Musisz zainstalować flash player pobierz instalator












Powrót do żywych. Witajcie w pięknym, słonecznym marcu. Przezimowaliśmy sobie ostatnie kilka miesięcy, ale wracamy z pełnoprawnym blisko trzydziestostronicowym numerem. Nowością w aktualnym numerze jest obecność minigalerii ze zdjęciami autorstwa Weroniki Żelki (dziękujemy!) oraz kilometrowy artykuł o Johnnym Cashu, który mimo, że straszy długością - jest naprawę fajny, polecam. Poza tym mamy nieco o książkach, aplikacjach, muzyce - jak zwykle. Tym razem poczytacie również o judo, znajdzie się też przepis i wiersz. Oby następne numery były równie owocne. Pamiętajcie tylko - bez Was nie ma nas. Dlatego zapraszam do pisania: gazetavaria@gmail.com Smoq (poluję) Skład redakcji: Sebastian Zakrzewski Filip Piątkowski Agata Adamus Ola Banach Ada Kawala Wiktoria Stańczyk Agata Romańska Martyna Gąszczak Wiktoria Trocha Ola Kielewska Sara Draśković Jędrzej Kaczmarczyk Maciej Chojecki Izabela Wolska Smoq Miłosz Nowak Galeria: Weronika Żelka Okładka: Monika Słoma Audiosurf



Jedna z najlepiej sprzedających się gier w sklepie internetowym Steam. Dużo osób waha się nad jej kupnem i nie wie, o co w niej chodzi. Udowodnię Wam, że zasługuje na zapłacenie 40 zł. Audiosurf jest grą muzyczną, w której można "ujeżdżać" utwory z naszego komputera. Wybieramy rodzaj statku, kawałek którego chcemy posłuchać i zaczynamy ! Jak wygląda gra? Na czym polega? Sterujemy statkiem, który wybraliśmy na początku. Różne warianty oferują różne możliwości grania. Najbardziej powszechnym jest statek "Mono". W tym trybie zbieramy kolorowe cegły i staramy się unikać szarych. Wszystko jest zsynchronizowane z muzyką którą wybraliśmy. Jeżeli piosenka jest spokojna, gra również taka jest. A jeśli kawałek jest szybki i energiczny, to i gra taka będzie. Za dużo tu o grze niezbyt można powiedzieć, gdyż radzę Wam przekonać się na własnej skórze. Czy polecam grę? Oczywiście, że polecam! Jest to gra warta każdej złotówki, zwłaszcza jeśli ktoś ma bogaty zbiór muzyki i chciałby ją usłyszeć w jakiejś grze. Gra kosztuje 40zł, jednak często bywa, że jest w przecenie nawet do 9 złotych. Pozdrawiam! Filip Piątkowski



Objawienie w literaturze młodzieżowej John Green to autor najbardziej rozchwytywanych książek dla młodzieży. Jest lauratem licznych nagród literackich. Aby zobaczyć co wywołało tak wielkie poruszenie, przeczytałyśmy jego książki. Każda skłoniła nas do refleksji. Możemy się w nich odnaleźć, ponieważ opowiadają historię młodych ludzi, z którymi łatwo jest się utożsamić. Poruszają tematy, z którymi każdy nastolatek musi się zmierzyć – miłość, przyjaźń, akceptacja. Robi to w bardzo umiejętny i nieoczywisty sposób, który pozostawia ślad na czytelniku. Jego debiutem literackim była książka pt. „Szukając Alaski”. Opowiada historię Milesa, który w poszukiwaniu Wielkiego Być Może jedzie do szkoły z internatem w Alabamie. Tam znajduje przyjaciół, dzięki którym poznaje prawdziwy smak życia. W trakcie książki chłopak nie tylko zmaga się z trudami dorastania, ale również musi pogodzić się z tragedią, która go spotyka. „19 razy Katherine” to historia Colina Singletona. Jest cudownym dzieckiem, który dla zabawy robi anagramy i czyta 400 stron dziennie. Chłopak gustuje tylko w dziewczynach o imieniu Katherine, a te notorycznie go rzucają (dokładnie 19 razy). Zmęczony życiem wyrusza na wyprawę ze swoim przyjacielem Hassanem. Zatrzymuje się w małym miasteczku w którym rozpoczyna pracę nad teorią dotyczącą związków. Ta książka podoba nam się najmniej ze wszystkich lektur Greena. Nie dotknęła nas tak bardzo jak pozostałe. Trudno nam było zgłębić rozumowanie bohaterów oraz nie do końca rozumiałyśmy ich postępowanie. W „Papierowych miastach” nudne życie Quentina Jacobsena zostaje wywrócone do góry nogami, gdy jego koleżanka z dzieciństwa, Margo, zwraca się do niego o pomoc w zrealizowaniu planu zemsty. Po niezapomnianej nocy dziewczyna znika. Zostawia za sobą szereg wskazówek, które tylko chłopak może rozszyfrować. Podobało nam się, że autor przedstawił problem z którym boryka się wielu nastolatków – szukanie własnej tożsamości i własnego miejsca na ziemi. W trakcie czytania książki dowiadujemy się, że ludzie są w rzeczywistości inni niż sądzimy. Margo jest na początku przedstawiona jako popularna



dziewczyna posiadająca wielu przyjaciół. Jednak okazuje się, że znajomi ją zdradzają, a ona wcale nie jest taka szczęśliwa jakby się mogło wydawać. „Gwiazd naszych wina” to piękna historia dwojga chorych na raka nastolatków, którzy wspólnie zastanawiają się nad życiem, śmiercią, miłością i pięknem wszechświata. Hazel i Augustus nie użalają się nad sobą, próbują jak najlepiej wykorzystać czas który im pozostał. Ta książka wywarła na nas największe wrażenie i i wywołała mieszane uczucia. Z jednej strony jest to wzruszająca, romantyczna powieść o niespełnionej miłości. Z drugiej daje nam fałszywą nadzieję - już myślimy, że wszystko będzie dobrze i oczekujemy happy endu. Jednak autor miał inny pomysł. Jego John Green pisuje dla nastolatków. Jego opowieści traktują o problemach młodzieży, problemach, które większość z nas zna. zakończenie pozostawia pustkę w sercu i sprawia, że mamy ochotę wyrzucić książkę przez okno. Agata i Ola VSCO Cam



Jak wiadomo fotografia jest najlepszą pamiątką. Wszyscy miłośnicy obrabiania zdjęć, posiadający telefon z systemem Android lub iOS mogą ściągnąć darmową aplikacje VSCO Cam, która to umożliwi. Program ten łączy w sobie funkcje aparatu fotograficznego oraz prostego edytora. Oferuje nam wiele filtrów, przyciemnianie, zmianę ciepła, kontrastu i wiele innych. W każdej chwili możemy podejrzeć oryginał i sprawdzić, czy wprowadzone przez nas zmiany są korzystne. Gdy już będziemy zadowoleni z modyfikacji ,VSCO Cam pozwala na szybkie podzielenie się swoją twórczością z przyjaciółmi za pomocą portali społecznościowych, takich jak Facebook, Twitter czy Instagram. W programie znajduje się również wirtualny sklepik, gdzie sprzedawane są dodatkowe filtry i efekty pozwalające na bardziej zaawansowaną ingerencję w wygląd fotografii. Filtry w aplikacji są oznaczone literkami : G - presety portretowe K - imitujące fotografię analogową X oraz B – bogata gama filtrów czarno-białych Dodatkowym plusem aplikacji jest to, że możemy w niej przechowywać zdjęcia w takiej ilości, w jakiej pozwoli nam pamięć naszego telefonu. To bardzo wygodne przy wyszukiwaniu danych, przerobionych zdjęć. Ada, Wiktoria i Agata "Jutro"



Zachęcam was do przeczytania serii książek „Jutro” Johna Marsdena. Składa się ona z siedmiu części i kontynuacji, która zawiera dodatkowe trzy książki. Główną bohaterką jest Ellie, opisująca swoje przygody, swoje partyzanckie życie. Po pierwszą część sięgnęłam ze względu na okładkę, która przyciągnęła moją uwagę. Jest na niej młoda dziewczyna pośród zbóż i dymu. Intrygujący był też tytuł: „Jutro, nie ma już żadnych zasad”. Krótki opis na odwrocie książki informował, że grupka przyjaciół wybrała się na biwak.Niestety, to co znaleźli po powrocie do domu, wywróciło ich życie do góry nogami - : „(…) szczęśliwi wróciliśmy do domu. Ale to był powrót do piekła”. Historia książki jest wspaniała i wzruszająca. Wydarzenia rozgrywają się w czasie wojny. Grupa nastolatków, których wcześniejsze życie było beztroskie i opierało się na zabawach, nagle legło w gruzach. W ciągu paru dni stracili to, co najcenniejsze – rodzinę, dom, bezpieczeństwo i wolność. Zetknęli się z okropieństwem wojny. Z dnia na dzień musieli wydorośleć. Mimo wszystko nie poddali się, zebrali w sobie siłę i chęć walki, działania. Seria uznana jest za dramat wojenny, ale wplecione zostały też wątki komediowe oraz perypetie miłosne bohaterów. Przez to książkę czyta się przyjemnie i jest lekka w odbiorze. Przepis na sernik "Pychotka”



Jest tu piękny przekaz – determinacja i upór ludzi, a właściwie jeszcze dzieci, które pragną wolności. Seria jest naprawdę warta przeczytania. Można sobie uświadomić wiele cennych i ważnych rzeczy, o których w dzisiejszych czasach czasach po prostu nie pamiętamy. Po lekturze najbardziej zaskoczyło mnie to, że autor, który jest mężczyzną, idealnie opisuje przeżycia młodej dziewczyny. Pisarzowi nie brakowało tematu, każda z części seriijest niezwykle ciekawa i dopracowana do perfekcji. Seria powieści „Jutro” Johna Marsdena jest godna polecenia. Zachęcam! Przeczytajcie! Wiktoria Składniki na biszkopt: • 0,5 kostki margaryny Kasi • 0,75 szkl. cukru • 2 szkl. Mąki • 2 łyżki proszku do pieczenia • 2 żółtka Przygotowanie sera: • 1 kg sera mielonego • 2 cukry wanilinowe • 0,5 szkl. oliwy • 2 całe jajka • 4 żółtka • 1 szkl. cukru • 2 budynie waniliowe lub śmietankowe • 2 szkl. zimnego mleka Wykonanie: Z czterech białek i czterech łyżek cukru ubić pianę. Po upieczeniu biszkoptu pianę nałożyć na ciasto oraz posypać wiórkami kokosowymi



Ważne: Piec 45 minut – biszkopt oraz 15 minut biszkopt z pianą. Smacznego! "Z obserwacji nastolatki" Kobieta zmienną jest, to nowość żadna. Raz jeż na głowie, raz czupryna ładna. Jednak nie to trapi także psychychologa. To myśl filozoficzna dla jednych mądra, dla innych uboga. Postaram się to wyjaśnić na własnym przykładzie. Jestem nastolatką na początku życia drogi, na pewno i mnie dotknie ten świat srogi. I życie postawi tysiące zadań, w których raz będę niewinna, raz swym światem władać. Raz będę mądra, grzeczna i radosna, innym razem stanowcza, zła i jak miecz ostra. Więc kobieta zmienną jest, od dziecka słyszę to zdanie, ale czy chodzi tu o mentalność czy może o ubranie? Martyna

Autorem zdjęć jest Weronika Żelka





"Prąd" - recenzja Album mocno taki sobie. Natalia Przybysz pokazała kiedyś, co umie - a teraz się cofnęła. O co chodzi? O tym dalej. "Prąd" to czwarty album w solowym dorobku Natalii Przybysz. Artystka znana jest również z projektu Sistars, który współtworzy-ła wraz z siostrą, Pauliną. Pierwszy album pod własnym nazwi-skiem wydała w 2008r. O uszy obił mi się świetny Kozmic Blues: Tribute to Janis Joplin z 2013r, który wokalistka wraz z zespołem miała okazję wykonywać na m.in. Woodstocku i Męskim Graniu. Najnowszy krążek to odskocznia od poprzedniego, który składał się niemal w całości z coverów. Tutaj są dwa, a gatunkowo więcej jest soulu niż bluesa, co moim zdaniem było błędną decyzją. Po wokalu słychać, że Natalii



bliżej do tego drugiego. Jakkolwiek więc głos często nie wpasowuje się w moje gusta, tak podkład muzyczny jest naprawdę świetny. Nadające rytm gitary i perkusja to jest to. Niestety, bolą mnie jej teksty. Możliwe, że jestem zbyt niewrażliwy na odbiór zaowalowanego przekazu, nie wiem. Jestem jednak głęboko przekonany, że refren singla Nazywam się Niebo nie ma głębszego sensu, że połączenie piersi i sensu pieśni (drugi singiel, Miód) również. Teksty niby miały być proste, niby z wykorzystaniem przenośni.. I rzeczywiście, jedno i drugie nastąpiło. Niemniej, sposób, w jaki tego dokonano, do mnie nie przemawia w większości przypa-dków. Mój stosunek do płyty najlepiej oddaje wers z XJS: "Bo słucham melodii, nie liczy się tekst". Gdy skupiam się na samym podkładzie - jest naprawdę dobrze. W wymienionym wyżej XJS gitary konkretnie nadają tempo, w innych przypadkach określają rytm. Świetnie. Jednak te półproste teksty nie przemawiają do moich akurat preferencji. O czym jest Nazywam się niebo? Najpierw o miłości do samej siebie, potem o.. czymś bliżej niezidentyfikowanym, następnie.. a nie, zaraz - do końca jest o tym "czymś". O reszcie trudno mi się wypowiedzieć w inny sposób. Przesłuchałem, spróbowałem się zagłębić. Uważam, że z czasu spędzonego na przesłuchaniu płyty odbiorca marnuje około połowy total time'u. Warte uwagi są tytułowy Prąd (prosty tekst, jasny przekaz, świetna gitara w tle) i, wymieniany już dwukrotnie, XJS (słowa mają sens, podkład jest świetny). Wyjątkowo - nawet w kwestii tekstu. Co więcej, w tym drugim występuje gościnnie Tymon Tymański. Dalej: covery - Kwiaty ojczyste Niemena i Do kogo idziesz Nalepy. Wreszcie coś, co wypełnia mi zapotrzebow-anie na blues - i robi to dobrze.



Podsumowującj - jeśli kogoś interesują bazarowe przenośnie oraz skupiający się na gitarach i perkusji podkład - Prąd jest dla niego. Jeśli kogoś jednak interesują bardziej sensowne teksty - niestety, nie mogę polecić, zapraszam do poprzedniej płyty. Smoq Walka, duma, satysfakcja Polacy z trzecim medalem w Mistrzostwach Świata piłki ręcznej. Oto przemyślenia na ten temat jednego z naszych wspaniałych redaktorów. Uczucie satysfackcji i zażenowania. Tak mogę opisać swoje odczucia po występie polskiej reprezentacji w piłce ręcznej na Mistrzostwach Świata w Katarze. Mam jednak świadomość, że jest to ogromny sukces i świetna zapowiedź przed Euro w naszej ojczyźnie. Chciałbym się skupić na ostatnich trzech meczach Polaków, czyli na fazie pucharowej. Mecz z Chorwacją szczególnie mnie zadowolił. Nie mówię o samym wyniku, lecz także o mądrej i dojrzałej grze Orłów. Graliśmy jak prawdziwa drużyna, w defensywie zostawiając mało luk i rozsądnie faulując. W ataku zaś rzucaliśmy celnie ze wszystkich pozycji i traciliśmy niewiele piłek. Drzwi do półfinału się otworzyły. Niesprawiedliwość? Może i tak, lecz z umiarem. Spotkanie z Katarem przegraliśmy między innymi przez błędne decyzje arbitrów, lecz nie możemy zapominać, że Polacy nie zagrali najlepiej tego meczu. Katar minimalnie przewyższył nas klasą tego dnia, ale według mnie również zagrał słabo. Mimo, iż sędziowie im sprzyjali Polacy wygraliby ten mecz, gdyby nie chaotyczne i nieprzemyślane rzuty w ofensywie, czy brak współpracy w defensywie. Tym razem musieliśmy się pogodzić z wolą Nieba. Lecz w meczu o trzecie miejsce z tą wolą się nie zgodziliśmy. Zaczął się on po naszej myśli, jednak po pewnym czasie straciliśmy pęd i Hiszpanie utrzymywali

"Z wielkim optymizmem patrzę na najbliż-sze Mistrzostwa Europy, ponieważ nasi piłkarze ręczni grają na najwyższym światowym poziomie i są zdoni do osiągnięcia każdego celu."

przewagę co najmniej dwóch bramek. Muszę przyznać, że w pięćdziesiątej minucie zwątpiłem. Zacząłem się godzić z tym, że Polacy zdobędą tylko czwarte miejsce. W naszym zespole nikt nie był w stanie zdobyć gola. Trener Biegler zdecydował się więc nie tylko na zmiany taktyczne, lecz też na zmiany personalne. Na boisko wszedł Michał Szyba, który był piłkarzem trzeciego wyboru na pozycję prawego rozgrywającego. Zdobył on dwie bramki, które podniosły drużynę na duchu, a potem tę najważniejszą w ostatnich sekundach na remis. Oznaczało to dogrywkę, zwyciężoną przez Polaków między innymi dzięki euforii po doprowadzeniu do remisowego stanu wyniku. Sięgneliśmy po upragniony brąz. Z wielkim optymizmem patrzę na najbliższe Mistrzostwa Europy w Polsce, ponieważ zdałem sobie sprawę, że nasi piłkarze ręczni grają na najwyższym światowym poziomie i są zdoni do osiągnięcia każdego celu. Jestem teraz pełen podziwu dla kilku person, które świetnie się zaprezentowały na Mistrzostwach w Katarze. Są nimi Kamil Syprzak, Michał Daszek, Andrzej Rojewski oraz sam Michał Szyba. Syprzak



dzięki umiejętności chwytu w jedną dłoń oraz świetnego ustawiania się na kole. Daszek dzięki równej grze przez cały turniej i za to, że grał prawie cały czas w każdym meczu. Rojewski za utrzymanie poziomu w drużynie po utracie Lijewskiego. Szyba zaś dzięki opanowaniu i pewności w meczach na tak ważnym turnieju. Polacy, jesteśmy z was dumni za determinację i wytrwałość i widzimy was na podium Euro 2016. Sebastian "Gold Shadow" - recenzja Asaf Avidan pochodzi z Izraela. Jest wokalistą i gitarzystą, lecz gra też na fortepianie i harmonijce ustnej. Tworzy folk, rock i blues. Wcześniej był liderem zespołu Asaf Avidan & The Mojos, z którym wydał trzy płyty, od końcówki 2010r gra jednak solo. Gold Shadow to druga płyta w jego osobistym dorobku. Pierwsza rzecz, która rzuca się w uszy podczas odsłuchu to jego głos. Jest niemożli-



wie wręcz ciekawej barwy. Na począt-ku nie byłem pewien, czy słucham mężczyzny. I między innymi to właśnie jest ciekawe. Może nie jest to perfekcyjne porównanie, ale kojarzy mi się z Janis Joplin. Podkłady w poszczegól-nych utworach są przeróżne. Od spokojnego Fair Haired Traveller, przez stonowane Ode To My Thalamus, do energetycznego The Jail That Sets You Free. Warte uwagi jest My Tunnels Are Long And Dark These Days (gdzie, swoją drogą, niektóre zaśpiewy tuż przed trzecią minutą przywodzą na myśl Jacka White'a - a to w zasadzie pochlebstwo), bo tam właśnie muzyka chyba najbardziej się, moim zdaniem, wyróżnia. Skrzypce, dęciaki, klawisze oraz standardowe perkusja i klaskanie. Wydźwięk wszystkiego jest.. wzrusza-jący. "Don't try to love yourself again, that is the worst kind of pain.." mówi samo za siebie. Większość tracków sprawia wrażenie smutnych, choćby i tytułowy Gold Shadow. Depresyjny momen-tami głos Asafa, do tego równie emocjonalne instrumentarium - może to zwykły spokój, dla mnie jednak brzmi, bez sprawdzania tekstu, jak opis ponurego życia. Oczywiście weselsze utwory też się znajdą, chociażby numery dwa, osiem i dziewięć. Przede wszystkim jest tak, że rytmiczny podkład składający się na tle płyty głównie z gitary, prostej perkusji i klaskania w połączeniu z głosem artysty nadaje płycie poniekąd mityczny klimat. Kojarzyć się może różnie, zdarzają się wtrącenia orientalne, przede wszystkim jest to jednak kawał dobrego folku - polecam zdecydowanie. Można słuchać zarówno zagłębiając się w konkretne utwory, jak i po prostu w tle. W obydwu przypadkach Gold Shadow daje sobie dobrze radę. Szczerze? Gdy podchodzi-łem po raz pierwszy do odsłuchiwania Gold Shadow, miałem niejakie uprzedzenia. Że to zbyt spokojne, że pewnie zbyt orientalne, jak dla mnie. I po wszystkim powiem tyle: trafiło to do mojego rockandrollowego serca, które



pozostaje czyste, gdy polecam. Smoq World of Guns: Gun Disassembly Myślisz, że broń palna jest prostym narzędziem? Że nie potrzeba zbyt dużo pracy, aby zrobić jeden egzemplarz? Otóż nic bardziej mylnego! Gun Disassembly perfekcyjnie pokazuje to, jak złożone są wszelkie rodzaje broni. Symulator pozwala graczowi na całkowitą rozbiórkę broni. I kiedy mówię całkowitą, mam na myśli CAŁKOWITĄ (patrz zrzuty ekranów). Dla przykładu: pistolet Colt 1911 ma 52 części. Natomiast w karabinku automatycznym AK-47 znajduje się aż 96! Oprócz trybu montażu i demontażu, dostępny jest też tryb obsługi, w którym możemy po prostu postrzelać z wybranej broni. W tym trybie mamy możliwość prześwietlenia lub włączenia przekroju broni i spowolnienia czasu. Bardzo łatwo wtedy zrozumieć w jaki sposób działa dany model. Jeśli natomiast chcemy sprawdzić, jak broń sprawuje się w terenie, można zawsze wybrać się na jedną z siedmiu strzelnic. Wszystkie modele opracowane



są w 3D, a gra dostępna jest w polskiej wersji językowej. Warto zaznaczyć też, że jest kompletnie darmowa. Autorzy dali nam do zabawy około setkę różnych modeli broni: od pistoletów jednostrzałowych, przez karabinki automatyczne, aż po ciężkie karabiny maszynowe (mogące zawierać nawet ponad 150 części). Gun Disassembly (którą znalazłem tydzień temu) jest naprawdę świetna! Pomijając fakt, że trafia idealnie w moje gusta, to jest perfekcyjnie zrobiona – ładna grafika 3D, mnóstwo detali, łatwość w korzystaniu i wiele osiągnięć do zdobycia. Dawno nie dałem żadnej grze 10/10, ale teraz jest na to idealna okazja. Zatem World of Guns: Gun Disassembly daję ocenę 10/10! Jędrzej „Oślizgły” Ostatni prawdziwy Amerykanin Kiedy 26. lutego 1932 w Kingsland przyszedł na świat syn Raya i Carrie Cashów – J.R., nikt nie wiedział, że wraz z nim narodziła się legenda. Rodzina Cashów była bardzo uboga – rodzice utrzymywali siebie wraz z siedmiorgiem dzieci głównie ze zbierania i sprzedaży bawełny, pracując zgodnie w palącym słońcu wiele godzin dziennie. By umilić sobie ten czas, wspólnie śpiewali. Carrie Cash była również wielką fanką



radia, więc w domu słychać było często pieśni gospel. Gdy J.R. skończył dwanaście lat, otrzymał w prezencie swą pierwszą gitarę, na której szybko nauczył się grać, po czym zaczął komponować własne piosenki. Podczas nauki w szkole średniej założył wraz ze znajomymi zespół. Kilka razy udało im się wystąpić w radio, ale głównie grali na wiejskich imprezach i weselach. J.R., obdarzony świetnym słuchem i głosem, już wtedy doskonale odnalazł się w roli lidera. Po ukończeniu szkoły średniej nasz bohater stanął przed trudnym wyborem – mógł zostać na farmie i pomagać rodzicom lub dołączyć do znajomych, którzy podjęli pracę w zakładach General Motors. J.R., zgodnie ze swą naturą buntownika, wybrał zupełnie inną ścieżkę. W lipcu 1950. roku zgłosił się do komisji poborowej i zaciągnął do U.S. Air Force. Wstąpienie do lotnictwa – oprócz postawienia na głowie swego dotychczasowego życia – oznaczało dla niego jeszcze przemianę z J.R. w Johna, gdyż



dowództwo odmówiło mu przyjęcia jedynie inicjałów zamiast pełnego imienia. To samo dowództwo zorientowało się również szybko, że trafił im się prawdziwy talent – Cash miał ogromne predyspozycje do pracy z radiem, więc po odbyciu kilkunastotygodniowego szkolenia z zakresu nasłuchu otrzymał przydział – chłopak z pola bawełny wylądował w bazie w Landsbergu, w Niemczech. W tym samym czasie, kiedy rozwijał się jego romans z wojskiem, w życiu Johna pojawiła się też pierwsza wielka miłość – Vivian Liberto. Związek z nią przetrwał jego służbę za granicą, mimo tego, że Cash nie stronił od rozrywek, używek, a nawet uwikłał się w związek z pewną Niemką. Cóż, widocznie to, co dzieje się w Europie, zostaje w Europie. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych John i Vivian połączyli się świętym węzłem małżeńskim i zamieszkali w Memphis. Cash szukał początkowo pracy w radiu, później w Policji, ale los rzucił go Home Equipment Company, gdzie zajął się sprzedażą sprzętu AGD. Ponieważ para spodziewała się pierwszego dziecka, czajniki i tostery zastąpiły chwilowo gitarę i próby. Mimo tych niedogodności już w maju 1955.



roku ukazała się pierwsza płyta Johnny'ego Casha i The Tennessee Two. Pierwszym singlem, który rozpoczął triumfalny pochód dwóch mechaników samochodowych i sprzedawcy suszarek był utwór Hey Porter. Im bardziej rozwijała się kariera Johna, tym gorzej wyglądało jego małżeństwo. Gdy zespół wyruszył w swą pierwszą trasę, Vivian była ponownie w ciąży. Rozłąka z mężem kosztowała ją bardzo dużo, z trudem akceptowała karierę i styl życia męża. Awans społeczny, większy dom i lepsze szkoły dla dzieci były spełnieniem marzeń dla Vivian, lecz wszystko to było nieustannie niweczone informacjami o szalonych wybrykach męża podczas tournée. Cash, który lubił się bawić, uzależnił się od narkotyków, leków sprzedawanych na receptę i alkoholu. Para doczekała się jeszcze dwóch córek (a w sumie czterech), nim zmęczona zarówno nałogiem męża, jak i jego rozwijającym się romansem z piosenkarką June Carter, Vivian wystąpiła z pozwem o rozwód w 1966. roku. Dwa lata później Johnny oświadczył się June, z którą był w nieformalnym związku jeszcze w czasie trwania swojego pierwszego małżeństwa, podczas koncertu i w 1968. roku ponownie się ożenił. Alkoholizm i nadużywanie środków odurzających nie było niczym szokującym wśród muzyków country. Jednak nałóg Casha był nieustannym tematem plotek. Im więcej nagrywał i koncertował, tym więcej potrzebował alkoholu i leków by funkcjonować. W czasach gdy listy przebojów okupowały jego największe hity, takie jak I walk the line lub Don't take your guns to town, a on sam mógł spełniać swoje marzenia o nagrywaniu muzyki gospel i albumów koncepcyjnych, spędzał czas na próbowaniu coraz nowszych kombinacji leków i narkotyków. Jego rodzina się rozpadła, kariera dryfowała w nieokreślonym kierunku – wycieńczony przez narkotyki, potrzebujący gotówki piosenkarz żył z zaliczek na kolejne płyty i staczał się coraz bardziej. Został aresztowany w El Paso pod zarzutem przemytu narkotyków. Cash



najprawdopodobniej trwał w szponach nałogu do 1970. roku i narodzin swojego jedynego syna – Johna Cartera. Mimo tego, że nigdy do końca nie uwolnił się od nałogu, jego pęd do autodestrukcji zmalał pod wpływem zaangażowania się w działalność społeczną oraz odnalezienia wiary. Cash, na którego wyzwolenie się od narkotyków i skupienie na życiu rodzinnym zadziałało jak zastrzyk nowej energii, ponownie skoncentrował się na swojej wierze, która od jakiegoś czasu wydawała się uśpiona. Postanowił zrealizować swój najambitniejszy projekt – nakręcenie The Gospel Road, filmową adaptację życia Jezusa. Jednak ani film, ani inspirowana nim płyta nie spotkały się z ciepłym odbiorem publiczności. Podobnie było z dwoma kolejnymi albumami, które nigdy nie weszły na listę przebojów muzyki country. Dalszy spadek popularności zbiegł się z nasilającym się uzależnieniem od środków przeciwbólowych (Cash przyjmował je po tym, jak zaatakował go struś mieszkający na jego farmie). Na szczyt udało mu się wrócić dopiero w 1985. roku za sprawą muzycznej supergrupy – The Highwayman, której był jednym z czterech członków. Sukces nie trwał jednak zbyt długo – w 1988. roku, po poważnej operacji serca, John musiał zawiesić koncertowanie i nagrywanie płyt, co sprawiło, że kolejny raz znalazł się na krawędzi. Zmiana na lepsze pojawiła się niespodziewanie w 1993.. roku w osobie trzydziestoletniego producenta – Ricka Rubina. Rubin współpracował wówczas z takimi zespołami jak Beastie Boys, Slayer i The Black Crowes, więc wiele osób naśmiewało się ze związku producenta trash metalu i rapu z królem muzyki country. Jednak gdy w 1994. roku ukazał się album American Recordings, na którym Cash śpiewał wyłącznie w akompaniamencie gitary akustycznej, i promujący go utwór Delia's Gone, wszyscy musieli przyznać, że zbyt wcześnie obwieścili koniec kariery Casha. Ten przedziwny związek producenta i muzykiem przetrwały aż do śmierci Johnnego. W 2002. roku ukazał się album American IV: The Man Comes Around. Tytułowy utwór był ostatnią piosenką napisaną i skomponowaną przez Casha, jednak uwagę większości ludzi przykuła jego interpretacja utworu zespołu Nine Inch Nails - Hurt. W teledysku do piosenki



Johnny Cash dokonuje swoistego podsumowania swojego życia i kariery. Ten wielki artysta, zwany ostatnim wielkim Amerykaninem i człowiekiem w czerni, zmarł w październiku 2003. roku, zaledwie cztery miesiące po śmierci swojej ukochanej żony June. Pozostawił po sobie pięćdziesiąt cztery płyty i legendę, która żyje do dziś. Iza Wolska Kilka minut na swoje Imperium Większości osób gra strategiczno-wojenna kojarzy się albo z jakąś grą komputerową, albo gigantycznym pudełkiem, którego zawartość stanowi stustronicowa instrukcja, Bóg wie, ile figurek oraz kart i do tego jeszcze duża plan-sza. Nic bardziej mylnego. Aby nie psuć sobie niepotrzebnie oczu i zagrać w miłym towarzystwie w prostą, ale posia-dającą elementy strategiczne grę planszową propon- uję "Imperium w 8 minut". Gra strategiczna autorstwa Rayana Laukata pod tytułem "Imperium w 8 minut" nie bez powodu ma taką nazwę. Jest prosta: polega na dobieraniu kart (darmowych lub kosztujących 1, 2 lub 3 monety) i wykonywaniu różnych akcji na nich zapisanych (na



przykład: budowanie miast, wojsk, przemieszczanie oddziałów, niszczenie jednostek wroga). Dzięki temu, że zasady są naprawdę proste, pierwsza rozgrywka trwa maksymalnie pół godziny i jest naprawdę fajna. Również reguły kontroli obszarów oraz zdobywania punktów zwycięstwa są naprawdę wyjątkowe. Po pierwsze: w jednym regionie może znajdować się kilka kolorów, znaczy to, że dopiero w fazie podliczania punktów sprawdzamy, kto kontroluje dany obszar i zdobywa tym samym punkty. Co do kart, to nie reprezentują tylko efektów, ale także surowce - im więcej surowców tego samego typu, tym więcej punktów. Nie tylko prostota zasad i łatwość w ich zrozumieniu są głównymi atutami gry. Nie jest ona duża, mogę powiedzieć, że to dość mała, przenośna planszówka. Przy okazji - to czyni ją także świetnym prezentem, jeżeli szukamy czegoś taniego, a zarazem mogącego uradować osobę, której mamy zamiar ją dać. Nie można także zapomnieć o samych elementach gry. "Imperium w 8 minut" ma ich dość dużo, ale za to są one wykonane bardzo dobrze oraz dość wytrzymałe, co sprawia, że uodpornione są na obrażenia typu upadki pudełka. Choć drewniane figurki i monety wykonane z twardego kartonu mają wiele zalet, nie możemy ich porównać z o wiele łatwiej niszczącymi się kartami do gry i mało atrakcyjną planszą, która łatwo się wygina. Jeżeli chodzi o grafiki na kartach i żetonach to mogę powiedzieć, że są ciekawe, oraz, co ważniejsze, bardzo ładnie wykonane.



Cena waha się od 40 zł (za używaną), przez 50-70 zł (w sklepach internetowych), kończąc na 70-80 zł (w zwykłych sieciówkach). Podsumowując: gra jest warta swojej ceny i nadaje się zarówno dla młodszych, jak i starszych graczy. Typ: Gra strategiczna Elementy: 7/10 Rozgrywka: 10/10 Losowość: 8/10 Zasady: Proste Maciek Mój romans z judo Był początek października, gdy po raz pierwszy otworzyłem drzwi klubu judo. Przywitałem się i poszedłem do szatni, powitało mnie dwóch mężczyzn, na oko 17-19 lat, w dziwnych białych strojach – judogach, które mieli poprzewiązywane kolorowymi pasami. Potem dowiedziałem się, że kolory oznaczają rangę - najpierw jest 6 poziomów kyu, następnie dziesięć poziomów mistrzowskich czyli



DANów. W kolejności: biały, żółty, pomarańczowy, zielony, niebieski, brązowy, 6 pasów czarnych, 2 białoczerwone i 2 czerwone. Pokazali mi matę, czyli miejsce, gdzie się ćwiczy i opowiedzieli, jak powinno się na niej zachowywać. Na treningu uczyłem się podstaw bezpiecznego, bezbolesnego padania, które przydaje mi się nie tylko na macie. Wciągnąłem się i z czasem poznałem rzuty, których nazw nawet nie byłem w stanie wymówić. Zaprzyjaźniłem się z innymi trenującymi. Na początku grudnia miałem zdawać na 5 kyu czyli żółty pas, ale - niefortunnie - w czasie ćwiczeń mój partner podczas rzutu stracił równowagę i przewrócił się na mnie boleśnie przygniatając mi rękę w nadgarstku. Diagnoza lekarza była wielkim ciosem – gips na miesiąc i zwolnienie do marca. Trochę się załamałem, ale po dwóch miesiącach trafiła mi się wielka okazja - mianowicie wyjazd do Francji na dwa tygodnie i możliwość trenowania judo u mojego wujka Philipa. Byłem zachwycony – codziennie dwie godziny treningów i dobra rehabilitacja po złamaniu. W praktyce było trochę ciężej. Oprócz treningów miałem lekcje japońskiego i francuskiego w jednym. Ku ogromnemu zdziwieniu trenera nie wyszedłem z formy a raczej powróciłem w wielkim stylu. Dwa tygodnie tygodnie później zdałem zaległy egzamin. Sport ten utworzył Jigoro Kano w drugiej połowie XIX wieku w Japonii. Kano studiował u starych mistrzów jujitsu, stopniowo wzbogacając i ulepszając swój system. Wybrał i usystematyzował najskuteczniejsze elementy techniki judo, usunął niebezpieczne i nieskuteczne metody walki, poszerzył wachlarz technik o elementy własnego pomysłu i ulepszył części technik słabo rozwiniętych w ju-jitsu. Do dziś judo jest stosowane przez japońską policję i jest obowiązkowym przedmiotem w japońskim systemie edukacji od szkoły podstawowej do liceum. Miłosz ‘Miły’ Nowak