Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








OD REDAKCJI W tym przedwakacyjnym numerze odddajemy głos młodym felietonistom z klasy IIIB, którzy - wyzwoliwszy się z ulgą z egzaminacyjnych szablonów - pokazują, że mają swoje zdanie i potrafią je atrakcyjnie zaprezentować. Poczytajcie, pomyślcie i ...sami sięgnijcie po pióra (lub klawiatury :)!
Telewizja - rozrywka czy udręka?


W pewien sobotni wieczór postanowi-łam obejrzeć w tele-wizji jeden z rekla-mowanych filmów. Odpowiednio się do tego przygotowa-łam. Założyłam ulu-bione, wełniane skar-petki, usadowiłam się na kanapie z mis-ką popcornu i kub-kiem kakao, przy-kryłam się kocem. Uśmiechając się na samą myśl o tak spędzonym wieczo-rze, włączyłam tele-wizor. Nie zdążyłam nawet zapamiętać imienia głównego bohatera, ponieważ nagle coś przerwało tę sielankową chwilę… Znajomy, okropny, znienawidzony dźwięk oznajmiający przer-wę na reklamy zadu-dnił mi w uszach. Niemal natychmiast na ekranie pojawiły się roześmiane, ki-czowate warzywa śpiewające piosenkę, której zadaniem najprawdopodobniej było zachęcenie wi-dza do kupna kolej-nego „cudownego” produktu. Nie tylko nie nabrałam na nie-go ochoty, ale także straciłam cały zapał do oglądania czego-kolwiek. Każdy chyba zna to uczucie, kiedy zaciekawiony fabułą nie może doczekać się rozwiązania kry-minalnej zagadki lub poznania zwycięzcy ulubionego tele-turnieju. Właśnie w takich momentach wyświetlane są rek-lamy. Nie stano-wiłoby to może pro-blemu, gdyby przer-wa trwała trzy lub



cztery minuty, jednak zwykle jesteśmy zmuszeni czekać nie mniej niż piętnaście. Uciążliwe piosenki i przepełnione perswazją wyrażenia męczą, irytują. Powtarzająca się non stop reklama samochodu nie sprawi, że pobiegnę zrobić prawo jazdy, wziąć kredyt na ten pojazd w kolejnym banku z najniższym oprocentowaniem i ubezpieczyć się od kolizji u znanego ubezpieczyciela. Raczej wpłynie na moją decyzję spędzenia wieczoru przed laptopem. Istnieje wiele stron internetowych, które oferują darmowe oglądanie wszystkiego, na co mamy ochotę bez reklam. To właśnie one zyskują teraz bardzo dużą popularność. Czy więc telewizja nie wyrządza sama sobie krzywdy? Czy nie zniechęca do siebie coraz większej grupy osób? Jestem pewna, że znaczna część spytanych o to ludzi odpowiedziałaby, że tak! Zrozumiały jest fakt, iż  aby powstał program, potrzebni są sponsorzy, a telewizja musi zarabiać również na reklamach. Jednak lokowania produktów są widoczne na każdym kroku, a puszczane bez umiaru telewizyjne zmory nawiedzają nasze głowy podczas codziennych czynności. Może chociaż dzięki temu książki znów powrócą do naszych łask. Aleksandra Kluska IIIB Kącik humoru Wyszukała Oliwia Wydra IIA



Największy współczynnik samobójstw na świecie występuje w siedzibie Microsoftu. Wieszają się tam minimum 5 razy dziennie. Po niedzielnej mszy rodzina wraca do domu: - Ależ ten organista fałszował - mówi matka. - A ksiądz strasznie przynudzał - dodaje ojciec. Na to syn: - A co byście chcieli za złotówkę?! - Jasiu, czy to prawda, że twój dziadek stracił język podczas wojny? - Prawda. - A jak to się stało? - Nie wiem, dziadek nigdy nam o tym nie opowiadał. Czym się różni mieszkaniec starożytnej Sparty od Polaka? - Ten pierwszy myślał: "Z tarczą czy na tarczy?" Drugi kombinuje: "Starczy czy nie starczy?" Przychodzi grzyb do hotelu dla grzybów i pyta prawdziwka na recepcji: - Masz room? - - Prawda, że minuta śmiechu wydłuża życie o 5 minut? - Zależy z kogo się śmiejemy. Historia zwykłego albo i niezwykłego psa



Jaki sens ma życie? Czy odradzanie się w nowych wciele-niach jest możliwe? Czego uczy nas ży-cie i po co? I dla-czego jedzenie ze śmietnika sma-kuje tak cudowne? Takie właśnie pytania zadaje sobie główny bohater i jednocze-śnie narrator powieści W. Bruce'a Camerona pt. "Był sobie pies". Książka jest pisana z punktu widzenia poczciwego czworo-noga. Prowadzi to do wielu zabawnych sy-tuacji, np. pies za-miast "Boże Narodze-nie" nazywa to  świę-to "Wesołych Świąt". Ta ciepła i porywająca książka niewątpliwie wzruszy nie tylko fanów czworonogów. Historia psa, dodat-kowo odradzającego się w kolejnych wcie-leniach, uczy nie tylko, jak ludzie powinni się zachowywać wobec psów, ale także może stanowić poradnik dla osób, które zamierza-ją sprawić sobie czworonoga. Pokazuje również, jak ludzie powinni zachowywać się w stosunku do in-nych ludzi. Zabawna, pouczająca, wesoła - gorąco polecam tę  książkę. Na ekranach kin niedawno pojawił się film na jej podsta-wie -  gorąco zachę-cam do  obejrzenia!!! Zosia Papińska IA Poznaj historię diaboliki Nemezis
Jak może wyglądać przyszłość?


Według S.J. Kincaid ludzie będą mieszkać w kosmosie i ułatwiać sobie życie na wszystkie możliwe sposoby. Będą mieli serwitorów, którzy będą na każde ich wezwanie. Metboty będą w stanie wyleczyć każdy uraz, a kosmoboty będą ich upiększać, kiedy tylko będą chcieli. A ci najbogatsi będą mogli wyhodować sobie nawet diaboliki. Maszyny do za-bijania, które mają tylko jeden cel: chronić osobę, dla której zostały stworzone. Główna bohaterka, Nemezis, jest diaboliką Sydonii Impirian, córki senatora von Impirian. Nie powinna w ogóle istnieć, bo władca galaktyki uznał jej rodzaj za zagrożenie i kazał go unicestwić. Lecz rodzice Sydonii trzymają ją w tajemnicy przed rządzącym, by nie zasmucić córki, która jest do niej bardzo przywiązana. Przez nieoczekiwany zbieg okoliczności Nemezis musi stawić się u cesarza jako młoda Impirianka. Czy uda jej się pozostać nierozpoznaną? I czy diabolika może pokochać kogoś innego niż swoją panią? Na przykład uważanego za sza-leńca Tyrusa Domitriana? Zosia Sut IA Drodzy Przyjaciele!
Czytać, nie czytać?


Nasze przemówienie ma na celu odciągnięcie Was od eksplorowania czeluści Internetu i zachęcenie Was do delektowania się przyjemnością, jaką można czerpać z papierowych cudów zwanych potocznie książkami. Pewnie niejednokrotnie oglądaliście takie filmy, jak "Harry Potter", "Igrzyska Śmierci" czy "Gwiazd naszych wina". Ale czy zdawaliście sobie sprawę, że pierwowzorem tych kinowych hitów są książki? Pewnie tak. Ale czy je przeczytaliście? Zapewne nieliczni z Was odpowiedzieli "tak". Zaczniemy od typowego argumentu książkoholika, mianowicie: w ekranizacjach często pomijane są wydarzenia, które wpłynęły na bieg akcji w książkach. Po drugie, czytając opisy osób, miejsc, rzeczy w książkach, można je sobie samodzielnie wyobrazić. Wniosek sam się nasuwa - czytanie książek rozwija wyobraźnię. Ponadto dzięki czytaniu można zawrzeć jakąś ciekawą znajomość - np. jedziesz autobusem, widzisz osobę, która czyta książkę, możesz do niej podejść, zagadać - a nuż okaże się, że to Twoja bratnia dusza? Przyjaciele! Czy naprawdę uważacie, że czytanie książek jest takie nudne? Spróbujcie przeczytać jakąś książkę, która będzie odpowiadała Waszym zainteresowaniom i  preferencjom! Jak powiedziała Wisława Szymborska: "Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła" - więc dlaczego odmawiać sobie takiej zabawy? Dziękujemy Wam, Koleżanki i Koledzy, za wysłuchanie naszego przemówienia i życzymy Wam, aby każdy znalazł idealną książkę dla siebie! Zosia Papińska i Zosia Sut IA (czyli wzorowe mole książkowe) Troje zginęło. Jestem numerm cztery



Troje zginęło. Jestem numerem cztery Wiele lat temu Modagor-czycy zaatakowali planetę Lorien. Dziewiątka Gardów wraz ze swoimi Cepanami uciekła na najbliższą pla-netę, na której jest życie, Ziemię. Teraz żyją wśród nas i czekają, aż zaborczy mieszkańcy planety Mado-ge ich znajdą. Niestety, to już się stało. Modagorczycy są  już na Ziemi i szukają Loryj-czyków, by ich zabić. Lecz to nie takie proste. Muszą to zrobić w odpowiedniej kolejności. Numer Cztery ukrywa się ze swoim opiekunem Hen-rim w USA. Co parę dni zmieniają miejsce zamie-szkania, aby uciec przed swoimi wrogami. Teraz właśnie oni są w naj-większym niebezpieczeń-stwie. Albowiem Numer Trzy nie żyje. Pora na Czwórkę... Cztery, pod bardzo orygi-nalnym pseudonimem John Smith, zamieszkał w Paradise i próbuje wieść normalne życie. Ale to trudne, kiedy w każdej chwili możesz je stracić. Poznaj sekrety innych planet i ich mieszkańców! Poznaj pierwszy tom serii "Dziedzictwa planety Lorien"! Zosia Sut IA Uwaga negatywna: -2p. Powód: wyrażanie siebie
W weekend świętowałam urodziny koleżanki. Z tej okazji pomalowałam paznokcie na jeden z moich ulubionych kolorów - czerwony. Tak bardzo mi się one podobały, że postanowiłam nie zmywać lakieru przed powrotem do szkoły.


Nie sądziłam, że już na pierwszej lekcji moje paznokcie wzbudzą tyle kontrowersji. Rozumiem, gdyby były to bogato zdobione, długie tipsy, lecz estetycznie po-malowane, krótkie paz-nokcie? Otrzymałam pun-kty minusowe i nakaz na-tychmiastowego usunięcia lakieru. Zastanawia mnie jeden fakt. Czy przez to,  że miałam czerwoną hy-brydę dostałam gorszą ocenę, byłam niegrzeczna, wyglądałam niechlujnie lub skrzywdziłam kogoś? Odpowiedź na to pytanie brzmi: nie! Kolor paznokci nie świadczy o zachowaniu człowieka, są one jedynie wyrazem moich upodobań, estetyki, elementem stylu, a czasem nawet odzwier-ciedlają moje samoo-poczucie. Uważam, że nie ma w tym absolutnie nic złego, ponieważ w żaden sposób nie obrażają one nikogo, nie wyrażają również braku szacunku, na przykład dla nauczy-cieli. Warto również zwrócić uwagę na to, że nie tylko paznokcie są krytykowane, ale też makijaż czy ubiór. Z jed-nej strony nauczyciele bądź po prostu osoby od nas starsze chcą, abyśmy wyrażali swoje emocje, uczucia, byli otwarci i tolerowali ludzi o odmiennych poglądach. Większości z nas wpajano od najmłodszych lat to,  że odmienność nie jest niczym złym (oczywiście jeśli nie wiąże się ona z krzywdzeniem uczuć in-nych). Dlaczego więc ludzie sami się do tego nie stosują? Z jakiej przyczy-ny w  erze tolerancji w szkołach za błahą rzecz, którą są pomalowane paz-nokcie, stawia się punkty minusowe? Czy jest coś złego w wyrażaniu samego siebie? Czy naprawdę ko-lor paznokci świadczy o naszym zachowaniu czy wychowaniu? Tolerancja to nie tylko akceptowanie innej religii, orientacji seksualnej lub poglądów politycznych, ale również stylu oraz upo-dobań. Więc jeśli mówi-my: "Jestem tolerancyj-ny", zastanówmy się, czy rzeczywiście jest to prawda. Julia Osowska IIIB Autobusy
bez zalet?


Godzina 8:39. Autobus spóźnia się już prawie 10 minut. Ludzie na przystanku nerwowo zerkają w swoje telefony. Robią się coraz bardziej zniecierpliwieni. Dodam, że jest bardzo zimno. 8:45 - wiatr zawiewa mocnej, a autobusu „ani widu, ani słychu”. Połowa osób zrezygnowała z bezowocnego czekania i udała się w swoim kierunku. Natomiast ja wróciłam do domu. No dobrze, nie przesadzajmy - autobusy mają jedną zaletę. Są tańsze i wydajniejsze - za niską cenę można spokojnie poruszać się po mieście. Ale czy na pewno? Będąc stałym klientem Miejskiego Zakładu Komunikacji, doświadczyłam wielu przygód związanych z pojazdami MZK. A to jeden nie przyjechał, a to inny się zepsuł podczas jazdy, a to kolejny przytrzasnął kogoś w drzwiach. Byłam nawet świadkiem zderzenia się tramwaju z samochodem! Lecz autobus jest maszyną, a jak wiadomo, maszyny się psują. Prawdziwymi „złoczyńcami” są oczywiście kierowcy. Nie wiem dlaczego, ale naj-większą przyjemność czerpią oni ze spieszących się ludzi. Biegnie taki człowiek, myśli, że jeszcze zdąży, a tu nagle drzwi zamykają się i auto-bus odjeżdża. A kierowca uśmiechnięty od ucha do ucha. Lecz to dopiero w środku zaczyna się prawdziwa „walka o przetrwanie”. Szczęśliwi ci,  którzy jeżdżą mało popularnymi liniami autobusów. Oni nie muszą „walczyć” o miejsce siedzące. Nie muszą stać ściśnięci między ludźmi i nie muszą bać się o swo-je portfele. Nie wspomnę już o babciach, które ze swoimi wielkimi tor-bami pchają się do wyjścia jeszcze pół kilometra przed przystankiem. Ponoć legenda głosi, że kiedyś jakiś autobus przyjechał punktualnie, w środku były wolne miej-sca siedzące, a kierowca miał wydać z dziesięciu złotych. Podobno w każdej bajce jest ziarnko prawdy. Gabrysia Glemp IIIB Michał Betlejewski IIIB Bez polityki?
Jakim miłym urozmaiceniem jest możliwość napisania czegoś "od siebie" po egzaminach, rozprawkach pigułkami popychanymi. Uzewnętrznić się, zaskoczyć i dać się ponieść kreatywności "lekkiego pióra".


Sprawa może i wyczekiwana, ale jednak nieprosta, gdy ma się w głowie pustkę niezakłóconą żadną konstruktywną myślą. Za oknem pogoda nastraja raczej do beztroskiego letargu niż pisania czegokolwiek, a tu się trzeba popisać felietonem. Dla przerwania stagnacji i poprawienia nastroju włączyłem radio. Muzyka na chwilę oderwała mnie od ko-łaczących myśli, ale gdy rozpoczęły się wiadomości, znów rzuciłem się w wir pracy. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to oczywiście polityka. Temat na pewno bogaty, lecz któż nie jest nim znużony? Spojrzałem na rozpoczętą niedawno książkę. Masońska pieczęć „łypała” na mnie krwistą czerwienią. Moje myśli powędrowały jednak nie za fikcyjną akcją lektury, lecz za marzeniem z być może równie nierealnej rzeczywistości. Chciał-bym mianowicie, by powstała "Narodowa ustawa o czytaniu". Podobna do tej, jaką wprowadzono w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Szejk Chalifa ustanowił, iż obywatele monarchii mają czytać co najmniej dwadzieścia książek rocznie, a naj-młodszym dziesięć tytułów czytać mają rodzice. Cel jest dość ambitny - sprawić, by dla społeczeństwa czytanie stało się codziennym nawykiem. Mało tego, prawo obliguje pracowników sfery publicznej do czytania co dzień w pracy materiałów dotyczących ich rozwoju. Do tego państwo zapowiedziało zniesienie podatku z handlu książkami i otwieranie bibliotek w cen-trach handlowych. Każdy noworodek otrzyma tak zwaną literacką wyprawkę w języku angielskim bądź arabskim. Dodam, że tych hojnych prezentów nie wolno obywatelom niszczyć. To istotny zapis, zwłaszcza że to kraj ludzi ubogich, z kolei nieliczne elity są bardzo majętne i stać je z pewnością na niejedną pozycję literacką. Wracając nad Wisłę, wielkim krokiem naprzód byłoby już samo obniżenie podatku, zarówno na powieści, jak i czasopisma naukowe. Tym bardziej dziś, kiedy surowca na ich drukowanie jest aż nadmiar. Guru od gospodarki, wicepremier Mateusz Morawiecki, zachęca ostatnio polskich studentów londyńskich uczelni, by wracali do Ojczyzny, bo tu życie i nauka tańsze. Niech odważnie "rzucą się" na falę nowego życia gospodarczego w Polsce. Cóż, lasy zostały wycięte, więc może horyzonty są szerokie? A miało nie być o polityce... Czarny zegar cz.1



Moje dzieciństwo było dziwne. Mieszkałem w posępnym zameczku w środku wielkiego boru. Moi rodzice byli zawsze cisi i przygaszeni, a jeśli rozmawiali, to tylko szeptem. Nigdy nie słyszałem śmiechu. Znałem go tylko z kolorowych książek, których kilka chowałem pod łóżkiem. Czasami jednak udawałem się z mamą do ogrodu i bawiliśmy się. Wtedy powietrze wibrowało bezgłośną radością. Aczkolwiek były dni przepełnionę grozą, w wieku 15 lat odkryłem, że zawsze 13. dnia pierwszego miesiąca każdego kwartału dokładnie o 12:00 w nocy zjawiał się tajemniczy gość. Nigdy nie mogłem go zobaczyć, ponieważ byłem zamykany we własnym pokoju po drugiej stronie domu. Jednak słyszałem, co dzieje się w jadalni. Kroki, krzyki, czasami głośne uderzenia. I po każdych odwiedzinach zauważałem niewielką zmianę w pokoju. Nowy świecznik, łyżka, same drobiazgi. Lecz ta noc była inna. Przykładając ucho do desek, usłyszałem płacz matki i dziwny głos gościa: - Czas jest twoim największym wrogiem. Tym razem w jadalni stanął masywny, czarny zegar. Zauważyłem podczas śniadania, że przeraża on rodziców. Patrzyli na niego z nieukrywaną wrogością. Kiedy zbliżał się 13. dzień miesiąca, postanowiłem, iż to będzie ta noc, podczas której poznam tajemniczego wizytatora. Ukryłem się za zasłonami i wyczekiwałem. Gdy zegar wybił dwunastą, usłyszałem głos: - Wyjdź zza kotary, chłopcze. Posłusznie wykonałem rozkaz. Postać była niesamowicie wręcz wysoka, okryta czarnym płaszczem. Bałem się, podświadomie czułem, iż nie jest on człowiekiem. Bezgłośnie poprosił mnie, abym usiadł, i podsunął mi album. Z przerażeniem wpatrywałem się w mnogość zdjęć moich rodziców z różnych epok i wieków.  To już ich trzydzieste życie. Ten zegar wyznaczy ich koniec - usłyszałem głos w swojej głowie. cdn. Oiwia Wydra IIA Kobiety kontra reszta świata
W dzisiejszych czasach chyba każdy ma świadomość, że kobiety od dawna walczą z płcią przeciwną zarówno o swoją pozycję zawodową, jak i społeczną. Typowym dla społeczeństwa stereotypem jest postrzeganie kobiety jako gosposi domowej, która powinna tylko gotować, sprzątać i zajmować się dziećmi. Za to mężczyźni zarabiają na rodzinę... BZDURA!


Większość kobiet jest niezależna od  swoich partnerów i stara się, aby domowe obowiązki były podzielone po równo. Lecz może lepiej, żeby faceci nie zbliżali się do kuchni, ponieważ nie chcemy, żeby skończyło się to po-żarem, prawda? Zastrzeżenie "tylko dla mężczyzn'' lub " tylko dla kobiet'' to sprawa szcze-gólnie złożona, bo na pewne aktualne trendy rynkowe i społeczne na-kładają się rozmaite historyczne zaszłości. Idea separacji płci niekoniecznie zawsze jest wyborem. Kiedyś była wynikiem religijnych na-kazów. Przez długie wieki wiele dróg kariery i rozwoju było dla kobiet zamkniętych ze względu na płeć. Nie mogły uczyć się, pracować, uprawiać sportu ani służyć w wojsku. Stąd rozumienie wza-jemnych emocji i umiejęt-ność udzielenia sobie wsparcia w chwilach kry-zysu jest znacznie bar-dziej rozwinięta między kobietami. Nazywana po wielokroć "solidarnością jajników'' faktycznie istnieje i udo-wadnia, że dziewczyny mają w sobie wsparcie Przykładem na to jest współczucie okazywane zmarłej w Egipcie Magda-lenie Żuk, która mogła stać się ofiarą gwałtu i przemocy ze strony ob-cych mężczyzn. Obywatel-ki robią wszystko, aby sprawa jak najszybciej została doprowadzona do końca, i tworzą różne organizacje, aby taka sytuacja już nigdy się nie powtórzyła. Kobiety nie mogą lecieć do tamtego kraju na wakacje same, to zbyt duże zagrożenie. No cóż... Mężczyźni się jednak przydają. Najbardziej kontrower-syjnym tematem dotyczą-cym seksizmu są sprawy zawodowe. Dlaczego poli-cjantki otrzymują mało ważne zlecenia? Dlaczego sekretarki są postrzegane jako baristki dostarczające kawę swoim szefom? Dlaczego awans kobiet jest uważany za coś, na co musiały sobie prywatnie u pracodawcy "zasłużyć''? Chyba każdy wie, co mam na myśli... Faktem jest to, iż męż-czyźni decydują w więk-szości spraw dotyczących kobiet. Gdyby role były podzielone i kobiety decy-dowałyby o życiu panów, wtedy słowo „dyskrymina-cja” wymarłoby jak dinozaury. Sandra Ejankowska IIIB Zosia Olejnik IIB
Razem można zniszczyć najgrosze zło... Dramione cd.


- Muszę odnaleźć Hermionę! Ona poszła tam sama! - Ona cię tutaj deportowała? - Draco kiwnął głową. - To dlaczego wcześniej nie powiedziałeś jej, że chcesz iść z nią? - Byłem głupi! Powiedziałem, że nie ma uzasadnionych powodów, żeby iść szukać Harry'ego,  ona deportowała mnie tutaj... Nie pomyślałem, że ona zdecyduje się w końcu pójść sama! Już wszystko rozumiem, ale ja nie mogę się stąd deportować! To może przełamać nasze zaklęcia ochronne... Draco, który wcześniej patrzył na Billa,  spuścił głowę i  teraz wlepił wzrok w piasek. -  Może wejdziesz do nas do domu na kolację? Mamy wolny pokój na piętrze - zaproponował Bill. Draco bez słowa wstał i zaczął iść w stronę domku. Bill ruszył za nim. Draco wszedł do środka. Jego oczom od razu ukazała się mała, ale prak-tyczna kuchnia, w której stał stół z kolacją,  a przy nim siedzieli Fleur, Ron i Ginny. Wszyscy podniesli na niego wzrok.



- Smacznego - powiedziała Fleur. Draco powoli usiadł na jednym z krzeseł i położył sobie kawałek kurczaka na talerzu. Do nikogo się nie odzywał. - Właściwie to gdzie jest Hermiona? -   zapytał Ron. Draco nie odpowiedział. Myślał tylko o sposobie dostania się do Zakaza-nego Lasu. -  Draco? - zapytał powtórnie Ron. - Daj mu  spokój, Ron. Wszystko wyjaśnię ci po kolacji - rzekł Bill. Przez jakiś czas wszyscy jedli w milczeniu. Nagle Bill zerwał się z krzesła. Wyglądał, jakby doznał olśnienia: - Fleur, mamy jeszcze świstoklik?  - Mamy... - odpowiedziała zbita z tropu Fleur. Draco podniósł głowę i spojrzał na Billa. - Właściwie gdzie jest Harry? -  zapy-tała Fleur. - Nie zadawaj pytań, potem ci  wszystko wyjaśnię. Chodź, Draco, wymyśliłem coś. *** Chłopcy weszli do łazienki. Była dosyć skromna. Na ścianie widniała niebies-ka tapeta, podłoga była wyłożona kafelkami. Bill podszedł do starej mydelniczki i powiedział: - Oto moja propozycja. To świstoklik. Przeniesie cię do hangaru na łodzie - powiedział Bill. -  Wyrusza o pełnej godzinie. Zaraz przyniosę ci kilka ubrań. Za 15 minut startuje. Draco nie odpowiedział. Bill nie wracał dłuższą chwilę. W końcu, 5 minut przed startem, przyniósł mu sporo ubrań. Draco spojrzał na niego dziwnie i wykrzywił twarz w grymasie. -  Ja...- zaczął Bill.- Fleur odkryła, o co mi chodzi. Nalegała, żebyś wziął coś dla Hermiony. Draco ponownie nie odpowiedział. Stali tak kilka sekund, które zdawały się trwać wieczność. W końcu Bill oddał ubrania Draconowi, który pospiesznie je zmniejszył i włożył do obu kieszeni. -  Ja... Nie wiem, co powiedzieć - rzekł Dracon. - Gdyby nie ty,  Her-miona mogłaby już do mnie nie wrócić... -  Nie ma sprawy. W takich sprawach się pomaga. Teraz najważniejsze, żebyś ją znalazł. Jeśli będziecie dość silni, postarajcie się znaleźć Harry'ego. Jeśli miałoby to was kosztować życie, wróćcie tutaj. Draco pospiesznie złapał świstoklik, bo zorientował się, że już zaczyna świecić. Nagle wszystko się rozmyło i po chwili leżał w hangarze na łodzie. Wszędzie widać było przebłyski świateł i słychać narastający krzyk. cdn. Oskar Szuryga IIIB W duchu wolności... Od najmłodszych lat wiedziałem, że chcę być szefem dla samego siebie. Nie lubię, gdy jestem od kogoś zależny, uwielbiam działać na własną rękę, a przy tym chciałbym zbijać majątek. Chciałbym założyć firmę, kiedy już wejdę w dorosłe życie. Od jakiegoś czasu szukałem odpowiedniej formy i pomysłu na działalność gospodarczą oraz sprawdzałem, czy te pomysły, których mam pełno w głowie, zostały już wdrożone w życie.
Coraz częściej młodzi Polacy decydują się na założenie biznesu. Kto by nie chciał posiadać ogromnego majątku i spełniać swoich zachcianek? Poza tym własna firma pozwala realizować każde marzenie zawodowe. Nie od dziś wiadome jest to, że praca, którą lubimy wykonywać, to sama przyjemność. Jednak, aby dojść do tego wszystkiego, trzeba bardzo ciężko pracować. Młodzi zazwyczaj rzadko myślą o takich sprawach.


Mają głowy pełne innowacyjnych i niespotykanych pomysłów, które chcą wdrożyć w życie i zarobić na nich krocie. Wielu moich znajomych na pytanie: „Co chcesz robić w przyszłości?”, odpowiada: „Mieć własną firmę!”. W ostatnim czasie licealiści, gdy wejdą w dorosłe życie, decydują się wystartować z własnym biznesem, ale częstym problemem są niewystarczające środki finansowe. Niestety prawo nie jest przychylne dla raczkujących przedsiębiorstw: wysokie opłaty początkowe, podatki itp. Świetnym rozwiązaniem tego problemu jest założenie startupu. Są to coraz częściej spotykane na polskim i światowych rynkach przedsiębiorstwa. Myślę, że naj-lepiej, gdyby zmieniono prawo, aby było bardziej przychylne dla młodych przed-siębiorców. W końcu niestety albo stety jesteśmy przyszłością, która będzie pracować na emerytury naszych rodziców. Młodzi Polacy jeszcze w czasie nauki zakładają pierwsze firmy, bo liczą, że po jakimś czasie będą przynosić konkretne zyski, a oni sami będą mieli łatwiej w życiu. Poza tym chcą być niezależni od swoich rodziców - w końcu stają się dorośli. Ich częstym marzeniem jest to,  aby nie martwić się o pieniądze w czasie studiów, mieć własne super urządzone mieszkanie i jeździć najlepszej klasy autem, ale na to wszystko trzeba ciężko pracować. Niestety często startupy i młode firmy upadają, gdyż są źle zarządzane. Bardzo często słyszymy w mediach o sukcesach raczkujących firm, lecz większość takich przedsiębiorstw upada. Młody Polak chce być swoim własnym szefem. Zapewne ma na to wpływ to,  że wszyscy urodzeni po 1989 roku zostali wychowani w duchu wolności. Większość deklaruje pozytywne nastawienie do  przedsiębiorczości, ale poza pokoleniem, które teraz uczy się lub studiuje, chęci reszty społeczeństwa do założenia firmy są znikome. A co, gdy się zestarzejemy?
Ostatnio siedząc z rodzicami w kawiarni i jedząc ulubione lody, zauważyłam pewną zależność między wiekiem człowieka a jego zachowaniem.


Obok naszego stolika spostrzegłam pewną staruszkę o siwych włosach z towarzyszką w swoim wieku. Z pozoru miłe kobiety kilka minut później stały się irytujące oraz marudne. Gdy wszyscy spokojnie rozmawiali, zajadając się pysznymi lodami, owa pani zwróciła się w stronę mojej rodziny, informując, że moja młodsza siostra jest nie-wychowana, gdyż za głośno odsunęła krzesło (co w rzeczywistości nie miało miejsca), a kobieta nie życzy sobie takiego zachowania, ponieważ przyszła tu porozmawiać. Rodzice szybko zainter-weniowali i wymienili się argumentami ze staruszką. Po całej sytuacji kobieta nie przeprosiła, tylko dalej siedziała zadufana w sobie. Z całym szacunkiem, rozumiem, że starsze osoby czują się ważniejsze, ponieważ więcej w życiu przeszły, ale wszystko ma swoje granice. Żeby krytykować dziecko za to, w jaki sposób odsunęło krzesło? A teraz wyobraźmy sobie sytuację, kiedy jedziemy autobusem o godzinie 15:00. Siedzimy sobie spokojnie w niezatło-czonym pojeździe, a z słuchawek leci nasza ulubiona muzyka. Nagle do auto-busu wchodzi staruszka. Staje nad tobą i wbija w ciebie wzrok, tak jakby chciała cię zabić. Najpierw sprawdza, jak wyglądasz, potem z kim piszesz, a na końcu z oburzeniem informuje cię, że jako młoda osoba masz obowiązek ustąpienia jej miejsca (mimo że wszystkie siedzenia są wolne!). I co robisz w tej sytuacji? Siedzisz dalej i nie reagujesz, czy jednak wstajesz i w tym momencie okazujesz skruchę, potwierdzając jej mniemanie, że to jest twój obowiązek? Przez dłuższy czas nie mogłam pojąć, jak to jest, że ludzie z wiekiem robią się coraz bardziej marudni i niemili. Na początku mój wniosek był taki, że z każdym rokiem tracą chęć do życia. Ale tak nie jest, bo spójrzmy na to z pewnej strony. Mamy po 16 lat, czekamy do pełnoletności, bo wtedy będziemy mogli podróżować, żyć na własną rękę, nie pytać się o nic rodziców i wtedy obudzi się w nas chęć życia zgodnie z zasadą „carpe diem”. Chęć do życia rośnie czy maleje? Będziemy żyć tak do momentu, kiedy zrozumiemy, że chcemy się ustatkować. Postanowimy założyć rodzinę, swój własny dom, niektórzy nawet firmy. Kiedy jeszcze dziesięć lat temu wydawało nam się, że jesteśmy spełnieni, kiedy od rodziców dostaliśmy nową zabawkę, to za dziesięć lat będziemy szczęśliwi, kiedy dowiemy



się, że nasz biznes się rozwija, w domu dobrze się wiedzie, a nasze dzieci są szczęśliwe. A co, jeśli za dziesięć lat będzie inaczej? Poczujemy się samotni, ponieważ nie założymy swojej rodziny, a rodziców nam zabraknie. Wspomnimy wszystkie chwile, kiedy liczyliśmy dni do osiemnastki, aby się usamodzielnić, i zdamy sobie sprawę, że te 17 lat, które przeżyliśmy, to były najlepsze lata z całego naszego życia. Za te 30 czy 40 lat usiądziemy z przyjaciółką w kawiarni, wspominając te swoje najlepsze chwile i będziemy się cieszyć ze szczęścia innych, a zwłaszcza z tego, że nie są samotni. Ale z pewnością my też będziemy mieli takie dni, kiedy zabraknie nam kogoś bliskiego i wtedy z czystej zazdrości skrytykujemy kogoś innego. Oliwia Maliszewska IIIB Internet - legalna używka?
Nieubłaganie zbliża się lato. Czas, który większość ludzi, szczególnie tych najmłodszych, w wieku szkolnym, kojarzy jednoznacznie z błogim i bez-troskim wypoczynkiem. Niestety każdy inaczej rozumie to sformułowanie...


W dzisiejszych czasach, w dobie zaawan-sowanych technologii, coraz  lepszych komputerów, pozwalających cieszyć się szybszym działaniem i bardziej dopra-cowaną grafiką, oraz z każdą chwilą doskonalszych telefonów, prześcigających obecnie swoimi parametrami jednostki PC nawet sprzed niespełna 10 lat, ludzie coraz częściej znajdują pocieszenie w wir-tualnym świecie. Tak jak kiedyś co-dziennym widokiem, zwłaszcza w wakacje, były podwórka pełne dzieci i młodzieży, grających w piłkę nożną bądź w klasy, tak dzisiaj boiska są całkowicie puste, w przeciwieństwie do stanowisk przed komputerami... Chociaż z pewnością wszyscy psycholodzy i pedagodzy stanowczo stwierdzą, że jest to co najmniej groźne, to ja jednak postaram się podać parę argumentów, zarówno przeciwko jak i w obronie tych towarzyszących nam od stosunkowo niewielu lat wynalazków, jakimi są sieć internetowa i komputery osobiste. Niewątpliwym argumentem „przeciw” jest wzrost bezrobocia, wiążący się z coraz  szybszym rozwojem sklepów inter-netowych. Ostatnio w Polsce pojawiła się nawet moda na robienie zakupów spożywczych tą właśnie drogą! Ja sam wiele razy przyłapywałem się na pewnego rodzaju przywiązaniu do tego typu transakcji. Często zamiast normalnie przejść się po różnych sklepach, od razu siadam do komputera, gdzie szukam potrzebnych mi rzeczy… Myślę również, że każdy doskonale zdaje sobie sprawę z oskarżeń wysuwanych przez niektórych ludzi w stronę Internetu i wszelkich innych technologii o szerzenie niewłaściwych treści i żądających ocen-zurowania odpowiednich stref nie tylko w sieci, ale i  innych środkach masowego przekazu. W moim odczuciu człowiek powinien sam decydować o swych działaniach i konsekwentnie brać na siebie ich ewentualne skutki. Odchodząc trochę od tego konkretnego zagadnienia, wydaje się, że nawet jeżeli wskażemy pewne wady, to jednak fakt dostępu do nie-ograniczonej liczby informacji, wolność wypowiedzi czy rola niezbędnego dziś narzędzia dla naukowców i przedstawicieli wielu innych ważnych zawodów wydaje się niepodważalnie uzasadniać jego potrzebę. Bo czy ktokolwiek radykalnie powiedział, że Internet jest kompletnie bezużyteczny?



Na sam koniec przytoczę jeszcze pewną śmieszną anegdotę z życia wziętą. W dużym centrum handlowym, na ławce otwarcie dyskutowali dwaj mężczyżni, naj-prawdopodobniej ojciec z synem. Starszy z nich zadał młodszemu pytanie: „A co ty byś zrobił, gdyby nagle zepsuł ci się komputer, telefon i reszta tych twoich sprzętów?”, na co młodzieniec z przekorną miną, tłumiąc w sobie bezceremonialny wybuch śmiechu, odpowiedział: „No wiadomo, kupiłbym sobie nowe w Internecie!” Piotr Krupiński IIIB Tylko ona może uratować miasto... Recenzja "Potwornej" MarcyKate Connolly
"Potworna" od samego początku bardzo mnie wciągnęła. Recenzja była bardzo intere-sująca. Stwierdziłam, że książka może być dobra... :)


Książka została napisana prostym i zrozumiałym języ-kiem. Pierwszoosobowa narracja i wciągająca fabuła pozwalają nam łatwo prze-nieść się w świat "Potwornej". Książka opowiada historię Kymery, która nie jest w pełni człowiekiem, lecz kiedyś nim była. Ojciec powołał ją do życia, stwarzając z niej hybry-dę. Ma ogon, skrzydła i wiele innych zwierzęcych ele-mentów. Dziewczyna mieszka z ojcem w domku otoczonym wielkim labiryntem w po-bliżu miasta Bryre, które jest skażone klątwą czarno-księżnika. Złe zaklęcie dotyczy dziewcząt zamieszkałych w mieście. Wywołuje ich chorobę, powoli je zabierając. W ten sposób dziewczyna w poprzednim życiu zmarła. Kymera, po wielu szkole-niach, jest powołana do rato-wania dziewcząt z Bryre. Ma  je dostarczać ojcu, bo męż-czyzna wynalazł dla nich odtrutkę. Po  wyleczeniu dziewczęta są wywożone do jakże pięknego miejsca, znanego jako Belladoma. Kymera codziennie czyta książki, przede wszystkim baśnie. Pewnego dnia przed uratowaniem kolejnej dziew-czynki postanawia polecieć do ogrodów pałacowych. Ma  się ukrywać, nie może ujawnić swoich zwierzęcych cech. Kymerze bardzo się podoba ogród, więc zaczyna codzien-nie do niego przylatywać. Spotyka tam chłopaka, który niestety ją zauważa. Dziew-czyna ucieka, ale nadal przylatuje do ogrodu, o ni-czym nie wspominając ojcu. Chłopak zaczyna jej zostawiać róże przy fontannie. Kymera kocha te kwiaty, więc zawsze je zabiera. Niestety chłopak pewnego razu zauważa ją i odzywa się do niej, kiedy podchodzi do fontanny. Dziewczyna jest przerażona, nic nie odpowiada na pytania chłopaka. Ucieka. Do czego doprowadzą te spo-tkania i rozmowy? Co rzeczy-wiście się dzieje z uratowa-nymi dziewczętami? Odpo-wiedź na te pytania znaj-dziesz, czytając "Potworną" MarcyKate Connolly. Jeśli lubisz książki i filmy, a nie wiesz, co obejrzeć lub przeczytać, nie potrafisz znaleźć czegoś w swoim stylu, zapraszam na moją stronę! Dowiesz się wielu ciekawych rzeczy i odkryjesz nowe tytuły książek i filmów! Nie oceniaj książki po okładce :) ! https://sophie555.wixsite.com/booksworld Zapraszam :)  Zosia Olejnik IIB Nadmorska integracja

#wycieczkadokrynicy #fajnazabawa #ilovemorzebałtyckie Po drodze "zdobyliśmy" zamek krzyżacki w Malborku.

W dniach 17-19 maja odbyła się międzyklasowa wycieczka do Krynicy Mor-skiej. Pojechali na nią wybrani uczniowie z klas integracyjnych nasze-go gimnazjum. Wyruszyliśmy o 8:30 . Po drodze odwiedziliśmy słynny zamek krzyżacki w Malborku. W Krynicy zostaliśmy zakwaterowani w domku letniskowym. Rozpakowa-liśmy się i zaczęliśmy zwiedzać nasz tymcza-sowy dom i  poznawać zasady w nim panujące. Po  około 40 minutach zebraliśmy się w pełnej gotowości, aby iść na plażę. Plaża okazała się być miejscem dużym i spokoj-nym, a pogoda była tak piękna, że ledwie mogli-śmy się powstrzymać od natychmiastowego wskoczenia do wody. Większość zdecydowała się zamoczyć tylko do ły-dek, choć znaleźli się się i tacy, którzy poszli na ca-łość. Kiedy wracaliśmy z plaży, zdarzyła się niepowtarzalna okazja, aby zobaczyć lochę z warchlaczkami, czyli samicę dzika z mło-dymi. Na szczęście dziki nie miały wobec nas złych zamiarów, a chciały jedy-nie dostać się do innej części lasu, chociaż nie-którym z nas napędziły strachu. Wieczorem wy-braliśmy się do przystani nad Zalewem Wiślanym, gdzie zostaliśmy niespo-dziewanie zaatakowani przez tysiące komarów i meszek. Na zakończenie tego dnia odbył się grill w towarzystwie masy tych irytujących owadów. Po  kolacji chłopcy zo-stali poproszeni o zniesie-nie naczyń, zaś dziewczy-ny o ich umycie. Następnego dnia od razu po śniadaniu znów udaliśmy się na plażę, gdzie spędziliśmy prawie cały dzień. Sandra Kołodziejska i Natalia Nalaskowska IA



W "antrakcie" plażowania skusiliśmy się na lody, które, jak wiadomo, są  najlepsze na gorące dni. Gdy wracaliśmy z plaży, wstąpiliśmy do restauracji na obiad. Co ciekawe, pra-wie wszyscy wybrali kebab. Wieczorem ponownie poszliśmy do miasta, aby zakupić pamiątki. Po po-wrocie znowu odbył się grill, tym razem w ape-tycznym "towarzystwie" czterokilogramowej kieł-basy. Ostatniego dnia urządziliśmy „pożegnanie z morzem”: wszyscy wskoczyli do wody, gdzie zaczęła się „wodna wojna”. Gdy w końcu wyszyliśmy, po raz ostatni spojrzeliśmy na Bałtyk. W drodze powrotnej mieliśmy przerwę obia-dową w McDonaldzie. Gdy szczęśliwie dotarliśmy do Torunia, odetchnęliśmy z ulgą po skończonej po-dróży, choć już każdy zaczynał tęsknić za Kry-nicą Morską. TO MY! REDAKCJA "Strzału w 10", czyli... W telegraficznym skrócie... Uczymy się pomagać!



Zosia Sut IA Sandra Kołodziejska IA Natalia Saj IIA Zosia Olejnik IIB Oliwia Wydra IIA Zosia Papińska IA Natalia Nalaskowska IA i p. Ewa Ferfecka Odpoczywamy po cięzkiej pracy nad tym numerem gazetki i po całym roku szkolnym :) 7-13.05. wymiana uczniowska w Bad Nauheim (Niemcy) w ramach projektu Erasmus + *** 20.05. Dzień Otwarty, czyli sobota w szkole. Gry, doświadczenia, roboty, pokazy i smakołyki z różnych krajów. *** 1.06. Międzyklasowy Turniej Rekreacyjno - Sportowy z okazji Dnia Dziecka. 20.06. Solidarni z misjami - spotkanie z siostrą zakonną pracującą w Boliwii. *** 20.06. Apel podsumowujący II semestr *** 21.06. Dzień Zrównoważonego Rozwoju *** Z ostatniej chwili: WAKACJE! "Czyścimy nasza szafę" Zbiórka używanej odzieży dla potrzebujących. 15-26.05. Zbiórka artykułów pielę-gnacyjnych dla Hospicjum "Nadzieja". 5-13.06. Zbiórka książek, gier i puzzli dla pacjentów szpi-tala dziecięcego. Akcje te koordynowały p.M.Lewicka, p.J.Kręże-lewska, p.A.Dobielska, p.A.Wyszogrodzka - Kubiak. Okładka: fot. Natalia Saj IIA