Musisz zainstalować flash player pobierz instalator












Do szkoły "pod górkę"
"[...] we wspomnienach jest magia..."


W zamierzchłych czasach, kiedy chodziłam do II LO, siedziba tej szacownej placówki mieściła się przy ul. Basztowej. Tam naprawdę było pod górkę, i to z każdej strony. No, chyba, że ktoś mieszkał jeszcze wyżej, ale wtedy miał pod górkę do domu. Mniejsza z tym. Pierwszy dzień w nowej szkole pamiętam doskonale. Wszyscy uczniowie się tam gubili. Niekończące się korytarze, skomplikowane jak labirynt. Nikt nie mógł znaleźć swojej klasy. Byłam w lepszej sytuacji, bo wcześniej tam była szkoła nr 13, a ja chodziłam do pobliskiej jedenastki. I na Basztową wysyłano nas do dentysty. Czy ktoś teraz uwierzy, że w jakiejś podstawówce był gabinet stomatologa? Kiedy wreszcie poszłam na pierwsze lekcje do II LO, znałam doskonale rozkład szkoły. Na parterze i drugim piętrze były sale lekcyjne. Na pierwszym piętrze był internat – najśmieszniejszy schowek dla tych, co to są niby nieprzygotowani. Koledzy popijali tam wino, a jak któryś z nauczycieli poczuł dziwny zapach, to mu się wmawiało, że to zgniłe jabłko spod ławki. Kiedyś jeden z kolegów wymyślił, że trzeba pierwszoklasistom zrobić mapę szkoły. Oczywiście nabazgrał coś na kartkach i sprzedawał to za pieniądze. Kasa była niezła. Drugi koleś ze starszej klasy wymyślił rzecz bardziej intratną. Czaił się po korytarzach z aparatem fotograficznym.



Robił zdjęcia nauczycielkom, a potem kupował małe lusterka, gdzie na odwrocie były fotki gwiazd, np. Marylin Monroe. Zamieniał to na zdjęcia nauczycielek i sprzedawał. Oczywiście najlepiej szły te, gdzie pani profesor idzie z rolką papieru toaletowego pod pachą. W II LO właściwie niczego się nie bałam. Nawet już lekcji nie pamiętam. Pech chciał, że wybrałam klasę humanistyczną, choć wolałam matmę. Same dziewczyny, w porywach dwóch chłopaków. Z historii jestem nogą stołową do dziś. Ale mój wychowawca, historyk pseudo Pipas, zawsze mówił: -Wy to przyszłe żony i matki, nawet nie zobaczycie, jak czas leci. I zleciał. Ale w II LO było super. Więcej pamiętam z harcerskich rajdów, biwaków i obozów niż z tej całej edukacji, bo na przykład nie mieliśmy sali gimnastycznej, więc WF odbywał się w piwnicy albo ogromnej auli albo kaplicy, bo i taka była. A jak było cieplej, to na placu za szkołą, gdzie składowano węgiel. Niestety, na każde piętro przypadały dwie umywalki. I takie brudasy miały iść do klasy, bo jakiś inteligent wymyślił WF na pierwszej lekcji. II LO w Przemyślu
Wielu z uczniów narzeka na współczesną szkołę, jednak czy naprawdę jest na co się skarżyć? Mogę się założyć, że brak nam punktu odniesienia, a czasy PRL-u świetnie się w tej roli sprawdzą.


Nasza szkoła tuż po II wojnie światowej Pierwszy rok szkolny po okupacji zorganizował dyrektor Jan Smołka. Dwa lata po otwarciu szkoły wpłynęło zalecenie by przyjmować głównie uczniów pochodzenia chłopskiego i robotniczego. Obowiązywały wówczas o wiele bardziej surowe zasady. Dziś żaden z uczniów nie wyobraża sobie życia w szkole bez wolnych sobót, praw ucznia i nieprzygotowań. Niestety w tamtych czasach było całkiem odwrotnie. Kiedy sobota stała się w końcu dniem wolnym od zajęć organizowano SKS, zbiórki harcerskie, próby szkolnego chóru i wiele innych zajęć. Próbowano przekształcić szkołę w coś na wzór domu kultury, lecz po ciężkim tygodniu uczniom ani się śniło spędzać w szkole czas wolny. W latach 1955-56 wprowadzono obowiązkowy strój składający się m.in. z granatowego beretu i tarczy na ramieniu z numerem 578.



Jednak pomimo nakazu wielu uczniów zakładało je dopiero przed wejściem do szkoły i ściągali od razu po zakończeniu lekcji, co dawało cudowną satysfakcję z konspiracji. Niestety - można było za to dostać naganę na publicznym apelu! Istniały także pochody pierwszomajowe i rocznice rewolucji październikowej, na których sprawdzano obecność, gdyż należały one do obowiązków młodzieży wobec państwa. Oczywiście trzeba wspomnieć o tym, że szkoła nie mogła być ozdobiona emblematami religijnymi, a religia przestała być przedmiotem obowiązkowym. Relacja nauczyciel - uczeń Między profesorami a uczniami istniał ogromny dystans, ale także wyjątkowy szacunek. Nauczyciel miał ostatnie słowo i rację - nie było mowy o dyskusji, a co dopiero kłótni. I nikt nie próbował tego kwestionować. Pomimo to wielu dzisiejszych absolwentów II LO wymienia autorytety , którym wiele zawdzięczają. W końcu nauczyciele nie tylko gnębili, lecz także wychowywali. Pani Magdalena Baran (obecnie nauczycielka w II LO) wspomina swoją wychowawczynię która rozpoczynała godziny wychowawcze od słów „Samorząd wstać!”. Biblioteka szkolna – czyli jak to wyglądało naprawdę W powojennej bibliotece II LO nie było żadnych zakazanych ksiąg, do których należał m.in. „Mistrz i Małgorzata”. Pomimo to młodzież nie dawała za wygraną i kserowała literaturę drugiego obiegu oraz pożyczała sobie nawzajem. Istniał również Klub Miłośników Książek. Należy wspomnieć również, że młodzież chętnie przebywała w bibliotece, nie sprawiała kłopotów, grzecznie stała w kolejce oraz chętnie brała udział w lekcjach bibliotecznych. II LO dawniej i dziś Zmiany w naszej szkole następowały stopniowo. Stawała się ona bardziej liberalna, rozluźniano dyscyplinę, jednak jednocześnie obniżała się frekwencja i kultura osobista uczniów. Dziś w klasach często można zauważyć pojedyncze nieobecności z powodu sprawdzianu czy mało lubianego



przedmiotu, jednak w PRLu za takie rzeczy często wyrzucano ze szkoły! Pani NowakKoman wspomina, jak za wagary jej klasa została ukarana sześcioma godzinami fizyki w niedzielę. Owszem, wtedy tak jak i dzisiaj uczniowie psocą i robią kawały nauczycielom, jednak kilkanaście lat temu istniały jasno określone granice, za których przekroczenie czekały nieprzyjemne konsekwencje. Z przewinień absolwenci wspominają np. zawoskowanie tablicy, częstowanie kremówką posypana startą kredą, pomalowanie popiersia Władysława Broniewskiego na czerwono czy też założenie mu na głowę leninowskiej czapki. Pamiętają także pierwszy alarm bombowy, naukę przy 10 stopniach Celsjusza czy też prześciganie się w wymyślaniu sposobów na ściąganie. Jednak które czasy z życia szkoły były lepsze? Na pewno nikt z nas nie chciałby, żeby powróciły lata terroru. Owszem, możemy mieć czasem odmienne wrażenie czytając wspomnienia i anegdoty, lecz musimy pamiętać o tym, że młodzież niezależnie od czasów ma swoje prawa i „musi się wyszumieć”. No i każdy absolwent posiada sentyment do swojej szkoły, nieważne jaki miał do niej stosunek jej za młodu. Źródła: „90 lat gimnazjum i liceum ogólnokształcącego im. profesora Kazimierza Morawskiego w Przemyślu - Zasaniu” „100 lat gimnazjum i liceum ogólnokształcącego im. profesora Kazimierza Morawskiego Archiwalne numery"Życia Przemyskiego" Ryszard Siwiec
W pewnym momencie z trybun powstaje człowiek. Krzycząc coś bardzo głośno...


8 września 1968 rok, na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie mają miejsce Ogólnokrajowe Dożynki. Prawie 100-tysięczna widownia wraz z przedstawicielami PZPR oraz licznymi dyplomatami zachwycają się prezentacjami polskiej klasy robotniczej. Ludowe tańce, śpiewy czy też pokazy tegorocznych plonów wzbudzają zadowolenie wśród działaczy partyjnych. W pewnym momencie z trybun powstaje człowiek. Krzycząc coś bardzo głośno, wylewa na siebie benzynę. Widzowie przechodzą obok niego obojętnie. Nikt nie zwraca na niego uwagi. Nagle nastrój na stadionie się zmienia, gdyż mężczyzna zaczyna płonąć. Czyżby to było zaplanowane w programie dożynek? Chyba nie, ponieważ milicja niemalże natychmiast zareagowała na zachowanie nieznajomego widza. W obawie przed manifestacjami, władze zakazały mediom na publikację dożynkowego incydentu. Bezpośrednim świadkom zdarzenia Służba Bezpieczeństwa oznajmiała, że była to osoba niezrównoważona psychicznie… W rzeczywistości wspomniany „szaleniec” to Ryszard Siwiec – z wykształcenia filozof, z zawodu księgowy, a dla wolnej Polski wielki patriota i żołnierz AK. Był on opozycjonistą, który życie swe publicznie złożył na ołtarzu Ojczyzny.



Przeciwny interwencji Wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację, podczas Ogólnokrajowych Dożynek dokonał aktu samospalenia. Zrobił to jednak w pełni świadomie, co budzi liczne kontrowersje. Przed śmiercią napisał testament, w którym nie powierzał swego majątku w czyjeś ręce, jednak prosił naród polski o opamiętanie się. Jego treść jest następująca: "Ludzie, w których może jeszcze tkwi iskierka ludzkości, uczuć ludzkich, opamiętajcie się! Usłyszcie mój krzyk, krzyk szarego, zwyczajnego człowieka, syna narodu, który własną i cudzą wolność ukochał ponad wszystko, ponad własne życie, opamiętajcie się! Jeszcze nie jest za późno!" Ryszard Siwiec zdawał sobie sprawę, że umierając, pozostawi swoją żonę oraz dwójkę dzieci. Dlatego jadąc pociągiem do Warszawy, na kilka godzin przed śmiercią napisał list skierowany do swojej żony. Niestety został on przechwycony przez Służbę Bezpieczeństwa, przez co w konsekwencji doręczono go 20 lat po śmierci męża. "Ginę po to, żeby zwyciężyła prawda, żeby zwyciężyło człowieczeństwo i żeby zwyciężyła miłość. Ginę po to, żeby zginęło kłamstwo, zginęła nienawiść i zginął terror. Nie odczuwam żadnego bólu i nie odczuwałem żadnego bólu przez cały czas. Bolą mnie tylko dwie ręce, lewa od składania fałszywych przysiąg, a prawa od ściskania ręki tych, którym złożyło się fałszywą przysięgę.” Rok po śmierci Siwca, 19 stycznia 1969 na Placu Wacława w Pradze, student z Czechosłowacji  Jan Palach dokonał podobnego czynu co Polak. Ciekawostką jest, że młodzieniec nie mógł wiedzieć o tym, co zrobił Siwiec, bowiem pierwsza informacja o nim nadana została w kwietniu 1969. W 1991 roku polski reżyser Maciej Drygas nakręcił film dokumentalny „Usłyszcie mój krzyk”, dotyczący życia i śmierci niezwykłego przemyślanina. W tym samym roku Rada Miasta Przemyśla podjęła decyzję, aby nowo wybudowany most nosił nazwę imienia Ryszarda Siwca. Przemyślenie:
Dla wielu jest szaleńcem, dla innych symbolem polskiej solidarności z innymi. Swoim protestem przypomniał, że Polska zawsze była i będzie otwarta na pomoc innym narodom.


W moim odczuciu - mówi pan Andrzej (mężczyzna w średnim wieku) - Ryszard Siwiec jest bohaterem, ponieważ był w stanie zaprotestować przeciw wydarzeniom z sierpnia 1968. Niestety od strony religijnej uważam, że samobójstwo nie było najlepszą formą protestu. Podobne zdanie na ten temat miała pani Katarzyna: Siwiec był wielkim patriotą. Widać, że miał dar empatii i za to go cenię. Jednak nie rozumiem, jak mógł zostawić rodzinę. Jak widać, opinie na temat czynu Siwca są zróżnicowane. Mieszkańcy Przemyśla szanują jego osobę i to jakim był człowiekiem, dumni są, że był obywatelem ich miasta, ale jego czyn budzi również wiele kontrowersji. Czy jest dla nich bohaterem? Most imienia Ryszarda Siwca? Dla mnie to nie bohater. Szacunek za poświęcenie i odwagę, ale obiekt mógłby nosić inną nazwę”– podsumował pan Maciej. W 2001 roku, prezydent Republiki Czeskiej, Václav Havel przyznał pośmiertnie Ryszardowi Siwcowi order Tomáša Masaryka pierwszej klasy. 5 lutego 2009 roku jego imieniem nazwano jedną z ulic w Pradze, a przy Stadionie Narodowym (kiedyś na jego miejscu znajdował się Stadion Dziesięciolecia) odsłonięto obelisk ku jego czci. Z powyższej treści wynika, że Ryszard Siwiec traktowany jest naprawdę jak bohater. To, co zrobił, na pewno zawęziło stosunki dyplomatyczne między Polską a Czechami. Miał odwagę wyrazić swój sprzeciw jako Polak i człowiek.



Filtr zwany cenzurą Mówi się, że ciekawość ludzka nie zna granic, dlatego my, nie mogąc zaspokoić naszej, przenosimy się do grudnia 1981r. Znajdujemy się na jednej z przemyskich ulic, na której panuje nadzwyczaj błoga cisza. Zamierzamy kupić gazetę „Życie Przemyskie”, aby dowiedzieć się, dlaczego życie mieszkańców nagle zamarło. Na swojej drodze napotykamy starszego człowieka, który uświadamia nam, że czasopisma nie są wydawane, ponieważ 11 grudnia 1981r. niezgodnie z konstytucją PRL został wprowadzony stan wojenny, który diametralnie zmienił życie Polaków. Pytając starca, jaki ma to wpływ na pracę dziennikarzy, w odpowiedzi słyszymy, że nie mogą oni swobodnie wyrażać swoich opinii, ponieważ wszystkie informacje "przechodzą przez filtr" Kronika stanu wojennego Po dwóch miesiącach „Życie Przemyskie” wydało swój długo oczekiwany numer. 3 lutego 1982r.



na pierwszej stronie gazety został umieszczony artykuł pt. "Kronika stanu wojennego”. Czytamy w nim o wydarzeniach, które miały miejsce podczas przerwy w pracy dziennikarzy. Oni sami swojej nieobecności nie potrafili bądź też nie mogli wytłumaczyć. Stąd też pojawiły się nasze pytania: Czy wpływ na to miała cenzura? Z jakimi problemami musieli borykać się dziennikarze? Jestem niewolnikiem cenzury Jeden z dziennikarz w swoim artykule napisał: „[…]stwierdzono jednoznacznie, że wprowadzenie stanu wojennego, mimo szeregu uciążliwości i utrudnień przyniosło pozytywne skutki, wpływające m.in. na wzmocnienie dyscypliny społecznej i zawodowej, wyraźną poprawę stanu ładu, porządku publicznego oraz postępującą stabilizację życia.[…]”. Sytuacja ta przedstawiła negatywne dla ówczesnego społeczeństwa skutki stanu wojennego, które zostały przez to ograniczenie pozytywnie ukazane. Jak wnioskujemy, cenzura była najbardziej uciążliwa dla inteligencji, dziennikarzy i ludzi ‘mediów’, ponieważ pozostała część społeczeństwa nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo ulegają manipulacji. Aby nie wzbudzać niepotrzebnego niepokoju wśród mieszkańców, gazety nie mogły publikować informacji o liczbie osób, które zginęły w katastrofach. Ponadto władze, chcąc zataić występowanie problemu narkomanii w Polsce, udzieliły pozwolenia na pisanie o tym jedynie w niskonakładowych gazetach. Główną dewizą władz było także to, aby ludzie doceniali to co mają i nie zwracali uwagi na to czego im brak. Śledząc kolejne numery „Życia Przemyskiego” jednocześnie rozpoczynamy poszukiwania osób, które musiały zmagać się z cenzurą w czasach PRLu. Nie wszyscy, do których dotarłyśmy, zgodzili się na rozmowę o tamtych latach. Czy mieli wyzuty sumienia? A może nie chca pamiętać? WOLNOŚĆ SŁOWA (nie) ISTNIEJE
Jan Miszczak były dziennikarz "Życia Przemyskiego". Obecnie wykładowca dziennikarstwa w Państwowej Wyższej Szkole Wschodnioeuropejskiej w Przemyślu


Jak został pan dziennikarzem? W „Życiu Przemyskim” przeczytałem ogłoszenie, że redakcja zatrudni dziennikarza. Akurat skończyłem prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, a ponieważ dziennikarstwo bardzo mnie interesowało, więc zgłosiłem się, wygrałem konkurs i zostałem przyjęty. Było to w 1969r. Następnie, już podczas pracy, skończyłem studia dziennikarskie, także na UJ. Co należało do Pana zadań w „Życiu Przemyskim”? Zaczynałem jako redaktor techniczny, a potem przeszedłem wszystkie szczeble w tej pracy. Przez wiele lat pracowałem w Polskiej Agencji Prasowej oraz w Gazecie Codziennej „Nowiny”, z którą jestem związany do dziś.



Współpracowałem także z TVP i Polskim Radiem. Chcemy porozmawiać o cenzurze, która może nie utrudniała tak życia społeczeństwu, gdyż ludzie często nie mieli świadomości, że teksty, które czytają, są ocenzurowane. Na pewno jednak była zmorą dziennikarzy. Proszę opowiedzieć o dylematach dziennikarza, który wiedział, że jego tekst zostanie ocenzurowany. Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk miał ogromną sieć oddziałów oraz liczbę cenzorów. Kontrolą objęte były nie tylko media, ale także spektakle, filmy, widowiska. Rzeczywiście, była to zmora dziennikarzy, oczywiście tych, którzy nie zgadzali się z tamtejszą rzeczywistością. Musieli zatem posiąść trudną umiejętność takiego informowania, by mimo trudności i skomplikowanej sytuacji nie popaść w konflikt z etyką zawodową i własnym sumieniem. 13 grudnia 1981 wydawanie „Życia Przemyskiego” zostało zawieszone i dopiero w lutym 1982 ukazał się kolejny numer. Pisanie o tym było zapewne sprawą delikatną i dziennikarze musieli zmierzyć się z problemami cenzury. Nikt z nas nie wiedział, kiedy „Życie Przemyskie” ponownie zacznie się ukazywać, więc zbieranie informacji, które miałyby dotrzeć do czytelnika po tak długim czasie, nie miało sensu. Nie było więc jakiejś specjalnej „kroniki stanu wojennego”, która i tak zostałaby zdjęta przez cenzurę. Czy praca dziennikarza dawała satysfakcję, gdy nie można było na określony temat wydawać obiektywnej opinii? Nie wszystkie tematy były objęte cenzorskimi zapisami. Było np. wiele spraw społecznych, o których pisaliśmy i niejednokrotnie pomogliśmy ludziom w rozwiązaniu ich codziennych problemów, a to zawsze daje satysfakcję. Poza tym swoistą satysfakcję dawała w tamtych czasach próba przechytrzenie cenzora…



…a więc była możliwość ominięcia cenzury? - Nie tyle ominięcia, co właśnie przechytrzenia. Było to możliwe także dzięki niezwykłemu wyczuleniu czytelników, którzy w lot odkrywali wszelkie treści przemycane między wierszami. W szczególny sposób uwidoczniało się to w programach kabaretów. Wystarczyła jakaś drobna sugestia, zgrabne porównanie, gest, mina itp., by publiczność od razu kojarzyła to z absurdalną sytuacją w kraju i odpowiednio reagowała. Wiemy, że z upadku PRLu cieszyło się całe społeczeństwo, a dziennikarze szczególnie. Jakie jest pana zdanie na ten temat? Zawsze jest wielka radość i ulga, gdy człowiek pozbywa się krępujących go pęt i może swobodnie oddychać. Czy zniesienie cenzury oznacza, że obecnie dziennikarze mają pełną swobodę i mogą pisać bez żadnych ograniczeń? Zawsze są jakieś ograniczenia. Nie ma wolności bezgranicznej, gdyż to prowadziłoby do absurdu. Wolność słowa kończy się tam, gdzie zostają naruszone dobra innej osoby. Ponadto każda redakcja ma swoją linię programową, której dziennikarze muszą przestrzegać. Wiadomo, że zatrudnieni w katolickim czasopiśmie nie będą zachęcać np. do zabiegów in vitro, a pracujący w lewicowej gazecie namawiać do udziału w pielgrzymkach. Podjęcie pracy w czasopiśmie o skonkretyzowanym profilu zobowiązuje do przestrzegania obowiązujących tam zasad. Ale to nie jest już cenzura, tylko świadomy wybór. Wszystko, może prócz octu...
Chcąc dowiedzieć się, jak wyglądało życie w czasach PRLu przeprowadziliśmy wywiad z panem sierżantem Romanem Głowaczem nauczycielem WOSu w naszym liceum i członkiem Związku Strzeleckiego


Na początku był… tornister. Mały Roman Głowacz, w dobrze uprasowanym szkolnym mundurku wyrusza podbijać świat. Mały odkrywca w PRLu różnił się czymś od dużego odkrywcy ponad 20 lat po transformacji? - Jestem przedstawicielem pokolenia, które swoją młodość przeżywało w latach 70. i 80. W latach młodzieńczych mój zwykły dzień polegał na wykonywaniu obowiązków szkolnych, a także domowych, które wyznaczali rodzice, np. pomoc w gospodarstwie. W okresie nauki w szkole średniej, gdy przybyło tych pierwszych, rodzicom pomagałem głównie w wakacje i ferie. A kiedy szkolny mundurek był już za mały… Po ukończeniu liceum i szkoły pomaturalnej zacząłem pracę w Zespole Szkół Rolniczych w Przemyślu. Początkowo nie była to praca dydaktyczno_wychowawcza. Rozpocząłem staż w Gospodarstwie Pomocniczym, a następnie pracowałem w



administracji szkolnej. Rozwijającą się karierę zawodową na pewien czas przerwało powołanie do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Rozpoczynając pracę miałem możliwość uczenia się od starszych kolegów. Sposób traktowania pracowników zmienił się od tamtego czasu? - Nie wydaje mi się, aby istniały jakieś znaczące różnice w stosunku do obecnych czasów. Uważam jednak, że ludzie w tamtych czasach mówiąc dzisiejszym językiem, byli bardziej wyluzowani i nie musieli się obawiać jutra, np. w kontekście utraty pracy z dnia na dzień. Nie byli też zamożniejsi niż dziś… No właśnie. Telewizor plazmowy, iPad, Bentley i inne „gadżeciki”. Gdybyśmy nadal trwali w Polsce Ludowej, takie drobne udogodnienia byłyby prawdopodobnie…-Rarytasem… Próba porównania tamtych i obecnych czasów w wymiarze ekonomicznym jest bardzo trudna. W czasie PRLu istniało pojęcie „artykuł luksusowy”. Do dóbr tych należały m.in.: telewizor z kolorowym obrazem, pralka automatyczna no i oczywiście samochód. Na posiadanie tych luksusów stać było tylko najbogatszych. Samochody posiadali nieliczni Polacy, ponieważ przeciętnych zjadaczy chleba nie było na nie stać… Ich ceny były niebotyczne. Przeciętny Polak, aby stać się posiadaczem wymarzonych czterech kółek, musiał bardzo długo oszczędzać. Kończąc ten wątek dodam, że wraz z żoną samochodu dorobiliśmy się po dwudziestu latach pracy. A kwestie mieszkaniowe? W tym względzie również nie było kolorowo… - Powiedziałbym nawet, że było szaro i dżdżyście… Pamiętam natomiast, że w latach 70-tych rozbudzono ambicje rodaków również w kwestii mieszkaniowej. Sporo budowano, ale potrzeby w tym zakresie były jeszcze większe. Należy stwierdzić, że wielu Polaków otrzymało swoje upragnione mieszkania, chociaż ich wykonanie i standard budziły wątpliwości. Ale wszystkie urządzone były tak samo… - Okres PRLu cechowała specyficzna rzeczywistość, a mianowicie w prawie każdym aspekcie życia obowiązywały



określone wzorce. W zakresie wyposażenia mieszkań obowiazywała ta sama zasada – dysponowano tylko tym, co można było kupić w tamtym czasie, a wybór nie był zbyt duży. Dziś wchodzi Pan do sklepu i zastanawia się, co kupić, istnieje nadmiar. Produkt taki, siaki, owaki. PRL nie dawał możliwości zbyt dużej przestrzeni konsumpcyjnego wyboru… - Realia codziennego życia były zróżnicowane. Do połowy lat 70. panowało przekonanie, że nadchodzące lata będą coraz lepsze. Problemy zaczęły się pojawiać nieco później. Pojawiły się symptomy kryzysu, zaczęło brakować niektórych artykułów. Najgorzej było na wsiach i w małych miasteczkach . Pamiętam, że szokiem dla społeczeństwa polskiego było wprowadzenie w 1979r. kartek na cukier. Dodam, że Polska była w tamtym czasie czołowym producentem cukru w skali europejskiej. Zaczęto racjonować sprzedaż artykułów pierwszej potrzeby. W kolejnych latach w systemie kartkowym sprzedawano właściwie wszystko… może prócz octu. Obecnie młodzi ludzie w czasie wolnym chodzą na dyskoteki , do kina, spędzają wiele czasu przeglądając różne fora internetowe i rozmawiają przez różne komunikatory internetowe. Jak wyglądały formy spędzania wolnego czasu w PRLu? - Również w tamtym czasie czymś naturalnym było, że ludzie oprócz codziennych obowiązków starali się poszukiwać ciekawych form spędzania wolnego czasu. Zaczęły funkcjonować dyskoteki, ludzie chętnie chodzili do kina. W Przemyślu funkcjonowało wówczas wiele kin. Młodzi ludzie chętniej niż dziś sięgali po książki. Kończąc naszą rozmowę proszę podsumować czasy PRLu. Czy tęskni Pan za nimi? - Moja ocena nie jest zbyt negatywna. Siłą rzeczy będę się do tamtych czasów odnosił przez pryzmat tego, że byłem wtedy młodym człowiekiem. Tęsknię za tamtymi laty, ponieważ pomimo czasów komunistycznych byłem młody i inaczej odbierałem rzeczywistość. PERSWAZJA czy
MANIPULACJA?


W maju 1945 roku zakończyła się II wojna światowa. Był to największy światowy konflikt, którego końca oczekiwali niemalże wszyscy ludzie. Alianci ponownie zwyciężyli Niemców. Przegrani płakali, a zwycięzcy świętowali. Cieszyła się przede wszystkim ludność wyswobodzonych krajów. W ich gronie po raz kolejny znalazł się naród polski. Teraz jednak witano nie tylko naszych dzielnych żołnierzy, ale i nowych „przyjaciół” ze wschodu. „My was wyswobodzili” – wołali Rosjanie, maszerując przez polskie miejscowości. Tak naprawdę było to tylko złudzenie. Niewola niemiecka minęła, a w Polsce rozpoczął się 50-letni okres radzieckiego socjalizmu. Polska Rzeczpospolita Ludowa, jak od 1952 roku nazywało się nasze państwo, należała do tzw. bloku wschodniego. Najwyższą w niej władzę sprawowała Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, na której czele stał Pierwszy Sekretarz. Przedstawiała ona różne hasła propagandowe, które głosiły potęgę ustroju komunistycznego. W ich treści często poruszano znaczenie „klasy robotniczej”, czyli ludzi zatrudnionych w przemyśle i rolnictwie. Wiele osób wspomina czasy PRLu pozytywnie. Rzutować może na to fakt, iż problem bezrobocia praktycznie wtedy nie istniał. Dzisiaj prawie 12 procent naszego społeczeństwa zmaga się z tym problemem. Komuniści uważali, że Polacy jako naród robotniczy nie mogą być bezrobotni. Według ówczesnych rządzących, każdy obywatel PRL powinien był należeć do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Spora większość nie decydowała się na to posunięcie, ale równie dużo osób wstępowało w jej szyki. Tym z kolei żyło się na znacznie wyższym



poziomie niż ludziom, którzy mieli nieco bardziej demokratyczne poglądy. Aby tak jednak mogło być, musieli oni całkowicie podporządkować się swoim przełożonym. Ci z kolei wykorzystywali ich w różnych dziedzinach życia. Często przekładało się to na polskie szkolnictwo, prasę oraz kino. Wszelkie podręczniki i czasopisma poddawane były ścisłej cenzurze. Absurdem byłoby, gdyby w którymś z nich przedstawiano Związek Radziecki jako wroga. Jak głosiła wielka polskoradziecka propaganda, te dwa narody łączyła głęboka przyjaźń. Sprawa mordu polskich oficerów w Katyniu była przemilczana. Każda dyskusja na ten temat mogła zakończyć się więzieniem a nawet śmiercią dla jej autora. Jednak przed tym, komuniści tłumaczyli każdemu, że zbrodni tej dokonali Niemcy. Dlatego plan budowy nowego ładu w założeniu był prosty. Chciano wszystkich jego przeciwników wytępić, a młodym umysłom wpajać wiedzę o potędze państw bloku wschodniego. Polskie kino w okresie PRLu stało na bardzo dobrym poziomie. Wielu współczesnych ludzi opowiada się właśnie za nim, odrzucając obecne produkcje filmowe. Jednak i te również zasługują na dobrą ocenę. Z kolei były i czasy, w których kino odgrywało głównie rolę propagandową. Prezentowano premiery filmów dokumentalnych. Zawierały one nagrania przedstawiające zwycięstwa armii polskorosyjskiej nad armią niemiecką. Również i tym chciano podkreślić braterstwo tych dwóch państw. Okres PRLu to przykład manipulacji rządzących komunistów nad ich obywatelami. Miał on i swoje zalety, które jednak są mniejszością w porównaniu do jego wad. Podsumować można, że było to przeżyte 50 lat w kłamstwie. Dlatego należy cieszyć się z wolności, jaka panuje we współczesnej Polsce. Mając okazję, trzeba głosić to, co kiedyś chciano wyrzucić z pamięci. Smutne jest, że coraz więcej Polaków zapomina o wielu wydarzeniach z historii ich ojczyzny. My jednak nie możemy zapomnieć o tym, co było. Jeżeli chcemy być dobrymi patriotami, musimy im o tym cały czas przypominać. Pamięć o zbrodniach w komunistycznej Polsce trzeba koniecznie ocalić od zapomnienia. System PRLu w roli Robin Hood'a



Mamy XXI wiek. Mamy demokrację. Mamy postęp. Można powiedzieć, że w Polsce mamy wszystko. Czy to dosłownie znaczy, że jest dobrze? W tym miejscu stoimy przed pierwszym stopniem do udowadniania, że nie do końca dobrze jest. Rozmawiając z różnymi ludźmi o ówczesnych czasach wypadkowa wszystkich wypowiedzi nie jest równoznaczna z tą tezą. Nikt wprost nam tak nie odpowie. Nikt z prostych ludzi, ludzi niższej średniej klasy, z klasy średnio średniej, i oczywiście z tej średniej. W naszych ukochanych konsumpcyjnych czasach dobrze jest tylko tym, co mają dużą forsę. Rozmawiając z babcią o codzienności PRL-owskiego Przemyśla najbardziej poruszające słowa, były zarazem największym ciosem w moje realia. „Biednym było lepiej” i cóż powiedzieć? Możemy zarzucać Polsce Ludowej krocie zbrodni, lecz nikt nie żył wtedy na skraju biedy. Pensja, choć niewielka, starczała, by żyć. Każdy musiał chodzić do pracy. Dziadek pracował w Polnej, a mama z rodzeństwem wyjeżdżała za to na kolonie za grosze. Każdego stać było na wysłanie dziecka do szkoły bez narażania



przez to domowego budżetu. Łatwiej było przeżyć po opłaceniu prądu, gazu et cetera, co dziś często jest nie lada wyczynem. Sprzedaj bułkę, patrz zza krat Mimo to, że dzieci nie miały komputerów, telefonów komórkowych, tego wszystkiego, co każdy z nas na ogół ma dzisiaj, ludzie tamtych czasów radzili sobie bez tego. Ich problemem było stanie w kolejkach po kiełbasę, papier toaletowy czy cukier. Wszechobecne kartki to zna chyba każdy. 2kg cukru na osobę, 5kg mąki. W sumie przemyska codzienność nie była różna od codzienności innych miast. Były PEWEXy jak wszędzie, jak wszędzie partia patrzyła uważnie na wszystko. Ciekawą odskocznią była jednak afera tzw. „bułeczkarza z Przemyśla” Historia dotyczyła pana Kazimierza Szumańskiego pracującego jako rymarz w okolicznym Stubnie. Rymarz marzył o nowym większym mieszkaniu. Pan Kazimierz mimo problemów zdrowotnych robił wszystko, by spełnić to marzenie. Pewnego dnia jego koledzy z pracy poprosili, żeby przywoził z Przemyśla świeże bułki. Szumański za tę usługę pobierał drobną opłatę. Z czasem schorowany mężczyzna zwoził z Przemyśla 300 bułek i 100 rogalików dla swoich współpracowników. W 85 roku pan Kazimierz został aresztowany za tę oto przedstawioną wyżej zbrodnię, która z imponującą siłą uderzała w PRL-owską gospodarkę. Oprócz wyroku odebrano mu cały majątek przeznaczony na nowe lokum. Po zakończeniu odsiadki Szumański domagał się uniewinnienia. Uniewinniony w 1990 roku został umieszczony na 6 tygodni w zakładzie psychiatrycznym. Po całej aferze rymarz odzyskał niewarty już nic majątek. Dzieciakiem znów być Dzisiaj szpanem jest mieć iPhone, w PRL lansem były jeansy, które dziś każdy ma. W dodatku po kilka par. Nasi rodzicie za jedną parę musieliby wydać całą swoją wypłatę. Dzieciństwo w latach późnego PRL było za pewne ciekawsze niż teraz. Dzieciaki nie wiedziały, co to



komputer. Potrafiły wymyślać tysiące zabaw, o których dzisiejsza młodzież nigdy nie słyszała. W telewizji były dwa kanały. Za to dostęp do kina był o wiele większy niż w ówczesnym Przemyślu. Dzisiaj 5 kin w tak małym mieście można uznać za rozpustę, a jednak dziatwa PRLu dławiła się takimi luksusami, choć system kulał w innym miejscu. Trudno nam sobie wyobrazić wybór na przykład po między dwoma gumami do żucia. Opakowania po gumach Donald i Turbo po dziś dzień mają gigantyczną wartość sentymentalną dla grona zagorzałych kolekcjonerów. I w szkole było łatwiej, bo nie można było dostać jedynki i kujonem być nie można było, bo nie było szóstek. Co to za życie bez egzaminów i testów przez osiem lat edukacji podstawowej? Tylko że dzieci w wielu przypadkach nie znały smaku bananów czy CocaColi. Mój tata pierwszego banana zjadł w 4 klasie podstawówki. Symbolem świąt często były pomarańcze a nie biały opłatek. Lecz wtedy nikt nie narzekał, bo rodzice mieli wtedy więcej czasu dla swoich dzieci. Mąż zaparzał, dzieciom kawę zbożową
Wyruszam na ulice miasta Przemyśla, by porozmawiać z przypadkowo spotkanymi, troszkę starszymi ode mnie ludźmi. Janina Lichota, dziś 70 letnia emerytka, za czasów PRLu pracownik PGR(Państwowego Gospodarstwa Rolnego). Żona i matka pięciorga dzieci.


Proszę mi opowiedzieć o pracy w czasach PRLu Praca była przymusowa, więc problemów z bezrobociem nie było. Jeżeli nie pracowałeś, ponosiłeś adekwatne konsekwencje. Emerytury otrzymywały tylko osoby, które miały lepszy etat. Dopiero później wprowadzono ustawę o emeryturze dla każdego. Wolnych dni praktycznie nie było. Obowiązkiem było udać się na pochód pierwszomajowy, a potem do pracy. Szczególnie warto było podjąć pracę w sklepie, ponieważ można było dostać atrakcyjniejsze artykuły, za którymi inni musieli stać w kolejkach godzinami. Jak wyglądał statystyczny dzień pracującego małżeństwa ? Wraz z mężem, pracowaliśmy w PGR. Wstawaliśmy o 02.00,żeby zdążyć do pracy na 03.00. Ile godzin Państwo pracowali ? Od 03.00 do 09.00.od 09.00, była przerwa, która trwała do



11.00,potem znów, od 11.00 do 14.00,następnie w godz. 16.00-19.00. Codziennie rano podczas przerwy w pracy mąż wracał do domu i zaparzał dzieciom kawę zbożową. Jakie artykuły można było zaliczyć do tych atrakcyjnych? Dobrze pamiętam radio na baterie. Nie było łatwo go dostać, a swoje też kosztowało. Wtedy pieniędzy wystarczało, ale produktów nie było. Teraz jest odwrotnie: na rynku coraz więcej produktów, ale zarobki nie wystarczają. Jak wspomina pani dziś te czasy? Uważam, że pomimo wszystko teraźniejszość jest lepsza, daje nam więcej korzyści. Między ludźmi były lepsze relacje, a pracę i obowiązki domowe należało w jakiś sposób godzić. Krzysztof, dziś szczęśliwy mąż i ojciec dwójki dzieci. W 1989 r. dwudziestolatek mający domowe powinności, równocześnie pracujący w prywatnym zakładzie stolarskim. Codziennie budziłem się o…? O 5.00 i szedłem do sklepu. Zapytam o produkty, jakie wtedy prezentowały się na sklepowych półkach? Śmietanę i mleko podawano w szklanych butelkach, jeżeli brałeś 3l mleka, to należała ci się jedna śmietana lub serek homogenizowany, a jeśli 6 l mleka, to 2 śmietany. W sklepach starano się dzielić produkty tak, aby wystarczało dla wszystkich. Jak wyglądała sytuacja w pracy, podejście do pracownika i czas pracy? Pracowałem w prywatnym zakładzie stolarskim. Zaczynałem o 8.00, kończyłem o 16.00. W zakładzie pracowało nas 6 osób (20 - 60 lat). Wydaje mi się, że pracownik miał większy szacunek do pracodawcy, a jeśli ktoś był dobrym pracownikiem, to nie był wykorzystywany.

" ...pomimo braku dostępności niektórych produktów i specyfiki życia było dobrze, mimo iż nie zawsze bywało łatwo, to wiele chwil pozostanie w pamięci na zawsze."

A kwestia zarobków ? Z wynagrodzenia byłem zadowolony. Nie płacono za godzinę, funkcjonowało wynagrodzenie akordowe, tzn. 10% od wartości danego wyrobu. Jeśli ktoś miał pojęcie o pracy, którą wykonywał, to dobrze zarabiał. A po pracy..dom i co dalej ? Odpoczynek, telewizja, pomoc w gospodarstwie. Program telewizji trwał do 22.00, pamiętam „DZIENNIK”, który emitowany był przez 30 min., a także kino nocne raz na tydzień, w każdą sobotę (początek – 23.00). Leciały filmy te najnowsze i stare, najczęściej sensacyjne i kryminalne. Pamięta Pan produkty codziennego użytku? Tak, oczywiście, pasta do zębów firmy NIVEA, mydło „Balbinka”, szampon do mycia głowy pokrzywowy, brak kremów do golenia, tylko mydło i słynny pędzelek, a po goleniu spirytus salicylowy albo woda kolońska. Podsumowując to… Czasy były ciężkie, brak perspektyw na wszelkie wyjazdy zagraniczne, ale wszyscy mieli pracę. W dzisiejszych czasach jest wszystko, ale ciężko o pracę.



Kultura w Przemyślu za czasów PRLu miała bardzo duże znaczenie w walce o zachowanie tożsamości. Rok 1945 przyniósł wielkie zmiany dotyczące oświaty i świadomości społeczeństwa Przemyskiego.  Dotyczyło to olbrzymich strat wojennych, jakie poniósł nasz kraj.  Rząd komunistyczny nałożył wielki nacisk na wzrost oświaty i likwidacji analfabetyzmu. Z czasem, kiedy wszystko zaczynało się na nowo układać, kiedy gazeta przemyska zaczęła się regularnie publikować, w jednej chwili wszystko legło w gruzach, ponieważ  zaczęto manipulować życiem kulturalnym i zmieniać jego założenia na wzór ZSRR. Organizowano liczne konkursy i festiwale, lecz artyści nie mogli sami



decydować, musieli podporządkowywać się nowym warunkom takiemu iż te wszystkie programy artystyczne musiały być nasycone leninizmem. Społeczeństwo przemyskie ogarnęło oburzenie, lecz nic nie mogli z tym zrobić. W latach 1950-1960 Intensywnie, lecz z napotykanymi na swej drodze problemami, działa Towarzystwo Dramatyczne „Fredreum” istniejące od roku 1869. W ciągu 10 lat odbyło się 521 przedstawień czyli przeciętnie 50 rocznie. W ciągu następnych lat Teatr odnosi kolejne sukcesy. Organizowane są liczne wyjazdy do takich miast jak: Rzeszów, Stalowa Wola, Mielec, Krynica. Również w 1969 roku miało miejsce 100-lecie istnienia teatru, gdzie wystawiano liczne sztuki, łącznie z klasyczną „Zemstą”. W Przemyślu co roku odbywała się „Przemyska Wiosna Teatralna”, która była sponsorowana przez WDK.  Z każdym kolejnyam rokiem impreza była ciekawsza, każdy mógł znaleźć coś dla siebie, zarówno sztuki klasyczne jak i współczesne a także muzyczne. WDK starało się tak przygotować Wiosnę Teatralną aby znalazło się tam wszystko  co najpopularniejsze i najciekawsze. Zawsze w programie tradycyjnie znajdował się jeden spektakl przemyskiego teatru dramatycznego „Fredreum”, który istnieje do dzisiejszego dnia. Przemyska Wiosna Teatralne w Przemyślu zachowała się do dzisiaj, lecz później, ze względu na nagromadzenie innych imprez kulturalnych w mieście, przeniesiono spotkania z teatrem na jesień i zmieniono w związku z tym nazwę imprezy na „Przemyska Jesień Teatralna”. W tym roku odbyła się już XX edycja z udziałem profesjonalnych zespołów teatralnych, imprezę rozpoczął  Teatr Ludowy w Krakowie ze swoim spektaklem pt. „Antygona w Nowym Jorku” Janusza Głowackiego.  Czas komunizmu, wpłynął na ludzi oraz ich życie codzienne. Odmienił starych. Wychował nowych. Kultura, muzyka i sztuka dawała się poznawać z coraz to z innej strony. Sposób przekazywania treści i znaczenie, w przeciągu kilkunastu lat zmieniły się nie do porównania. Pod koniec lat 70, muzyka w PRLu przechodziła rewolucję. Do młodych ludzi trafiały dźwięki mocno-przesterowanej gitary oraz ich własnego krzyku, jako wyraz buntu



przeciwko światu i panującemu systemowi, który ograniczał wiele praw i wolności. Traktował człowieka jak przedmiot. Skutkiem tego narodziła się odmienna kontrkultura – Punk. Samo słowo oznacza coś bezwartościowego, zgniłego. Młodzież nazywała siebie tak, wyrażając w ten sposób prawdę o tym, jak się naprawdę czują. Manipulowani, wykorzystywani oraz oszukiwani na każdym kroku. Określani mianem ludzi „Bez przyszłości” („No future”). Zaczęły powstawać liczne zespoły takie jak: Turbo, Dezerter, Defekt Muzgó, Zwłoki, Moskwa. Celem ich była walka słowna i jak największy przekaz. Teksty piosenek opisywały miłość, seksualność oraz w dużym stopniu problemy młodych ludzi i politykę. Świetnym przykładem może być fragment piosenki „Dorosłe Dzieci” zespołu Turbo: „…Odmierzyli jedną miarą nasz dzień. Wyznaczyli czas na pracę i sen. Nie zostało pominięte już nic. Tylko jakoś wciąż nie wiemy, jak żyć…” Zmiany te dotykają również Przemyśla i okolic. W 1977 powstaje w Ustrzykach Dolnych kapela, która przyjmuje nazwę KSU. W ciągu kilku lat staję się prekursorem Punk rocka. Piosenki takie jak „Pod prąd” czy „Jabol Punk" stają się motywem propagandy współczesnego życia. W mieście odbywają się różnorodne imprezy muzyczne, organizowane głównie przez WDK (Wojewódzki Dom Kultury), gdzie na scenie goszczą takie zespoły jak: Lady Pank, Maanam czy KSU. Ich dźwięki, obejmują całe miasto, skupiając tłum młodych i gniewnych ludzi, łączących się w przyjaźni i goryczy. W Polsce zaś, największą z nich jest festiwal w Jarocinie. Zjeżdżały się na niego zespoły z całej Polski, które ciągnęły za sobą tłumy. To była jedyna okazja aby wyrazić swoje prawdziwe „Ja1". 1 – „Moskwa – Ja” "Przemyśl Czasy PRLu"
Polska Rzeczpospolita Ludowa redaktor naczelny / grafik: Artur Bocek opiekunowie redakcji: Maciewicz Monika, Paśko Rafał


II LICEUM OGÓLNOKSZTAŁCĄCE ZA CZASÓW PRLU autor: Sylwia Kopańska grafika: Artur Bocek RYSZARD SIWIEC PRZEMYSKI BOHATER autor: Tomasz Atamańczuk grafika: Artur Bocek PR(L)ZEMYSKA PRASA I CENZURA autorzy: Małgorzata Musz, Agnieszka Majchrowicz grafika: Artur Bocek ZA MOICH CZASÓW" autorzy: Łukasz Dec, Karolina Wojtyniak grafika: Artur Bocek PROBLEMY DNIA CODZIENNEGO autor: Tomasz Kumięga grafika: Artur Bocek PERSWAZJA CZY MANIPULACJA? autor: Tomasz Atamańczuk SZTUKA W CZASACH PRLU autorzy: Joanna Kowalów, Mateusz Grodecki OKŁADKA PRZEDNIA, SPIS TREŚCI autor: Artur Bocek