Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

czerwony nos poproszę strona 7 opalony znaczy piękny? strona 12 i świeczka na drogę strona 15 kontynuacja w dobrym stylu strona 17 romans życia codziennego strona 21 wrogowie imperium strona 25 muzyczne podsumowanie miesiąca: edycja juwenaliowa strona 33 WARTO SIĘ UZALEŻNIĆ
Uzależnienie – to słowo ma zdecydowanie negatywne konotacje. A może warto zapomnieć o uprzedzeniach i jednak się uzależnić?


Dzisiejsze społeczeństwa mu- szą sie zmagać z coraz to nowymi problemami – wśród nich istotne miejsce zajmują uzależnienia. Jeden z nałogów jest ostatnio szczególnie popularny. Za jego występowanie odpo- wiada grupa hormonów peptydowych, zaliczana nie- raz do tego samego ro- dzaju substancji co heroi- na. Ten związek chemiczny silnie uzależnia, wywołuje euforię i... nosi niewinną nazwę – endorfiny. O zbawiennym wpływie tych wydzielanych podczas śmiechu substancji miał okazję przekonać się chyba każdy. Są jednak sytuacje, w których taka pomoc jest szczególnie potrzebna. „Czerwony nos poproszę!” woła jedna z naszych dzien- nikarek, przedstawiając wo- lontariuszy Fundacji „Dr Clown”, którzy rozśmiesza- ją przede wszystkim małych pacjentów przebywających w szpitalach. Jeśli jednak też macie ochotę na dawkę dobrego humoru, zajrzyjcie do tego artykułu i sprawdź- cie, gdzie jeszcze można spotkać dr. Clowna. Endorfiny są jednak wydzie- lane nie tylko wtedy, gdy się śmiejemy, ale także podczas... opalania. O ile jednak codzienną terapię śmiechem można polecić każdemu, o tyle ten drugi sposób jest dużo bardziej ryzykowny. Warto zastano- wić się, czy „Opalony zna- czy piękny?” – szczególnie, że wygrzewanie się na słoń- cu może stać się niebez- piecznym nałogiem. Są jednak rzeczy, od któ- rych naprawdę warto się uzależnić – osobiście za najlepszy nałóg uważam czytanie Outro!

STOPKA REDAKCYJNA

OUTRO ISSN: 2299 - 5242 Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media Koordynator: Kamil Wiśniowski www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl Redaktor naczelna: Anna Lewicka Zastępca redaktor naczelnej: Karolina Wojtal Sekretarz redakcji: Ilona Chylińska Zastępca sekretarza redakcji: Mariola Lis Redaktorzy prowadzący: Patrycja Brejnak, Karolina Wojtal Korekta wydania: Zuzanna Świrzyńska Ostateczna korekta: Ariadna Grzona Fotoedycja: Jakub Dudek Szefowie działów: Lena Janeczko (kultura), Agnieszka Kracla (społeczeństwo), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy), Sylwia Pacholczyk (korekta), Patrycja Brejnak (promocja). Korekta: Maria Gołaszewska, Tomasz Król, Milena Macios, Sylwia Pacholczyk, Ilona Sieradzka, Mateusz Tutka, Julia Wosinek, Patrycja Ziemińska. Graficy: Magdalena Kosewska, Patryk Skoczylas. Projekt okładki: Magdalena Kosewska Zdjęcia na okładce: Scott Fleming (CC BY–SA 2.0), Paul Stein (CC BY–SA 2.0), Matt Billings (CC BY 2.0) CZERWONY
NOS POPROSZĘ!
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

Roześmiana grupa ludzi w różnym wieku idzie wzdłuż ulicy. Każda z tych osób ubrana jest w kolorowy strój, a na głowie ma perukę. Twarze niektórych są pomalowane farbkami w mniej lub bardziej wymyślne wzory. Obowiązkowo wszyscy mają założone czerwone noski. Kim oni są? To wolontariusze Fundacji „Dr Clown”, któ-rzy zmierzają do chorych pacjentów prze-bywających w szpitalach. Tego typu grupy działają w Polsce od szesnastu lat wspo-mniana fundacja została założona w na-szym kraju w 1999 r. Jej działalność opiera się na oryginalnym pomyśle lekarza Hun-tera Cambella, znanego jako Patch Adams. Amerykanin stworzył ideę leczenia śmie-chem. Chodził po szpitalu w przebraniu kla-una i rozweselał przebywających tam pa-cjentów. Wierzył, że lekarz powinien nie tylko leczyć, ale także podnosić jakoś życia w każdej dziedzinie związanej ze zdro-wiem. Jego terapia zyskała ogromną popularność

SPOŁECZEŃSTWO „Niekiedy do rozśmieszenia drugiej osoby nie wystarczą wyuczone sztuczki, więc klaun musi mieć głowę pełną pomysłów. Szczególnie niezbędne jest to podczas wizyt u najmłodszych osób.”

na całym świecie. Ludzie zaczęli rozumieć, jak bardzo śmiech może pomóc zmienić nastawienie chorego człowieka. W rozwe-selanie innych zaczęli angażować się nie tylko lekarze, lecz także osoby, które na co dzień nie mają nic wspólnego z medycyną. Oni również mogą pomóc chorym poprzez działalność w Fundacji „Dr Clown”, która ma swoje oddziały w większości dużych miast w Polsce. Dołączyć do niej może każ-da pełnoletnia osoba, a chętnych do zosta-nia klaunem nie brakuje! Do podjęcia takiej aktywności zachęca możliwość pomocy in-nym poprzez uśmiech, który nic nie kosztu-je. By rozpocząć pracę w fundacji, kandy-dat kontaktuje się z pełnomocnikiem dane-go oddziału, a następnie spotyka się z nim i opowiada o sobie, słucha o założeniach fundacji oraz dowiaduje się, co konkretnie robią wolontariusze. Przekonuje się także, że doświadczenie w klaunowaniu nie jest konieczne. Magicznych sztuczek, żonglerki, skręcania zwierząt z balonów oraz wielu innych rzeczy wolontariusze uczą się pod-czas organizowanych dla nich warsztatów i spotkań. Najważniejsze są chęć niesienia pomocy, zaangażowanie i optymizm. Bar-dzo przydatna cecha to także kreatywność. Niekiedy do rozśmieszenia drugiej osoby nie wystarczą wyuczone sztuczki, więc klaun musi mieć głowę pełną pomysłów. Szczególnie niezbędne jest to podczas wizyt u najmłodszych osób. „Dzieci mają bardzo bujną wyobraźnię, a my próbujemy ją uwolnić” mówi Karolina, która działa w fundacji od ponad roku. Wolontariusze często posiadają wybrane przez siebie klaunowe imiona, które poprzedza skrót

SPOŁECZEŃSTWO

„dr”, np. dr Skoczek. Najczęściej odwie-dzają szpitale dziecięce, placówki specjal-ne, domy pomocy społecznej, świetlice so-cjoterapeutyczne oraz domy dziecka. W ta-kich miejscach realizują program Terapii Śmiechem i Zabawą – jak sama nazwa wskazuje, polega on na zabawie, której to-warzyszy śmiech. Członkowie fundacji po-jawiają się w wymienionych miejscach kilka razy w tygodniu lub miesiącu. Częstotli-wość odwiedzin zależy od chęci i możliwo-ści wolontariuszy danego oddziału. Podczas wizyt każde dziecko dostaję czerwony no-sek, dzięki któremu dołącza do grona klau-nów. Ta niewielka kuleczka to niezbędny ekwipunek członka fundacji. Oprócz tego, młode osoby otrzymują zwierzątka z balo-ników, a niekiedy i drobne upominki, na przykład kredki, mazaki, zeszyty. Mali pa-cjenci w szpitalach są obdarowywani także zestawami kolorowanek „doktora clowna”, w których znajdują się również rebusy, gry i wierszyki. Członkowie fundacji prowadzą terapię śmiechem także dla starszych osób. Od-wiedziny u seniorów mają sprawić, by na ich twarzach również zagościł uśmiech. Jednak takie wizyty znacznie różnią się od czasu spędzonego z dziećmi. Podczas spot- kań z dorosłymi wolontariusze skupiają się przede wszystkim na rozmowie. Wielu pacjentów jest samotnych i zwyczajna po- gawędka przynosi im ogromną radość. Oprócz odwiedzin u chorych osób, w ra-mach działania Fundacji „Dr Clown” reali-zowane są też inne projekty. Niedawno za-

SPOŁECZEŃSTWO

kończyła się akcja zbierania uśmiechów, w której ludzie przesyłali zdjęcia swojej wesołej twarzy i wybierali szpital, który chcą wesprzeć. Za każde dwieście nadesła-nych fotek, sponsor zobowiązał się do przekazania jednego tabletu oddziałowi dziecięcemu w wybranej przez głosujących placówce. „Wolontariusze fundacji »Dr Clowna« spotykają się też ze zdrowymi dziećmi. Klauni pojawiają się na festynach i innych imprezach plenerowych.” Dzięki tak niewielkiemu zaangażowaniu różnych osób, uzbierano 1607 zdjęć, które pozwoliły na zdobycie ośmiu tabletów. Po- nadto z nadesłanych fotografii stworzono obraz przedstawiający logo fundacji, na którym, korzystając z opcji przybliżenia, każdy może odnaleźć swoją fotkę. „Szu-kałam swojego zdjęcia przez prawie pół godziny, aż w końcu znalazłam je na wło-sach klauna. Świetny pomysł!” komentuje Agnieszka, która przesłała swoją fotografię. Wolontariusze fundacji „Dr Clowna” spo-tykają się też ze zdrowymi dziećmi. Klauni pojawiają się na festynach i innych impre-zach plenerowych. Na przełomie maja i czerwca opanowują na jeden dzień Kra-kowskie Przedmieście w Warszawie, by po-kazać innym obchody swojego święta  Dnia Czerwonego Nosa. Coroczna impreza to nie lada gratka nie tylko dla dzieci, lecz także ich rodziców. Tego dnia w jednym miejscu

SPOŁECZEŃSTWO

porozstawiane są stoiska reprezentujące poszczególne oddziały z każdego miasta, w którym działa fundacja. Wszystko wokół jest kolorowe, a klauni zaczepiają przecho-dniów i zapraszają do wspólnej zabawy. Jak to wygląda w rzeczywistości, będzie można sprawdzić już 6 czerwca w godz. 13–20. Tego dnia Krakowskie Przedmieście stanie się jednym z najweselszych miejsc na świecie! „Tego dnia w jednym miejscu porozstawiane są stoiska reprezentujące poszczególne oddziały z każdego miasta, w którym działa fundacja.” Tak ogromne strefy szczęścia można zna-leźć wszędzie tam, gdzie pojawią się wo-lontariusze Fundacji „Dr Clown”. Swoim za-chowaniem potrafią rozbawić nawet naj-większego ponuraka, a tę niesamowitą pra-cę wykonują zwykli ludzie, tacy jak ty i ja. To właśnie oni udowadniają, jak wiele ko-rzyści daje zwykły uśmiech. Justyna Wróblewska Fot.1: ewan traveler (CC BY 2.0) Fot.3: Mark Gstohl (CC BY 2.0) Fot.4: U.S. Embassy Tel Aviv (CC BY SA 2.0) Fot.5: http://www.petsadviser.com (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów.
OPALONY ZNACZY PIĘKNY?
SPOŁECZEŃSTWO

W dzisiejszych czasach zaburzenia psychiczne i uzależnienia przestają być tematami tabu. Niemal każdy sły-szał o depresji, bulimii czy schizo-frenii. Niestety, te najbardziej znane problemy to tylko wierzchołek góry lodowej. Lato zbliża się wielkimi kro-kami, więc może warto dowiedzieć się czegoś o uzależnieniu od opalania – tanoreksji? Samo słowo „tanoreksja” przywodzi na myśl inne, znacznie bardziej znane zaburzenie – anoreksję. Chociaż omawiane uzależnie-nie nie jest powiązane z odżywianiem, to wydawać się może, że tok rozumowania anorektyków i tanorektyków jest dosyć podobny. Anorektycy uważają, że są za grubi, więc próbują schudnąć. Tanorektycy sądzą, że ich skóra jest zbyt blada, by ktoś mógł uważać ich za atrakcyjnych, więc dą-żą do tego, aby opalić się jak najbardziej. Z pozoru nie brzmi to szczególnie groźnie, jednak konsekwencje mogą być bardzo poważne. Ideał nie do osiągnięcia Osoby uzależnione chcą, w swoim mnie-

SPOŁECZEŃSTWO

maniu wyglądać pięknie i zdrowo. Ich zdaniem mocna opalenizna dodaje uroku. Nie potrafią poprawnie ocenić tego, jak wyglądają. Tanorektycy są cały czas niezadowoleni z siebie, co powoduje frustrację i przygnębienie. Uzależnionemu zazwyczaj nie da się wytłumaczyć, że jest wystarczająco opalony i szkodzi samemu sobie. Potrzebna jest pomoc psychologa bądź psychoterapeuty. „Opalenizna, i to mocna, dodaje mi pewności siebie” pisze jedna z użytkowniczek forum dla tano-rektyków. Osoby, które nałogowo się opalają, czują się dzięki temu lepiej, dlatego nie chcą zrezygnować z częstych wizyt w solarium. Tanoreksja, jak każde uzależnienie, wyniszcza i może prowadzić między innymi do depresji. Ważne jest zdiagnozowanie jej odpowiednio wcześnie. Pierwsze niepokojące objawy to częste chodzenie do solarium i stopniowe zwięk-szanie czasu opalania. Latem tanorektycy przeważnie chętnie spędzają czas na słońcu. „Czerniaka można wyleczyć pod warunkiem, że wykryje się go wcześnie.” Poważne konsekwencje Skóra tanorektyka narażona jest na działanie promieni UV przez wyjątkowo długi czas. Niesie to za sobą wiele przy-krych konsekwencji. Niektóre z nich wydają się być nieszczególnie groźne – szybsze starzenie się skóry lub pojawianie się zmarszczek. Inne możliwe skutki to

SPOŁECZEŃSTWO

poparzenia, trądzik, a także zachorowanie na czerniaka. Ostatnia z wymienionych konsekwencji jest zdecydowanie najpo-ważniejsza. Czerniaka można wyleczyć pod warunkiem, że wykryje się go wcześnie. Niestety nie każdy pacjent jest w stanie zauważyć niepokojącą zmianę dostatecznie szybko, dlatego zdecydowanie lepiej jest zapobiegać zachorowaniu. Opalanie z umiarem Na szczęście – z pomocą psychoterapeuty – można wyjść z tanoreksji. „Teraz jak oglądam zdjęcia z czasów, kiedy byłam najbardziej opalona, śmiać mi się chce, bo ostro przesadzałam, byłam aż pomarań-czowa” pisze Ewelina. „Przez dłuższy czas czułam się brzydka, beznadziejna bez opa-lenizny, teraz mi przeszło, lubię być opalona latem, ale bez przesady, delikatnie, natomiast bladość zimą mi już nie przeszkadza” dodaje. Niezaprzeczalnie opalanie w rozsądnych ilościach jest dobre dla nas i naszej skóry. Najważniejsze, by nie przesadzać, a także odpowiednio chronić się w trakcie zażywania kąpieli sło-necznych. Nie należy sobie odmawiać tej przyjemności, jednak trzeba pamiętać, że opalenizna nie może stać się dla nas priorytetem ani wyznacznikiem atrak-cyjności. Agata Wójcik Fot.1: spaceodissey (CC BY 2.0) Fot.2: Nieznany Fot.3: effektvoll.photography (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów.



Z komisjami wyborczymi bywa różnie, tak samo jak z liczeniem głosów przez system. Co jeśli „reżimowa komisja przyjmie sobie za cel sfałszowanie wyborów”? To już nie pytanie „Jak żyć?”, a raczej „Jak głosować?”. Żyć – albo i nie – będziemy później…
I ŚWIECZKA NA DROGĘ
SPOŁECZEŃSTWO

Kupowanie głosów, obietnice (gdzie te 100 milionów?), zmazywalne długopisy i świe-czka. Żyjemy w kraju, w którym nie dość, że sporo ludzi nie chodzi na wybory (na ko-go głosować? Tak źle i tak niedobrze…), to jeszcze sam proces wydaje się bardzo tru-dny. Niby jest instrukcja, niby prosta pro-cedura – wybierasz spośród podanych naz- wisk kandydata i stawiasz w wyznaczonym do tego miejscu krzyżyk. Proste, jak świń-ski ogon. No właśnie – jak świński ogon, bo co jeśli nasza komisja nie jest zwyczaj-ną komisją, a tą reżimową z opisu na Face-booku? Wtedy sprawa robi się nieco trud-niejsza. Po pierwsze: weź własny długopis. Sprawdź, czy pochodzi z legalnego źródła i czy aby na pewno nie da się zmazać. Po-stawisz krzyżyk przy Panu X, a cudownym trafem znajdzie się on przy Panu Y i to nie z powodu drżącej ręki… Długopis spraw-dzony? To teraz czas na krucyfiks chronią-cy przed unieważnieniem głosu. Jedna kra-

SPOŁECZEŃSTWO

„A ja poczekam spokojnie na kampanię pod hasłem »weź mózg na wybory«.” tka zamazana, a pozostałe? Głos oddany na Pana X, kartka do urny, z urny na stół i na stole nagle robi się kolejny krzyżyk. Pan Y zdobywa głos, wespół z Panem X – głos nieważny. Chciałeś zmieniać Polskę, ale nie wyszło – brakło krucyfiksa. Reżimo-wa komisja zaciera rączki, cwaniaczki. Wróć! Stawiasz krzyżyk przy Panu X, a po-zostałe krateczki bardzo ładnie, solidarnie świeczką, a niech mają! Jak chcą unieważ-nić głos, to niech się namęczą i drapią, i drapią, i niszczą kartę… Jakby nie łatwiej było ją zgubić, podmienić… Zatem świe-czka… to znaczy najpierw długopis w dłoń i do dzieła… A ja poczekam spokojnie na kampanię pod hasłem „weź mózg na wy-bory”. Żyjemy w demokratycznym pań-stwie, w którym obywatel musi zadbać, aby jego głos na pewno był jego. Demo-kracja? Tak, mów co chcesz, ale rób, co ci każą. Już po wyborach? Jeśli nie skorzystałeś z powyższej instrukcji, nie martw się. Nie-długo kolejne wybory i kolejna okazja do skompletowania małego zestawu wyborcy: długopisu, świeczki i… Letawybo Ikslop Fot.1: Rama (CC BY SA 2.0 FR) Fot.2: blackplastic (CC BY SA 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. Alabama Shakes to nie tylko jedna z największych niespodzianek roku 2012. To także zespół, który swoim debiutanckim krążkiem zaskoczył wiele osób, łącząc typowy rock z elementami bluesa i muzyki soulowej. Czy równie wielkim sukcesem okazała się druga płyta zespołu „Sound & Color”?
KONTYNUACJA W DOBRYM STYLU
KULTURA: RECENZJA PŁYTY

Kontynuacja rozpoczętego dzieła – takie zadanie postawił sobie zespół z Alabamy podczas nagrywania swojego nowego krąż-ka. Zero ryzyka – idziemy starą, ustaloną trasą debiutu. Tworzymy nowe kompozyc-je, ale oparte na założeniach płyty–poprze-dniczki. A jest się na czym oprzeć. Krążek „Boys & Girls” to ciekawa hybryda łącząca tradycyjny rock z elementami bluesa, a na-wet muzyki folkowej. Jest jednym z najcie-kawszych albumów 2012 roku. Zespół, idąc za ciosem, pod koniec kwietnia wydał „Sound & Color”. Czy jest to album godny polecenia, czy tylko nieudana kontynuacja? Na „Sound & Color” znalazło się dwanaście kompozycji. Przez cały pięćdziesięciominu-towy album przepływa nutka rockowego brzmienia z mocnymi elementami soulu oraz bluesa. W warstwie dźwiękowej zes-pół nie przeszedł w żaden sposób muzy-cznej rewolucji i pozostał tym samym na-wiązaniem do muzycznych wpływów lat 60.

KULTURA: RECENZJA PŁYTY

i 70., które, co ciekawe, fantastycznie łączą się w kompozycje, którym bardzo niewiele brakuje do ideału. Przynajmniej tak wydaje się na początku. „Poza oczywistymi riffami rockowymi, które wydają się być żywcem wyjęte z poprzedniego albumu, grupa zaskakuje poszerzeniem terytoriów swojej muzyki i sposobem wprowadzenia.” Gigantycznym plusem płyty jest zdecydo-wanie jego różnorodność stylistyczna, a także sposób, w jaki została ona ukaza-na. Poza oczywistymi riffami rockowymi, które wydają się być żywcem wyjęte z po-przedniego albumu, grupa zaskakuje po-szerzeniem terytoriów swojej muzyki i spo-sobem wprowadzenia. Kilka bluesowych kawałków zostało napisanych i wykona-nych solidnie, z dużą dozą umiejętności i talentu, a dodając do tego fantastyczny soulowy wokal Brittany Howard, całość brzmi bardzo ciekawie („Sound & Color”, „This Feeling”). Poza tym od czasu do cza-su słychać nawiązania do funku (elektryzu-jący „Don't Wanna Fight”) i psychodelicz-nego rocka lat 60. (Beatlesowo brzmiący „Dunes”). Często obecne są także analogie do soulu np. w utworach takich jak „Gim-me All Your Love”. Do tego Alabama Sha-kes nie boi się tworzyć utworów bogatych

KULTURA: RECENZJA PŁYTY

rytmicznie i elektryzujących dźwiękiem w typowo rockowym, gitarowym riffie. „Na całym krążku brakuje jakiejś nutki eksperymentalności i choć grupa próbuje wymieszać wiele stylów, wszystkie utwory grane są tak samo.” Do instrumentalium nie można się ani tro-chę przyczepić. Dwie gitary, bas i perkusja w dłoniach Alabama Shakes są wykorzysty-wane na bardzo dobrym poziomie. Mimo że grupa często stara się odejść od prostych rytmów i ekspresji podczas swej gry, bra-kuje jednak innowacji, powiewu świeżości. Przez to można tę płytę pomylić z wieloma innymi muzycznymi propozycjami. Na szczególną uwagę zasługuje wokalistka Brittany Howard, która wykonała kawał do-brej roboty, przechodząc ze swoją tonacją od agresywnych wrzasków po ciche, soulo-we nucenie. Na płycie dostrzegam jednak kilka proble-mów, choć nie są to usterki techniczne. Bardzo irytujące jest dla mnie zbyt proste podejście do tematyki rockowej w muzyce Alabama Shakes. Niestety nawet przyzwo-ity rock może się kiedyś znudzić, gdy po piątym przesłuchaniu całego albumu od-kryłeś już wszystko, co było możliwe. Nie pomaga też małe zróżnicowanie instrumen-talne. Na całym krążku brakuje jakiejś nut-ki eksperymentalności i choć grupa próbuje wymieszać wiele stylów, wszystkie utwory grane są tak samo. Te same gitary, których

KULTURA: RECENZJA PŁYTY

„Na szczególną uwagę zasługuje wokalistka Brittany Howard, która wykonała kawał dobrej roboty, przechodząc ze swoją tonacją od agresywnych wrzasków po ciche, soulowe nucenie.” tonacja przez cały album zupełnie się nie zmienia, identyczne elementy rytmiczne wprowadzane tam i ówdzie. Całość przez to brzmi jak utwory wyrwane z debiutan-ckiego krążka, co nie jest wcale złą rzeczą. Jednak po nowej płycie spodziewałem się świeżości, a nie odgrzewania tego samego materiału. Czy jednak te zarzuty powodują, że „Sound & Color” nie jest warte waszego czasu? Wręcz przeciwnie! To dojrzała kreacja, du-żo dojrzalsza niż aktualny katalog rocko-wych albumów. To także świetny kontynu-ator „Boys & Girls”. Jednak nie jest to zde-cydowanie produkcja, jakiej można by ocze-kiwać po tego typu zespole. Jakub Tabor Fot.1: p_a_h (CC BY 2.0) Fot.3: LZA AXLWD (CC BY 2.0) Fot.4: freeloosedirt (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów.
ROMANS ŻYCIA CODZIENNEGO
KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI

Chyba każdy raz na jakiś czas trafia na książkę, o której z góry wie, że mu się nie spodoba. Okładka z zakochaną parą, streszczenie z tyłu, które mówi o fabule wszystko, romans z zakoń-czeniem przewidywalnym od pierw-szej strony, ich dwoje jak ogień i wo-da. Co zatem takiego miał w sobie „Jeden dzień” Davida Nichollsa, że jednak mnie porwał? Nicholls nie idzie utartą ścieżką Emma i Dexter po imprezie z okazji zakoń- czenia studiów lądują razem w łóżku. Ze wspólnych igraszek jednak nic nie wycho-dzi, bo… zbyt dobrze im się rozmawia! Decydują się zatem kontynuować znajo-mość na gruncie przyjacielskim. Nicholls opisuje całą ich znajomość na przestrzeni dwudziestu lat. Wciąż daleko, ale zawsze obok siebie na ten czy inny sposób, naj-pierw przez korespondencję listowną, po-tem telefony, SMS–y, szybkie drinki i wese-la wspólnych znajomych. Pisarz robi to dość karkołomnie, gdyż przedstawia tylko po jednym wybranym dniu roku z życia każdego z nich. Jak się okazuje, jest to świetny sposób na udokumentowanie rela-

KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI

cji międzyludzkiej – całej jej ewolucji, natu-ralnych zmian w uczuciach i postrzeganiu świata. W każdym takim dniu autor ujmuje istotę przemian, jakie zaszły w każdym bohaterze. Pisarz nie koncentruje się na dramatycznych zwrotach akcji, płomie-nnych pocałunkach w krzewach róż czy ucieczkach na koniu przez wrzosowiska. Siłą tej książki są uczucia skryte w dro-bnych gestach, dialogach, detalach, zupe-łnie najzwyklejszych czynnościach. A dzięki temu te uczucia są tylko bardziej szczere i poruszające. Bohaterowie znajdują się niemal namacalnie blisko nas, budzą sym-patię, współczucie, a także szaloną cieka-wość o ich dalsze losy, by za kilka stron irytować nas naiwnością czy uporem. „Każdy zapewne przeżył relację, której element pojawia się w dziwacznym związku bohaterów.” Bohaterowie to ludzcy ludzie Oczywista oczywistość? Niekoniecznie. W większości lekkich, współczesnych książek (nie ukrywajmy – „Jeden dzień” nie jest ra-czej przeciążony egzystencjalizmem i refle-ksjami o przemijaniu) bohaterowie są sta-tyczni i sztampowi. Dexter jest uczelnianą gwiazdą i leniwym podrywaczem – inteli-gentnym, ale stroniącym od nauki. Emma to aktywistka żywo zainteresowana spo-łecznymi przemianami i polityką. Uczelnię

KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI „Chociaż głównym wątkiem powieści jest dwudziestoletnia ewolucja relacji Emmy i Dextera, to nie jest kolejne miłosne kiczydło (...).”

ukończyła z wyróżnieniem. Zafascynowana klasyczną literaturą nieustannie podsuwa przyjacielowi pozycje w rodzaju „Wichro-wych Wzgórz” czy „Powrótu do Howards End”, które Dexter komentuje: „mam wrażenie, że bohaterowie przez całą ksią-żkę piją tę samą filiżankę herbaty”. Są od siebie absolutnie inni, niemal wciąż się kłócą. W miarę upływu czasu jednak oboje się zmieniają, inne są ich poglądy na życie, inne priorytety – a jednak wciąż coś ich łączy. Każdy w choć jednym dniu z życia Emmy i Dextera może odnaleźć siebie. Każdy zapewne przeżył relację, której ele-ment pojawia się w dziwacznym związku bohaterów. To nie jest kolejna powieść o miłości Chociaż głównym wątkiem powieści jest dwudziestoletnia ewolucja relacji Emmy i Dextera, to nie jest kolejne miłosne ki-czydło, którego głównym celem jest do-prowadzenie bohaterów do szczęśliwego końca. Nicholls za tło wybiera lata 90. oraz początek XXI wieku i fantastycznie odma-lowuje w powieści koloryt epoki, z prze-mianami społecznymi kulturowymi, obycza-jami i charakterystycznymi zjawiskami. Z perspektywy czasu czytelnik widzi choćby, jak naiwne były socjalistyczne przekonania Emmy. Nicholls nie koncen-truje się jednak na kronice epoki. Istotne są dla niego również dialogi. Te pomiędzy Emmą i Dexterem raczej nie są roman-tyczne – pozostają jednak pomysłowe i bardzo błyskotliwe, pełne dowcipnych gier słownych (z tego też powodu rekomenduję czytanie książki w oryginale – po angiels-

KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI

ku). To w dialogach ukryta jest siła łączącego ich uczucia, chociaż niemal w ogóle o tym uczuciu nie mówią. „Ich mijanie się nie było jednak spowodowane dramatycznymi przyczynami, różnicami społecznymi, wyjazdami na wojnę (...).” A jednak romantycznie Cokolwiek by mówić o tym dość nie-zwykłym romansie, z pewnością wzrusza, mimo że nie jest to klasyczny wyciskacz łez. Bądź co bądź to historia ludzi, którzy przez dwadzieścia lat się mijali. Ich mijanie się nie było jednak spowodowane drama-tycznymi przyczynami, różnicami społe-cznymi, wyjazdami na wojnę – powieści Nichollsa nie mają w sobie nic z łzawych pozycji Nicholasa Sparksa. Może dlatego właśnie ta historia romansu życia codzie-nnego wydaje mi się bardziej romantyczna? A zakończenie wcale nie jest… … aż tak przewidywalne. Mimo wszystko. Chapeau bas, panie Nicholls! Lena Janeczko Fot.1: Moyan_Brenn (CC BY 2.0) Fot.2: pedrosimoes7 (CC BY 2.0) Fot.3: Wiertz Sébastien (CC BY 2.0) Fot.4: VolaVale (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. WROGOWIE IMPERIUM
W ostatni piątek rozpoczął się 12. Docs Against Gravity Film Festival. To wyjątkowy festiwal, na którym widzowie będą mieli zobaczyć ogromną liczbę, bo aż sto czterdzieści, filmów dokumentalnych o różnorakiej tematyce – od historycznej po ekologiczną. Czym zadziwi nas jedna z najwybitniejszych twórczyń festiwalu, Laura Poitras?
KULTURA: RECENZJA FILMU

Najnowsza produkcja Laury Poitras, pocho-dzącej z Bostonu reżyserki–aktywistki, to ostatnia część jej trylogii, w której doku-mentuje skutki amerykańskiej „wojny z ter-roryzmem” ogłoszonej przez George’a Bus-ha po zamachach z 11. września. W części pierwszej, „Mój kraju!” („My Country, My Country”) z 2006 roku, Poitras śledzi przy-gotowania do pierwszych demokratycznych wyborów w okupowanym przez amerykań-skie wojska Iraku. Bohaterów jest wielu – od amerykańskich urzędników pomagają-cych zorganizować głosowanie, po austra- lijskich najemników zabezpieczających jego przebieg. W centrum uwagi jest jednak jedna postać: Riyadh al–Adhadh, lekarz z Bagdadu, który kandyduje w wyborach z ramienia sunnickiej Partii Islamskiej. Re-żyserka towarzyszy jemu i jego rodzinie: dokumentuje życie codzienne mieszkańców Iraku, słucha opinii na temat nadchodzą-cych wyborów i pokazuje katastrofalne (nie tylko pod względem materialnym) skutki amerykańskiej inwazji. „Przysięga” („The Oath”), która weszła do kin cztery lata później, jest zbudowana na podobnej zasadzie, choć tym razem głów-

KULTURA: RECENZJA FILMU

„Poitras równolegle dokumentuje życie al–Bahri’ego w Jemenie oraz proces oskarżonego o terroryzm Hamdana (...), a całość staje się okazją do spojrzenia na różne oblicza amerykańskiej wojny z terroryzmem.” nych bohaterów jest dwóch. Pierwszy to Jemeńczyk, Nasser al–Bahri (posługujący się imieniem Abu Jandal, czyli „ojciec woj-ny”) – były osobisty ochroniarz Osamy bin Ladena, obecnie pracujący jako taksówkarz na ulicach Sany, największego miasta Je-menu. Druga postać, choć ani razu nie pojawia się na ekranie (dwukrotnie słyszy-my tylko jej głos), jest nie mniej ważna. Salim Ahmed Hamdan, szwagier Abu Jan-dala, niegdyś kierowca bin Ladena, jest osadzony w więzieniu w Guantanamo. Poitras równolegle dokumentuje życie al–Bahri’ego w Jemenie oraz proces oskar-żonego o terroryzm Hamdana, który ma wyjaśnić jego powiązania z Al–Ka’idą, a ca-łość staje się okazją do spojrzenia na róż-ne oblicza amerykańskiej wojny z terroryz-mem. Ukoronowaniem „amerykańskiej trylogii” Laury Poitras jest „Citizenfour”, czyli doku-ment poświęcony Edwardowi Snowdenowi, jednemu z najsłynniejszych „sygnalistów” (ang. „whistleblower”, dosłownie ‘dmucha-

KULTURA: RECENZJA FILMU „W czerwcu tajemniczy informator wyznaczył reżyserce spotkanie w Hongkongu, w lobby hotelu Mira. Jego znakiem rozpoznawczym miała być trzymana w rękach kostka Rubika.”

jący w gwizdek’), czyli ludzi nagłaśniają-cych nielegalne praktyki władz i międzyna-rodowych korporacji. Pracując jako admini-strator systemu dla amerykańskiej Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego (NSA), uzy-skał dostęp do ściśle tajnych dokumentów na temat programu PRISM, w ramach któ-rego Agencja prowadzi inwigilację milionów obywateli Stanów Zjednoczonych oraz miesz- kańców pozostałych części świata, monito-rując i archiwizując rozmowy telefoniczne, e–maile oraz śledząc aktywność na porta-lach społecznościowych. Snowden zdecy-dował się ujawnić informacje na temat działań tych służb. W styczniu 2013 roku Laura Poitras ot-rzymała zakodowaną wiadomość od osoby występującej pod pseudonimem „Citizen- four”, obiecującej przekazać jej istotne in-formacje, która muszą trafić do opinii pu-blicznej. „Przez kilka miesięcy tylko wymie-nialiśmy maile. Pierwszy dokument dosta-łam dopiero w maju, ale to, co opisywał, było tak szczegółowe (…), że szybko nab-rałam do niego zaufania”, mówi Poitras. W czerwcu tajemniczy informator wyzna-czył reżyserce spotkanie w Hongkongu, w lobby hotelu Mira. Jego znakiem rozpo-znawczym miała być trzymana w rękach kostka Rubika. Poitras wspomina: „Byłam przekonana, że wyjdzie do nas facet pod pięćdziesiątkę, pod krawatem i w garnitu-rze. Więc kiedy go zobaczyliśmy (razem z Poitras do Hongkongu przybył dzienni-karz śledczy Glenn Greenwald – przyp. red.), przeżyliśmy szok. Miał dwadzieścia dziewięć lat, a wyglądał jeszcze młodziej.”

KULTURA: RECENZJA FILMU

„Około połowy filmu stanowi materiał kręcony przez osiem dni w małym pokoju hotelowym, który stał się jedynym schronieniem Snowdena w czasie, gdy zaczął ujawniać zgromadzone dokumenty.” Wkrótce po pierwszym spotkaniu, cała trój-ka zaczęła opracowywać wspólną strategię ujawnienia tajnych dokumentów. W „Przysiędze” i „Mój kraju!” największą rolę odgrywa pojedynczy bohater, który wydaje się być z góry skazany na porażkę w walce z przerastającym go problemem. „Citizenfour” nie jest wyjątkiem od tej re-guły. Około połowy filmu stanowi materiał kręcony przez osiem dni w małym pokoju hotelowym, który stał się jedynym schro-nieniem Snowdena w czasie, gdy zaczął ujawniać zgromadzone dokumenty. Z pro-dukcji wyłania się niezwykle interesujący portret młodego człowieka, który z jednej strony jest przekonany o słuszności swych działań i gotowy przyjąć na siebie wszyst-kie ich konsekwencje, z drugiej zaś (mimo prób zachowania pozorów) jest wyraźnie przestraszony i niepewny kolejnych ru-chów. Ciekawie obserwuje się też zapra-wionych w bojach dziennikarzy (do Green-walda i Poitras dołącza później jeszcze Ew-en Macaskill, korespondent dziennika „The Guardian”), którzy stopniowo zdają sobie

KULTURA: RECENZJA FILMU

sprawę z tego, w jak bardzo niebezpiecznej sytuacji się znaleźli. Niespokojne wygląda-nie za okno i nerwowe reakcje na dzwo-niący telefon mówią wszystko o napięciu panującym wśród całej trójki podczas prac nad publikacją tajnych materiałów. Równie ważne jak sam Edward Snowden są jednak dla Poitras ujawnione przez „whistleblowera” informacje, dzięki którym stara się zwiększyć świadomość społeczeń-stwa na temat skali inwigilacji, jaką pro-wadzą tajne służby nie tylko USA, lecz tak-że wielu innych państw. Reżyserka uważa, że udało się odnieść pewien sukces, nawet jeśli obecnie niewiele ludzi wie, kim jest Edward Snowden: „(…) Informacje, które ujawnił Snowden, miały znaczący wpływ na to, jak zmieniła się świadomość ludzi i ilu z nich poważnie zastanawia się nad tym, jak chronić swoją prywatność. Może niekoniecznie wiążą to z nazwiskiem Snowdena, ale zdają sobie sprawę, że (…) popularne portale społecznościowe, skrzyn-ki pocztowe, wyszukiwarki internetowe – to nie są miejsca, które należy kojarzyć z bez-pieczną komunikacją.” Poitras dodaje, że „Citizenfour” to najbar-dziej niebezpieczny projekt jaki realizowała w swoim życiu. Takie stwierdzenie może dziwić, gdy mamy na uwadze, że swoje po-przednie filmy kręciła w największych pun-ktach zapalnych świata. Reżyserka tłuma-czy: „Przystawiliśmy pięść do nosa jednej z najpotężniejszych, jeśli nie najpotężniej-szej agencji wywiadowczej na świecie. Wiedziałam, że ludzie, którzy mają olbrzy-mią władzę i nieograniczone możliwości, będą debatować, co z nami zrobić.”

KULTURA: RECENZJA FILMU

Ponadto od czasu gdy nakręciła film na te-mat Iraku pod amerykańską okupacją, za-częto regularnie kontrolować ją przy prze-kraczaniu granic USA – była poddawana przesłuchaniom i rewizjom, próbowano konfiskować jej sprzęt i notatki. Żeby mieć szansę na spokojną pracę, musiała prze-prowadzić się do Berlina. „(...) inwigilacji (...) może w każdej chwili zostać poddana dowolna osoba, na podstawie choćby najmniejszego podejrzenia o złamanie prawa.” „Citizenfour” warto obejrzeć co najmniej z trzech powodów. Po pierwsze po to, aby poznać historię człowieka, który potrafił wstrząsnąć światem zaszywszy się w ma-łym pokoiku. Po drugie, by zrozumieć og-rom inwigilacji, której może w każdej chwili zostać poddana dowolna osoba, na pod-stawie choćby najmniejszego podejrzenia o złamanie prawa. W końcu także po to, by docenić pracę reżyserki, która poprzez me-dium jakim jest film dokumentalny, od lat nagłaśnia sprawy ważne nie tylko dla niej, ale i dla nas wszystkich. Nawet jeśli nie za-wsze jesteśmy tego świadomi. Tomek Najdyhor Fot.1: Gage Skidmore (CC BY SA 2.0) Fot.3: Leo Hidalgo (@yompyz) (CC BY 2.0) Fot.5: TheWikiLeaksChannel (CC BY 3.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. MUZYCZNE PODSUMOWANIE
MIESIĄCA EDYCJA JUWENALIOWA
KULTURA: MUZYCZNE PODSUMOWANIE MIESIĄCA KULTURA: MUZYCZNE PODSUMOWANIE MIESIĄCA

Większość studentów czeka na maj ze zniecierpliwieniem. Dlaczego? Odpo-wiedź jest bardzo prosta. Właśnie wtedy zaczyna się przedsmak waka-cyjnych imprez muzycznych. To czas na Juwenalia! Warto wspomnieć o te-gorocznej edycji, ponieważ to ważny punkt w kalendarzu każdego studen-ta Krakowa – pora dobrej zabawy i naprawdę dobrych koncertów. Juwenalia Krakowskie rozpoczęły się we wtorek, 5 maja, od Juwenaliowego Kon-certu Reggae. Co charakteryzuje odbiorców tego gatunki? Wzorzyste, luźne spodnie, kolorowe koszulki, dredy oraz wyluzowa-nie. To ludzie, którzy odpływają przy dźwiękach muzyki i… zielonej używki. Ta-kie przynajmniej jest powszechne wyobra-żenie, niekoniecznie rzeczywista reguła. Koncert rozpoczął zespół Cała Góra Bar-winków. Nigdy wcześniej o nich nie słysza-łem. Już od pierwszej piosenki wszyscy uczestnicy imprezy dali się porwać do tań-ca. Muzyka Barwinków jest bardzo skoczna i dźwięczna, od razu wywołuje uśmiech na

KULTURA: MUZYCZNE PODSUMOWANIE MIESIĄCA „To nic, że byłem na samym końcu i nie widziałem artystów z bliska, tylko na telebimie. Liczyła się muzyka, dobra zabawa i sam fakt uczestnictwa.”

ustach. Po panach z CGB na scenie po-jawiła się Marika ze Spokoarmią. I napraw-dę byli spoko. Marika, w czerwonym kom-binezonie, w którym wyglądała niesamo-wicie, przywitała wszystkich swoich braci i siostry głośnym okrzykiem „Hallelujah!”. To przesympatyczna osoba z mocnym, pięknym głosem. Między piosenkami upew-niała się, czy wszyscy mają co pić, jeść i palić, a nawet zadawała pytania, czy na pewno chcemy dalej widzieć ją na scenie. Dla Mariki i Spokoarmii koncert na scenie plenerowej pod klubem Żaczek był de-biutem podczas Juwenaliów Krakowskich, wcześniej nie mieli okazji dla nas grać. Za-raz po debiutantach gorącą atmosferę pod-kręcił Vavamuffin, który (jeśli dobrze usły-szałem) przyjechał po raz dziesiąty! Kto by pomyślał, że warszawiacy będą dobrze ba- wili się w dawnej stolicy. Pozytywna ener-gia, dzikie podskoki i chillout – takim mia-nem mogę określić wtorkowe występy. Tego samego wieczoru, tym razem w mia-steczku studenckim AGH, wystąpili Łąki Łan. To była istna petarda! Dzikie tłumy, pogo – miasteczko pękało w szwach, ale nie mogłem odpuścić sobie ich koncertu. To nic, że byłem na samym końcu i nie wi-działem artystów z bliska, tylko na telebi-mie. Liczyła się muzyka, dobra zabawa i sam fakt uczestnictwa. Nie zabrakło ta-kich hitów jak „Jammin’”, „Biont”, czy „Big Baton”. Czasami cieszę się, że mam znajo-mych na AGH – dzięki temu mogłem poro-zmawiać z zespołem na backstage’u. Łąki są naprawdę jajcarskim zespołem!

KULTURA: MUZYCZNE PODSUMOWANIE MIESIĄCA

„Tymczasem muzyka soulowo–popowa od razu mnie porywa i powoduje, że nie potrafię usiedzieć na miejscu i chcę tańczyć, bujać się na boki.” W środę przebierałem nogami na samą myśl o występach „Juwenaliowych Niepo-kornych”, czyli KARI i Fiszu Emade Two-rzywie (to projekt braci Waglewskich; Fisz, Bartosz Waglewski, jest wokalistą, zaś jego brat, Piotr, to instrumentalista). Przypad-kowo znalazłem się jednak w klubie Studio na Wyborach Najmilszej Studentki Krakowa 2015, po których wystąpiła Ania Dąbrow-ska. Jestem wdzięczny fotografowi KSAF–u (wyjaśnienie znajdziecie w zakończeniu) za motywację do wyjścia z domu. Koncert był magiczny. Jedyny minus – musieliśmy sie-dzieć na krzesłach. Tymczasem muzyka soulowo–popowa od razu mnie porywa i powoduje, że nie potrafię usiedzieć na miejscu i chcę tańczyć, bujać się na boki. Od „Wiosny”, przez „Bang Bang” i „Charlie, Charlie”, kończąc na „Nigdy więcej nie tań-cz ze mną” – Dąbrowska dobrze wie, jakimi piosenkami podbić serca swoich słuchaczy. Gra świateł, przesympatyczna osoba Ani i jej uroczy chórek, składający się z dwóch pięknych dziewczyn. Nic dodać nic ująć, na tym koncercie po prostu trzeba było być! Jako że oddałem swoje serce Dąbrowskiej, nie mogłem pojawić się na występie KARI, czyli Karoliny Amirian, ale spotkani pod

KULTURA: MUZYCZNE PODSUMOWANIE MIESIĄCA

Żaczkiem znajomi zapewnili mnie, że „było dobrze”. Zdążyłem natomiast na Fisza Emade Tworzywo, których znałem tylko z piosenek „Pył” i „Ślady”. Pomimo deszczu i zimna bawiłem się wspaniale. Wyłapywa-łem poszczególne słowa piosenek, żeby potem odnaleźć je w sieci. „Pył”, „Dyna-mit”, „Zwiedzam świat”, „Ślady” oraz „Woj-na” – tego z pewnością warto posłuchać. Jaka jest ich muzyka? To połączenie hip-–hopu z jazzem, funkiem i elektronicznymi brzmieniami. Teksty utworów są oparte na zabawie słowem. Jak to dobrze, że 22 ma-ja Waglewscy pojawią się jeszcze raz w Krakowie. W czwartek fani muzyki hip–hop oraz rapu mogli wysłuchać Eldo, Sokoła i Marysi Sta-rosty. Niestety, z przyczyn ode mnie nieza-leżnych, nie mogłem pojawić się na ich koncercie. Zaś piątek, 8 maja to chyba najbardziej wyczekiwany dzień przez wszy-stkich studentów krakowskich uczelni. To właśnie wtedy ulicami Krakowa przechodzi wielki korowód i odbierane są klucze do miasta! Tegorocznym motywem przewo-dnim był film „Star Wars”, dlatego podczas pochodu nie zabrakło Lorda Vadera, ryce-rzy Jedi, Mistrza Yody, Hana Solo, Sztur-mowców, Księżniczki Lei i wielu innych. Studenci AGH zainwestowali w swoje wła-sne kartonowe czołgi, formułę F1, odrzu-towce i pindolino, będące odpowiedzią na Pendolino. Tego dnia emocje sięgały zenitu również ze względu na Monikę Brodkę, któ-ra była gwiazdą Juwenaliów Krakowskich. Do teraz nie mogę uwierzyć, że stałem

KULTURA: MUZYCZNE PODSUMOWANIE MIESIĄCA

w trzecim rzędzie pod sceną i widziałem ją z tak bliska! Koncert rozpoczął się od pio-senki „W pięciu smakach”. Występy Brodki są zawsze inne, ponieważ standardowe wersje utworów podlegają ciągłemu prze-aranżowaniu, dzięki czemu na przykład wolne „K.O.” może stać się szybsze i bar-dziej elektroniczne. Brodka wykonała całą płytę „Granda” i dwie piosenki z EP–ki „LAX”, czyli „Varsovie” i „Dancing shoes”. Ale to nie koniec atrakcji. Za niedługo na sklepowych półkach pojawi się jej nowy album! Podczas koncertu usłyszałem dwie, zupełnie nowe piosenki. „What’s your na-me? My name is You” oraz „Sky is the li-mit” – moim zdaniem mają szansę być no-wymi hitami. Teraz zostaje nam tylko cier-pliwie czekać. Zdjęcia, które stanowią ilustrację tego arty- kułu, zostały wykonane przez Kacpra Bąka, jednego z fotografów KSAFu, czyli Krako-wskiej Studenckiej Agencji Fotograficznej. Z tego miejsca bardzo dziękuję za wyselek-cjonowanie oraz udostępnienie tych wspa-niałych fotografii, które chociaż w małym stopniu mogą zobrazować to, co działo się podczas wszystkich koncertów. Niestety wszystko musi się kiedyś skończyć. Ale nie ma tego złego – za rok kolejna edycja, na którą czekam już teraz. Wojciech Żywolt Fot.1,2,3,4,5: Kacper Bąk Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów.

UŚMIECHNIJ SIĘ DO OUTRO Fot.1-4: Sylwia Więcek