Musisz zainstalować flash player pobierz instalator












Święta, święta.. i po świętach Taak, coś mówiłem, że wydam ten numer w grudniu... a wyszło, jak zwykle. Witam Was wszystkich podczas pisania tego tekstu dnia trzeciego lutego. Przestaję już obiecywać terminy, bowiem nie zależy to ode mnie - gazetki z ośmioma artykułami, a tyle przyszło na czas, nie puszczę. Z racji naprawdę długiego czasu na nadsyłanie tekstów - mamy takowych sporo, mianowicie: szesnaście. W tym parę naprawdę długich, co plusuje jeszcze bardziej. Poczytacie o nowej adaptacji Igrzysk Śmierci, tenisie, pociągach, telewizji, książkach, radiu, muzyce, Amnesty International, traficie też na dwa wiersze. Postaraliśmy się tym razem, choć nie na czas. Tradycyjnie zapraszam do pisania do nas - gazetavaria@gmail.com Brohoof. Smoq, kapłan Tęczowych Wombatów. Skład: Ola Kielewska Bartek Klus Ola Banach Agata Adamus Wiktoria Piotrowska Filip Iwanowski Maciek Chojecki Smoq Marta Sikora Adam Piwoński Adaś Charif Julek Wnuk Joanna Kołowiecka Trubadur Anonim (?) Oraz, gościninie, absolwentka: Karolina Blachowska



Stwórz własną opowieść Story Cubes to rewelacyjna gra. Oferuje 9 podstawowych kości, różniących się od siebie, oraz 27 dodatkowych. Rozgrywka jest niewiarygodnie prosta i wciągająca: rzucamy kośćmi i, wysilając swoją wyobraźnię, musimy ułożyć historię na temat dziewięciu obrazków. Mamy ponad 10 000 000 kombinacji i niezliczoną ilość opowieści. Gra jest świetna, mobilna i prosta. Zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie, choć czasami jeżeli mamy chęć opowiedzenia spójnej historii na dany temat - jest to dość trudne, lub nawet niewykonalne, ale to część zabawy. Warto zapisywać nasze opowieści, aby później sobie powspominać. Story Cubes to nie tylko dobra zabawa, ale także rewelacyjny pomysł na ćwiczenie wyobraźni i szybkiego myślenia. Jednym z ciekawszych rodzajów rozgrywki jest



tworzenie "Megaopowieści" oznacza to, że musimy ułożyć od dwóch do pięciu zdań dotyczących danego obrazka. Gdy skończymy układanie zdań o kościach, następna osoba kontynuuje naszą opowieść. I tak aż do znudzenia. Przykład klasycznej opowieści, podkreślone słowa nawiązują do obrazków na kości: Kiedyś widziałem dziwne stworki, które zawsze się uśmiechają, przybijają piątki i strzelają z łuków. Gdy ciemna noc zapadnie, siadają na łąkach usianych kolorowymi kwiatami, rozpalają ognisko i rozmawiają o fontannach i piorunach. Bywają także opowieści nie mające sensu Pewnego dnia wyczarowałem blok, w którym mieszkały ryby nie lubiące fontann i wody. Rzadko grały w kości, wolały handlować, a oszczędności wraz z towarem zamykać w sejfach. Słabo widziały, dlatego nie używały zegarów. Maciek Czy taki piękny ten kraj? ,,Piękny Kraj“ to książka Alana Averilla, łapie się do gatunku sciencefiction i osadzona jest w niedalekiej przyszłości, w USA i Australii. To niesamowita historia, opowiadająca o parze, która stara się przezwyciężyć strach i powstrzymać apokalipsę Niejaki Takahiro O’Leary, były prowadzący programu survivalowego, zaczął pracować dla tajnej firmy milionerów - Axon - która zmierza zbudować Maszynę służącą do podróży w czasie i przestrzeni. Twórca wehikułu ma wobec niej inne, złe plany. Fabuła skonstruowana jest w troche niezrozumialy sposób, lecz zachęca do dalszego czytania. Dwa różne charaktery głównych bohaterów uzupełniają się znakomicie, do tego dochodzą świetne dialogi z



nutą optymistycznego humoru. Wszystkiego dopełniają realistyczne opisy środowiska i mrocznych postaci. Chętnie polecę tę książkę znajomym, bo - na szczęście - nie mogę dopatrzeć się minusów w fabule i postaciach. Zapaleni czytelnicy SiFi i Fantasty z chęcią sięgną po ten tytuł. Adam Piwoński Stara nora W poprzednim artykule pisałem o Pesie i o Newagu. Teraz przyszedł czas na kolejne fabryki - także bardzo bogate w łupy - jednak nieco starsze. To z nich pochodzi większość klasycznego taboru z lat 70'-90' XX. wieku. Maszyny z tych fabryk cechują się szczególną trwałością i starannym wykonaniem - niektóre z nich pracują na swoich liniach już 45 lat. Przyjrzyjmy się im z bliska. W starej norze znajdziemy trochę porzuconych kości, mięso, a przede wszystkim miękko wyścielone sianem podłoże - ktoś tu dobrze gospodarzył. Mówić będziemy długo, bo nora ta stara, lecz ciekawa - obiecuję - tuneli dużo, a spiżarnia pełna. Mowa o fabryce PaFaWag w Poznaniu i Konstal w Chorzowie. Zacznijmy od Konstalu, bowiem przykłady ich produkcji można mnożyć i potęgować bez końca. Są nimi otaczające nas tramwaje 105N, zwane akwariami z powodu nowego pomysłu: panoramicznych, dużych okien. Niuansem w taborze jest także geometryczny kształt wagonu. Cóż tu dużo pisać - widzimy je na co dzień, znamy na pamięć. Starszym i mniej znanym tramwajem chorzowskiej fabryki są wagony 13N, wyprowadzone z użytku w Warszawie niedawno, bo jesienią 2012r. - czyli rok temu. Charakterystyczne zaokrąglone kształty, ustawiona pod kątem przednia szyba i harmonijkowe drzwi zapamiętałem na długo (kiedy miałem 7 lat



doświadczyłem siły tych drzwi - przycięły mnie boleśnie), a sam byłem zafascynowany urokiem maszyny. Jeśli wspominam o 13N, to powinienem także powiedzieć wam o innym niezwykle zacnym wagonie - jest nim 102N. Połączone przegubem dwa wagony z charakterystycznym prostokątnym przodem, wykorzystywane podobnie, jak 13N podczas okolicznościowych imprez Tramwajów Warszawskich, wciąż zadziwiają i cieszą oko. Dosyć już o tramwajach; czas na tabor kolejowy. Tu też nie trzeba daleko szukać. Wystarczą składy Alstom Metropolis, kursujące w na linii Metra Warszawskiego. Lekko schylony przód, zwyczajne, białoczerwone ściany z niebieskim paskiem. Znamy je z częstych podziemnych podróży. Możemy, więc przyznać bez bicia, że z taborem Konstalu stykamy się na co dzień, oraz, że czasami nieświadomie przyglądamy się tramwajom, które służą w komunikacji miejskiej już 40 lat. Teraz troszeczkę o dzisiejszym Konstalu. Dziś składów wyjeżdżających z fabryki rodzimą produkcją nazwać nie możemy - jest on częścią francuskiego koncernu Alstom produkującego składy metra i tramwaje, a jego dorobkiem są także technologie pociągów wysokiej



prędkości TGV. W polskiej fabryce Konstal produkuje się podzespoły do produkcji pociągów TGV, tramwaje, a także pociągi metra. Możemy więc wywnioskować, że nasza fabryka jest nowoczesna i stabilna, produkuje wszystkie produkty z oferty Alstomu (obejmującego około 75 zakładów na całym świecie i zatrudniającego ponad 93 tysiące pracowników). Dosyć o Konstalu; czas na PaFaWag - Państwowa Fabryka Wagonów jest jedną z największych i zarazem najstarszą fabryką taboru w Polsce i Europie. W tej norze łupu jest szczególnie dużo. Założona w 1832 roku jako zakłady naprawcze i produkcyjne dla Niemiec, przed wojną, LinkeHofmann Werke produkowała wagony, lokomotywy, konstrukcje stalowe oraz tramwaje. Po wojnie w latach 40' XX w. została upaństwowiona i działała jako Państwowe Fabryki Wagonów produkując EN55 ,EN57, EN71, EW 60, EW58, a także ED73. W telegraficznym skrócie są to składy trój- lub czterowagonowe, działające w ruchu regionalnym, podmiejskim i aglomeracyjnym. Są rodziną innych wagonów - kanciaste pudła wagonów ED z dwoma oknami z przodu, EN z wygiętym lekko dachem, zaokrąglonymi bokami pudeł oraz trzema oknami na przodzie. To wielki urobek tej fabryki, podane składy jeżdżą do dzisiaj (m.in. EN57, EN71 oraz EW60 i EW58). Choć powszechna opinia mówi, że są stare i do niczego się nie nadają (na złom) to jednak koleje remontują je i modernizują - Koleje Dolnośląskie rozpisały w październiku br. przetarg na modernizacje EN57,



który wygrał Newag na kwotę 9 mln złotych. Składy mają duże możliwości szczególnie w ruchu podmiejskim, stąd też spotkać je możemy zawsze na linii SKM Trójmiasto. Z powodzeniem fabryka produkowała także mocne lokomotywy. W tej fabryce powstały spalinowe ET22 i ET21 oraz EP08, EU07, EP09 czy EP23. Często je widzimy i regularnie kursują one na liniach pośpiesznych oraz międzynarodowych PKP Intercity. Przyszłość fabryki jest niepewna, bowiem od 2000. roku przejmują ją różne zagraniczne firmy. Najpierw halę produkcyjną kupił od państwa niemiecki AD Tranz produkując tam stalowe konstrukcje wagonów. W 2001. roku firmę kupił kanadyjski koncern Bombardier Transportation, produkujący w halach PaFaWagu konstrukcje lokomotyw. Jest jednak jedna hala niezagospodarowana - niewykupiona przez Bombardiera - ta niszczeje pozostawiona sama sobie. W następnym numerze opiszę kolejne dwie fabryki lokomotyw i taboru kolejowego - lokomotywy SM42 i większość wagonów kolejowych dla PKP. Czy już wiecie co to za fabryki? Adaś, Miłośnik kolei EXCISION Wyobcowana 17-latka, Pauline, ma spore kłopoty z przystosowaniem się do licealnego życia, zadowoleniem rodziców i pozbyciem się dziewictwa. Jej zainteresowanie ciemną stroną życia sprawia, że wszyscy się od niej odwracają. Pogrąża się, więc w świecie swoich fantazji o byciu chirurgiem. Exicision kojarzy mi się z ekscytacją, ekstazą, jednak po polsku znaczy tyle, co wycięcie lub wycinanie.W sumie po części tak jest. Pierwsze sceny z filmu pokazują powoli ciężko chorą na mukowiscydozę młodszą siostrę Grace. Po chwili poznajemy główną



bohaterkę. Pauline. Jest groteskowa, dziwna, bezpośrednia, a czasem po prostu chamska. Ma jedno marzenie - chce zostać chirurgiem. Pierwsze, co rzuca mi się na myśl: „Dlaczego rodzice nie wyślą jej do lekarza? Przecież na pierwszy rzut oka widać, że dziewczyna ma problem i potrzebuje psychiatry.” Rodzice wysyłają ją do księdza na sesje, aby tam mogła się wygadać i opanować swoje dziwactwa. Młodsza siostra Grace, która powoli umiera, jest ucieleśnieniem ich marzeń o tym, jaka ma być córka. Piękna, mądra. Niestety jest jedno ‘ale’ - umierająca. Pauline, odtrącana przez matkę i rówieśników pogrąża się w swoich fantazjach, które ją podniecają. Sceny z prawdziwego życia przelatują, czasem znajdą się obrzydliwe sceny rodem z jakiegoś chorego i taniego filmu pornograficznego. Wszędzie krew, odcięte części ciała, a wśród nich Pauline- pożądana przez wszystkich, piękna i podniecona tym widokiem. Ohyda, nieprawdaż? Końcówka mnie zaskoczyła. Była zwieńczeniem chorych myśli bohaterki i celu- uratowania siostry, ale reszty nie wyjawię. Film ukazywał według mnie zaniedbanie. Pauline była chora i trzeba było ją leczyć, ale do matki to nie docierało - była zbyt pogrążona w (prawie) idealnej córce; ojciec za to podporządkowany jej rządom, a Pauline we własnym świecie, który coraz bardziej ją izoluje. I te sceny ukazujące niekiedy psychozę dziewczyny. Film mnie trochę zaszokował, bo ja widziałam w nim głębszy sens niż tylko tani horror z dużą ilością krwi, porąbaną nastolatką i jej głupią matką. Ogólnie to dobry film i najbardziej z tego wszystkiego, oczywiście, podobał mi się pod względem gry i charakteryzacji Pauline. Myślę że warto go obejrzeć i zrozumieć. Daję mu 8/10 Karolina, absolwentka z 3A



Jestem genialny, droga Watson Tym razem nieco o Conan Doyle'u po nowojorsku - właśnie tam rozgrywa się akcja kolejnej odsłony przygód Sherlocka Holmesa, mistrza dedukcji. Fabuła skupia się na tym, że Sherlock przed akcją serialu pracował jako konsultant Scotland Yardu (i to odnosząc prawie same sukcesy), lecz wyleciał stamtąd z hukiem z racji swych nałogów: alkoholowego i narkotykowego. Po niedługim pobycie w ośrodku odwykowym Holmes przenosi się do Nowego Jorku i odmawia kontynuowania terapii twierdząc, że już sam się wyleczył, po czym rozpoczyna współpracę z lokalną policją. Wtedy jego ojciec zamawia kompana w trzeźwości - i tu na scenę wkracza Joan Watson. Jej zadaniem jest nieodstępowanie klienta na krok przez sześć tygodni i pilnowanie, aby nie powrócił do nałogu. Po upływie wyznaczonego czasu jej zadanie przejmie sponsor - osoba wybrana wspólnie przez kompana i klienta, która sama przeszła przez walkę z uzależnieniem, do której ten drugi będzie mógł się zwrócić w razie zapotrzebowania na wsparcie psychiczne. Sherlock nie ułatwia swojej opiekunce zadania - jest arogancki, nie słucha jej, zabiera ją ze sobą na miejsca zbrodni. Innymi słowy - jest naprawdę trudną osobą, nawet jak na klienta. Przed Joan stoi zatem niełatwe zadanie. Tyle o fabule. W kwestii obsady nie ma fajerwerków - Jonny Lee Miller w roli Holmesa, Lucy Liu wciela się w Watson, Aidan Quinn jako inspektor Gregson (nieformalny szef Sherlocka) oraz Jon Michael Hill jako detektyw Marcus Bell (pracujący z Gregsonem) - lecz nie o to tu chodzi. Interpretacji serii Arthura Conan Doyle'a było już mnóstwo, spójrzmy jednak prawdzie w oczy - ile z nich odniosło sukces? Oczywiście filmy,



w których grają Robert Downey Jr z Jude'm Lawem w wersji Guy'a Ritchiego. Do tego dołączają seriale - Sherlock z BBC i Elementary z CBS. Elementary naprawdę daje radę. Nie jestem wybredny, ale chłamu też nie toleruję. Ten serial ogląda się bez bólu i z przyjemnością. There was only the Sun.. ..Above our/Above our hearts/Full moon low in the sky/No one/No one could stop us - cytując refren pierwszego singla, The Sun, z nowej płyty Sorry Boys, czyli Vulcano (czyt. Wulkano, tak wymyślili). Dziś o niej. Zacznijmy od ogólnego opisu: To już druga płyta polskiego zespołu, w którego skład wchodzi pięć osób: Iza: wokal i keyboard Tomek: gitara Piotr: gitara, syntezator Maciek: perkusja Bartek: gitara basowa SB wykonują muzykę... hm, trudno określić gatunek. Nie jest to rock, choć gitarowoperkusyjny podkład zdecydowanie idzie w tym kierunku. Dochodzą do niego jednak keyboard i syntezator, czyli zaczyna robić się ciekawie. Naprawdę trudno pominąć jeszcze jeden aspekt: wokal. Często następuje różnica tonu, z którą głos Beli radzi sobie bardzo dobrze, wręcz wyśmienicie. W Polsce zadebiutowali w audycji Piotra Kaczkowskiego w radiowej Trójce, a za granicą poszło, jak z bicza strzelił: dostali nagrodę GBOB 2008 - "Best New Band from Poland" oraz PAM London Awards - "Największa nadzieja 2009". Pod koniec 2010r wydali pierwszą płytę - Hard Working Classes, ale o niej innym razem. Do rzeczy, czas powiedzieć nieco o samym Vulcano! Płyta liczy sobie 10 utworów, w tym jeden - nietypowo dla tej grupy - po polsku. Mam nieodparte wrażenie, że tym razem dostaliśmy większą dawkę energii, niż na HWC. Tutaj z dźwięków aż bije energia, tam było delikatniej (ale nie generalizujmy - również na debiucie znalazły się energetyczne kawałki, jak np. Chance). I dobrze. Jak sama Iza twierdzi, Vulcano miało być wyjściem do ludzi. Chcieli tam przekazać wartość zwykłych relacji międzyludzkich, wyjść z zamkniętego kręgu kochanków i najbliższych przyjaciół. Idąc dalej za cytatem: swoją muzyką reprezentują rock'n'rollowy romantyzm. Warto dodać, że właśnie zakończyli trasę promującą Vulcano (o ostatnim koncercie z trasy napiszę, ino następnym razem), a miesiąc temu byli gośćmi Offensywy w radiowej Trójce, gdzie dali naprawdę świetny występ.



Na koniec bonus: miłym faktem jest to, że - mimo sukcesów - nie zadzierają nosa. Mam wrażenie, że sami nie mogą uwierzyć w swój sukces. Są naprawdę wspaniałymi ludźmi, szczególnie uwielbiam Belę. Smoq Radio tu i tam Na polskim pisaliśmy felietony nt. wybranego cyklu audycji. Pani Agacińska wybrała dwie najlepsze prace. Mieszkam przy ulicy Dąbrowskiego. Kiedyś mieszkał tu mój dziadek Marian Wnuk, profesor rzeźby. Na moim osiedlu mieszka wielu ciekawych ludzi. Dowiedziałem się od ojca, że taki był plan zasiedlenia tego osiedla, profesor i tramwajarz obok siebie, sąsiedzi. Niedawno poznałem nowego sąsiada, Włodzimierza Kleszcza – ojca festiwalu RÓBREGGAE i słynnego autora audycji radiowej „Kleszczowisko”. W jego mieszkaniu płyty stanowią główny wystrój wnętrza. Byłem kiedyś u niego z mamą. Jakież było moje zdumienie, kiedy któregoś razu usłyszałem reportaż o losach jego żony. Okazało się, że jest córką dyplomatów i spędziła dzieciństwo w wielu krajach świata. Niestety, zachorowała na chorobę, która była trudna do zdiagnozowania. Opowiadała o wielkim cierpieniu i o tym jak odmawiano jej środków przeciwbólowych z powodów czysto buchalterskich – nie było wiadomo co wpisać do karty pacjenta, ponieważ jej choroba nie została jeszcze nazwana. Słuchałem z zaciekawieniem o bezradności Polskiej Służby Zdrowia. Niedawno widziałem dowcip rysunkowy opisujący tę instytucję sloganem ,,Czas leczy rany".    Po wysłuchaniu całej audycji miałem bardzo dużo przemyśleń. Byłem bardzo rad, że miałem okazję poznać pana Włodzimierza, przez co słuchałem wywiadu z dużo większym zainteresowaniem. Byłem pełen wdzięczności dla mojej mamy, która zajmuje się niekonwencjonalnymi metodami leczenia i pomyślałem sobie, że jestem bezpieczny w tym jakże trudnym kraju jeśli chodzi o Służbę Zdrowia. Julek Wnuk, 2B Lubię poznawać historie o ludzkim życiu - często trudnym i zawiłym. Takie pozornie smutne i dobijające historie. Pozornie, ale też niepozornie, bo owszem - są często smutne, lecz także nieprawdopodobne i skłaniające nas do refleksji. Z tego właśnie powodu często słucham audycji radiowej Trójki - „Godziny prawdy”. Jest ona pełna prawdziwych emocji. Ludzie opowiadają swoje życie, w którym wydarzyły się właśnie takie niezwykłe historie. Musieli podjąć trudne i odważne decyzje, walczyć ze swoimi słabościami i przeciwnościami losu. W "Godzinie prawdy" pojawiają się także osoby, których życiem "żyła" kiedyś cała Polska, po czym słuch o nich zaginął. Przykładem tego, z pewnością, jest mój ulubiony odcinek tej audycji - o kobiecie, która straciła swoją córeczkę po dziesięciu dniach jej życia. Bardzo wzruszająca historia, ale także dająca dużo do myślenia. Gdy matka nowo narodzonego dziecka widziała, że bardzo ono cierpi, powiedziała do niego jedno zdanie: „Jeżeli nie możesz już wytrzymać, odejdź, a ja zapewniam Cię, że jakoś sobie poradzę.” Po dwóch godzinach dziewczynka zmarła. Mimo śmierci córki, kobieta nie załamała się, bo wiedziała co jej obiecała. Teraz jest matką małego Bartusia i prowadzi fundację dla rodziców z podobnymi przeżyciami. Takie opowieści zwykłych „niezwykłych” ludzi przede wszystkim uczą nas empatii. W dzisiejszych czasach ludziom bardzo jej brakuje. Każdy zajęty jest swoim życiem, jest zabiegany i rzadko myśli o drugim człowieku. Osoba nieposiadająca tej umiejętności jest "ślepa" emocjonalnie.



Ktoś empatyczny? Dzisiaj? Co to właściwie znaczy? Jest to równie skomplikowane, jak obecny stosunek do tego zjawiska. To ktoś wrażliwy, potrafiący pomóc w trudnej sytuacji, okazujący współczucie. Ktoś, kto odczuwa razem z nami. No, tak. To oczywiste, ale nie z definicją tego słowa mamy problem. Nie wiemy jak być empatycznymi. Często problem z współodczuwaniem emocji może wiązać się z tym, że „słyszymy”, a nie „słuchamy”. Po części wynika to z braku koncentracji, ale może też z braku zainteresowania tematem? A skoro nie słuchamy, to z jakiej racji nasz mózg miałby współczuć albo zastanawiać się, co ta druga osoba czuje? Żeby współodczuwać wcale nie trzeba wiele. Wystarczy słuchać, wyobrazić sobie myśli i odczucia tego człowieka i zastanowić się – Co ja bym zrobił/zrobiła na jej/jego miejscu. Niby niewiele, ale przede wszystkim trzeba chcieć. Choćby dlatego serdecznie polecam wysłuchać czasem „Godziny prawdy”, na antenie w każdy piątek między dziewiętnastą a dwudziestą. Joanna Kołowiecka, 2b Dziewczyna, która igrała z ogniem straciła iskrę.. czyli recenzja Catching Fire. Jako wierna fanka The Hunger Games w dniu premiery Catching Fire poleciałam jak na skrzydłach na seans. Czy prawie trzy godziny gapienia się w ekran było opłacalne? Myślę, że tak. Postaram się porównać pierwszą część z drugą aby pokazać wam ogromną różnicę między nimi. Gary Ross stawiał przede wszystkim na naturalność (jeśli można to tak określić) i klimat. Sceny w dystrykcie 12 były niewyraźne, ujęcia wyglądały na wykonane przez człowieka z Parkinsonem. W Kapitolu



za to prawie wszystkie przejścia były płynne i "idealne", ukazując tym samym ogromną różnice między obiema społecznościami. Wbrew pozorom, sceny na Arenie nie wróciły do schematu tych z dystryktu Katniss i Peety. Ujęcia wciąż miały w sobie pewną sztuczność, która przypominała widzom, że Igrzyska są nagrywane i oglądane przez wszystkich mieszkańców Panem, przez co dzicz w której trybuci walczą na śmierć i życie nie jest już taka dzika, jak się wydaje. Co tym samym zrobił Francis Lawrence? Cóż, on postawił na jak najlepsze wykonanie techniczne. Wszystko było spójne, efekty specjalne na naprawdę wysokim poziome (w porównaniu do pierwszej części gdzie wyglądały na zrobione w latach 90.) cieszyły oko. Mimo ogromnej sympatii do tej ekranizacji, wielu sytuacji które mnie wzruszyły (dystrykt 11) i rozbawiły (winda, wywiad = Johanna) to seria straciła w pewnym sensie swój klimat. Chapeau bas dla aktorów i twórców, przykro mi, ale magia znikła. Został tylko dobrze wykonany film. Spodziewałam się tego, ale wciąż nie mogę się z tym pogodzić. Polecam, ale tylko dla sezonowców. Korniszon Podejście drugie: 22 listopada 2013 roku odbyła się premiera drugiej części popularnej trylogii „Igrzyska Śmierci”. Od dłuższego czasu wyczekiwałyśmy tego dnia. Film sprostał naszym wysokim wymaganiom i z pewnością był lepszy od pierwszej części. Historia rozpoczyna się parę miesięcy po zakończeniu pierwszej części. Na początku Katniss i Peeta – zwycięzcy ubiegłych igrzysk – muszą odbyć tournee po dwunastu dystryktach. Sytuacja komplikuje się gdy rodzina głównej bohaterki jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a ona nie wie którego chłopaka wybrać - swojego starego przyjaciela Gale’a czy chłopaka z którym wygrała igrzyska. Wielkim zaskoczeniem jest wiadomość, że Katniss musi wrócić na arenę by znowu walczyć o przetrwanie. O ile poprzednio walczyła o siebie teraz gotowa jest poświęcić życie dla Peety. Sytuacja jest o tyle trudniejsza że para musi pokonać zwycięzców z poprzednich lat, którzy umieją zabijać i nie wahają się tego zrobić. Na arenie tworzą się nieprzewidziane przymierza. W historii następuje nagły zwrot akcji i film kończy się bez dokładnego wyjaśnienia i zostawia widza w niepewności. Film jest w miarę podobny do książki, chociaż niektóre fragmenty zostały pominięte. Mimo to bardzo nam się podoba i na pewno obejrzymy go ponownie. Z niecierpliwością czekamy na ekranizację ostatniej części trylogii. Agata & Ola Tenis ziemny – moja pasja Chciałbym zaprezentować ten temat, ponieważ bardzo lubię go uprawiać, co robię już od pięciu lat. Trenuję dwa razy w tygodniu i interesuję się wszystkim, co dotyczy tenisa ziemnego. W tym artykule zaprezentuję jego historię, reguły gry i sylwetki znanych tenisistów. Historia powstania tenisa ziemnego Początki tenisa ziemnego wiążą się ze średniowieczną grą, uprawianą przez mnichów w europejskich klasztorach. Pierwsze piłki do tenisa były wykonane z drewna, ale z czasem ustąpiły lepiej odbijającym się piłkom skórzanym. Gra szybko zyskała popularność, zwłaszcza we Francji i Anglii, gdzie



spopularyzowali ją członkowie rodzin królewskich. Według legendy to właśnie Henryk VIII „wymyślił’’ serwis. Współczesna wersja tenisa narodziła się w Wielkiej Brytanii pod koniec XIX. w. jako lawn tennis (pol. tenis na trawie). Wkrótce po swoim powstaniu tenis rozpowszechnił się wśród wyższych warstw anglojęzycznych społeczeństw. Reguły tenisowe po raz pierwszy spisano w 1877 r., później uległy jedynie kilku poważniejszym zmianom. W latach 70 XX. wieku wprowadzono tzw. rozgrywki tiebreakowe, na początku XXI. w. technologię HawkEye (pol. Jastrzębie Oko), umożliwiającą weryfikację decyzji sędziego w przypadku, gdy piłka trafia w pobliże którejkolwiek z linii kortu. W Polsce tenis pojawił się w XIX. wieku i był traktowany jako gra towarzyska zarezerwowana dla osób bogatych. Pierwsze zawody odbyły się w Warszawie w 1898 r. Polski związek Lawn Tenisowy powstał w 1921 r. i w tym samym roku odbyły się pierwsze Mistrzostwa Polski. Pierwsze drużynowe Mistrzostwa Polski rozegrano w 1927 r., natomiast Młodzieżowe Mistrzostwa Polski odbyły się po raz pierwszy w 1931 r. W 1950 r. wprowadzono zimowe Mistrzostwa Polski. Sprzęt i boisko do gry Do odbijania piłki tenisowej służy rakieta, obecnie zbudowana z włókna węglowego; wcześniej grano rakietami drewnianymi i metalowym. Rakieta zbudowana jest z rączki, trzonka z gardłem ramy i naciągu. Piłka tenisowa jest wykonana z twardej gumy oklejonej filcem w kolorze żółtym lub białym. Jej średnica wynosi od 6,541 do 6,858 cm. Najpopularniejsze obecnie firmy produkujące sprzęt tenisowy to m. in.: Babolat, Wilson, Head, Dunlop, Yonex, Prince. Gra w tenisa odbywa się na boisku zwanym kortem tenisowym. Długość kortu wynosi 23,77 m, a szerokość 8,23 do 10,97 m. Poza polem gry wymagana jest również dodatkowa przestrzeń dookoła kortu. Pośrodku kortu umieszczona jest siatka. Wysokość siatki wynosi 1,07m. Rodzaje rozgrywek Istnieje kilka rodzajów rozgrywek. Singiel to rozgrywka rozgrywana pomiędzy dwoma zawodnikami tej samej płci na korcie o wymiarach 23,77m i 8,23m. Double to rozgrywka pomiędzy dwoma dwuosobowymi zespołami zawodników tej samej płci na korcie o wymiarach 23,77m i 10,97m. Mikst to rozgrywka pomiędzy dwoma dwuosobowymi zespołami zawodników różnej płci na korcie o wymiarach 23,77m i 10,97m. Największe turnieje – Wielki szlem



Do turniejów tzw. Wielkiego szlema zalicza się 4 turnieje tenisowe. Australian Open to pierwszy w sezonie tenisowym turniej wielkoszlemowy, który odbywa się zawsze w styczniu, tradycyjnie na twardych kortach Melbourne Park w Melbourne. W 2013 r. roku odbyła się setna edycja tych rozgrywek. US Open to jeden z najważniejszych turniejów w sezonie tenisowym; odbywa się w Nowym Yorku. Kort na US Open jest z cementu o barwie niebieskiej. Roland Garros – międzynarodowe mistrzostwa Francji w tenisie, rozgrywany na kortach w Paryżu na przełomie maja i czerwca. Nawierzchnia na turnieju jest wykonana z czerwonej mączki. Wembledon rozgrywany jest od 1877 r. jako mistrzostwa Anglii. Jest to najstarszy i najbardziej prestiżowy turniej tenisowy na świecie. Rozgrywany jest na kortach trawiastych All England Lawn Tennis and Croquet Club. Sylwetki tenisistów Jadwiga Jędrzejowska była pierwszą gwiazdą polskiego tenisa, która startowała w latach trzydziestych ubiegłego wieku. W grze pojedynczej osiągnęła finały Wimbledonu, US Open i French Open, natomiast w deblu zwyciężyła Mistrzostwa Francji. Dwukrotnie wygrała plebiscyt Przeglądu Sportowego na najlepszego polskiego sportowca roku. Wśród mężczyzn najbardziej znanym tenisistą jest Wojciech Fibak. Był polskim finalistą i ćwierćfinalistą czterech turniejów Wielkiego Szlema w grze pojedynczej i zwycięzcą Australian Open w grze podwójnej. W swojej karierze wygrał 67 turniejów i jego najwyższe miejsce w rankingu to 3. Obecnie polski tenis może poszczycić się wieloma sukcesami za sprawą Agnieszki Radwańskiej i Jerzego Janowicza. Ta pierwsza była finalistką Wimbledonu 2012 w singlu, najwyżej notowaną Polką w historii rankingu WTA. Zwyciężczyni dziesięciu turniejów WTA w grze pojedynczej i dwóch w grze podwójnej. Jerzy Janowicz był półfinalistą Wimbledonu 2013 r. Jest najbardziej utytułowanym polskim tenisistą od czasów Wojciecha Fibaka.



Miom idolem i wzorem do naśladowania jest natomiast Rafael Nadal, najlepszy hiszpański tenisista XXI. w. Kiedy uderza piłkę, kręci się ona z prędkością około 5400 obrotów na minutę. Wygrał 6 razy z rzędu turniej Rolland Garros. Jest najlepiej zarabiającym tenisistą świata. Każdemu, kto jeszcze nie wybrał swojej dyscypliny sportu, polecam tenis ziemny. Jest to nie tylko fantastyczna forma aktywności, ale przede wszystkim fajna zabawa i miły sposób na spędzenie czasu z przyjaciółmi. Filip Iwanowski kl. Ic Jak jeść... Jak jeść, aby żyć długo i szczęśliwie? Naturalnie, należy włączyć do swojej codziennej diety kilka prostych zasad. Chodź naprawdę oczywiste, nie są przez nas stosowane. Widzimy to wszędzie: na ulicy, w szkole, parku czy sklepie. Każdy z nas codziennie patrzy na efekty niezdrowej diety i złego stylu życia. Oczywiście mowa tu o otyłości, która staje się czymś normalnym i powszechnym... Lecz czy normalnym jest, że czternastolatek nie może przebiec krótkiej odległości? Aby czuć się dobrze, wystarczy przestać jeść słodycze, ograniczyć fast foody lub zastosować się do kilku innych, równie banalnych zasad, zapewniających nam idealne samopoczucie i dobrą sylwetkę 1. Jedz 5 posiłków dziennie... 2. Ostatni posiłek jedz dwie godziny przed zaśnięciem. 3. Pij - minimum - półtora litra wody dziennie. 4. Ogranicz sól i cukier. 5. Jedz owoce i warzywa. 6. Jedz ryby. 7. Ruszaj się codziennie (bieg, jazda na rowerze czy rolkach, ćwiczenia itd.) Ważne jest aby choć trochę przestrzegać tych 7 zasad, bo życie mamy tylko jedno i należy już teraz o nie zadbać. Ola



"Wspomnienia" - Widzę - Co widzisz? - Widzę. jak pierwszy raz otwiera oczy, Jak pierwszy raz coś szepcze, mamrocze, Jak pierwszy raz rozumie sens śmiechu, Jak pierwszy raz wiąże buty bez pośpiechu. - Widzę - Co widzisz? - Widzę. jak znowu cieszy się z sukcesów jak przeżywa w cierpieniu, Jak znowu wspina się raz w blasku raz w cieniu, Jak znowu pociesza gdy swoich problemów ma masę, Jak drży z obawy przed krótkim życiem, uciekającym czasem. - Widzę - Co widzisz? - Widzę. jak ostatni raz siedzi w fotelu gdy obok pędzi zupełnie nowy świat, Jak ostatni raz bez pomocy kroczy, Jak ostatni raz zakłada już niemodny łach, Jak ostatni raz otwiera oczy. Marta 1c "Warszawa" Jak codzień Warszawa cuchnie dymem, smogiem, spaliną. Szare budynki, szarzy ludzie wokół. Tłumy nieznajomych. A ja krążę po ulicach tego betonowego lasu na ekodwukołowcu. Gdzie nie spojrzeć - brzydko, surowo; aż chce się zamknąć oczy. W pewnym momencie jednak na horyzoncie pojawia się oaza - Jeden z parków mokotowskich zaprasza mnie na swe alejki. Jadę z ochotą. Otacza mnie zieleń. Wreszcie jest jak w domu. Trubadur Anonim



Ach, te problemy   Problemy to codzienność w świecie nastolatków. Są to - zazwyczaj - drobnostki. Jak mówią statystyki: co trzeci nastolatek ma jakiś problem. Opowiem wam o jednej z najczęstszych przeciwności losu. Chodzi o codzienne stwierdzenie nastolatek: „Nie mam w co się ubrać!” Patrząc na to z punktu rodzica, jest to jedna wielka głupota. Dlaczego? Już wyjaśniam. Wyobraź sobie - stoisz przed pełną szafą ubrań i mówisz: „nie mam się w co ubrać”. Dla ciebie jest to normalne. Teraz stoi przed tą samą szafą twój rodzic. Jak myślisz, co na to odpowie? Zapewne powie ci, że masz szafę pełną fajnych ciuchów, których prawie w ogóle nie zakładasz i niepotrzebnie robisz z tego tragedię . Nie wybuchaj, przejrzyj dokładnie zawartość szafy, a na pewno znajdziesz coś fajnego. Jeśli naprawdę nie masz za dużo ciuchów, to na spokojnie porozmawiaj z rodzicami o tym, czy może nie daliby ci trochę pieniędzy, abyś mogła kupić sobie coś nowego. Pamiętaj! Krzykiem niczego nie osiągniesz. Mam nadzieję, że znajdziecie dobre wyjście z tej sytuacji. Amnesty Jak już wiecie, w naszej szkole istnieje, pod okiem pani Gac, grupa Amnesty International. Głównym celem AI jest obrona praw człowieka. Oprócz tego zajmuje się wieloma innymi sprawami. W tym roku szkolnym udało nam się zorganizować Maraton Pisania Listów oraz warsztaty pod tytułem „Wielokulturowość”. 16 stycznia odbyły się ww. warsztaty. Dlaczego właśnie ten temat?. Jak wiecie, w naszej szkole jest wielu uczniów pochodzących z innych krajów. Są to m.in. Angola, Bułgaria, Wietnam, Grecja, Hiszpania czy Kuba. Bardzo zaciekawił nas ten temat i uznaliśmy, że fajnie byłoby poznać kulturę i obyczaje innych państw. Od razu wzięliśmy się do roboty. Przygotowaliśmy plakaty, prezentacje, smakołyki oraz zaprosiliśmy mamę jednego z uczniów, aby i ona podzieliła się z nami swoją wiedzą.. Następnego dnia odbył się konkurs, który zasłużenie wygrała klasa 2b. Myślę, że uczniom podobały się te warsztaty i dowiedzieli się czegoś ciekawego o tych krajach. Ola Kielewska, 2b



Jeździć każdy może Prawie rok po równie legendarnych  parówkach  (tramwaje typu 13N) z warszawskiej sceny komunikacyjnej zjeżdżają równie legendarne pojazdy, autobusy marki Ikarus. Sama nazwa wiele daje do myślenia, w końcu mityczny Ikar poniósł klęskę. Analogia jest trafiona, ponieważ obecnie żadne pojazdy nie wyjeżdżają już z fabryki w Budapeszcie. Ikarusy goszczą na warszawskich ulicach już od 53 lat. Oczywiście nie mówimy o jednym egzemplarzu, a nawet o jednym modelu. Autobusy te, zbudowane na podwoziu ciężarówki, proste jak budowa cepa, zdominowały komunikację miejską w całym bloku wschodnim. W samej Warszawie przewinęło się ich około 5-6 tysięcy pojazdów. Pojazdy jeżdżące do niedawna to nowsze egzemplarze serii 200, przeważnie z lat 1995-1997. Wielu mieszkańców naszego miasta żywi sentyment do tych wozów, ja również zaliczam się do tej grupy. Jednak kiedyś musiało się to stać. To nie jest autobus pasujący do tej epoki. Jako ciekawostkę można wymienić fakt, że w momencie wprowadzania do produkcji autobus nie był jakimś przełomem, miał być jedynie tani i łatwy w naprawach. Wycie mostu napędowego (nomen omen z ciężarówki) oraz zapach spalin we wnętrzu nie powtórzy się już w żadnym autobusie. Europejskie normy są tak zaostrzone, że niedługo UE ustali normę wydychania dwutlenku węgla dla człowieka (taki mały żart, jakby ktoś nie rozumiał…).  Jednocześnie, pod koniec listopada, na linii 222 testowano elektryczny autobus produkcji polskiej, CMZ City Smile, produkowany w fabryce produkującej sprzęt wojskowy, pod Kutnem. Autobus ma 10 metrów długości, i zabiera na pokład około 70-



85pasażerów (zależy jak kto liczy). Pierwsze, co rzuca się w oczy po wejściu, jest to, że żeby gdziekolwiek usiąść, trzeba wejść na podest, na którym to znajduje się siedzenie. Spowodowane jest to umieszczenie bateriami potrzebnymi do napędu elektrycznego.   Dla mnie nie jest to żadna trudność, jednak śmiem podejrzewać że dla zaawansowanej wiekiem osoby już tak. Siedzenia są ze złej jakości plastiku, niewygodne, trudne w utrzymaniu. Druga rzecz, która irytuje, to ta piszczałka (inaczej nie da się tego nazwać) która miała chyba imitować sygnał oznaczający zamknięcie drzwi. Pasażer,pół biedy, jedzie 20 minut, i koniec. Kierowca spędza w pojeździe około 8 do 10 godzin. Według danych producenta autobus przejedzie do 300km na jednym ładowaniu baterii.  Cieszy mnie, że polscy producenci sięgają po innowacyjne technologie. Cieszy mnie też, że przewoźnicy komunikacyjni też widzą popyt na tego typu pojazdy. Moim zdaniem jednak jest trochę do dopracowania. Docelowo, baterie mają wynieść się na dach.   Elektroniczny wyświetlacz z przodu pokazujący numer linii i kierunek, oraz wiele innych wyświetlaczy, zarówno wewnętrznych jak i zewnętrznych, w pojazdach komunikacji zbiorowej. Pozostaje pytanie, ile to kosztuje, i czy komuś to w ogóle potrzebne. Autobus zabierający około 150 pasażerów, o długości 18 metrów, przeciętnie kosztuje około 1,3 do 1,5 miliona złotych. Komplet wyświetlaczy, wraz z 3 komputerami które muszą to wszystko ogarnąć wynosi około 200  000 złotych. Koszt jednej karetki pogotowia. W czym jednak gorsza jest dykta z przodu na której napisane jest czarno na białym numer linii i oba kierunki? Koszt jednej takiej tablicy to około 10-15 złotych. W czym gorsza jest dykta z numerem linii i całą trasą autobusu, zaraz przy drzwiach, zamiast elektronicznego odpowiednika? Niczym,



ba, taka dykta jest   czytelniejsza. Spojrzy się na tablicę, i ma się całą trasę. A na wyświetlaczu, zanim przewiną się wszystkie ulice, autobus może sobie pojechać. Wejdźmy do środka. Tutaj mamy około 3-4 wyświetlacze LCD mające wyświetlać trasę autobusu na maleńkim pasku oraz reklamy, ponieważ teoretycznie te tablice mają na siebie zarabiać. A to, że nikt lub ni wiele osób czyta takie reklamy, to taki tam, mały, nieistotny szczegół.  A tablicę z pokazanym bieżącym przystankiem wymyślili już warszawscy konstruktorzy na początku lat 60-tych. Była to zwykła tablica z nazwami przystanków, tyle że pod nazwami były takie małe żaróweczk, które świeciły się kiedy autobus zmierzał na dany przystanek. Tymczasem, kiedy na naszych polskich, dziurawych drogach, wyświetlacze się często psują to informacji nie ma żadnej. Drugi, nie mniej kosztowny wydatek, to klimatyzacja przestrzeni pasażerskiej. Ile mamy w Polsce dni z temperaturami powyżej 30 stopni? Takich dni zwykle nie ma więcej niż 2 tygodnie. 14 dni w skali 365. To jest dopiero marnotrawstwo! I może by to jakoś przeszło, gdyby nie to, że ten wredny, złośliwy, i okropny autobus ma przystanki co 300 metrów. Co się ta klimatyzacja narobi między przystankami to straci na nim. Sensu to nie ma żadnego, ale się dobrze sprzedaje, nikt przecież nie powie mieszkańcom, że to bezużyteczne. Przez tablice elektroniczne oraz klimatyzację, autobusy spalają około 20-25 litrów paliwa więcej niż bez nich. Bartek