy spać. Trudno było oswoić się z myślą, że znowu zobaczymy Justina tyle, że o jakieś 20 m bliżej, a raczej 5 cm od nas! Przekonałyśmy się, ze tak naprawdę wiele zależy od miejsca na koncercie. Justin dał niesamowite show i wyjątkowe, bo w końcu pierwsze w Polsce. Prawie po każdej piosenkę coś mówił do swoich fanów, dziękował za to, że tyle czekaliśmy, i obiecał, że do nas wróci. Całemu zespołowi Biebera spodobała się Polska, praktycznie każdy bardzo ją chwalił. Smakowało im jedzienie, a niektórzy nawet odwiedzili obóz koncentracyjny w Oświęcimiu. Każdy coś pisał na temat Polski. I bardzo dobrze! Przynajmniej mamy pewność, że wróci. Na arenie było ok. 13 tys. osób! Prawie wszyscy fani z Polski mogli się spotkać w jednym miejscu. Jesteśmy rodziną- co z tego, że się nie znamy. Z radością i łzami w oczach wszyscy się do siebie przytulali. Sporo czasu przed koncertem na Twitterze i Facebooku powstała akcja, którą zrealizowaliśmy w trakcie piosenki „Believe”. Polegała ona na tym, że kiedy tylko Justin zacznie śpiewać tę piosenkę, która jest głównie skierowana do fanów, wszyscy obecni na arenie podniosą serduszka- ci na dole czerwone, a ci na górze białe. Efekt był niesamowity, a Justin wzruszył się, gdy to zobaczył! W ten właśnie sposób powstała polska białoczerwona flaga. To było nasze podziękowanie dla JB, za to, że jednak pamięta o takim kraju, jak Polska. Dzięki temu, ze Justin zagrał w Polsce, staliśmy się sławni! Nasz koncert jest uważany za jeden z najlepszych w Europie, m.in. dzięki zabawie, jaką spontanicznie zapoczątkował Justin. Podczas jednej z piosenek przestała grać muzyka, a Justin zaczął tańczyć i śpiewać „SWAG”, a po chwili zaczął też namawiać do tego publiczność. Po krótkim czasie ponad 13 tys. osób śpiewało wraz z Justinem „SWAG”. Oprócz tego, fragmwenty z koncertu w Polsce są w nowym teledysku Justina „All Around The World”. Ogólnie to 2,5 godziny cudownych wspomnień. Mamy nadzieję, że odbędą się również następne koncerty i to z jeszcze większym rozmachem! Magda & Ola = = = = = = = = = = = = = Ten dzień zapowiadał się znakomicie . Od rana szkoła, wyjazd do Łodzi i upragniony koncert … Do szkoły poszłam na sześć lekcji i zaraz po nich biegłam do domu by jak najszybciej znaleźć się w samochodzie. Jechaliśmy szybko, by stanąć w długiej kolejce i wejść do Atlas Areny . Co chwilę brałam telefon do ręki i wchodziłam na Twittera, by wiedzieć wszystko – co się dzieje przed areną, hotelem itd. Wiedziałam, że już od samego rana pod Areną stoi mnóstwo fanów, ale dopiero na kilka godzin przed koncertem zaczęły pojawiać się wielkie tłumy . O wszystkim dowiedziałam się od mojej przyjaciółki z



Zabrza – Agnieszki – która stała pod Areną od ok. 12.00 . Relacjonowała mi, co się dzieje … Mijając kolejne samochody widzieliśmy karteczki przyklejone do szyb, na których było napisane coś w stylu, „JEDZIEMY NA BIEBERA‘’, „JEDZIEMY DO ŁODZI, BY SPEŁNIĆ SWOJE MARZENIA – JUSTIN BIEBER, BELIEVE TOUR‘’ i mnóstwo podobnych napisów. Po długiej jeździe dojechaliśmy wreszcie do Atlas Areny . Musieliśmy najpierw znaleźć miejsce parkingowe, co nie było wcale łatwe. Po paru minutach wysiadaliśmy z auta, oczywiście podekscytowani . Przeszliśmy kawałek i … już staliśmy przed wejściem do Areny, by spełnić swoje marzenia . Staliśmy dość długo, ale w pewnym momencie podbiegła do nas jakaś dziewczyna i powiedziała, że wejściem czternastym wejdziemy dużo szybciej i praktycznie nie czekając . Zaczęliśmy biec, okazało się, ze ta dziewczyna miała rację ! Ledwo dobiegliśmy i już sprawdzali nam bilety, torby itp. Weszliśmy. Od razu usłyszałam jak Honorata "Honey" Skarbek rozgrzewa publiczność przed wielkim wejściem Justina . Zaczęłam biec jak szalona, by znaleźć wejście do swojego sektora . Po drodze spotkałam wiele sympatycznych osób i szybko nawiązałam z nimi kontakt. . Po kilkunastu minutach wchodziłam do swojego sektora … Znaleźliśmy swoje miejsca i słuchaliśmy supportu Justina ( Honey ) . Honey podczas półgodzinnego występu zaśpiewała kilka swoich największych przebojów, m.in. "Sabotaż", "No one" oraz "Nie powiem jak", czyli drugi singiel z najnowszej płyty "Milion". Na scenie towarzyszyli jej tancerze, którzy przygotowali oprawę choreograficzną na ten krótki występ. Gdy rozmawiałam z dziewczynami z rzędu za mną, Honey zdążyła się pożegnać, zejść ze sceny i



dołączyła do fanów w pierwszym rzędzie . Nagle usłyszałam coś w rodzaju huku i głośne piszczenie fanów … Odwróciłam się i zauważyłam, że na telebimie pojawił się zegar odliczający czas do wejścia Justina . Z każdą sekundą emocje rosły. Krzyki stawały się coraz głośniejsze. Koncert w końcu się rozpoczął - Justin dosłownie wylądował na scenie, opuszczony na linach, do których przymocowano ogromne srebrne skrzydła. Pierwszą piosenkę jaką wykonał to było „All Around The World”. Wszystkie dziewczyny z mojego sektora zaczęły płakać, ja również . To było coś niesamowitego ! Po tylu latach wreszcie spełniły się moje marzenia ! Nie mogłam w to uwierzyć . Justin zaśpiewał m.in „Boyfriend ‘’, „Baby ‘’, „ Never Say Never‘’, „Fall‘’ i mnóstwo innych .Justin przygotował niesamowite show, co chwilę nas zaskakiwał ! Grał na perkusji, gitarze, fortepianie . W trakcie koncertu Justin zaprosił także na scenę jedną ze swoich fanek, którą posadził na tronie i trzymając ją za rękę, śpiewał tylko dla niej. Wiem, że miała na imię Nikola . My, Polish Beliebers, nie chciałyśmy być dłużne naszemu idolowi i zorganizowałyśmy dla niego niespodziankę . Podczas piosenki „Believe‘’ podnieśliśmy serduszka – sektory z miejscami stojącymi – czerwone, a całe trybuny białe . W ten sposób utworzyliśmy flagę Polski . To był niesamowity dzień ! Opuszczając Atlas Arenę miałam łzy w oczach. Znowu .. Nie docierało do mnie to, że Justin był obok . Nie da się tego opisać słowami. Mam nadzieję, że będę miała okazję spełnić swoje marzenia jeszcze raz, bo w końcu … wszystko jest możliwe – NEVER SAY NEVER ! Wiktoria Gęściak (debiut)