Musisz zainstalować flash player pobierz instalator
TEMAT Z OKŁADKI Rekrutacja po brytyjsku 25 lat Studia Ghibli
Rekrutacja po brytyjsku
O tym, czy warto pomyśleć o studiach za granicą, kto ma szansę się na nie dostać i w jaki sposób odbywa się rekrutacja - czyli co to jest "oferta warunkowa" i dlaczego przed rozmową kwalifikacyjną warto powtórzyć całki i zastanowić się nad podejściem do kary śmierci.
A dla tych szczęśliwców, którzy już zostali przyjęci - o czym warto pomyśleć przed przeprowadzką na wyspy i czym różni się mieszkanie za granicą od przeprowadzki na drugi koniec Polski. - porzućmy na chwilę polskie podwórko.
strona 56 - o sporym kawałku historii anime
strona 24
LEDNICA. Kobieta - dar i tajemnica ?
SPIS TREŚCI
o corocznym spotkaniu w miejscu chrztu Polski
strona 43 Czy naprawdę jest tak ciężko?
jak wyjaśnić skąd problemy polskiej piłki?
strona 66 Książe Persji: Piaski czasu
nierzeczywiste sceny w starożytnym klimacie.
strona 32 Moralne dylematy dwojga maturzystów pierwsza odsłona starcia Magda - Marek
strona 73 Dodekafonia
czyżby powrót starego Grabaża?
strona 21
Kto powiedział, że musicie
SPIS TREŚCI
Sesja egzaminacyjna na wesoło
jak żartują studenci z wykładowców i na odwrót
strona 58 kupować gitarę?
czyli jak udokumentować instrument muzyczny
strona 17 Co ciekawego w wakacje? rozkład jazdy dla miłośników muzyki klubowej
strona 14 Piłkarska gorączka
czyli o co czteroletniej chorobie wszystkich kibiców piłki nożnej
strona 64 Wokół kultury
co tam, Panie, w kulturalnym świecie?
strona 10 Tatku, to dziś!
przypomnienie o dniu ojca czyli coś o czym pamietać trzeba
strona 77
OGÓLNOPOLSKA GAZETA MŁODZIEŻOWA
STOPKA REDAKCYJNA
Gazeta tworzona w systemie Qmam.
Kontakt: redakcja@outro.pl/ outro.redakcja@o2.pl
Rekrutacja: rekrutacja@outro.pl
Strona internetowa:
www.outro.pl/
www.outro.orq.pl
NK:
nasza - klasa.pl/profile/32387999 Redaktorzy naczelni:
Monika Toppich
Kamil Wiśniowski
Rekrutacja:
Szymon Godyla
Korekta:
Magdalena Kelniarz
Martyna Kłopeć
Marek Suska
Jagoda Migoń
Agnieszka Dydacka
Betina Stanossek
Kultura:
Aleksandra Bieniek
Elżbieta Janota
Paulina Rzymanek
Martyna Dyjak
Joanna Osada Anna Żmuda
Sandra Kałuża
Anna Wodzicka
Martyna Kocenda
Magdalena Grzywna
Barbara Man
Społeczeństwo:
Marta Pawłowska
Nikola Bochyńska
Maciej Kulina
Marcin Jasiński
Rafał Guzik
Agata Hajduk
Anna Jasińska
Szymon Jelonek
Magdalena Kondracka
Marek Świszczorowski Graficy:
Kamil Reszka
Angelika Marchewka
Dorota Lip
Jarosław Stępień
Fotografowie:
Paula Wyciślok
Michał Grajoszek
Anna Zawadzka
Piotr Lycko
Ewa Mirkowska
Skład:
Michał Boruta
Jakub Knopek
Strona internetowa:
Krzysztof Rudlicki
WSTĘPNIAK
I to już koniec, nie ma już nic!
Czytając jeden z qmamów na konkursie Forum Pismaków, można ze zdziwieniem odkryć w ostatnich zdaniach wstępniaka stwierdzenie: „A potem westchnąć z radością. Uff!” Chodziło oczywiście o wydanie warsztatowego qmama.
„Uff!”, które z pewnością pasuje również do tego numeru, dotyczy czegoś diametralnie innego. Właściwie bardziej pasowałoby, cytując znamiennego wodza: Veni, vidi, vici. Przybyliśmy do Kołobrzegu, podjęliśmy się trudnego przedsięwzięcia, jakim była organizacja redakcji w trakcie klasy maturalnej, zmierzyliśmy się z różnorakimi problemami, wygraliśmy Forum Pismaków, dosta-liśmy wiele maili od ludzi, którym podoba się nasza gazeta, a właśnie kończy się rok szkolny – najtrudniejszy w naszej szkolnej „karierze”. Powtarzając za jedną z szefowych działów, początkowo Outro tworzyła mała grupa ludzi, mająca - wyda-wałoby się - nierealne pomysły. Teraz jest to już spora ekipa, któ-ra okupuje łącza internetowe dyskutując przez gg i skype nie tylko na tematy „zawodowe”…
Choć zaczynają się wakacje, Outro nie zawiesza swojej działal-ności, a jedynie nieco ją ogranicza. Być może, zmniejszy się nieco ilość stron, ale gazeta będzie publikowana tak samo, jak dotychczas.
Co mamy dla Was w tym numerze? Przede wszystkim wa-kacyjne zapowiedzi kulturalne, czyli przewodnik po tym, jak nie nudzić się w lecie. Recenzje filmowe, by odpocząć nieco od książek, lub książkowe, by poczytać coś, co nie jest podręcznikiem. Dla studentów kilka anegdot na temat sesji, dla maturzystów ciekawostkę, że nie tylko w Polsce rekrutacja bywa czasem dziwna. Kibice powinni zainteresować się częścią sportową, gdzie oczywiście królują Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Jednym słowem, każdy znajdzie coś dla siebie. A planów dotyczących nowych działów i tematów mamy jeszcze więcej. Zobaczycie wkrótce.
Tymczasem, patrząc z radością na słonko za oknem, siedząc z laptopami na kolanach i dopracowując Outro przed dzisiejszym wydaniem, zapraszamy do lektury kolejnego numeru i, oczywiście, życzymy udanych wakacji!
MiK
WOKÓŁ KULTURY Wokół kultury Ci, którzy mają już za sobą zmagania szkolne czy maturalne, z pewnością nudzić się nie będą. Po raz kolejny bowiem or-ganizatorzy imprez kultu-ralnych udowadniają, iż nie próżnują. Jako że czerwiec jest miesiącem dość ciepłym, czekają nas wydarzenia na świe-żym powietrzu. Większość imprez ma też charakter wakacyjny.
ROK CHOPINOWSKI KRAKOWSKA NOC TEATRÓW
WOKÓŁ KULTURY
Z tej okazji nie tylko dodano specjalną kategorię podczas Biennale Plakatu. Do młodych skierowany został konkurs Chopinium.pl, którego motto brzmi: A gdyby Chopin żył w naszych czasach? Na prace zainspirowane mottem w formie trzyklatkowego komiksu organizatorzy cze-kają do 27 czerwca. Należy je przesłać w formatach jpg, pdf, tiff na adres konkurs@efkm.eu . W Krakowie natomiast cztery przystanki przyjęły wygląd fortepianu. Na przystankach Cracovia, AGH, Rondo Mogilskie i Starowiślna ławki przypominają krzesła fortepianowe, a kauczukowa wykładzina naśladuje kla-wisze. Poza tym, w Krakowie stanęło już sześć replik fortepianów oraz prace Jerzego Dudy Gracza ins-pirowane utworami Fryderyka Chopina.
SZTUKA PLAKATU
Miłośnicy sztuki plakatu powinni bezwzględnie udać się do Warszawy do Muzeum Plakatów w Wilanowie na 22. Międzynarodowe Biennale Plakatu, które potrwa aż do końca sierpnia. Jest to jeden z najbardziej znanych i cenionych festiwali poświęconych plakatom. Prace zgłoszone do kon-kursu oceniane są w czterech kategoriach: plakat kultu-ralny, plakat reklamowy, plakat społeczny i Złoty Debiut. Dodatkowo w tym roku została wprowadzona kategoria specjalna: "Chopin na nowo". Większość wy-darzeń związanych z Bie-nnale odbywa się we wyżej już wspomnianym Muzeum Plakatu, ale poza tym prace można oglądać także w innych miejscach na terenie całej Warszawy: Łazienki Królewskie, galeria ASP przy Krakowskim Przed-mieściu i ul. Spokojnej. 18 czerwca w Łaźni Nowej w Krakowie odbędzie się Noc Teatrów. W jej ramach wystawiona będzie sztuka "Ostatnie kuszenie", której premiera w maju przyciągnęła tłumy widzów, a także będzie miał miejsce koncert wy-reżyserowany na podstawie opery "Dydona i Eneasz".
W dniach 17-21 czerwca Stowarzyszenie A Part zaprasza na 16. Międzynarodowy Festiwal Teatrów A Part w Katowicach. Spektakle z Polski, Serbii, Włoch można będzie zobaczyć nie tylko w Teatrze Śląskim. Za scenę festiwalu posłużą Kinoteatr Rialto, Teatr Korez, Klub Muzyczny Cogitatur I boisko Uniwersytetu Śląskiego.
Kraków będzie gościł jeszcze jedno nietuzinkowe wydarzenie. AtrBoom Tauron Festival jest imprezą, podczas której prezentowana jest sztuka współczesna w przestrzeni publicznej. BRAVE FESTIVAL
WOKÓŁ KULTURY
Zobaczyć można będzie prace artystów z wielu krajów: m.in. Szwajcarii, Niemiec, Białorusi i Izraela. Poza ekspozycjami można także wziąć udział w konferencji, wykładach, obejrzeć filmy czy też spotkać się z artystami. Dzieła, które będzie można oglądać, po zakończeniu festiwalu pozostaną ekspo-natami Muzeum Narodo-wego w Krakowie bądź zostaną już w przestrzeni miejskiej Krakowa. Festiwal będzie trwał od 11 do 27 czerwca. SZTUKA SURVIVAL
We Wrocławiu natomiast w dniach 25 - 27 czerwca odbędzie się 8 edycja Prze-glądu Sztuki SURVIVAL. Motywem tegorocznej edyc-ji będzie: Architektura jako miejsce zbrodni, miejscem zaś Bunkier Strzegomski, który oczekuje na przek-ształcenie go we wrocławs-kie Muzeum Sztuki Współ-czesnej. Festiwal jest połą-czeniem sztuk wizualnych i dźwiękowych. Okazją do głębszego uczestnictwa bę-dą prezentacje artystów oraz dyskusje. Warto odwie-dzić w tych dniach Przegląd Sztuki ze względu na jego nietuzinkowość. Amatorzy przygód i ob-cych kultur powinni wybrać się do Wrocławia w dniach 2-9 lipca na Brave Festival. Zaklinacze. Festiwal ten ma na celu przybliżenie ginących cywi-lizacji i kultur. Dzięki podróżom organizatorów i ich poszukiwaniom pro-gram zapowiada się niez-wykle ciekawie. Bo gdzie indziej można byłoby zobaczyć Bi Kidude, stu-letnią wokalistkę z Zan-zibaru, plemię Nuna tańczą-ce taniec masek, a także wielu innych wykonawców m.in. z Egiptu, Podlasia, Chile, Korei Południowej? Ważnym punktem prog-ramu będzie blok 21 filmów dokumentalnych poświęco-nych ginącym kulturom. Finałem festiwalu będzie wspólny występ dzieci z Zimbabwe, Rwandy, Nepalu i Szwecji.
BO KAŻDY MA W SOBIE BUNT SIŁA SZTUKI LETNI FESTIWAL GITARY
WOKÓŁ KULTURY
Tym właśnie hasłem promuje się 8 Międzynarodowy Festiwal Filmowy TOFIFEST.
W dniach 26 czerwca - 2 lipca do Torunia zjadą miłośnicy kina alternatywnego i niepokornego. Przegląd ten obejmie filmy z wielu róż-nych krajów Europy i świata. W tym roku nowością będzie kino gruzińskie. TOFIFEST nie ogranicza się jednak wyłącznie do pokazów filmowych.
Organizatorzy zapraszają również na koncerty, wys-tawy, spotkania z twórcami i panele dyskusyjne. Oprócz tego wręczana jest nagroda dla najlepszych filmowców tego regionu- Flisak.
Aleksandra Bieniek Jeżeli w czasie wakacyj-nych wojaży ktoś znajdzie się w okolicach Lwowa, musi odwiedzić Lwowski Pałac Sztuki. Tam właśnie znajdują się prace polskich artys-tów z kolekcji Lubelskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. Wystawa potrwa do 18 lipca. Ostatnią propozycją jest X Letni Festiwal Gitary w Krzy-żowej (4-14 lipca). W pro-gramie koncerty, wykłady, spotkania, prezentacje, lekcje oraz jam session. Gośćmi będą znani gitarzyści, którzy zagrają, a także poprowadzą lekcje.
Co ciekawego w wakacje ?
Zakończył się ciężki okres dla (byłych już?) maturzystów. Nareszcie oczekiwany z niecierpliwością czas egzaminów dobiegł końca, a zaczęły się najdłuższe wakacje w życiu.
MUZYKA
Na pewno nieodłączną częścią TYCH wakacji będą różne eventy i festi-wale muzyki klubowej. Jak ja chciałabym je spę-dzić? Pewnie większości z pomysłów nie da się urzeczywistnić, ale ... Wiele klubów szykuje spec-jalną ofertę na czas wakacji. Na pewno w Pomarańczy (Bielsko - Biała) nie zabraknie ani niespodzianek, ani gwiazd, czy imprez specjalnych. Fani klubu nie mogą doczekać się lipca, kiedy to Pomarańcza zostanie otwarta w Katowi-cach. Na pewno nie zabraknie atrakcji! Gliwicki Gwarek proponuje klubowiczom cykl środowych imprez, na których za konsolą pojawią się m.in. Hardy Hard czy Max Farenthide. Myślę, że warto wybrać się na ich występ, ponieważ gwarantują nieza-pomniane przeżycia, a bilety nie są drogie – wahają się od 10 do 15 złotych.
Ważną imprezą rozpoczy-nającą wakacje był Festival 139 w Śmignie, zorgani-zowany z okazji 10-lecia istnienia klubu 139. Urodziny klubu uświetniły obecnością największe światowe gwiazdy muzyki trance – ATB, Dash Berlin, Ferry Corsten,
MUZYKA
Klaas, Josh Gallahan. Tak więc klubowe wakacje zostały otwarte z prawdziwym roz-machem!
Ale to nie wszystko. W okresie letnim czeka na nas wiele muzycznych imprez. 5 czerw-ca na Torze Poznań odbył się Global Gartening 2010 – festiwal, który łączy w sobie muzykę trance, house, techno i hardstyle. Można było usłyszeć tam m.in. Paula van Dyk’a, Steve’a Angelo czy Giuseppe Ottaviani’ego.
Jak wygląda imprezowy plan na dalsze dni wa-kacji?
Otóż 10 lipca w Gdańsku wystąpi sam Tiesto! Ten nie-samowity występ odbędzie się w ramach tournee DJ’a Kaleidoscope World Tour 2010, które promuje najnow-szy album Tiesto – Kaleidoscope. Oprócz niego wystąpią również Marcus Schossow, Leon Bolier i Wet Fingers. Organizatorzy spo-dziewają się 10.000 osób!
16 i 17 lipca w Gdyni będzie miało miejsce Beach Party 2010. Najlepsi Djów z całego świata, najgorętsza muzyka, wszechogarniająca energia – to wszystko to, co będzie można tam spotkać. Na siódmej edycji festiwalu pojawią się m.in. Ronald van Gelderen, Tocadisco czy Richard Durand! Na pewno nie zabraknie nowych atrakcji – podczas wieczornego koncertu, odbę-dzie się wyjątkowa inscen-izacja Bitwy Morskiej – pirotechniczny show pirackich statków, światła i dźwięku.
W następny weekend (23-25 lipiec) również z pewnością nikt nie będzie się nudził. W Kołobrzegu odbędzie się ogólnoświatowy festiwal muzyki elektronicznej – Sunrise Festival! Po raz kolejny organizator posta-nowił zachwycić nas
MUZYKA Oczywiście przedstawiony harmonogram to tylko skrót najciekawszych imprez, które odbędą się Latem 2010. Nie sposób zawrzeć tu wszystkich informacji na temat wakacyjnych eventów. Myślę jednak, że każdy fan wie już, na który z nich się wybierze, a mój artykuł jedynie zwiększy apetyt na udział w szalonych, letnich imprezach!
Sandra Kałuża
plejadą muzycznych wyja-daczy. Na trzech scenach będzie można zobaczyć takie gwiazdy jak Markus Schulz (!), Armin van Buuren, Siasia czy Joris Voorn. W niedzielę na plaży odbędzie się oczywiście After Party. Nadmorski klimat, słońce, plaża, impreza, Sunrise!!!
Początek sierpnia kojarzy się tylko z jednym – Soundtropolis! Tego klimatu nie oddadzą żadne zdjęcia, a jeśli poczujecie go na własnej skórze choć raz, będziecie wracać już zawsze. Organizatorzy postanowili tak jak w tamtym roku postawić na jedną scenę i za-pewnić gwiazdy światowego formatu. Tak więc w Ogro-dzieńcu będzie można usłyszeć oczywiście West-bama, ale również Moguai’a, Arkusa P., cyz Giuseppe Ottaviani’ego.
14 sierpnia odbędzie się piąta już edycja ElectroCity. Kilka lat ciężkiej pracy, tysiące godzin poświęconych na projekty, spotkania, konsultacje. Setki doś-wiadczeń i krocie Waszych opinii - wszystko to 14 sierpnia 2010 sprawi, że ponownie oderwiecie się od rzeczywistości. Pomogą wam w tym m.in. Roger Sanchez, Sander van Doorn, Marco V czy Timo Maas.
„Kto powiedział, że musicie kupować gitarę?”
FILM Warszawski Planete Doc Review, który obfitował w niesamowite filmy z życia wzięte, jest doskonałą zachętą do skorzystania z darów kina dokumentalnego.
Zainspirowana wielkim festi-walem filmów dokumental-nych w Warszawie sięgnęłam po kilka filmów z gatunku. Były to m. in. wybitny obraz młodej austriackiej reżyserki Jessici Hausner, pt. „Lourdes” czy „Zatoka delfi-nów”, wspaniały i przejmu-jący film, który w tym roku zdobył Oscara. Obejrzałam jeszcze jeden film, który mimo wszystko bardziej trafił w moje gusta. Mowa tu o „Będzie głośno”, niesamowitym filmie o trzech ponadcza-sowych muzykach. Jack White z The White Stripes, The Edge z U2 oraz Jimmy Page z Led Zeppelin opowiadają o swoim życiu oraz o doświadczeniach związanych z graniem na gitarze, a co więcej artystom ciągle towarzyszą ich instrumenty i muzyka, której nie usłyszymy nigdzie poza tym filmem. Co nakłoniło twórców do nakręcenia tego typu ekranizacji? Nic innego jak właśnie gitara. Wśród wielu filmów poświęconych różnego rodzaju koncertom do tej pory nie można było znaleźć choćby jednego dokumentu skupiającego się na jednym wybranym instrumencie. Stąd też producent filmu Thomas Tull, będąc entuzjastą gitary, wpadł na genialny pomysł nakręcenia filmu o wielkich i utalentowanych fanatykach tego instrumentu.
Krowa. Ujęciem na to właśnie zwierzę rozpoczyna się „Będzie głośno”. Jednak krowa jest tu tylko swego rodzaju dodatkiem, który tworzy atmosferę sceny z iście Burtonowskiego filmu. Jack White pokazuje, że dla chcącego nic trudnego i za pomocą butelki, kawałka żyłki oraz kilku gwoździ składa coś, co
FILM
brzmi jak gitara. Scena ta jest swego rodzaju wstępem do historii trzech świetnych muzyków. Każdy z artystów pozwala na wgląd w swoje osobiste przemyślenia, z czego wywiązują się niecodzienne rozmowy. Muzycy są na tyle otwarci, że pozwalają uczyć się piosenek kolegów i poprawiają swoje błędy. Wymieniają się spostrzeżeniami oraz uwa-gami. Każdy z nich opowiada historię swojej drogi na szczyt. I tak dowiadujemy się, że Jack White wychowywał się w Detroit i chyba jako jedyny w mieście nie słuchał rapu, tylko zakochał się w murzyńskim bluesie z lat 30. The Edge jako młody chłopak mieszkał w Dublinie w latach 70, kiedy to miasto oblężone było wybuchami bomb. Jed-nak najciekawszą i najdłuższą historię przedstawia Jimmy Page. Artysta w młodości grał w grupie skifflowej oraz chciał zostać naukowcem. W późniejszych latach zasilił grono Yardbirdsów, aby w końcu zostać gitarzystą Led Zeppelin. Spotkaniu towarzyszą niesamowite dźwięki m. in. dwugryfowej gitary Jimmy’ego Page’a czy niespotykanej wersji instrumentu Jacka White’a z wbudowanym mikrofonem. Muzyczny zapis filmu mo-żemy znaleźć na ścieżce dźwiękowej filmu, na której znajdują się tak wielkie przeboje jak: Stairway to heaven, Whole lotta love, When lhe levee breaks (Led Zeppelin), Hotel yorba, Dead leaves and the dirty ground, Icky thump (The White Stripes), Broken boy soldier (The Raconteurs), oraz piosenka w wykonaniu wszystkich trzech muzyków pt. The weight. Każdy z trzech muzyków udowadnia, że jest wartościowym człowie-kiem posiadającym intymną więź ze swoja gitarą. Każda scena filmu jest przepełniona świetną muzyką i niesa-mowitymi przemyśleniami muzyków. Serdecznie pole-cam.
Magdalena Grzywna
Współczesne reggae
Czym tak naprawde jest reggae? Jest to styl we współczesnej muzyce rozrywkowej wywo-dzący się z Jamajki. Stanowi najbardziej charakterystyczny ga-tunek muzyczny dla tamtego regionu. Jednak wśród dzisiejszej mło-dzieży popularne są podgatunki reggae, czyli bardziej współczesne ragga, roots reggae oraz znane juz wcze-śniej ska. A więc, czego słuchają uczniowie
i studenci? Granice po-między wyżej wymie-nionymi nurtami muzy-cznymi są bardzo znikome i coraz bardziej się przenikają.
MUZYKA
Ragga, zwane również Ragga-muffin, jest podgatunkiem którego podstawą są elektro-niczne brzmienia. Ragga powstało na Jamajce w latach 80 XX wieku. Utwory ragga posiadają mocny przekaz, który często jest jawną kry-tyką polityki, rządu, braku tolerancji oraz wszelkich wydarzeń godnych potępienia ("conscious ragga"). W ragga wokal jest agresywny, szybki i wyrazisty, rytm jest utrzymany także w szybszym tempie. Pionierami tego stylu są m.in Shaggy, Elephant Man, czy Beenie Man. Na polskiej sce-nie ragga możemy spotkać samych najlepszych w tej dziedzinie, młodych artystów. Ostatnio najbardziej popularni wykonawcy to Pablopavo (Vavamuffin), Miodu (Jamal), Reggaenerator, Junior Stress, Marika, Natural Dread Killaz, Bas Tajpan, Ras Luta (EastWest Rockers), Cheeba EWR), czy Grubson.
Roots to nazwa nadana gatunkowi rastafariańskiego reggae. Termin ten dosłownie oznacza muzyka korzeni.Powstał w latach 60. i 70. XX wieku na Jamajce i później rozwinął się na całym świecie. Roots reggae jest muzyką duchową, liryczną. Częstymi tematami jest też temat biedy i opór wobec użycia przemocy ze strony rządu.
MUZYKA
Głównymi twórcami roots byli m.in.: Bob Marley, Black Uhuru, Burning Spear, czy Bunny Wailer.
Ska powstało pod wpływem połączenia takich gatunków muzycznych jak rhythm 'n' blues, calypso, jazz i swing. Słowo ska jest prawdo-podobnie wyrazem dźwię-konaśladowczym, używanym przez DJów, którzy w ten sposób zachęcali odbiorców do zabawy. Było ono prekursorem rocksteady oraz reggae. Do najcie-kawszych grup ska zaliczane są No Doubt, The Toasters, SkaP, Skalariak. No polskiej scenie ska zobaczyć możemy m.in.: Skankan, Vespę, The Balangers. Elementy ska można znaleźć również w zespołach takich jak Podwórkowi Chuligani lub Blade Loki.
Być może muzyka reggae, czy tez ragga i roots może stereotypowo kojarzyć się niektórym z czarnoskórymi Jamajczykami, którzy na głowach mają dredy a w ręku zielony liść i są pozytywnie nastawieni do wszystkiego co ich otacza. Jednak, wsłuchując się w teksty, można dostrzec, że artyści XXIego wieku mówią otwarcie o tym, co ich porusza, czy denerwuje
i starają się przekazać to szerokiej publiczności.
Podsumowując. Wśród młodych ludzi istnieje naprawdę szerokie zróżnicowanie, co do pre-ferowanych styli muzy-cznych, nawet jeżeli mówimy tu o nurcie młodych 'rasta', ale po przyjrzeniu się szerokiej polskiej scenie muzycznej, każdy z Nas, może znaleźć coś dla siebie.
Martyna Kocenda
Dodekafonia
Często czekamy na jakąś płytę miesiącami tylko po to, by przekonać się, że w rzeczywistości miałkie teksty przeplatają się z nieciekawymi kompozycjami i - w gruncie rzeczy - lepiej byłoby ją schować pod łóżko i nigdy więcej nie wyciągać.
MUZYKA
Ale nie tym razem. „Dodekafonia”, na którą Grabaż kazał czekać bodajże 5 lat jest płytą niepowtarzalną – o ironio, to samo mówiłam słuchając po raz pierwszy „Zakazanych piosenek” czy „Piły Tango” –a jedno-cześnie bezbłędnie wpisuje się w klimat wcześniejszych utworów Strachów, to płyta prawdziwa, kolejna część opowieści Krzysztofa Grabowskiego.O czym to opowieść? „Śpiewam już tylko o Polsce i o złej miłości, złe piosenki o złym systemie. Polska przychodzi do mnie już tylko po autograf, dla miłości zaś jestem złudzeniem.” - krzyczy ten największy współczesny poeta rocka. Grabaż opisuje Polskę, która go rozczarowała, gdzie on ‘chorobę ma na powiekach’. W szybkim kawałku „Żyję w kraju” otwarcie mówi o tym, że ta współczesna rzeczywistość nie zgadza się z jego wyobrażeniami i że nie tam go należy szukać - „Mieszkam w teczce tektu-rowej, jak mnie otworzysz, to się dowiesz. Jak topi się w wymiotach gorzkie słowo patriota, więc wypuszczam z mej fajki buch. I nie otwieram tym baranom nawet po szóstej rano i nie pytam się ich, k**** co jest?” Ta płyta to rozliczenie
MUZYKA „Jak nazywa się twój bóg?
Na imię ma zgiełk, przypadek,
czy przepaść? "
z krajem, ze sobą, lub - jak twierdzi autor – z kryzysem wieku średniego – „Vivat Polonia frustrata! Vivat Dąs Psychopata! Jam nieudacznik grafoman i śmieć”. W tej szczerości i autoironii przy-pomina dawnego Grabaża, dwudziestopięcioletniego punkowca, który w śmiesz-nym kapeluszu - cylindrze wyszedł na scenę w Jarocinie żeby zaśpiewać, że „rock’n’roll umarł, rock jest martwy, stary. Po co kończysz to piwo? Masz karabin zamiast gitary!” Postawił wtedy najważniejsze pytanie na świecie i pozwolę sobie za-cytować, chociaż to jeszcze nie Strachy na Lachy:
„Jak nazywa się twój bóg? Na imię ma zgiełk, przypadek, czy przepaść? Hej, twój bóg, to dziwny twór o twarzach stu. Monstrum z cybernetycz-nego nieba” i wtedy zrobili mu to zdjęcie, które rozpozna każdy fan Pidżamy Porno, kiedy w cylindrze, cały czarny stoi tyłem do obiektywu a przodem do sceny, a pomarańczowy tłum rozumie jego gorycz, jego wściekłość, bezsilność wobec głupot. I nie piszę tego ot tak, bez przyczyny i od rzeczy, bo te „przebłyski Pidżamy” są w „Dodekafonii” widoczne, więcej – są tam ważne! Zwłaszcza utwór „Ostatki – nie widzisz stawki”, w którym mowa ni mniej ni więcej, a o bieganiu, choć w sensie bardzo przenośnym - „nie warto, nie liczy się”. Uważam – i nie jest to żadne marginalizowanie ludzi, którzy Pidżamy nie lubią,
MUZYKA
a z taką opinią też się spotkałam – że nie da się „Ostatków” w pełni zrozumieć, nie wysłuchawszy wcześniej „Bułgarskiego Centrum”. To pewna ciągłość i nie ma to nic wspólnego z dorabianiem ideologii.
Jest jednak Grabaż w dalszym ciągu poetą, który pięknie jak nikt inny na świecie pisze, że się boi miłości. Mniej w „Dodekafonii” folkowości, mniej w niektórych kawałkach rytmicznego ska. A jednak znów udowodnił, że „Polak potrafi”. Jego tekstywiersze są bardziej subiektywne, mniej narzuca swoją wizję świata niż kiedyś, śpiewa o osobistych przeżyciach, tak – jednocześnie – żeby nikt mu nigdy nie mógł zarzucić, że się wywnętrza. Nie znam dziewczyny, która nie chciałaby, żeby napisano o niej tytułową „doDekafonię”. I niewielu jest dziś mężczyzn – nawet poetów – którzy o kobiecie napiszą „moja śmierć ujutna”. Lub „Gładkie kropki na jej plecach zawiązywały życie me na supły”. Zaskakuje też piękny duet z zadziwiającym finałem – „Dziewczyna o chłopięcych sutkach” to zdecydowanie jedna z najpiękniejszych piosenek na płycie.
Zdumieniem jest też komercyjny sukces płyty, która już pierwszego dnia pokryła się złotem. Bez specjalnej kampanii promo-cyjnej i dziesiątek plakatów. Sam artysta zawsze powta-rzał, że ma jakieś tam swoje grono słuchaczy i śpie-wa dla niech, że nie jest specjalnie szerszej publicz-ności znany i że mu na tym nie zależy. Jednak czy to nie dowód, że nie topimy się w gów***, skoro płytą roku zostaje krążek nagrany w spokoju, przemyślany, z pięknymi tekstami? Artysta niszowy, o którym nigdy nie można przeczytać na portalach z plotkami, bo zamiast wywoływać skandale, woli nagrywać dobrą muzykę. Wielu jego wiernych fanów zarzucało mu od dawna jedną jedyną rzecz – „że zdradził Pidżamę Porno”. Sama z tęsknotą czekam na koncert, na którym Grabaż krzyknie: „nam nad głowami rosną chmury, kłęby, dymy, grzyby, obłoki”. Ale po przesłuchaniu „Dodekafonii” po raz pierwszy zrozumiałam, dlaczego cylinder musiał – mam nadzieję chwilowo – trafić do lamusa. Grabaż musiał zawiesić działalność PP i założyć Strachy na Lachy i musiał wysłuchiwać przez lata wyrzutów, że nie robi tego, czego się ludzie po nim spodziewali. Musiał na jakiś czas stać się mężczyzną w średnim wieku i przejść kryzys, musiał spojrzeć na wszystko z dystansem. Jestem głęboko przekonana, że musiał zrobić to wszystko, żeby napisać swoją najlepszą piosenkę – „Radio Dalmację” . Najpiękniejszy moment na całej płycie, kiedy pod koniec ściśniętym ze wzru-szenia głosem wyśpiewuje skrawki swoich ukochanych piosenek, takich jak „Piła Tango”, „Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości” czy „Dzień dobry, kocham cię”. To „Dode-kafonia” jest tym radiem, furtką do dawnych poezyj Pidżamy, które są jej częścią, ale też manifestem, w którym Grabaż jasno pokazuje, że i tak zawsze zrobi to, co czuje, że jest słuszne.
„Czy mnie rozumiesz stary - raczej szukam kogoś do pary, Do pary z kimś bym mógł wysadzić to od tylca.
Nie obudziłem tych, co w życiu utopili się po uszy,
Wokół jasnego celu - żądałem braterstwa duszy[…].
Mówisz białe nie jest złe - byle tylko je przespać.
Co dzień wspinałeś się na stryczek, stałeś przy elekt-rycznych krzesłach.
Lecz na tej swędzącej łące wszystkie miejsca są sie-dzące. Ty w tym wszystkim zapomniałeś jak wygląda słońce
Coraz mniej nam z oczu – wiem,
Idzie definitywny Bach!!
Zostawiam pożegnalny list -
Kopertę z moim DNA.
Dalej po cichutku gra Radio Dalmacja
Zgasiłem światło już.”
Anna Żmuda
W tym miesiącu notatka biograficzno-urodzinowa będzie zupełnie inna. Bohaterem miesiąca czerwca jest znane i kochane na całym świecie studio Ghibli.
NOTKA BIOGRAFICZNA Nie znam osoby, która nie płakałaby podczas seansu i która nie wzruszałaby się losem bohaterów oglądając ten film.
Z czym się wam kojarzy anime? Pozwolę sobie to pytanie pozostawić bez odpowiedzi, ponieważ właściwie każdy ma na ten temat własny pomysł (niekoniecznie słuszny) i własne skojarzenia z nim związane. Nie jest zatem chyba koniecznym wymienianie najpopularniejszych tytułów powiązanych z tym terminem. Jednak jednym z najwięk-szych, a także najpełniej i najgodniej promu-jących anime ośrodków jest studio Ghibli.
Zostało ono założone w 1985 roku przez dwóch największych twórców anime: Hayao Miyazakiego i Isao Takahatę oraz producenta Toshio Suzuki. Niektóre źródła podają jako datę założenia rok 1984. Dzieje się tak dlatego, że w 1984 Hayao Miyazaki wyprodukował swój pierwszy film „Nausicaä z Doliny Wiatru”. I chociaż film powstał niezależ-nie, to od 1985 roku, rzeczywistego początku istnienia studia, jest uznawa-ny jako film stwo-rzony przez tę właśnie wytwórnię i jest sygnowany jej logo oraz wyda-wany na kompilac-jach „The Best of Studio Ghibli”. Co ciekawe, film miał ogromną szansę mieć premierę rów-nież w Polsce, jed-nakże został zaka-zany przez cenzurę, ze względu na scenę katastrofy ekolo-gicznej, pokazanej w filmie, która mogła przywodzić na myśl katastrofę w Czarnobylu z 1986 roku.
Nazwa studia Ghibli została zaczerpnięta z języka arabskiego, w którym oznacza silny, gorący wiatr wiejący na pustyni – sirocco. Nazwa ta miała symbolizować powiew świeżości, którym miały być filmy produkowane przez to studio. Jak się później okazało, zamysł założycieli sprawdził się w 100%, ku uciesze wielbicieli anime nie tylko w Japonii, ale i na całym świecie.
Nie sposób jest, mówiąc o rewolucji w świecie filmu animowanego pochodzącego z Japonii, nie wymienić i nie opisać
NOTKA BIOGRAFICZNA
najważniejszych filmów, które Miyazaki i Takahata wyczarowali dla swoich widzów. Ten drugi to reżyser najbardziej przejmującego i wzruszającego filmu z dorobku studia: „Grobowca Świetlików”. Nie znam osoby, która nie płakałaby podczas seansu i która nie wzruszałaby się losem bohaterów oglądając ten film. Historia opowiedziana w „Grobowcu Świetlików” to losy dwójki osieroconych dzieci, których matka zginęła w czasie bombardowania Kobe w czasach II wojny światowej, a ojciec służył jako oficer marynarki wojennej. Pozostawieni własnemu losowi, błąkają się szukając schronienia i starają się przezwyciężyć głód i nędzę, która ich otacza. Ten niezwykle przejmujący obraz wymieniany jest w czołówce najważniejszych filmów wyprodukowanych przez studio Ghibli.
„Mój sąsiad Totoro” to kolejny ważny tytuł, a także klasyczna pozycja na liście najważniejszych anime. Jest to nie tylko dosłowny symbol studia Ghibli (Totoro –przeuroczy leśny duch - znajduje się w jego logo) lecz był on także prawdziwą przepustką Hayao Miyazakiego do międzynarodowej sławy. Totoro stał się najbardziej rozpoznawalnym elementem studia i gra on rolę podobną do roli Myszki Miki. Podobnie jak Miki, Totoro pojawia się w wielu późniejszych filmach jako ciekawostka, nie tylko tych Japońskich. Ostatnio można go było dostrzec w zwiastunie do nowego filmu Pixara „Toy Story 3”.
Nie da się ukryć, że to nazwisko Hayao Miyazakiego, uznawanego za prawdziwego boga anime. jest automatycznie kojarzone z nazwą studia. I trudno się dziwić. Natychmiast po sukcesie „Mojego sąsiada Totoro” z 1988 na rynek sukcesywnie, co roku, wychodziły nowe tytuły. „Podniebna poczta Kiki” to uroczy film o małej
NOTKA BIOGRAFICZNA
czarownicy, szukającej swojego miejsca na świecie; „Szkarłatny pilot” wciągająca historia pilota z okresu I wojny światowej. To ważny film ze względu na motyw lotu pojawiający się w każdym obrazie Hayao Miyazakiego. Fascynacja latającymi maszynami i powietrznymi podróżami jest obecna w każdym jego filmie, poza jednym, być może najważniejszym: „Księżniczką Mono-noke”. Wspaniała historia o walce Natury z Cywilizacją, przepięknie narysowana i cu-downie zilustrowana wspaniałą muzyką Joe Hisaishiego, który komponuje muzykę do wszystkich filmów Miyazakiego. Jest to trzeci, najbardziej kasowy film w dorobku studia Ghibli. Kolejne dwa, również tego samego reżysera, to sławne „Spirited Away”
z 2001 nagrodzone Oscarem dla najlepszego filmu animowanego oraz „Ruchomy zamek Hauru” z 2004, luźno bazujący na powieści angielskiej pisarki Diany Wynne Jones. Dwa lata później, w 2006 roku na ekrany kin weszły „Opowieści z Ziemiomorza”, kolejna adaptacja książki, tym razem reżyserowana przez syna Miyazakiego, Goro.
Ostatnim filmem ze studia Ghibli jest „Ponyo na klifie”. Obraz ten swoją fabułą, stylistyką i opowiedzianą historią miał, w zamierzeniu, przypomnieć widzom czasy „Mojego sąsiada Totoro”. I chociaż film nie zdobył takiego uznania fanów, co jego sławny poprzednik, ogromnie cieszy fakt, że studio dalej oczarowuje widzów z całego świata świeżymi produkcjami, magicznymi po-mysłami, cudownymi postaciami i zaskakuje wspaniałą wyobraźnią twórców. By się o tym wszystkim przekonać zachęcam do zapoznania się z filmami ze studia Ghibli, które silnie związane z japońską tradycją i mitologią mogą być świetną okazją do zapoznania się z fascynującą kulturą Japonii.
Paulina Rzymanek
I telewizor wakacje mieć musi!
RA - MÓW - KA
Powoli zbliżamy się do lata. Choć deszcze stały się dla nas bardzo uciążliwe, to jednak zaczyna już wychodzić słońce. Niedłu-go będziemy się topić i narzekać (zimnolubni) albo mówić, jakie to wszystko jest piękne (ciepłorodni).
W telewizji nadciągające lato będzie widać jeszcze wyraźniej: wracają uży-wane programy.
Nie ma to jak dobra powtórka. Wiedzą o tym wszyscy uczniowie i studenci, wiedzą i telewidzowie. Poz-wala utrwalić wiadomości, poczuć się pewniej, zabłysnąć mądrością przy pierwszej nadarzającej się okazji. Tak samo z powtórkami se-riali. Człowiek w ich natłoku może zapomnieć o pewnych detalach, istotnych dla roz-woju fabuły. Nigdy nie wiadomo, jak to było z tą zdradą Marka, może on tę Hankę… Przez jej ubiór? Może nieodpowiednio dobierała do-datki? Czy ona tę czarną apaszkę założyła do żółtej sukienki?! O żesz! Wszystko zaczyna mi się układać!
Dobrze, zmyślam. Z powtór- kami już tak jest, że niek-tórych denerwują. Zwłaszcza w serialach tasiemcowatych, typowych operach my-dlanych. Znając dalszy ciąg fabuły jakoś niewygodnie niektórym oglądać to, co się działo wcześniej. Tym bardziej, że ta retrospekcja nie jest wpisana w scenariusz, a wynika z powodów czysto koniunkturalnych. Choć są i fani tego typu rozwiązań, nie przeczę. Jednak załóżmy, że mamy abstrakcyjnego telewidza. Rzeczony kolega lubi Modę na sukces, ot po prostu.
I wie już dużo, w końcu przerwano mu oglądanie na odcinku 5422. Ale tele-wizja (sytuacja zmyślona, zaznaczam, bo nie podej-rzewam, żeby zaprzestano na okres wakacyjny emisji tego serialu) raczy go ponowną przebieżką od epi-zodu nr 4998. Najwytrwalszy zrezygnuje! Nawet gdyby nie widział tych odcinków, to nie wierzę, by chciał w taki sposób marnować swój czas.
Trochę inaczej z serialami, które mają swój kres, a ich fabuła się zamyka. Właściwie niedobrze, że w polszczyźnie określamy te dwa, zupełnie odmienne typy produkcji telewizyjnych jednym słowem serial. Gdy coś zmierza do jasnego końca, stanowi pew-ną całość, jest właściwie rodzajem filmu w odcinkach. A filmy warto oglądać, nawet po kilka razy, nawet wtedy, gdy zna się dialogi na tyle, że mówi się razem z bohaterami. Dlaczego? Nie do końca umiem to wyjaśnić. To nieco irracjonalne. Może żeby wyłowić kolejne smakowite
RA - MÓW - KA Cóż, narzekam może niepotrzebnie. Nikt przecież nie stoi nade mną i nie każe mi tych tasiemców oglądać! Toteż nie będę. Zresztą, to wszystko wygląda trochę jak puszczanie oczka do widzów przez stacje telewizyjne. To tylko zapychanie czasu antenowego. Zawsze lepiej 20 tysięcy zdeterminowanych fanów serialu, niż 10 tysięcy oglądających „Pomysłowego Dobro-mira”. Dzięki za Alternatywy 4.
Marek Suska
szczegóły? Może żeby podziwiać grę aktorską? Może tak.
I wreszcie, warto nieustannie przypominać filmy w odcin-kach choćby po to, by absolutnie każdy mógł się z nimi zapoznać, bo czasem są to dzieła naprawdę wybitne. Mówię to jako osoba, która dopiero niedaw-no złapała kontakt z serialem Alternatywy 4. Choć w mło-dości odbierałem to nie-najlepiej (prawdę mówiąc: nawet oglądać nie chciałem), to teraz jestem absolutnie zachwycony. To nie tylko zwykła komedyjka dla każdego. To galopujący ab-surd, przez który się śmiejemy i ryczymy z radości. Jak oni tak mogli? Ha, ha. A przecież później pojawi się refleksja: nic się nie zmieniło! Anioł wciąż jest Aniołem, i nadal liczy się głównie to, żeby wszystko dobrze wyglądało tylko na pokaz. Warto, warto zapoznać się z takimi przejawami sztuki filmowej. A to, że każdy może odnaleźć w takim se-rialu coś dla siebie, nigdy nie może zostać mu poczy-tane za wadę, wręcz prze-ciwnie!
Na jednej z humorystycznych tablic zawieszonych w moim mieście widnieje napis. Pan w średnim wieku, z zaciętą miną stwierdza: Najbardziej wkurza mnie to, że my Polacy lubimy sobie trochę ponarzekać.
"Ostatnie kuszenie na Hucie”
______________________
Na kolejną premierę Łaźni czekaliśmy ponad miesiąc, w kwietniu teatr zawiesił działalność,
a na stronie internetowej ogłosił tzw. miesięczną głodówkę aktorów
w ramach pracy nad nowym przedsięwzięciem. Na stronie teatru zamieszczono krótkie filmiki, które miały za zadanie zilustrować, jak przebiega proces twórczy artystów na poziomie ich psychiki
i emocjonalności. Miał powstać spektakl bardzo osobisty, posługujący się poetyką wyznania, ale czy założenia idą
w parze z efektami?
TEATR
Wierzchowskiego pa-miętamy doskonale jako reżysera SUPRNOVEJ Rekonstrukcji, Ostatnie kuszenie jest w pewnym sensie kontynuacją jego wcześniejszego spektaklu. O ile SUPERNOVA zaska-kiwała nas rozwiązaniami reżyserskimi, polotem
w doborze środków wyrazu, połączeniem w jeden spektakl wielu różnych elementów i włączeniem widza a przeżywaną historię przez zorganizowanie
w podziemiach Łaźni interaktywnej wystawy,
o tyle Ostanie kuszenie nie. Ciekawie zapowiadająca się w videoblogach historia, jest nużąca. Oto na naszych oczach przez dwie i pół godziny rozgrywa się historia aktora i reżyserki zamierzającej oddać hołd Zasoldowi Zeldungowi - reżyserowi, który w finale swojego spektaklu popełnił samobójstwo. Słyszeliśmy o nim w SUPERNOVEJ, gdzie wtapiał się pomiędzy inne wątki, tutaj to on jest w centrum, to o nim spektakl ma nam opo-wiedzieć. Przez pryzmat jego postaci ma skłonić do refleksji nad nami samymi. Szczytny zamiar jest mało skuteczny, aktorzy nie są wiarygodni, wątek miłosny wydaje się
TEATR "Cały spektakl jest dość męczący, przytłacza widza patosem, pytaniami
o sztukę, jej sens i kres, oraz o kondycję ludzkiej egzystencji."
mocno naciągany,
a miotanie się bohaterów przeintelektualizowane. Najciekawszą kreację buduje Jakub Kotyński grający psychologa, jego rola jest wiarygodna, zbudowana tembrem głosu, postawą, naturalnym ruchem. Patrząc na Karolinę Sokołowską (gra reżyserkę), widzimy sfrustrowaną kobietę, która próbuje stworzyć spektakl, zmusić swojego aktora do niebywałego wysiłku, stawia pytania
o to, kim jesteśmy, ale oglądając to, mamy wrażenie ,że równie zagubiona jest prywatnie, że nie do końca potrafi pokazać nam odpowiedni kształt swojej bohaterki.
Cały spektakl jest dość męczący, przytłacza widza patosem, pytaniami
o sztukę, jej sens i kres, oraz o kondycję ludzkiej egzystencji. Jego głęboka metafizyka nie jest wiarygodna, a przez to staje się raczej drażniąca niż skłaniająca do refleksji. Oczywiście, na całokształt przedstawienia składają się sceny lepsze
i gorsze, ale niestety tych prawdziwie dobrych jest niewiele. Na pochwałę zasługuje scenografia,
TEATR Ostatnie kuszenie reż. Marcin Wierzchowski
Premiera: 16 maja 2010r.
Obsada:
Karolina Sokołowska jako Maryla Ławrynowicz
Szymon Czacki jako Paweł Bończyk
Agnieszka Jaworska jako Milena Maj
Tadeusz Ratuszniak jako Jacek Hoffman
Jakub Kotyński jako Robert Wieck
scenografia: Matylda Kotlińska;
kostiumy: Agnieszka Kochańczyk;
muzyka: Michał Litwa Litwiniec
kartonowa dekoracja przedstawiająca wnętrza mieszkań Mileny (Agnieszka Jaworska) i Pawła (Szymon Czacki), brak zbędnych sprzętów i dużej ilości rekwizytów. Pod względem scenograficznym Ostatnie kuszenie zasługuje na ogromne uznanie, odwo-łując się do budowy scenografii programów telewizyjnych lat 60.
Ostatnie kuszenie traci na realizacji zwłaszcza przez wykorzystanie w jednej
z końcowych scen video , które ma nas oprowadzić po Nowej Hucie, a po-równanie jej do „gorejącego serca Chrystusa” jest zdecydowanie nietrafione. Każdy, kto oglądał już jakąś inscenizację Łaźni, bez trudu zauważy, że
w każdym spektaklu motyw Huty musi się pojawić. Przyznam szczerze, że tutaj element ten przyszedł późno i dy-skretnie spoglądając na zegarek, chciałam radośnie zakrzyknąć, że oto powstał spektakl, nad którym widmo Huty nie ciąży, ale moja radość była przedwczesna. Tak mocnego akcentu lokalnego jeszcze do tej pory nie było i mimo że przyszedł w końcowych minutach, to wtargnął
w przestrzeń sceniczną na tyle mocno, iż zdawał się zerwać wszystkie dotychczas obowiązujące dyskursy.
Czy "Ostatnie kuszenie" warto zobaczyć? Myślę, że mimo wszystko tak, spektakl dojrzewa wraz
z kolejnymi wystawieniami, więc kto wie, czy jego kształt się nie wyklaruje. Być może łatwiej będzie oglądać go osobom, które nie widziały SUPERNOVEJ
i będą potrafiły odebrać je jako w pełni autonomiczne dzieło. Niestety, zostałam już obarczona bagażem doświadczeń, więc być może moja opinia jest mało obiektywna.
Barbara Man
Książę Persji: Piaski Czasu
RECENZJA
Tuż, tuż koniec roku szkolneo, nauka, stres, egzaminy, sesja… Większość z nas szuka sposobu na odstresowanie się i od-poczynek – i tu właśnie „Książę Persji” sprawdza się wyśmienicie.
Film przenosi nas do VI wieku, do Persji, w której rodzina królewska właśnie się powiększyła – przyjęto pod swój dach małego ulicznika, Dastana (Jake Gyllenhaal). Chłopiec zrobił na władcy wrażenie swoją odwagą i szlachetnością – te dwie cechy charakte-ryzować go będą i później, kiedy dziecko wyrośnie już na tytułowego Księcia Persji. Brawurowe wyczyny będą szły w parze z mą-drymi radami padającymi z ust Dastana. Jednak nie każde z jego zachowań przyczynia się do słusznych celów i nie każda rada zostaje wysłuchana. Jednym słowem – w królestwie nie wszystko toczy się idealnie. Wkrótce Dastan znajdzie się w większych tarapatach niż mógłby się tego spodziewać i – czego my spodziewamy się
z całą pewnością – będzie musiał zawalczyć nie tylko o własne życie, ale i losy całego świata. Na jego drodze staną zdrajcy, królewscy żołnierze, mieszkańcy pustyni mający nieco na pieńku
z prawem, podstępni asasyni, nadnaturalne niebezpie-czeństwa, a przede wszystkim – piękna księżniczka, która zna tajemnicę Piasków Czasu.
Jak powszechnie wiadomo, film powstał na podstawie gry komputerowej. I choć scenariusz niewiele ma wspólnego z fabułą gry, realia i rzeczywistość, w jakiej został osadzony, są iście „wirtualne”. Reguły fizyki, a nawet i logiki, niedużo tu mają do rzeczy. Podskoki i przeskoki, karkołomne ucieczki po dachach czy zahaczająca
o magię celność i siła strzelców z drużyny Dastana nie powinny nikogo dziwić. Scenariusz opowiadający historię księcia, księżniczki, sztyletu czasu i grożącej światu zagłady również przypomina fabułę nadającą się do gry komputerowej, a przy tym nie grzeszy oryginalnością. Czy jednak w przypadku filmu tego rodzaju w ogóle istnieje zapotrzebowanie na oryginalność?
RECENZJA
Najważniejszymi przecież atutami są wartkość akcji oraz efekty specjalne. Ani jednemu, ani drugiemu nie można nic zarzucić. Dastan zmierza do swojego celu dynamicznie, napotykając na swojej drodze różnorodne przeszkody, a towarzyszą mu udane, wprowadzające odpowiednio magiczny nastrój, efekty specjalne. Te dwa walory obrazu muszą, niestety, zostać przeciwstawione dwóm największym wadom – żałosnym miejscami dialogom oraz podrzędnej grze aktorskiej odtwórczyni głównej roli żeńskiej. Księżniczka Tamina (Gemma Arterton) z początku jest poważną, wyniosłą kobietą, trzymającą należyty dystans do nieprzyjaciół – w tym
i Dastana. Niestety, owa powaga i wyniosłość, która objawia się sztywnością i bezbarwnością aktorki, pozostaje postaci aż do zakończenia filmu. Oczekiwany przez większość widzów rozwój nie nastąpił. Przy tym Tamina toczy z Dastanem potyczki słowne, które przypominają nieco spór przedszkolaków. Ich umiejętności złośliwej konwersacji również nie podlegają wyczekiwanej ewolucji.
Jednym słowem, „Książę Persji” nie zachwyca, ale nie jest również odpychający. Przede wszystkim, wybierając się na niego, należy przyjąć odpowiednią postawę i wiedzieć, czego się spodziewać. Jeśli szukasz wybitnej gry aktorskiej, scenariusza majstersztyku, oryginalnej historii, która do tego trzymałaby się zasad logiki i dzieła – ten film
z pewnością nie jest dla ciebie. Jeśli jednak zależy ci na dobrej rozrywce, zaciekawiającej akcji, pokazie umiejętności kaskaderów i specjalistów od efektów specjalnych albo po prostu chcesz zobaczyć tak sławnych aktorów jak Ben Kingsley, Jake Gyllenhaal czy Alfred Molina w perskich kostiumach – powinieneś się na „Księcia Persji” wybrać.
Elzbieta Janota
I Love You Phillip Morris
RECENZJA
“I Love You Phillip Morris” jest filmem kontrowersyjnym. Porusza pozornie zwyczajny, można by nawet powie-dzieć oklepany, temat niespodziewanej miłości oraz tego, jak zmienia ona ludzkie życie. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż dwoma głównymi bohaterami są mężczyźni.
Jak wypada film traktujący o homoseksualnej miłości? Czy po przełomowym „Brokeback Mountain” będziemy świadkami coraz odważniejszego poruszania tego tematu? „I Love You Phillip Morris” pokazuje gejów nieco inaczej niż popularne wcześniej filmy obracające się wokół tego tematu.
Głównym bohaterem filmu jest Steven Russell (Jim Carrey), oddany mąż
i ojciec, wychowany
w religijnej rodzinie, sam również udzielający się
w kościele, pracujący jako policjant, ogólnie rzecz biorąc – wiodący idealne życie. Och, zapomniał tylko dodać… że jest gejem. Jest to pilnie skrywany sekret . Aż do momentu niebezpiecznego wypadku samochodowego, kiedy to Steven postanawia, że nie chce więcej udawać, a jego życie zmienia się diametralnie. Pod bardzo różnymi aspektami. Steven nie wie jednak, iż podobny niespodziewany zwrot nastąpi jeszcze kilka razy – między innymi wówczas, gdy na jego drodze pojawi się nieśmiały, uroczy Phillip Morris (Ewan McGregor). Akcja, która zdawałoby się od początku zmierza do oczywistego rozwiązania, zaskakuje parę razy niczego niespodziewającego się widza. Fabuła nie gna do przodu w niesłychanym tempie, ale nie ma też niepotrzebnych przestojów. Retrospekcje oraz pojawiająca się miejscami narracja pierwszoosobowa sprawiają, że film jeszcze zyskuje na ciekawości. Nie sposób się nudzić.
Obaj odtwórcy głównych ról spisali się znakomicie. Jim Carrey, który już jakiś czas temu zerwał z etykietką komedianta, tu również
RECENZJA
pokazał, iż stać go na więcej
i powstrzymał się od komediowej przesady. Gra Ewana McGregora wywołuje zamierzony przez twórców efekt – Phillipa Morrisa chyba nie da się nie polubić. Warta wzmianki jest także niewielka, lecz ciekawa rola Rodrigo Santoro.
Film Johna Requa
i Glenna Ficarra jest przede wszystkim komedią. Trafiają się zabawne sceny i sytuacje, a całość ogląda się przyjemnie, z uśmiechem. Nie jest to jednak parodia czy prześmiewcza produkcja, jakie również wcześniej zdarzały się w najnowszej historii kina. Twórcy podkreślali, że nie chodzi o to, by śmiać się z gejów, a pokazać publiczności,
że ten temat wcale nie musi być traktowany
z trwożliwą powagą.
W „I Love You…” pojawiają się jednak także elementy dramatu, można by powiedzieć – jak to w życiu. Zwłaszcza, że film oparty jest na prawdziwych wydarzeniach. Dzięki tej dwoistości, ogólnym wra-żeniem nie jest ani komediowe przesłodzenie, ani ciężka depresja.
Polecam obejrzenie „I Love You Phillip Morris” wszystkim, którzy nie mają uprzedzeń wobec homoseksualizmu. Dla nich
z pewnością oglądanie tego filmu będzie przyjemniejsze niż dla tych nieprzeko-nanych. Czy obraz zawiera sceny, które mogą wzbudzać kontrowersje? Tak, choć nie jest ich wiele. Twórcy skupili się raczej na innych aspektach życia. Bohaterowie i ich miłość prezentowana jest widzowi jako coś zupełnie normalnego, podobnego do tysiąca innych miłosnych perypetii, które oglądaliśmy na ekranie kina. Ocena tego sposobu przedstawienia rzeczy należy już do każdego z widzów.
Elzbieta Janota
Wszystko co kocham
Dramat w reżyserii Jacka Borcucha przede wszystkim wnosi powiew świeżości do polskiego kina. Oryginalny scena-riusz, piękne zdjęcia, młodzi, debiutujący aktorzy – tego dawno nie było w naszej rodzimej kinematografii. Młodość, miłość, bunt – to te - wydawać by się mogło - błahe sprawy, ukazane na tle wyda-rzeń stanu wojennego, stanowią główną tematykę filmu.
RECENZJA
Reżyser, a zarazem scenarzysta filmu, dołożył wszelkich starań, by „Wszystko
co kocham” było nade wszystko obrazem prawdziwym. Prosta, nienaciągana fabuła ukazuje młodzieńcze lata życia Janka (Mateusz Kościukiewicz) – zwykłego, wrażliwego chłopaka. Jest piękne słoneczne lato 1981r. Zewsząd dochodzą słuchy o napiętej sytuacji
w państwie, ale Janek wraz z kolegami nawet nie myśli się tym przejmować. Jego życie kręci się wokół piaszczystej plaży, punkrockowej muzyki, atrakcyjnej sąsiadki
i Basi (Olga Frycz), która uważa, że punk rock też może być romantyczny. Film jest raczej wesoły,
a kamera, nad którą czuwał Michał Englert, pokazuje życie w rzeczywistości komunizmu z perspektywy osiemnastolatków. Wielu zarzuca reżyserowi niedopracowanie scenariusza, brak rozwiązania akcji, sentymentalizm, lecz ja uważam, że wszystkie te czynniki stanowią o sile filmu. Jacek Borcuch chciał opowiedzieć zwykłą, ludzką historię
i to mu się, moim zdaniem, udało.
Największą siłą filmu
są młodzi, nieznani jeszcze aktorzy. Próżno
w obsadzie szukać sławnych
RECENZJA "nastroju dodaje znakomita, fortepianowa muzyka, skomponowana przez Daniela Blooma"
nazwisk, poza Andrzejem Chyrą. Grający główną rolę Mateusz Kościukiewicz, znakomicie wywiązał
się z postawionego mu zadania. Wraz z Olgą Frycz, filmową Baśką, odważnie zagrał miłosną scenę na plaży. Ciekawostką jest, że scena
ta była ich własnym pomysłem – scenariusz bowiem jej nie przewidywał.
Poza punkrockowymi wstawkami (chłopcy grają w zespole reprezentującym ten właśnie styl muzyki), nastroju dodaje znakomita, fortepianowa muzyka, skomponowana przez Daniela Blooma.
Film „Wszystko co kocham” jest obowiązkową pozycją
na wakacje dla wszystkich, którzy szukają świeżych, pomysłowych produkcji
i nie zadawalają się przesłodzonymi komediami romantycznymi z happy endem. Jeśli jeszcze tego nie widziałeś – polecam. Film dawno już zszedł
z ekranów polskich kin, aczkolwiek z początkiem czerwca odbyła się premiera na DVD.
Marcin Jasiński
„Wicked. Życie i Czasy Złej Czarownicy z Zachodu”
RECENZJA
Powiem szczerze: ta książka była dla mnie najbardziej wyczekiwaną premierą roku.
Od dawna znałam losy głównej bohaterki, Elfaby (cudna sprawa – Elfaba, imię Złej Czarownicy z Zachodu, to połączenie inicjałów Lymana Franka Bauma autora „Czarnoksiężnika
z Krainy Oz” dla którego „Wicked…” jest swego rodzaju prequelem), której książkowa wersja stała się inspiracją dla jednego z najlepszych musicali na Broadwayu
o tym samym tytule. Musical „Wicked” może poszczycić się ogromną ilością fanów będąc wystawianym nie tylko w Ameryce, lecz także w Europie i Japonii, a także najważniejszą nagrodą – nagrodą Tony – dla najlepszej aktorki musicalowej, Idiny Menzel, która gra w tym przedstawieniu główną rolę.
I to właśnie główna bohaterka,
jej dzieje, przygody, to jak się zmienia i co myśli, jest jednym z ważniejszych atutów tej książki. A ma ona ich jeszcze sporo… Nie będę starać się zbytnio streszczać historii opowiedzianej przez Maguire’a w „Wicked…” i postaram się nie porównywać jej z musicalem (co z resztą po części mija się z celem, bo książka
i musical różnią się diametralnie w fabule). Podstawowym pytaniem, które czytelnik zadaje sobie siadając wygodnie w fotelu (Co polecam, bo książka jest duża i obszerna, a także niesamowicie wciąga, więc lepiej od razu wygodnie się usadowić) jest: Co wydarzyło się, zanim Dorotka i Toto zjawili się w Krainie Oz? Po tym pytaniu pojawią się kolejne. Dlaczego Elfaba jest zielona? Co sprawiło, że stała się taka, a nie inna? Kogo winić za sytuację panującą w Oz? Jaką wartość ma przebaczenie? Książka uwielbia stawiać pytania
i większość z nich zostanie z nami na długo po zakończeniu lektury, autor bowiem nie podaje gotowych odpowiedzi. Poza Elfabą, główną zielonoskórą bohaterką, latającą na miotle i uczącą małpy ludzkiej mowy, mamy jeszcze cały zastęp niesamowitych postaci. Zaczynając od rodziny Elfaby w której skład wchodzą jej ojciec - fanatyczny pastor, matka – kochliwa pani domu, niepełnosprawna, lecz nie bezbronna, siostra Nessaroza; przez przyjaciół poznanych
na Uniwersytecie w Sziz, do których zaliczyć można Glindę, Boqa, ukochanego
RECENZJA
Fijero, profesora Dillamonda i (niekoniecznie) kończąc na Czarnoksiężniku z Oz. Kim jest despota rządzący Szmaragdowym Miastem
i jakie są jego zamiary wobec Elfaby?
I znów pytania! Praktycznie każdy element świata przedstawionego daje czytelnikowi powody, by je stawiać i szukać na nie odpowiedzi.
„Wicked: Życie i Czasy Złej Czarownicy
z Zachodu”, bazując na historii opisanej przez Lymana Franka Bauma, jest czymś więcej niż książką dla dzieci, którą był „Czarnoksiężnik z Krainy Oz” (bo chyba nie muszę dodawać, że „Wicked…” nie jest przeznaczona dla najmłodszych czytelników). Zakończenie nas nie zaskoczy, lecz nie to jest tutaj najważniejsze. Najważniejsze są emocje towarzyszące nam przy czytaniu i powody do rozmyślań, których nam dostarcza lektura. Pytanie o naturę zła to motyw przewodni tej książki, lecz tak naprawdę w „Wicked…” można znaleźć prawie wszystko: politykę, prawa zwierząt do głosu, losy rodziny i relacje pomiędzy poszczególnymi jej członkami, problem bycia innym i odrzuconym, miłość, przyjaźń i zdradę, morderstwo i jego skutki. Można spokojnie porzucić obraz rzeczywistości wykreowany przez Bauma dotyczący Krainy Oz
i wszystkiego, co się w niej znajduje. Gregory Maguire tworzy Krainę Oz
od nowa. Polecam gorąco lekturę tej niezwykle wciągającej książki. Jej grubość dostarczy nam odpowiednio długiego czasu, który możemy poświęcić
na cieszenie się dobrą lekturą, a świetna szata graficzna i wspaniałe wydanie sprawiają, że staje się ona nie tylko miła dla oka, ale też świetnie wygląda na półce, gdzie z pewnością zajmie miejsce obok naszych ulubionych i najchętniej czytanych książek.
„Żona piekarza”
RECENZJA
Od niedawna z półek
w księgarniach spogląda na nas dość znajomo wyglądająca okłada. Pastelowe kolory, charakterystyczna kreska – to oczywiście rysunek znanego na całym świecie ilustratora przygód „Mikołajka” JeanJacquesa Sempé. Jednak tym razem ilustracja na okładce nie dotyczy przygód kochanego przez dzieci i dorosłych chłopca, lecz przedstawia bohaterów powieści Marcela Pagnola pt. „Żona piekarza”. Ilustracja autorstwa francuskiego rysownika, autor to również Francuz, a i tytułowy piekarz zamieszkuje przepiękną Prowansję. I by stać się jeszcze bardziej francuską, książka powinna mówić
o miłości. I tak też jest. Lecz chociaż „Żona piekarza” kończy się tak, jak czytelnik może się spodziewać (czyli: „I żyli długo i szczęśliwie”)
to jednak zawiera ona coś więcej niż tylko historię miłości piekarza do jego pięknej żony.
Tytułowa żona piekarza, Aurelia, przybywa razem ze swoim mężem Aimable do malutkiej wioski
w Prowansji, którą zamieszkują przesympatyczni bohaterowie. I choć czytelnik nie jest w stanie nie polubić każdego
z osobna, oni sami między sobą toczą nieustanne i trwające już od pokoleń waśnie. Jest oczywiście miejscowy ksiądz toczący boje z nauczycielem-ateistą, sąsiedzi, którzy nie odzywają się do siebie od lat, choć tak naprawdę zapomnieli już dlaczego. Wszyscy oni jednak ogromnie cieszą się z przybycia Aimable do miasta. Po samobójczej śmierci swojego poprzednika, piekarz już pierwszego dnia zdobywa powszechne uznanie, a jego wypieki smakują każdemu, kto ich spróbuje. I już pierwszego dnia piękna Aurelia stojąca
za ladą i sprzedająca świeże bułeczki zakochuje się w młodym i przystojnym pasterzu i tej samej nocy ucieka razem z nim na koniu miejscowego Markiza. Jest to punkt zwrotny dla całej tej historii. Poczciwy Aimable początkowo nie chce wierzyć w to, co się stało, i szuka przyczyn
i możliwych wyjaśnień dotyczących zniknięcia Aurelii dosłownie wszędzie. Jednak gdy w końcu dociera do niego prawda zrozpaczony przestaje piec chleb, na który tak długo czekali
RECENZJA "Po samobójczej śmierci swojego
poprzednika, piekarz już pierwszego dnia zdobywa powszechne uznanie"
wszyscy mieszkańcy. Właśnie wtedy problem piekarza staje się problemem całej społeczności i wszyscy gotowi są połączyć siły, by odnaleźć młodą i nie- wierną Aurelię, dzięki której piekarz będzie
w stanie dalej piec chleb. W tym momencie z pozoru banalna historia nabiera prawdziwej głębi.
Jest to nie tylko historia o wiernej, głębokiej,
a przede wszystkim prostej miłości piekarza
do żony, lecz także historia o przebaczeniu
i współpracy mającej na celu wspólne dobro, które każdy może osiągnąć. Cała historia opisana jest prostym językiem, co dodatkowo podkreśla uczucie, którym Aimable darzy żonę Aurelię i sprawia, że książkę czyta się lekko
i przyjemnie. Można nawet śmiało powiedzieć, że lektura „Żony piekarza” autorstwa Marcela Pagnola jest niczym świeży i chrupiący croissant do porannej kawy.
Nie jest to obowiązek, lecz prawdziwa przyjemność, sięgnąć po coś napisanego tak ujmująco i serdecznie, gdzie małomiasteczkowe postaci mogą mimo swojej prostoty zachwycać mądrym spojrzeniem na świat
i gdzie zapach pieczywa towarzyszy nam podczas przygód w Prowansji.
Paulina Rzymanek
5 czerwca 2010r. nad Jeziorem Lednickim odbyło się XIV ogólnopolskie spotkanie młodzieży. W ten słoneczny dzień, na polach wokół bramy Ryby zgromadziło się ponad 80 000 osób. Mówi się, że więcej ludzi w jednym miejscu – jeśli chodzi o spotkania chrześcijańskie - widziano tylko podczas spotkań z papieżem.
LEDNICA.
Kobieta – dar i tajemnica
RELACJA RELACJA
Dlaczego my – młodzi ludzie – chcemy przyjeż-dżać na Lednicę? By poczuć tą niesamowitą atmosferę? Dla zabawy? Z ciekawości? Też. Wydaje mi się jednak, że jest jeden podstawowy powód - chęć zmiany swojego życia na lepsze.
Co to jest Lednica? Jest to miejsce spotkań, pięknych spotkań. Przede wszystkim z Bogiem, ale i z ludźmi – ich tam nie brakuje, jest to naprawdę fajna okazja, żeby poznać kogoś nowego. Radosna atmosfera sprzyja zawieraniu znajomości, prowadzeniu życiowych rozmów. Miejsce spotkania nie jest przypad-kowe – Jezioro Lednickie uważa się za miejsce chrztu Polski. Podstawą każdego spotkania jest spowiedź, Eucharystia i Chrystus. Organizacją tego przedsięwzięcia zajmuje się o. Jan Góra, duszpasterz z Poznania.
Tak to już jest, że jeśli raz się tam pojedzie, chce się wracać każdego następnego roku. Sama wybrałam się tam już po raz trzeci. Lednica to miejsce magiczne. Tego się nie da racjonalnie wytłumaczyć, ale tam człowiek potrafi na wiele spraw spojrzeć inaczej. Tam zatwardziali grzesznicy stoją po kilka godzin w kolejkach do spowiedzi, by w końcu wrócić na dobrą drogę – co warte uwagi,
RELACJA
nikt ich do tego nie zmusza. Tam ludzie, spośród których wielu na co dzień ma niewiele wspólnego z Kościołem, tańczą i śpiewają
z całego serca: „Tak, tak Panie, ty wiesz, że cię kocham!”.
Spotkanie co roku jest inne, nie tylko ze względu na pogodę (która w tym roku była rewelacyjna, ale zdarza się, że jest mokro), ale i temat. Tym razem brzmiał on: „Kobieta – dar i tajemnica”. Z tej okazji na pola przybyła p. Wanda Półtawska, a każdy uczestnik otrzymał jej książkę pt. „Eros et iuventus”. Nie brakowało także konferencji i nabożeństw doty-kających tego zagadnienia. Niesamowitym widokiem były skoki spadochronowe, wykonane dla uczczenia pamięci ofiar katastrofy pod Smoleńskiem. Najważniejszy punkt spotkania to Eucharystia, a przed nią wybór Chrystusa – aby iść z nim przez życie.
Lednica jest miejscem i wydarzeniem wyjątkowym. Ten jeden dzień wystarcza aby „naładować akumulatory” na długi czas. Aby pewne rzeczy przemyśleć i do tej „szarej rzeczywistości” wrócić jako inny człowiek.
Joanna Osada
RELACJA
Letni szał ciał
4 czerwca 2010 roku, 18 stopni Celsjusza, niebo zachmurzone, choć jasne, nie widać promieni słońca, wygląda jakby miało padać. Niecałe 3 tygodnie do kalendarzowego lata, 20 dni do końca roku szkolnego. Do tej pory kilka ciepłych dni, opalałam się tylko raz, tulipany, krokusy i młode pączki gdzieś mi umknęły.
MODA MODA
„Moi drodzy, zaczynamy sezon letni.”
W ramach rozpoznania trendów chodziłam po warszawskich galeriach i z uporem maniaka szukałam czegoś innego, czegoś niewidzianego na ulicy. Nie znalazłam nic, a czas „przecho-dzony” był czasem zmarnowanym. Bo nie ma nic nowego, nic, co by się różniło od poprzednich sezonów. Dlatego jeśli ktoś śledził trendy z ostatnich dwóch lat i swych lekkich ciuchów (i tegorocznych zimowych!) nie wyrzucił, śmiało może w nich dumnie kroczyć.
Zauważyłam kilka głównych nurtów, które przewijają się, bo chyba projektanci na czas krótkich szortów i topów nie potrafią wymyślić nic odkrywczego. Mianowicie: styl marynarski, boho, hippie, kwiatki, nieśmiertelny jeans, retro królują. Dodatkowo modnym (i uwielbianym!) deseniem stała się panterka i zebra nawiązujące do safari. Już objaśniam, co to znaczy.
Przez styl marynarski rozumiemy przede wszystkim paski. Najlepiej w tonacji biało – niebieskie lub biało – czerwone. Pojawiają się gdzie chcesz: na tunikach, spódniczkach, to-pach, nawet butach. Tyle, że nie ubieramy się w nie od stóp do głów. Pamiętać też trzeba, że pogrubiają. Fajnie wygląda również zestawienie kolorów: biały, czerwony, niebieski, do tego jeans. Długie wisiorki (kotwica) i heja! Mamy wyglądać jak dziewczyna marynarza, surfera albo przynajmniej płynąca w rejs.
Następnym hitem tego roku są kwiaty a’la łączka bądź róże. Wiele dziewczyn oszalało na ich punkcie, zapewne również dlatego, że w każdej popularnej „sieciówce” znajduje się co najmniej jeden wieszak „kwiatowy”. Nic dziwnego. Każdemu przecież kojarzy się z wiosną, ciepłem, słońcem i… wakacjami!
Styl boho, hippie nie jest natomiast niczym nowym. Nawiązujący do „dzieci kwiatów” jest czymś a’la dawny bunt, wyzwoleniem. I tak mamy długie sukienki, zwiewne tuniki, chusty, dużą biżuterię. Swoje odrodzenie przeżywa również jeans w każdym kolorze, panterka i zebra.
MODA
Jednak ja nie zachęcam was do naśladowania modelek z reklam i podążania ślepo za każdym nowym „zrywem” modowym, gdyż poddawani jesteśmy marketingowi, praniu mózgów, co sezon wmawiają nam, że coś jest nam potrzebne, a tamto, całkiem niezniszczone i w gruncie rzeczy ładne, nie nadaje się. Dlatego trzeba mieć własny styl i wybierać tylko to, w czym naprawdę nam dobrze, coś uniwersalnego. Bo „modne” nie zawsze znaczy gustowne. Kiedyś śmialiśmy się z „marchewek” naszych rodziców, a dziś sami chodzimy w rurkach, choć udowodniono, że nie jest to najzdrowszy nawyk.
Ostatniego weekendu będąc w stolicy i mijając setki podobnie ubranych nastolatków, dotarło do mnie po raz pierwszy tak silnie, że jesteśmy „dziećmi galerii”. Rośnie konsumpcjonizm, coraz większe znaczenie ma dla nas, co kto ma i ile posiada, a rozrywką jest właśnie „chodzenie po galerii” jeśli nawet nie kupowanie. Wiem, że też jestem „dzieckiem galerii”, choć wcale nie chcę. Ale przynajmniej nie oceniajmy nikogo po wyglądzie. A jeśli chcesz być koniecznie MODNY w lecie, po prostu załóż duże okulary, odwieczne japonki, może kapelusz na głowę, ubierz się kolorowo i odsłoń trochę ciała (nie boczków!).
Pamiętaj, że ładnie wygląda jedynie ten, kto jest pewny siebie. A mózg też może być czasem sexowny
Nikola Bochyńska
WYCIEK ROPY KAMPANIA PREZYDENCKA
PRASÓWKA PRASÓWKA
Czyli przegląd najważniejszych majowych wydarzeń kraju i ze świata Prezydent Obama przyznał, że „rząd zbytnio zaufał koncernowi BP i nie zapewnił właściwego nadzoru nad nim”. Wyszło też na jaw, że jedna z agencji rządowych, odpowiadająca za gos-podarowanie surowcami naturalnymi, przymy-kała oczy na nieprawidłowości ze strony BP. Według wstępnych szacunków cały wyciek pochłonął już 3,5 mld dolarów, a walka z nim może potrwać nawet trzy miesiące.
Od 20 kwietnia 2010 trwa katastrofalny wyciek ropy naftowej do Zatoki Meksykańskiej. Wtedy właśnie doszło do wybuchu na platformie wiertniczej Deepwater Horizon. Skutkiem tej katastrofy była nie tylko śmierć lub zaginięcie 11 pracowników platformy oraz obrażenia kolej-nych 17, lecz również trwający stale od tego dnia wyciek ogromnych ilości ropy naftowej do Zatoki Meksykańskiej. Skażenie wybrzeży za-grażało pięciu stanom, a kolejne z ogłaszanych projektów walki z tym problemem kończyły się niepowodzeniem, jak choćby program „Top kill” zapowiedziany 20 maja przez Baracka Obamę. Kampania wyborcza trwa. 10 maja, po dopełnieniu formalności, Państwowa Komisja Wyborcza podała oficjalną listę kandydatów. Jest na niej zaledwie 10 nazwisk: Bronisław Komorowski (Platforma Obywatelska), Jarosław Kaczyński (Prawo i Sprawiedliwość), Waldemar Pawlak (Polskie Stronnictwo Ludowe), Grzegorz Napieralski (Sojusz Lewicy Demokratycznej), Marek Jurek (Prawica RP), Andrzej Olechowski (kandydat Stronnictwa Demokratycznego), Bogusław Ziętek (popierany przez Polską Partie Pracy), Andrzej Lepper (Samoobrona RP), Janusz Korwin - Mikke (Wolność i Praworząd-ność), Kornel Morawiecki (kandydat niezależny, założyciel Solidarności Walczącej).
Zgodnie z informacją PKW, w związku z faktem, że ewentualna druga tura wyborów odbędzie się 4 lipca, obwodowe komisje wyborcze mają zostać powołane również w najczęściej odwiedzanych przez Polaków miejscach za granicą. Przypominamy, że każda osoba planująca oddać swój glos w zbliżających się wyborach poza miejscem swojego stałego zameldowania, powinna uzyskać od władz gminnych lub miejskich stosowne zaświadczenie. Szczegółowe informacje na
PRASÓWKA
stronie internetowej Państwowej Komisji Wyborczej pod adresem www.pkw.gov.pl.
Sondaże przeprowadzane w maju wskazywały na prowadzenie Bronisława Komorowskiego. Drugim liczącym się kandydatem wg czołowych ośrodków badania opinii publicznej był Jarosław Kaczyński.
Pierwszym akcentem kampanii Jarosława Kaczyńskiego było pozytywne zweryfikowanie jego oświadczenia lustracyjnego przed warszawskim sądem okręgowym; był jednym z pierwszych zweryfikowanych kandydatów. Janusz Korwin - Mikke, jako jeden z ostatnich, w zniecierpliwieniu spowodowanym długim oczekiwaniem wygłosił pierwszą obietnicę wyborczą: rozprawy trzydziestominutowe. Kilka dni później pojawiły się sygnały, jakoby Marta Kaczyńska, córka tragicznie zmarłych Lecha i Marii Kaczyńskich, miała wziąć czynny udział w kampanii swojego stryja, Jarosława. Jak się później okazało, były to tylko prasowe spekulacje. Niejako w od-powiedzi na powtarzające się zarzuty o próbę wykorzystania tragedii smoleńskiej w kampanii wyborczej prezesa PiS, działacze tej formacji konsekwentnie odżegnują się od takich działań. Jarosław Kaczyński pierwsze swoje przemówienie w kampanii wygłosił w Dniu Zwycięstwa (9 maja) „do przyjaciół Rosjan”. W przemówieniu mówił o pojednaniu z Rosją, o budowaniu „nowych stosunków, ale tylko w oparciu o prawdę”. Andrzej Olechowski w swoim pierwszym wystąpieniu zachęcał wyborców w dość nietypowy sposób. „Nie chcę szyneczki, ani polędwicy, tylko łososia. Jak się upewnię, że kuchnia nie da, to wtedy dokonam wyboru. Ale łosoś jest zdrowszy”. W ten sposób zachęcał wyborców i media do dostrzeżenia wszystkich kandydatów, a nie tylko dwóch „najgłoś-niejszych”: Komorowskiego i Kaczyńskiego. Spekulacje medialne stwarzają wrażenie, że tylko ta dwójka kandydatów ma szansę na zwycięstwo. Olechowski zachęca jednak
PRASÓWKA
do oddania swojego głosu właśnie na niego. Natomiast Grzegorz Napieralski stwierdził, że wybór nie powinien odbywać się pomiędzy prawicą i prawicą. Andrzej Lepper, po nie-wielkim zamieszaniu związanym z po-czątkowym skreśleniem go z listy kandydatów przez PKW w związku z ciążącym na nim nieprawomocnym wyrokiem sądu w sprawie tzw. „seksafery”, w swoim haśle wyborczym nawoływał: „Ja nie jestem jednym z nich. Ja jestem jednym z was”. Bronisław Komo-rowski opiera swoją kampanię na wystąpieniach, które podejmuje jako pełniący obowiązki Prezydenta RP i Marszałek Sejmu.
9 czerwca odbyła się pierwsza szeroka debata kandydatów na Prezydenta RP. Wzięło w niej udział ośmiu kandydatów, zabrakło Jarosława Kaczyńskiego (w tym czasie zorganizowano jego wiec wyborczy w Lublinie) oraz Grzegorza Napieralskiego (przekonywał do swojej kandydatury miesz-kańców Warmii i Mazur). Sztaby dwóch prowadzących w sondażach kandydatów wciąż nie mogą dojść do porozumienia w spra-wie wspólnej debaty, zacięcie dyskutując o jej formule, a właściwie – o liczbie jej uczestników.
SMOLEŃSK
W cieniu tragedii smoleńskiej nadal toczą się prace nad wyjaśnieniem przyczyn katastrofy samolotu TU-154. Jak donoszą oficjalne raporty ze strony rosyjskiej katastrofa miała miejsce o 8:41, a kilka minut przed nią w kabinie pilotów słychać było głosy osób spoza załogi. W stenogramach z rejestratorów lotu występują dwie takie osoby: jedna, która została już zidentyfikowana w sposób pewny to Dowódca Sił Powietrznych, gen. pil. Andrzej Błasik. Głos drugiej z osób nie został jeszcze zidentyfikowany ponad wszelką wątpliwość; strona rosyjska twierdzi, że był to dyrektor Protokołu Dyplomatycznego MSZ Mariusz Kazana. Zapis rozmów załogi zare-jestrowanych przez tzw. czarną skrzynkę
PRASÓWKA PRASÓWKA
został upubliczniony i jest dostępny na stronie internetowej Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Szczególną uwagę zapraszanych przez ogólnopolskie media ekspertów od lotnictwa zwracają ostatnie minuty lotu, zwłaszcza zaś niestandardowe zachowanie obu pilotów, nawigatora i inżyniera pokładowego, m.in. wymienianie przez nich zwrotów grzecznościowych podczas wykonywania standardowych procedur, czego w sytuacji podchodzenia do lądowania nie ma w zwyczaju czynić. Ciężko również wyjaśnić niektóre padające podczas ostatnich minut słowa, jak choćby czysto techniczną i szkoleniową uwagę o przeznaczeniu mechanizacji skrzydła. Prowadzący śledztwo w sprawie katastrofy kontynuują próby dokładniejszego odczytania zapisów, szczególnie wielu tych miejsc, które opisane są jako „wypowiedź niezrozumiała”. Jednocześnie wciąż powtarzają się zarzuty o nadmierne zaufanie polskiego rządu do Rosjan w sprawie śledztwa wyjaśniającego przyczyny smoleńskiej tragedii.
GRECJA
Grecja nie podołała problemom gospodarczym. 2 maja zakoń-czyły się negocjacje greckiego rządu z Unią Europejską w sprawie udzielenia pomocy finansowej. Bruksela zapowiedziała wsparcie dla Greków w wysokości 110 miliardów Euro w ciągu trzech lat. Środki pieniężne na ten cel pochodzić mają z budżetu UE oraz Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Warunkiem otrzymania tej pomocy są jednak drastyczne cięcia budżetowe w Grecji, oszczędności w sektorze publicznym oraz podwyższenie podatków. Kryzys finansowy wzburzył nastroje greckiej ulicy, szczególnie niebezpieczna sytuacja panowała w części Aten. 12 maja przez centrum greckiej stolicy przeszła wielka manifestacja krytykująca politykę rządu i Unii Europejskiej. W związku z problemami gospodarczymi południowych państw strefy Euro, rozpoczęła się w mediach ogólnoeuropejska debata nad przyszłością wspólnej europejskiej waluty. Część ekonomistów wieszczy jej rychły koniec.
POWÓDŹ
17 maja 2010. Polska pod wodą. Wisła i Odra przestały mieścić się w swoich korytach. Szczególnie groźna sytuacja
PRASÓWKA
panowała na najdłuższej z polskich rzek, która przekroczyła nawet poziom z 1997, roku „powodzi tysiąclecia”. W Krakowie trwała walka o utrzymanie Mostu Dębnickiego, zagrożonego zniszczeniem. Ostatecznie most udało się obronić, a miasto ucierpiało w nie-wielkim stopniu. Katastrofalna sytuacja wytworzyła się w miejscowościach położonych w widłach Wisły i Sanu, między innymi w Sandomierzu, którego prawobrzeżna część uległa w dużym stopniu zalaniu przez Wisłę, która zdołała przerwać wały przeciwpo-wodziowe. Całkowicie zalane zostały miejsco-wości położone w okolicach Sandomierza i Tarnobrzega, m.in. Furmany. Pierwsze natarcie powodzi okazało się jednak nie być ostatnim. Ze względu na kolejne obfite opady, doszło do powstania kolejnych fal kulminacyjnych. Sytuacja w dorzeczu Odry była spokojniejsza, jednak i tu powstały straty, jak choćby we wrocławskiej dzielnicy Kozanów, wybudowanej na terenach zalewowych. Obfite deszcze spowodowały również powstanie i uaktywnienie się osuwisk na południu Polski, szczególnie zaś w miejscowości Lanckorona, gdzie wiele domów uległo całkowitemu zniszczeniu. Trwa akcja pomocy na rzecz powodzian, prowadzona przez rząd i wiele organizacji pozarządowych, między innymi Polski Czerwony Krzyż i Caritas Polska. Polska otrzymuje również pomoc (szczególnie w ludziach i sprzęcie) zza granicy, między innymi z Rosji i Niemiec. Prezydent Gruzji, Michaił Saakaszwili, zaprosił na wakacje do swojego kraju setkę dzieci z rodzin powo-dzian. Powódź spowodowała śmierć 25 osób w Polsce i dziewięciu w krajach sąsiednich.
Gdyby rząd podjął decyzję o ogłoszeniu stanu klęski żywiołowej, wybory prezydenckie odbyć by się mogły dopiero w 90 dni po zakończeniu tego stanu, Pojawiają się zarzuty, że niewprowadzenie stanu nadzwyczajnego w tak ciężkiej sytuacji podyktowane było pobudkami politycznymi. Spekuluje się, że dwóm głównym kandydatom w wyborach
PRASÓWKA
prezydenckich zależy na jak najszybszym przeprowadzeniu głosowania.
RÓŻNE, PAŃSTWO
24 maja 2010 roku. Pełniący obowiązki Prezydenta RP Bronisław Komorowski dokonuje mianowania trzech dowódców wojs-kowych w miejsce zmarłych pod Smoleńskiem generałów. Nowym Dowódcą Operacyjnym Wojska Polskiego został gen. Edward Gruszka, dowodzenie Wojskami Lądowymi przejął gen. Zbigniew Głowienka, zaś gen. Lech Majewski objął dowództwo Sił Powietrznych.
Prof. Marek Belka, kandydat p.o. Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, został 10 czerwca powołany przez Sejm na stanowisko prezesa Narodowego Banku Polskiego. Zastąpił tragicznie zmarłego pod Smoleńskiem Sławomira Skrzypka. Na tym samym posiedzeniu Sejmu powołano również nowego Rzecznika Praw Obywatelskich, została nim prof. Irena Lipowicz, specjalista w dziedzinie prawa administracyjnego, następczyni śp. dr Janusza Kochanowskiego. Dodatkowo, obie izby parlamentu odrzuciły sprawozdanie z działal-ności Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, co przy deklaracjach p.o. Prezydenta RP, że również i on podejmie taką decyzję, oznacza, że Rada ulegnie rozwiązaniu, a Sejm, Senat i Prezydent wybiorą nowych jej członków.
Anna Jasińska
Polska coraz bardziej otwiera się na świat, tego nie da się ukryć. Powszechne stają się wakacje w ciepłych krajach, zagraniczne staże, wymiany szkolne i studenckie. Dla wielu absolwentów liceów coraz bardziej kuszącą opcją
wydaje się być podjęcie nauki na zagranicznym uniwersytecie.
Szczególną popularnością cieszy się Wielka Brytania.
Rekrutacja po brytyjsku
LICEUM
Kto może starać się o przyjęcie na studia?
Praktycznie każdy polski absolwent, jeżeli tylko zdawał na maturze przedmioty wymagane na danym kierunku. Niektóre uczelnie wymagają również dodatkowych egzaminów ze znajomości języka angielskiego, jednak nie jest to regułą. W praktyce najczęściej za granicę wybierają się uczniowie, którzy w Polsce realizowali programy międzynarodowe i zagraniczne (często sami nie mający polskiego obywatelstwa). Jednak niemało jest również „klasycznych” maturzystów – w zdecydowanej większości tych zdających język angielski na poziomie rozszerzonym.
W jaki sposób aplikować?
W Wielkiej Brytanii podania na studia składa się przez Internet, a wszystkie opłaty dokonywane są za pomocą kart kredytowych. Wystarczy założyć sobie konto i wypełnić formularz na stronie: http://ucas.com/. Inaczej niż w Polsce, w Zjednoczonym Królestwie można złożyć podania tylko na pięć wybranych kierunków.
Następny ruch należy już do uniwersytetów, które mogą albo bezwarunkowo przyjąć konkretnego kandydata na studia (wymagając w praktyce jedynie potwierdzenia zdanej
LICEUM
matury), albo całkowicie go odrzucić. W grę wchodzi jednak jeszcze jedna możliwość – „oferta warunkowa”. Dany kandydat, aby zostać przyjętym na wybrane studia, musi zdobyć określoną ilość punktów z egzaminu dojrzałości. Najlepsze, najbardziej oblegane uniwersytety często uzupełniają proces rekrutacyjny o jeszcze jeden etap – „interview”, czyli rozmowę kwalifikacyjną. W zależności od wybranego kierunku wiązać się ona może z normalną rozmową, odpowiadaniem na potencjalnie problematyczne pytania (jak na przykład: „Czy jest Pan/Pani za karą śmierci i dlaczego?” albo: „Czy zdecydował(a)by się Pan/Pani prowadzić rozprawę sądową przeciw członkowi swojej rodziny?”) lub rozwią-zywaniem zadań matematycznych, fizycznych itd. – ostatni rodzaj rozmowy dotyczy zwykle kandydatów na kierunki ścisłe.
A co dalej?
Większość brytyjskich uczelni zapewnia studentom pierwszego roku zakwaterowanie w akademiku. I choć takie rozwiązanie jest zdecydowanie droższe niż polski akademik, warunki są nieporównywanie lepsze. W praktyce „student houses” to po prostu kilkupokojowe mieszkania dzielone przez 3-4 osoby – nie ma to zatem wiele wspólnego ze stereotypowym wizerunkiem takich miejsc.
Niemniej jednak szczęśliwego przyszłego stu-denta zagranicznej uczelni czeka jeszcze kilka dodatkowych przedsięwzięć, jak choćby znalezienie możliwie najtańszych połączeń z Polski do Wielkiej Brytanii i przetransporto-wanie na wyspy najniezbędniejszych rzeczy (co zazwyczaj kończy się milionem wysyłanych przez rodzinę paczek albo solidnym nadba-gażem w samolocie). Bo całkiem śmiało założyć można, że w dobie Skype’a i tanich rozmów międzynarodowych wyjazd do Wielkiej Brytanii niewiele będzie się poza tym różnił od studiowania na drugim końcu Polski.
Magdalena Kelniarz
Sesja egzaminacyjna na wesoło
Z nieba leje się żar, a okoliczne rzeki i je-ziora kuszą krystalicznie czystą i orzeź-wiającą wodą. Truskawki lśnią czerwono i soczyście. Biura podróży bombar-dują perspektywami urlopu w tropikach. Kolejny rok szkolny dobiega końca, zatem nic dziwnego, że w głowach nam wy-łącznie wakacyjny relaks i wypo-czynek. I tylko szkoda tych biednych studentów...
STUDIA
SESJA (skrót od System Eliminacji Studentów Jest Aktywny) jest czasem wytężonej pracy naukowej. Jest to z reguły kilkutygodniowy okres, podczas którego brać studencka zalicza semestr. Nie ma wtedy zajęć, więc teoretycznie jest to czas beztroskiej nauki do egzaminów. Jest jednak pewien szkopuł: z reguły jeden egzamin obejmuje materiał rozmiarów matury, a egzaminów jest kilka (przeciętnie trzy, cztery w ciągu 3 tygodni). Nie ma więc mowy o żadnej beztrosce, to w końcu wykańczający i stresujący okres. A zdenerwowanie i panikę napędza niezliczona liczba urban legends, które wyrastają jak grzyby po deszczu na każdej uczelni wyższej. Żeby nieco rozluźnić nastroje żaków, a licealistów oraz maturzystów wprowadzić w te realia, przytaczam kilka najciekawszych studenckich anegdotek dotyczących sesji i egzaminów.
S jak (w)Spomagacze
W kręgach akademickich furorę robią różnego typu wspomagacze, sprawiające, że nauka kilkudziesięciu (lub czasem nawet kilkuset) stron notatek jest przyjemna, szybka i (co najważniejsze) skuteczna. Jednak zapomnijcie o napojach energetycznych i hektolitrach kawy! Nie dość, że to kosztowna inwestycja, to po jakimś czasie organizm uodparnia się na tego rodzaju stymulację. Jednak student to przebiegła i osz-czędna bestia, więc po długich godzinach spędzonych nad lekturą wszelakich forów dyskusyjnych znalazł ROZWIĄZANIE IDEALNE. Z pomocą przyszły apteki i pewien lek na
STUDIA
katar dostępny bez recepty. W jaki sposób? Okazało się, że owy lek wzięty w większej dawce powoduje wzrost ciśnienia krwi, przez co człowiek jest w stanie przesiedzieć całą noc nad książkami bez nieustannego ziewania i marzeń o odrobinie snu. Ma to swoje skutki uboczne, które jednak nie przerażają całej rzeszy moich znajomych. Najlepiej ilustruje to nasz ostatni egzamin z matematyki finansowej. Przedmiot do najprzyjemniejszych nie należy, więc dosyć logicznym wnioskiem jest, że siedzenie nad milionem zadań na oprocentowanie kredytów, dyskonto weksli i innych arcyciekawych zagadnień nie jest wymarzoną formą spędzania wolnego czasu. Moment kulminacyjny w takich wypadkach nadchodzi w noc poprzedzającą wielki dzień - wszyscy oddają się naukowym namiętnościom aż do świtu. Tak było i tym razem. Pracowita noc minęła i spotkaliśmy się wszyscy punkt dziewiąta rano pod salą, w której było nam dane pisać egzamin. I jak zwykle wystarczył tylko rzut oka, by stwierdzić, kto w nocy „leczył się na katar”.
STUDIA STUDIA
Podkrążone oczy, szara cera, nienaturalne pobudzenie... I coś jeszcze. Wszyscy moi znajomi, którzy zażyli owy cudowny lek, przyszli z rocznym zapasem chusteczek higienicznych z powodu, tak, nagłego kataru.
Wsiąść do pociągu byle jakiego...
To prawdziwa perełka wśród wszystkich sesyjnych opowieści z krypty. Powtarzana przez wszystkie pokolenia, stopnie i tryby studiów. Rzecz dotyczy niejakiego Pawła, obowiązkowo przedstawianego jako „mój znajomy Paweł”. W jaki sposób Paweł stał się legendą uczelni i człowiekiem o liczbie znajomych przekraczającej jakieś sto tysięcy? Otóż mój znajomy Paweł za bardzo oddawał się przyjemnościom mieszkania w wielkim mieście, przez co jego kariera naukowa znacząco ucierpiała. Nie był więc zbyt zdziwiony, kiedy z najważniejszego egzaminu nie otrzymał oceny pozytywnej. Pogodzony z widmem kampanii wrześniowej spakował wszystkie swoje rzeczy i ruszył do domu, by tam spokojnie odpocząć po bogatym we wrażenia roku akademickim. Wsiadł do pierwszego lepszego przedziału, w którym nie było młodzieży w wieku kolonijnym i oddał się lekturze świeżo zakupionego magazynu publicystycznego. Jego współtowarzyszem był drzemiący starszy mężczyzna. Paweł w spokoju rozkoszował się lekturą do momentu, w którym siedzący naprzeciwko starszy pan nie zapytał o zdanie naszego bohatera na temat, który poruszony na okładce gazety. Po chwili namiętnie dyskutowali. W pewnym momencie Paweł przyjrzał się swojemu towarzyszowi i ze zgrozą rozpoznał w nim profesora, u którego kilka godzin wcześniej oblał egzamin. Wzruszył jednak ramionami i na nowo podjął dyskusję, która zresztą była szalenie interesująca. Kilka godzin podróży minęło błyskawicznie, a kiedy pociąg już zwalniał, by zatrzymać się na najbliższej stacji, profesor powiedział: „Panie Pawle, niech Pan da indeks.” Paweł, nie wiedząc co się dzieje i w jaki sposób został rozpoznany, wyciągnął z plecaka zieloną książeczkę. Kilka sekund później zamarł, widząc rękę jego wykładowcy skreślającą dwóję i w jej miejsce wpisującą ocenę bardzo dobrą.
STUDIA
Lekcja pokory
Marta, moja przyjaciółka, uczy się pilnie i dużo. Nigdy nie miała poprawki, a najniższą oceną, jaką otrzymała z egzaminu, była piątka. Do czasu... W zeszłym roku Marcie nie powiodło się na egzaminie z najtrudniejszego w całym semestrze przedmiotu. Dostała cztery i pół. Załamała się całkowicie i podejrzewając egzaminatora o niedopatrzenia, wybrała się do niego w celu obejrzenia pracy. Tak się jednak złożyło, że trafiła na wisielczy humor doktora S. i ten po dokładnej analizie jej pracy, nie tylko nie postawił jej upragnionej piątki, ale znalazł elementarny błąd i z kwaśnym uśmiechem poinformował ją, że z przyjemnością zobaczy się z nią jeszcze raz. Na poprawce.
Do odważnych świat należy
Pod koniec stycznia był egzamin z przedmiotu, który wymagał poświęcenia mu dużej ilości czasu z powodu rozległości materiału. Pamiętam, że już w Boże Narodzenie odbierałam telefony z prośbami o pożyczenie notatek. Wszyscy funkcjonowali w naukowym szale, który wraz z upływem kolejnych dni zamieniał się w epidemię paniki. Wreszcie upragniony dzień egzaminu nadszedł. Na sali zamiast dwustu studentów znajdowało się dwieście zombie, nerwowo czytających notatki i obgryzających resztki paznokci. Wszedł wykładowca i z promiennym wyrazem twarzy poinformował, że osoby, które satysfakcjonuje ocena dostateczna mogą złożyć indeksy i opuścić salę. Dokładnie, co do sztuki, sto dziewięćdziesiąt siedem osób dostało nagle przypływu sił witalnych i po około trzech minutach na sali pozostała trójka o stalowych nerwach i odwadze godnej bohaterów podań ludowych. Co się z nimi stało? Profesor dał im piątki.
STUDIA
Pozorna porażka
Koleżanka opowiedziała mi kiedyś ciekawą historię. Miała egzamin w formie testu, którego nie zaliczył nikt (!!!) poza osobą, która tuż po rozdaniu kartek zrezygnowała
z pisania egzaminu. Jak to możliwe? Wszystkie odpowiedzi w pytaniach testowych były błędne, więc należało pozostawiać niezaznaczone odpowiedzi, by zdać egzamin. Za błędne odpowiedzi były przyznawane punkty ujemne. A więc osoba, która oddała jedynie podpisaną kartkę, otrzymała maksymalną ilość punktów i tym samym najwyższą ocenę.
Magdalena Kondracka
Piłkarska gorączka: Mistrzostwa Świata w RPA
32 drużyny w 8 grupach. 736 piłkarzy, 30 arbitrów. 9 stadionów, na których zostaną rozegrane 64 me-cze. Jak będą wyglądały tegoroczne Mistrzostwa Świata w piłce nożnej.
SPORT
Chciałbym, by zapadły w pa-mięć, by przekonały do piłki osoby, które nie lubią tego sportu. A na pewno po-mogą w tym wielkie pieniądze sponsorów. Takie koncerny jak Adidas, CocaCola, Gillette, McDonald’s czy Philips, nie-wątpliwie zadbają o popula-ryzację „soccera”. Znów nadejdzie fala reklam, o któ-rych będzie się mówić, zostaną wyprodukowane tony zabawek i gadżetów z logiem imprezy, flagami wszystkich reprezentacji oraz podobiznami poszczególnych zawodników.
Ale ze strony czysto sporto-wej, czy warto będzie oglądać te zawody? Nie można wyprzedzać faktów, ale niektóre sprawy są oczywiste, więc odpowiem: naturalnie, że tak! Jestem pewny, że każda z 32 drużyn ma jakiś turniejowy cel. Jedni będą chcieli wygrać przynajmniej jeden mecz, inni marzą o wyjściu z grupy, kolejni będą celować w dojście do ćwierćfinału, a około 8 reprezentacji śmiało może uważać się za faworytów turnieju i za cel stawiać sobie powrót do ojczyzny z sześciokilogramowym pu-charem z 18-karatowego złota. Każda z drużyn będzie walczyć do upadłego, wszyscy zawodnicy będą chcieli się pokazać, są przecież w gronie „najlepszych na świecie”. Każda edycja tego prestiżowego turnieju przy-nosi wielkie emocje.
Kto ma największe szanse na tytuł? Tego nigdy nie da się przewidzieć, lecz spekulacje i wywody na ten temat nie mają końca. Sam zastanawiam się, jak potoczą się losy turnieju. Jako amatorski i mało wytrawny specjalista, moje przewidywania są nastę-pujące: wydaje mi się, że w
SPORT
najwyższej formie znajdują się zespoły europejskie: Hiszpania, Francja, Niemcy i Włochy. Doniesienia z obozów argentyńskiego i brazylijskiego mogą martwić kibiców tych reprezentacji, gdyż w obu selekcjonerzy sprawili wiele niespodzianek kadrowych. Trudno wyobrazić sobie mundial i drużynę Argentyny z bohaterem Interu, Diego Milito, na ławce rezerwowych. Nie widzę także reprezentacji Brazylii bez legendarnego już Ronaldinho, który ostatnio przecież wrócił do formy.
Przedstawię teraz moje przypuszczenia związane z turniejem, omijając fazę grupową i początek fazy pucharowej. Jest to oczy-wiście subiektywna symulacja przebiegu mundialu, ot taka zabawa. Wiadomym jest, że trzeba oczekiwać niespodzianek, to przecież sport, rozegranie turnieju na kartce może być tylko rozrywką.
Polecam stronę internetową: http://www.worldc - up.com.pl/, gdzie znajdziemy wszystkie informacje o nadchodzących Mistrzostwach Świata.
1/8 fazy pucharowej:
Francja – Nigeria
Anglia – Ghana
Niemcy – USA Argentyna – Meksyk
Kamerun – Paragwaj
Brazylia – Chile
Włochy – Holandia
Hiszpania – Wybrzeże Kości Słoniowej
Półfinały:
Brazylia – Francja
Argentyna – Hiszpania
Według moich spekulacji w finale zobaczymy Brazylię i Hiszpanię. Jako Europejczyk stawiam na kraj z Płw. Ibe-ryjskiego. Każdemu kibicowi proponuję przeprowadzić taką symulację, a w trakcie trwania turnieju sprawdzać swoje przypuszczenia. Może ktoś od następnej imprezy zacznie na tym zarabiać u bukmachera…
Marek Świszczorowski
Czy naprawdę jest tak ciężko?
Wiecie ile kosztował najdroższy piłkarz w historii? 96 mln euro, jest nim Cristiano Ronaldo. A ile kosztował najdroższy polski piłkarz? Jest nim Jerzy Dudek, a kosztował 8 mln euro. Skąd bierze się ta przepaść? Dlaczego zagraniczne kluby niechętnie kupują polskich pił-karzy, a jeśli już to robią, to wykładają za naszych graczy śmieszne pieniądze?
SPORT
Co powoduje, że Polsce brakuje gwiazd nie światowego, ale choćby dobrego eu-ropejskiego formatu? Wielu wskazuje po prostu na brak umiejętności polskich zawodników, jednak problem leży nie tylko w nogach piłkarzy, lecz także w ich głowach.
Patrząc na to jak wygląda stan polskiej piłki z przerażenia można złapać się za głowę. Brakuje nam dosłownie wszystkiego, aby osiągnąć w tym sporcie sukces – no, może jeszcze poza kibicami. W Polsce fatalnie prezentuje się piłkarska infrastruktura, brakuje konkretnego systemu szkolenia piłkarzy, a śledztwo w sprawie korupcji w polskiej piłce trwa już ponad 5 lat. Czemu więc w ogóle dziwimy się, że nasze drużyny od lat nie osiągnęły żadnego międzynarodowego sukcesu? Wszyscy tłumaczą dzisiejszy obraz rodzimego futbolu wyżej wymienionymi czynnikami i bezradnością PZPN. Niestety, jakiś czas temu zauważyłem u polskich piłkarzy problem, o którym ciężko usłyszeć z ust większości piłkarskich ekspertów. Chodzi mi mianowicie o podejście nastoletnich graczy do uprawiania piłki nożnej. Wielokrotnie obserwowałem sytuacje, kiedy zdolni sportowcy młodego pokolenia w Polsce marnowali swoje talenty w kraju lub za granicą. Rzecz nie brała się z braku ich umiejętności tylko raczej z ich przecenienia. Nastoletniemu piłkarzowi w Polsce wydaje się, że jeśli w jednym sezonie kategorii juniorów młodszych w lidze okręgowej ustrzeli 20 bramek lub więcej, to zasługuje co najmniej na miano bohatera. A kiedy już przypadkiem uda mu się dopiąć transfer do większego klubu, występującego w wyższej
SPORT
klasie rozgrywkowej to często sądzi, że złapał już Pana Boga za nogi. Przykładów można podać wiele. Z doświadczenia wiem, że niektórzy z nich, choć nie wszyscy, traktują codzienny piłkarski trening jak zwykłą karę. Czasem potrafią sobie znaleźć najdrobniejszą wymówkę, byle by tylko nie uczestniczyć na zajęciach w tygodniu. Dobrym wytłumaczeniem dla nieobecności piłkarza bywa czasem bolący palec… u ręki. Zazwyczaj dobrego i klasowego piłkarza cechuje to, że kocha sport jakim jest piłka nożna. Jest w stanie kopać wszędzie i w każdych warunkach byle tylko robić to, co lubi najbardziej – grać. Niestety ta zasada nie zawsze charakteryzuje niektórych naszych nastoletnich „gwiazdorów”. Na przykład kiedy na zajęciach wychowania fizycznego w szkole gra się „w nogę”, wszyscy podczas zajęć cieszą się możliwością gry i w meczu dają z siebie wszystko. Mały błąd - prawie wszyscy. Często młode gwiazdy po prostu ostentacyjnie stoją na szkolnym boisku lub grają w ten sposób jakby nie wiedzieli, czym jest piłka i co się z nią powinno zrobić. Co
SPORT SPORT
więcej, podczas rozgrzewki często dla zabawy parodiują to, co tak naprawdę powinni robić – rozciągać się i przygoto-wywać do gry. Słowem, pełen profesjonalizm. Może jest to próba pokazania tego, że oni na co dzień grają w klubie, więc nie będą się przemęczać podczas zajęć na WFie, grając z jakąś grupką amatorów. Czymkolwiek jednak taka postawa u nich jest spowodowana, przy kontynuowaniu takiego podejścia życzę sukcesów w profesjonalnej piłce. Całkiem niedawno podszedłem do jednego z obecnych graczy jednej z drużyn juniorów. Mając 18 lat, od przyszłego sezonu będzie już w polskiej piłce tzw. seniorem, więc o miejsce w składzie będzie musiał już rywalizować nie z rówieśnikami z zespołu juniorskiego, a z dorosłymi piłkarzami pierwszej drużyny. Odpowiedź, która brzmiała: „Stary, wiesz jak ciężko?!”, dała mi bardzo wiele do myślenia. Byłem o tyle tą odpowiedzią zszokowany, gdyż ten piłkarz jest jednym z najlepszych zawodników tej drużyny. Niestety zbytniego zapału do treningów u niego jednak nie widać. Zacząłem zatem myśleć, że jeśli naprawdę, „stary”, jest tak ciężko, to dlaczego ty ciągle spoczywasz na laurach zamiast bardziej przyłożyć się do roboty? Tym bardziej, że sytuacja, w której, 17 i 18-sto latkowie grają w pierwszych drużynach najlepszych klubów Europy jest dziś na Zachodzie normą! Mało tego, ci młodzi piłkarze często stanowią o sile swych zespołów. Przykładów jest bardzo wiele, np. Iker Munian, zawodnik urodzony w 1992 r., rozegrał w minionym sezonie 24 spotkania w ekstraklasie hiszpańskiej reprezentując barwy Athleticu Bilbao, a Eden Hazard, który pomimo 16 lat zadebiutował w 2007 we francuskim Lille, a dziś otrzymuje oferty od Realu Madryt i Interu Miediolan. Po tej rozmowie tak naprawdę zrozumiałem, jak wielka przepaść mentalna dzieli polskich młodych piłkarzy i mło-dzieżowców z zagranicy. Jakiś czas temu natknąłem się na ciekawą informację jakoby silny klub ligi hiszpańskiej kupił do swojej drużyny 17-to latka za 7 mln euro. Tak, tak, to niewiele mniej niż to, ile zapłacono za naszego najdroższego zawodnika w historii. Po przeczytaniu tego newsa zacząłem po prostu się zastanawiać jak to jest, że u nas 18-letni zawodnik juniorów, który ma talent do gry
SPORT
w piłkę nożną mówi, że najprawdopodobniej nie będzie grał w seniorskiej drużynie z powodu dużej konkurencji, a na Zachodzie jego młodszy kolega po fachu wygryza ze składu starszych piłkarzy o znanych nazwiskach i gra w pierw-szym składzie? Powód jest taki, że jak na ironię, większości najbardziej utalentowanym polskim graczom odbija tzw. „woda sodowa”. Gry w piłkę nie traktują oni na tyle poważnie, by myśleć o niej w kategoriach przyszłego zawodu. Dla nich gra w klubie jest czymś bardziej jak rozrywka, hobby, coś, czym można pochwalić się przed znajomymi. Po kilku rozegranych występach w barwach juniorskiej drużyny zaraz pojawia się 10 zdjęć na NaszejKlasie z odbytych meczów z podpisami typu: „I love football”. Szkoda tylko, że tej miłości za bardzo nie widać na treningach.
Czy taki stopień rozwoju piłkarskich umiejętności jest szczytem ich marzeń? Wygląda na to, że tak. Bo gdy taki piłkarz otrzymuje szansę gry w seniorskiej drużynie zaraz paraliżuje go stres i na boisku nie prezentuje choćby najmniejszych umiejętności. Tych zawodników po prostu pokonuje silna presja związana z wystę-pami na wyższym poziomie przed publiką. W takim razie jak my mamy zamiar gonić piłkarsko zachodnią Europę? Jak chcemy, aby nasi piłkarze dorównali zagranicznym gwiazdom, jeśli dla Polaków wyzwaniem jest przebycie piłkarskiej drogi juniorsenior? Aby ujrzeć kontrast w postawach naszych i zagranicznych zawodników podam pewien przykład. Powszechnie uznawany za najlepszego piłkarza świata Leo Messi swoją przygodę z FC Barceloną rozpoczął już bardzo wcześnie. Przechodząc przez kolejne szczeble juniorskich drużyn „Barcy” w końcu trafił do pierwszej drużyny „Dumy Katalonii”, w której zadebiutował w wieku 17 lat. W każdym sezonie jego gra prezentowała się coraz lepiej, a grał dobrze do takiego stopnia, że dziś uważa się go za jednego z najlepszych graczy w historii. Inny wychowanek drużyny z Barcelony to 20-letni dziś Hiszpan, Bojan Krkic. Jest on najmłodszym debiutantem w historii Blaugrany, w której debiut zaliczył mając zaledwie 16 lat, a dziś często otrzymuje szanse gry w pierwszym składzie. Nie chcę tutaj porównywać skali
SPORT
talentu tych graczy z umiejętnościami naszych nastolatków, bo nie o to chodzi. Chcę tylko zwrócić uwagę na jeden ciekawy fakt. Ci dwaj piłkarze osiągnęli swój obecny poziom grając w jednej z najlepszych drużyn świata. Na każdym spotkaniu FC Barcelony 100 tysięczny stadion zapełnia się po brzegi. Do tego dochodzi kilka milionów widzów każdego meczu przed telewizorami, wywiady w telewizji oraz artykuły w prasie na całym świecie. Rozgrywając swoje mecze w takich warunkach, poradzili sobie z olbrzymią presją oczekiwań ze strony kibiców. Co więcej, pokazali także, że są lepsi od niejednego gracza swojej drużyny na którego prezesi klubu wydali grube miliony euro. Tym zawodnikom jak widać wcale nie zaszkodziła międzynarodowa sława i wielkie pieniądze. Wykazali się ogromną odpornością na stres i „wodę sodową”. Zastanówmy się więc teraz, jak
SPORT !
wielka jest różnica między tymi piłkarzami a naszymi młodymi gwiazdami, nie w umiejęt-nościach czysto piłkarskich, a w podejściu do zawodu.
Polska piłka leży na dnie – to fakt. Składa się na to naprawdę wiele czynników, które eliminować prawdopo-dobnie będziemy przez lata.
Jednak podejście młodych piłkarzy to kwestia ich mentalności i nastawienia. To można zmienić bardzo szybko, wystarczą tylko dobre chęci. Lecz niech nikt nie próbuje tłumaczyć obecnego stanu tym, że Polska jest krajem pokrzywdzonym przez los i w naszym kraju nie ma talentów do gry w piłkę nożną. Ludzie, rozejrzyjcie się, talenty są wszędzie.
Z powodu braku białoczerwonych na odbywających się właśnie mistrzostwach świata, nie oglądamy ich raczej w roli kibiców, a bardziej jako ciekawi obserwatorzy. Mam jednak wielką nadzieję, że sytuacja za 4 lata będzie już zupełnie inna.
Bo jeśli taka Słowenia, której liczba mieszkańców sięgająca 2 milionów osób jest niewiele wyższa od populacji War-szawy, potrafi razem z 7-milionową Szwajcarią grać na tegorocznym mundialu, to wniosek nasuwa mi się tylko jeden: ”Stary, nie jest aż tak ciężko”.
Rafał Guzik
DYSKUSJA
Moralne dylematy dwojga maturzystów?
Ta rozmowa jest nieco przekształconym (kwestie czysto techniczne, tu scalić, tam wyrzucić, tu poprawić) zapisem spontanicznie wynikłej kon-wersacji, przeprowadzonej, co tu kryć, przed komputerem (wła-ściwie dwoma). Nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy da wam jakiekolwiek odpowiedzi na wa-sze własne pytania, niemniej jednak wydaje się na tyle ciekawa, że chyba warto ją zaprezentować szerszemu gronu (np. czytelniczemu). S: Współczesność mnie trochę odrzuca.
K: Ale współczesność generalnie czy
w jakimś konkretnym aspekcie?
S: Nie mam wiele przeciwko radiu, telewizji, Internetowi itp. Korzystam,
i lubię. Za to moralność mnie przeraża.
K: O ile jakakolwiek jeszcze istnieje. To znaczy, nie twierdzę, że jesteśmy (jako ludzie współcześni) zdegenerowani czy cos w tym rodzaju - to nie to. Raczej namnożyło się tyle trendów, że właściwie ciężko jest znaleźć jakikolwiek wspólny trzon tego wszystkiego.
S: Istnieje. Wciąż ta sama. a że niektórzy ją odrzucają, to cały problem. Przecież ci Arabowie którzy przyjeżdżają do Europy muszą mieć nas za bandę idiotów.
I mają rację.
K: Dlaczego za bandę idiotów?
S: Bo u nich to nie do pomyślenia, żeby zabijać własne dziecko i nazywać to
DYSKUSJA
"aborcją". Dla nich dzieci to szczęście. Tak samo z zabijaniem ludzi starszych (tak przy okazji, słyszałaś, co nowego wymyślili w Holandii?). Zastrzegam, że to nie moje zdanie, nie jestem na tyle genialny, żeby na to wpaść. To Ziemkiewicz, ale się z nim w pełni zgadzam.
K: Fakt. Ale z drugiej strony mają jednak dość sporne podejście do zabijania dorosłych. I nie chodzi mi tutaj o to, żeby powiedzieć, że są źli i chcą nas wszystkich wymordować, bo dżihad itd, ale jednak
u nas jest nie do pomyślenia wysadzić się w powietrze w imię czegokolwiek. Wiem, to są jednostki, aborcja i eutanazja obywa się na szerszą skalę - i to sprawia, że faktycznie w pewnym sensie możemy być postrzegani za powiedzmy "mniej ucywilizowanych" niż oni.
S: Wysadzanie się, to inna sprawa. Zupełnie dzika jak dla mnie. W tym punkcie mamy przewagę, bo u nas zabijanie cywilów jest napiętnowane jak najsilniej się da.
K: A co wymyślili Holendrzy? Bo zatrzymałam się na momencie, w którym ponoć mieli delegalizować aborcję. Ale domyślam się, że nie o to Ci chodzi.
S: O delegalizowaniu aborcji, przyznam, nie słyszałem. Ale za to powstaje ustawa [rozpoczyna się debatę nad nowelizacją – korekta po czasie, dalej „kpc”], która ma umożliwić wszystkim osobom po 70 roku życia eutanazję za ich zgodą, gdy poczują się "spełnieni", czy jakoś tak. To teraz sobie tylko wyobrazić dziadka, któremu rodzina wmawia, że nie jest potrzebny, bo nie chcą się nim zajmować. I to jest właśnie patologiczne. K: To o tej ustawie nie słyszałam. Ale jak na razie tak na gorąco przychodzą mi do głowy jedynie wysoce niecenzuralne komentarze. Bo zwykłe "chore" wydaje mi się jednak trochę za słabe na to...
S: Nie wiem, czy to przeszło, mam nadzieję, że nie [projektowane zmiany mają zostać dopiero poddane konsultacjom - kpc]. Choć Holandia ogólnie jest "postępowa".
K: A mentalność arabska różni się od naszej i jednak mimo wszystko naszej będę bronić. Bo na przykład co najmniej irytuje mnie ich sposób traktowania kobiet.
S: Uważasz, że nie szanują kobiet? Nie pytam teraz o Europejki, bo tu sprawa jest dosyć oczywista. Ale swoich?
K: W większości nie. Fakt, może to wynika z kultury, ale jednak nie czuję się dobrze, jeśli widzę mężczyznę idącego sobie dumnie ulicą, a za nim kobietę objuczoną pięcioma torbami i czwórką dzieci.
S: Tak, nam się to wydaje niespra-wiedliwe. Ale najpierw trzeba zapytać te kobiety, bo nie można im niczego wmawiać.
K: Wiem, że nie powinno się tego porównywać, ale z drugiej strony na tej samej zasadzie nie powinniśmy w ogóle porównywać kwestii moralnych, jeśli opierają się na kompletnie innych zasadach.
S: Nie wiem - ja mimo wszystko sądzę, że moralność jest jedna, i nie zależy od jakichkolwiek warunków. A lenistwo, wygodnictwo, i żądza władzy, to inna sprawa. Oczywiście, że wykorzystywanie kobiet, to nadużywanie przez mężczyzn swojej pozycji. Ale czy to moralność, czy
DYSKUSJA
raczej jej brak?
K: Zaryzykuję, że kobiet pytać nie trzeba - dla nich to my, Europejki, jesteśmy rozpustne, bo chodzimy z podniesioną głową i oburzamy się, jeśli jakiś mężczyzna nie rzuci się nam nieść zakupów. Moralność opiera się na tych samych zasadach, ale definiuje je trochę inaczej. Nieprzypadkowo pewnie słowa "dobro" i "zło" występują w każdym języku. Ale taka np. "zbrodnia" albo "grzech" już niekoniecznie. Ba, nawet "ja" już nie.
S: Nie wiem, czy można kogoś uszczęśliwiać na siłę. najpewniej nie. Można pokazać, ale zmusić chyba się nie da. Ale czy "zbrodnia" nie wynika ze "zła"? Jeśli masz dwie podstawowe kategorie moralne, to nieważny staje się ich sposób opisu. Skoro wiemy, co jest dobre, a co złe, to nieważne, czy to złe będzie dla mnie "zbrodnią", "grzechem", "przestępstwem", czy "wykroczeniem
z art. 97 kw". Ważne, że jest dobro, i jest zło, i że wiemy, który wybór jest właściwy.
K: Tylko problem pojawia się już w za-rodku niestety. Bo tak naprawdę każda kultura (żeby nie powiedzieć, że każdy człowiek) definiuje to "dobro" i "zło" inaczej. Bo zauważ, że tylko samo pojęcie jest jednolite, jego definicja już nie. I tu się zaczynają rozgraniczenia pomiędzy kulturami i kodeksami, jakie w nich obowiązują.
S: Czy zamordowanie kogoś kiedykolwiek jest dobre? Nie mówię o kategorii kary.
K: Dla nas nie, ale pomyśl o Majach (wiem, abstrakcyjny przykład) - oni mordowali, bo wierzyli, że tak będzie lepiej dla ogółu. Ba, nawet taki Lenin wierzył, że jeśli teraz (w czasie rewolucji) zginie te kilka milionów (nie pamiętam liczb) ludzi, to kilkanaście milionów przyszłych pokoleń będzie żyło w raju.
S: I sama określiłaś główny problem - uszczęśliwianie ludzkości na siłę. Nie wolno mieczem wprowadzać czego-kolwiek. Socjalizm to jeden wielki system przymusu, to jest droga do zniewolenia.
A Majowie [właściwie Aztekowie - kpc], czy inni Indianie? Przecież o to tu właśnie chodzi - zabijemy kogoś, żebyśmy mieli lepiej. Najgorszy z ludzkich egoizmów.
K: Czyli, wg Ciebie, mamy mentalność Majów? W takim razie nie możesz mówić o ludziach współczesnych. to samo przewija się przez wieki - wojny były od zawsze. Czyli na dobrą sprawę od zawsze jesteśmy w tym samym miejscu - ani się nie cofamy, ani nie idziemy do przodu, ba, nawet nie schodzimy ze ścieżki.
W takim układzie nie ma do czego wracać.
S: To nie jest mentalność Majów. To jest po prostu mentalność zwykłych egoistów. To, że egoizm był od zawsze, to prawda. Ale kiedyś przynajmniej nie był czymś, co chciało zdominować świat, nie promowało się egoizmu jako sposobu na życie. Ja rozumiem, że nadal mimo wszystko promuje się jakieś porządne, ludzkie wartości. Tyle dobrze. Ale o ile więcej teraz przykładów ludzi, którzy idą po trupach, kłamią, oszukują, i nie potępia się tego. Zresztą nie zamierzam stwierdzić, że świat może być rajem i w ogóle. Nieprawda. nigdy nie będzie doskonały. Ale my się mamy starać, a nie szukać, jak daleko mamy do dna.
K: Widzisz, mnie się jednak wydaje, że to nie jest do końca w ten sposób. Masz rację, kiedyś egoizmu nie było widać aż tak (zresztą, czy my, mając te 18 lat
DYSKUSJA
możemy się wypowiadać jak było "kiedyś"? chyba żadna historia nam tego nie powie...), ale teraz też coraz częściej się go piętnuje. Fakt, takie "po trupach do celu" to jedna z najczęstszych postaw, ale wydaje mi się, że to się zmienia. Choć może jestem idealistką.
S: Jeśli się to zmienia, to bardzo dobrze, bo może doszło to już swego szczytu. Generalnie, to gdzieś jest obecna ta postawa "wszystko nam wolno, czego tylko chcemy".
K: "Gdzieś" to ona była zawsze. Zmienia się tylko jej pozycja
S: W takim średniowieczu, mimo, że niewątpliwie była, to jednak była bardzo mocno piętnowana. I to już oddziałuje na świadomość. a teraz się to rozpłynęło, "róbta, co chceta".
K: Coraz więcej ludzi jest właśnie takim "róbta co chceta" przerażonych, tak mi się wydaje. Jeżeli ta tendencja się utrzyma do czasu, aż będziemy naprawdę mogli coś zrobić, to chyba juz zacznie być dobrze.
W tym miejscu rozmowa się zakończyła. „S” chciałby jeszcze dodać, że też ma nadzieję, bo zna wiele wspaniałych osób, które mogą coś zrobić. I chce jeszcze napisać, że najważniejsze, to się do „naszego czasu” nie zepsuć, nie przeterminować. Nie spleśnieć.
K – Magdalena Kelniarz
S – Marek Suska
Tatku, to dziś!
23 czerwca, jak co roku, obchodzimy Dzień Ojca. Niby nic. Po prostu kolejny zwykły dzień. Otóż wcale nie... Wróćmy wspomnieniami do czasów dzieciństwa.
ŚWIĘTO
Każdego dnia budziłeś się
z myślą, że nie masz się czego obawiać. On zawsze stanie w Twojej obronie, nie pozwoli zrobić Ci krzywdy. Był dla Ciebie kimś na miarę superbohatera czy rycerza w lśniącej zbroi. Zawsze śmiałeś się i cieszyłeś, gdy brał Cię „na barana”. Czułeś się wtedy taki wielki, taki wspaniały...
Niestety, im byłeś starszy, tym mniej Ci imponował. Stawał się dla Ciebie kimś całkiem zwyczajnym. Nie interesowało Cię już jak zbudować domek dla ptaków, jak się siedzi za kierownicą „super pojazdu”. Nie, wszystko inne stało się o wiele ciekawsze. Przyzwyczaiłeś się do taty na tyle, że on po prostu gdzieś tam sobie był, jednakże bardziej interesowali Cię koledzy i pokemony. Do końca szkoły podstawowej nie liczyłeś się kompletnie z jego zdaniem, nie wspominając już o wspólnych zabawach.
Gdy znalazłeś się w gi-mnazjum, zaczęły Ci buzować hormony. Stałeś się nadpobudliwy i buntowniczy. Ojciec już wcale się nie liczył. Teraz ważni stali się znajomi, wspólne imprezy i wyjścia.
ŚWIĘTO "Zorganizuj wspólny wypad, przygotuj coś wspaniałego. Może na co dzień nie dogadujecie się wyśmienicie,
lecz ten jeden dzień powinien być spędzony razem"
Gdy tylko tato sprzeciwiał się twemu zdaniu, w myślach krążyło Ci na jego temat miliard różnych, niekoniecznie cenzuralnych, określeń. Przypomnij sobie co się działo, gdy nie mogłeś iść na dyskotekę! Rany, to dopiero była draka. Godzinna kłótnia, kara i obraza na cały świat. Norma, któż tego nie przeżył.
W szkole ponadgimnazjalnej ojciec był dla Ciebie starym gburem. Kompletnie nie interesowało Cię jego zdanie. No bo przecież co on sobie myśli?! Ty, jesteś prawie dorosły i wolno Ci wszystko, prawda? Wcale nie. Po pierwsze warto pamiętać, że ojciec również chce dla Ciebie jak najlepiej. Przecież nie zależy mu na tym, by skutecznie uprzykrzać Ci życie, co za głupota!
Dopiero z biegiem czasu zrozumiesz, jak wiele wniósł do Twojego życia, ile dla Ciebie poświęcił. Zaczniesz spędzać z nim czas i prze-konasz się, że w sumie to nie jest wcale taki zły. Trzeba się jednak spieszyć. Nikt nie żyje wiecznie i z dnia na dzień,
z godziny na godzinę, macie coraz mniej czasu. Biegnie on niemiłosiernie i ani spojrzysz, a przed oczami ucieknie Ci całe życie. Dopiero wtedy zaczniesz żałować, że nie spędziłeś z ojcem wystarczająco dużo czasu.
23 czerwca, Twój tata ma swój dzień. Zorganizuj wspólny wypad, przygotuj coś wspaniałego. Może na co dzień nie dogadujecie się wyśmienicie, lecz ten jeden dzień powinien być spędzony razem, bez żadnego żalu, bez kłótni. Spraw mu przyjemność. Pomimo, że jest mężczyzną, brakuje mu Twojego towarzystwa. Pozwól mu się do Ciebie zbliżyć i nie pozostań dłużny. To jest wasz dzień. Przeżyjcie go przyzwoicie.
Marta Pawłowska
dwa - miesiące - po
Przeszedł czas szybko. Teraz jest jak było dawniej, może coś nam trochę pobłyskuje z dala, a może to tylko nasze ułudy. Właściwie można by nawet uznać, że nie stało się nic, że to wszystko jest już niczym innym, jak przeszłością. Tylko, że to nieprawda. Choć niektórzy by pewnie tego chcieli.
FELIETON
Pamiętacie 10 kwietnia? Minęły dopiero dwa miesiące. Na pewno pamiętacie. To straszne, że przy tylu nazwiskach Wikipedia oznajmia po dacie urodzenia i myślniku: zm. 10 kwietnia 2010 w Smoleńsku. To życie im się skończyło. Mam nadzieję, że mają teraz lepsze. Myśmy zostali tutaj, my tu nadal żyjemy. Ale czy aby na pewno mamy świado-mość tego, co się stało? Co w nas zostanie? Miało być lepiej, zupełnie inaczej. Za wcześnie na oceny. Ale niepokojące sygnały nawet ciężko zliczyć. Wszystko po staremu? Uczucia narodowe znowu są piętnowane? Wspólnota jest czymś złym? Mam się wstydzić?
Niedawno opublikowano stenogramy z rejes-tratorów ostatniego lotu. Kolejne znaki zapytania. Czemu schodzili coraz niżej? Czemu zignorowali komendy? Kto był w kabinie? Co oznaczają padające słowa? Czy dowiemy się kiedyś co się kryje pod hasłami „wypowiedź niezrozumiała”? Dobrze, od tego są eksperci, nie ja. Powinni być dociekliwi. Takie ich zadanie, a wszystko należy wyjaśnić do samego końca. Uczciwie.
Miałem zgoła odmienne priorytety, gdy wsłuchiwałem się w czytane przez lektorów wypowiedzi pilotów, gdy czytałem ostatnie słowa, które padły z ust załogi. Nie znam się na lotnictwie. Nie umiałem zadumać się nad tym, co powinni byli zrobić w tej sytuacji. Po prostu nie wiem. Patrzyłem na wypowiedzi, patrzyłem na to, kiedy padły. 4 minuty przed śmiercią. 3 minuty przed śmiercią. Czy wiedział, że to jedne z ostatnich słów w jego życiu? 2 minuty. Minuta. Koniec zapisu. Takie suche, techniczne, zimne. Koniec zapisu. Bo potem już wiemy. Przerażający dźwięk syren, atmosfera zupełnej bezsilności, pierwsze informacje. Dla mnie to był SMS. Jeszcze nie do końca wybudzony przeczytałem te słowa. Choć z tak jednoznacznymi deklaracjami należy uważać, to ja jestem w stanie powiedzieć, że nie zapomnę tego nigdy.
To śledztwo kiedyś się skończy. Ci urzędnicy państwowi kiedyś przejdą na emerytury, zastąpią ich nowi. Tacy, którzy dotychczas nie mieli z polityką nic wspólnego. Zacznie się o smoleńskim kwietniu uczyć w szkole, na lekcjach historii. Pewnie stanie się to czymś dalekim. Jak II wojna światowa. Będzie się ich wspominać na apelach. Rozumiem. To w pewnym sensie coś naturalnego dla pokoleń, które nigdy w danym wydarzeniu nie brały udziału. Ale my, którzy byliśmy… Nam nie wolno przenieść tego do sfery odległej pamięci. Smutne dziedzictwo. Dano je nam, więc jakoś się nim zaopiekujmy. Choćby po cichu, w sobie.
Marek Suska