Musisz zainstalować flash player pobierz instalator
Siła wyższa
to my!
Gazeta stworzona przez uczestników warszatów dziennikarskich
Czytacie redakcyjnego qmama, czyli– gazetkę zimowiskową przygoto-waną przez grupę Vis Maior. Naszym zadaniem było „ubrać w słowa” to, co przeżyliśmy podczas wspólnie spędzonego ty-godnia- warszawskich warsztatów dziennikars-kich. W przygotowywaniu tekstów do Via Maior pomagała nam Bianka, która pełniła rolę opiekuna i wydawcy gazetki.
Jednak nie byłoby nas tu-taj gdyby nie pomysłodawca i sponsor Fundacja Nowe Media, dzięki której my lice-aliści i gimnazjaliści z ró-żnych miejsc Polski, mie-liśmy okazję uczestniczyć w warsztatach. Jeszcze kilka dni temu nie znali-śmy się jednak okazało się, że nie przeszkadza nam to we wspólnej pra-cy, nad tekstami do tej gazetki. Chęć osiągnięcia sukcesu i stworzenia jej, nauczenia się jak najwię-cej podczas spotkań i warsztatów oraz prag-nienie dobrej zabawy sprawiło, że tworzenie re-dakcji okazała się wielką przyjemnością.
Staraliśmy się wybierać najciekawsze tematy oraz pomagać sobie w pisaniu tak, aby czytanie naszych tekstów, z niejednokrotnie wyjątkowych dla nas miejsc zaintrygowały i Ciebie, Czytelniku.
Redakcja Vis Maior
Agnieszka
Anka
Dominika
Kasia
Kuba
Magda
Paulina
Sebastian
P.S. Serdecznie dziękujemy Ani, bo to głównie ona złożyła tego qmama na czas.
Zimowiskowa jazda
Jak dotychczas zimowisko nie spełniło moich oczekiwań. Liczyłam, że będą nas tutaj traktować jak partnerów, a nie jak dzieci z podstawówki. Tymczasem trwa ciągła walka: my młodzi, spragnieni wolności kontra nasi animatorzy i wychowawcy, którzy muszą być odpowiedzialni aż do przesady.
Myślałam, że będę miała czas na chwilę oddechu i choćby półgodzinny odpoczynek po obiedzie (albo wyjście do sklepu), a muszę biec do sali konferencyjnej, żeby pi-sząc teksty siedzieć kolejne kilka godzin przed komputerem.
Pomijam już fakt, że program naszego dziennikarskiego zimowiska jest napięty do granic możliwości: spotkania z dziennikarzami, np. Igorem Zalewskim, felietonistą ty-godnika „Wprost”, wizyty w redakcjach TVP i TVN, wieczorne dyskusje.
A co ze snem? Odpocząć pod kołdrą możesz zaledwie kil-ka godzin, jeśli w ogóle, bo wymagają od nas pełnej mo-bilizacji. Zwlekam się więc codziennie z łóżka, bo nie mam innego wyjścia. Obozowa rutyna zaczyna nabierać rozpędu- łazienka, śniadanie, warsztaty, obiad, warsztaty etc.
Jednak czeka na nas wiele niecierpiących zwłoki zadań do wykonania; a my nie zamierzamy pozostać wobec nich obojętnymi. Nie powinniśmy przechodzić obojętnie wobec jakiejkolwiek sprawy, bo przecież jesteśmy już prawie dorośli, a to zobowiązuje. Każde wyjście, każde spotkanie, każda chwila odprężenia w nieswoim pokoju może być tematem. Tak mówią nasi animatorzy. Dlatego w naszych głowach non stop przetaczają się setki pomysłów, które tylko czekają na zrealizowanie.
Na szczęście oprócz uczestniczenia w warsztatach zdarza nam się robić wspólnie dużo rzeczy, jak choćby jeździć wypełnioną po brzegi windą. Śmiechu przy tym co niemiara.
Magda Kustosz
Poznałam naprawdę świetnych ludzi. Jednak ten tygodniowy wyjazd do Warszawy, który miał być dla mnie okazją do dobrej zabawy był czasem prawdziwej harówki. Praca, praca i jeszcze raz praca. Efektem miało być stworzenie qmamów, czyli tej warsztatowej gazety. Czy nam się ona udała oceńcie sami...
Zimowiskowe obyczaje
Kółko Adoracji Windowej
Hotelowa winda jest dziwna, jak na hotelową windę dziwna. Ciężkie, szare drzwi z podłużną wąską szybką i wnętrze o długości i szerokości pięciu damskich stóp rozmiar 38 znamy raczej z wielopiętrowych budynków miejskich blokowisk niż hotelowych wnętrz.
Uczestnicy naszego dziennikarskiego zimowiska już od pierwszych chwil zakwaterowania w hotelu Logos z radością naciskali srebrne, płaskie guziczki z czerwonym lub zielonym światełkiem w środku; najczęściej czwórkę lub piątkę, bo na tych właśnie piętrach zakwaterowani zostali.
Już pierwszego wieczora wielbiciele tych niewielkich, mobilnych pomieszczeń przenoszących nas między pietrami połączyli swe sympatie. W ten oto sposób powstało nieformalne Kółko Adoracji Windowej.
Jej członkowie najczęściej spotykają się przy okazji każdego opuszczenia pokoi w celu udania się np. na warsztaty, odbywające się na pierwszym piętrze bądź do jadalni.
Sposób postępowania jest prosty: wszyscy czekają, aż ostatnia osoba, która ma jeszcze szansę wsiąść do windy wciśnie się do niej. Po tym, drzwi przenośnego pudełka zamykają się z trudem. Ale właśnie wtedy zabawa się zaczyna!
Polega ona na pokonaniu, a jednocześnie odwiedzeniu jak największej liczby pięter w doborowym towarzystwie, a co za tym idzie – z rozmową, żartami i z wielkim finałem, kiedy to na hotelowy korytarz z windy wysypuje się kilku lub kilkunastu uczestników zimowiska radosnym wyrazem twarzy.
Jednak nie tylko na terenie wspomnianego hotelu Logos dźwig osobowy fascynuje młodzież. Podczas wizyt m.in. w redakcji telewizji TVN oraz w Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego padły pytania o windę. Zdziwieni przewodnicy naszych wycieczek prowadzili nas do tego magicznego miejsca, po drodze słuchając uzasadnienia naszych oczekiwań. Nasza zabawa może wydać się komuś infantylna, ale dla nas była to świetna zabawa i nasza integracja! Przypomnijmy jednak– warto dbać o kondycje i dobry stan zdrowia, dlatego my też czasami wybieramy męczący spacer po schodach zamiast szalonej przejażdżki windą!
Agnieszka Burda
Dziennikarzem jest się non- stop
Jak wygląda praca w gazecie codziennej?
Tę pracę codziennie tra-ktuję tak, jakby miała być ostatnią pracą w moim życiu. Nie mogę myśleć, że skoro mam np. zły dzień, to napisze tekst lewą ręką, a skoro źle się czuję nie będę za bardzo przykładać się do pracy.
Czytelnika nie interesuje mój bóle głowy czy moje chore dzieci- on chce po prostu dostać dobry tekst. Kiedy otwiera ga-zetę, i pod czytanym tek-stem widzi moje nazwisko to właśnie z tego będzie mnie rozliczał. Nigdy, nie można pozwolić sobie na to, aby napisać gorszy tekst. A przy tym bardzo ważne jest moje osobiste przekonanie, że dobrze wykonałam moją pracę.
Muszę być cały czas w go-towości, bo często, w róż-nych sytuacjach, dzwonią do mnie z redakcji i mó-wią, że tekst musi zostać poprawiony i nie nikogo nie interesuje, co w tej chwili robię. Nie mogę im powiedzieć, że tego nie zrobię. Tak samo nie mogę nikogo prosić, aby mnie zastąpił. Wykony-wanie tego zawodu jest dużą cześcią mojego życia. Trzeba też mieć świadomość, że praca w gazecie jest pracą pod stałą presją, bo jeśli nie wywiążemy się z na-pisania tekstów na czas, nie wyślemy w terminie tekstów do drukarni, to re-dakcja ponosi karę pie-niężną. Tempo pracy redakcji gazety jest niesłychanie szybkie.
Czy podczas wykony-wania swojej pracy, miewa Pani chwile sła-bości?
Codziennie. Mam chwile tryumfu, kiedy jest pięknie i chce mi się fruwać, ale mam też momenty buntu i załamania, kiedy chce mi się płakać. Jednak z tych emocji trzeba się „otrzepać” i iść przed siebie, bo takie chwile się nie skończą. Najgorsza
sytuacja to taka, w której dzwoni czytelnik, od-bieramy telefon, a czło-wiek mówi, że obdarzył nas zaufaniem, a my zro-biliśmy mu krzywdę. Ta-kie sytuacje się zdarzają, kiedy chcemy kogoś opi-sać by pomóc mu a on po publikacji dzwoni i mówi: „mam do was szalone pretensje, nie tak miał wyglądać ten tekst, nie to wam powiedzia-łem”. Dziennikarz jest po to, aby pomagać, więc kiedy dowiadujemy się, że wyrządziliśmy zrobi-liśmy krzywdę- to jest to potworny cios.
Nadchodzi godzina, kie-dy wraca Pani zmęczo-na do domu. Czy poza redakcją, "po godzi-nach" myśli Pani o tek-stach, tematach?
Bez przerwy o tym myślę. W moim dziale pracę re-dakcji staramy się pla-nować dzień wczśniej. Gdy danego dnia zakoń-czymy wydanie, zast-anawiamy się, co będziemy pisać nastę-pnego dnia. Rzadko jesteśmy w luksusowej sy-tuacji, by dzień wcześnie mieć gotowy materiał. Ra-czej myślimy, jak zbu-dować tekst, co zdążymy zrobić, czy damy radę porozmawiać ze wszy-stkimi ekspertami. W dro-dze do domu, po kolacji, w trakcie kąpieli cały czas się myśli o tym, co zro-bimy następnego dnia w gazecie. Jak mam wol-ny weekend, to idę rano do kościoła i wtedy
wyłączam komórkę. Jed-nak najczęściej kiedy ją po-nownie włączę, okazuje się, że mam pięć nieode-branych połączeń.
Pracowała Pani również w radiu. Co jest bliższe Pani- praca w rozgłośni radiowej czy redakcji gazety?
Radio jest w tej chwili szalenie płytkie. Ogra-nicza się tylko robienia pięciominutowych ser-wisów informacyjnych. Sądzę, że radio nie dostarcza takich emocji, jak gazeta. Nie daje odczuć, że interweniuje się w sprawie odbiorcy; nie ma już reportażu, wywiad trwa najwyżej trzy minuty, wszystko jest bardzo skompaktowane i zawężone. To w gazecie ma się poczucie, że się jest dziennikarzem, i że się odkrywa nowe problemy, pisze tekst z miejsca zdarzenia, spotyka się i rozmawia z bardzo różnymi ludzi. Praca w redakcji daje mi teraz o wiele więcej satysfakcji. Z Renatą Kim, szefową działu społeczeństwo w gazecie codziennej „DZIENNIK. Polska Europa Świat", rozmawiał Sebastian Sikora.
Szekspir 2009!
Na deskach warszawskiego teatru Studio , Buffo” przedstawiany jest współczesna wersja słynnego dzieła Williama Szekspira, która w nietypowy sposób inscenizuje znany na cały świat dramat.
Tematem musicalu jest, jak w oryginale miłość dwojga młodych ludzi. Jednak po obejrzeniu przedstawiania, mam poczucie, że w tej kwestii stało się ono dalekie od oryginału. Uczucie dwojga młodych ludzi straciło bowiem w tej odsłonie dramatu na ważności. Autor pierwowzoru pisał o miłości jako najważniejszym elemencie książki. W spektaklu zaś miłość została odsunięta na bok. Na pierwszym planie zaś królowały: zbrodnia, humor i efekty specjalne.
„Romeo i Julia” to dramat pokoleń rodziców i dzieci, którzy nie umieją ze sobą rozmawiać, słuchać się i szanować swoich potrzeb. Młodzieńcza bezkompromisowa miłość napotyka bezwzględność komercyjnego świata rodziców, pochłoniętych swoimi sprawami- czytamy w teatralnym opisie przedstawienia.
Jednak być może takie adaptacje są sposobem na przyciągnięcie młodych ludzi do teatru i literatury. Współczesny język i akcja sztuki przeniesiona w realia 2009 roku, muzyka, taniec, aktorzy ubrani w codzienne ciuchy młodych ludzi sprawiały, że siedzący na widowni rówieśnicy bohaterów sztuki nie czuli się obserwatorami lecz uczestnikami i świadkami scenicznych wydarzeń.
Gdy słuchałam piosenek śpiewanych przez aktorów ogarniało mnie wzruszenie. Ich śpiew powodował, że miałam ciarki na plechach- mówiła po przedstawieniu jedna z nastolatek.
Dominika Szkodna
Spektakl był bardzo interesujący, wyrażał wie-le emocji.
Przedstawienie było bar-dzo nowoczesne, jednak dobrze nawiązywało do pier-wotnej wersji sztuki.
Ciekawa interpretacja, moje nowe doświadczenia.
Podobało mi się, bo prze-łożyło problem dzieła z e-poki renesansu na współ-czesne realia. Pokazał, że problematyka jest uni-wersalna.
Uwielbiam musicale. Świetne efekty, pomysłowo, z rozz-machem, odważnie.
Trochę dziwny. Nie po-dobało mi się to że koń-cówka była za krótka. Idąc na ten spektakl na-leży znać oryginał sztuki. Ciekawa interpretacja.
Adaptacja Józefowicza jest żywiołowa, nieprze-ciętny musical, wokal, gra aktorska i taniec.
Serce Warszawy.
Vis Maior Dzisiejszy pomnik stołecznej Syrenki wykonany jest ze spiżu. Wyrzeźbiła go Ludwika Nitschowa- polska rzeźbiarka, Modelką do jej rzeźby była Krystyna Krachelska, harcerka, żołnierz AK, uczestniczka Powstania Warszawskiego, autorka najsłynniejszej pieśni PW "Hej chłopcy, bagnet na broń”.
Serce miasta
Na postumencie poniżej pomnika widnieje napis: „Serce Warszawy”. Skąd na Starym Mieście wzięła się ta pół kobieta- pół ryba?
Legenda mówi: że pewnego razu, po Wiśle pływał swoją łodzią rybak Wars. Wśród monotonnej melodii rzeki usłyszał piękny śpiew. Podążył za głosem pieśni i ujrzał piękną kobietę, siedzącą na kamieniu pośrodku rzeki. Po chwili zauważył, że z tułowia piękności, zamiast nóg wyrastał piękny ogon mieniący się niby wysadzany tysiącem drogocennych kamieni. Mężczyzna natychmiast zakochał się w zjawiskowej postaci i poprosił ją o rękę.
Syrena miała na imię Sawa. Życjąc razem postanowili założyć osadę nad rzeką. Jej nazwa pochodzi od imion założycieli- Warszawa.
Nikt właściwie nie wie skąd Syrenka wzięła się w herbie Warszawy. „Po raz pierwszy pojawiła się na nim w 1390r., ale w postaci zwierzęcia z ptasimi łapami i smoczym tułowiem pokrytym łuskami.”- czytamy w Wikipedii.
Po raz pierwszy Warszawską Syrenkę w swej pół- kobiecej, pół rybiej postaci pokazano na herbie z 1622r. Ten jej obraz to efekt zainteresowania mitologią grecką, która w czasach renesansu była bardzo popularna.
Dlaczego Syrenka dzierży w dłoni miecz i tarczę tłumaczy kolejna legenda. Pewnego razu bogaty kupiec zobaczył Syrenę i usłyszał jej piękny śpiew. Szybko policzył ile zarobi, jeżeli uwięzi tę istotę będzie ją pokazywać na jarmarkach. Podstępem ujął pół kobietę- pół rybę i uwięził ją w drewnianej szopie, bez dostępu do wody.
Płacz Syreny usłyszał młody parobek, syn rybaka, i z pomocą przyjaciół w nocy uwolnił ją. Syrena z wdzięczności za odzyskaną wolność obiecała, że gdy mieszkańcy miasta znajdą się w potrzebie będą mogli liczyć na jej pomoc. Właśnie dltego, Warszawska Syrena jest uzbrojona – ma miecz i tarczę dla obrony tego miasta.
Jaka jest Warszawa
Małe i piękne czy wielkie i przesadziste?
Małe i piękne czy wielkie i przysadziste?
Wielkie graniastosłupy to wkraczające coraz głębiej w ludzkie życie wieżowce. Warszawa, która miała duży udział w tworzeniu się historii Polski, teraz stała się fundamentem rozwoju miasta. Gigantyczne drapacze chmur wywołują jedynie uczucie obrzydzenia i niesmaku, a ogarniająca nas wszystkich postępująca cywilizacja, daje się dokładnie zauważyć w stolicy. Osoba przyjezdna, pochodząca z małej miejscowości, może albo być pod wrażeniem albo też przytłoczona nadmiarem wybudowanych „na szybko” po wojnie budynków. Wszystko wydaje się być kwadratowe i szklane. Dowodem tego jest chociażby widok z trzydziestego piętra Pałacu Kultury i Nauki. Panorama miasta zachwyca swoimi wymiarami, lecz widoczny, unoszący się nad nim smog, po prostu odstrasza potencjalnego turystę. Nie wydaje się on wówczas atrakcją, która mogłaby przyciągnąć uwagę gościa.
Wjeżdżając do Warszawy osoba z małego miasta ma nadzieję, że spotka się z cudownym, tętniącym życiem widokiem ludzi pracujących, ale i zadowolonych z życia. Jakim wielkim rozczarowaniem okazuje się być fakt, że idąc ulicą łatwo zaobserwować beznamiętność i anonimowość na każdej twarzy, jakby ci ludzie posługiwali się wyłącznie dewizą: „Idź naprzód i nie oglądaj się za siebie”?! Pochłonięci pracą zarówno miejscowi jak i imigranci, nie zważają i nie uwzględniają w swoim powtarzającym się maratonie, innej opcji funkcjonowania, w tym niezwykłym biegu życia. A może warto by było zatrzymać się czasem choć na chwilę, bo przecież: „chwila, która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil” jak to mówią słowa piosenki Dżemu „ Do kołyski”? We Warszawie wszyscy gdzieś pędzą, przez co ich życie wydaje się być nie do końca właściwie przemyślane i rozpracowane.
Okropne jest to że wszystkie budynki są tu jednolite. W mniejszych miastach można zauważyć domy w różnych odcieniach całej palety barw. Skoro jest to stolica, to powinna się w jakiś sposób prezentować - w końcu jest wizytówką kraju! Jedynym jej urozmaiceniem są reklamy na szczytach, które na każdym budynku są inne. Dzięki właśnie takim detalom, które tylko i wyłącznie szpecą, widać, że miasto ma charakter bardziej nowoczesny.
Wielkość miasta powoduje, że niezwykle rozwinięta jest komunikacja. Bez względu na godzinę, stojąc na przystanku, zawsze możemy się spodziewać jakiegoś autobusu czy tramwaju, który zawiezie nas tam, gdzie będziemy chcieli. Powoduje to olbrzymi hałas, do którego potencjalny turysta nie jest przyzwyczajony. Liczne mosty i mościki są dla niego jedynie komplikacją w odnalezieniu celu naszej wyprawy. Większość mieszkańców to przyjezdni i ciężko spotkać tu rdzenną ludność, a można to zauważyć właśnie pytając o drogę. Przeważnie usłyszymy w odpowiedzi: „Niestety nie mam pojęcia, ja nietutejszy” albo „I don't speak polish”.
Generanie stolica wydaje się być szara i przepełniona monotonną codziennością... W małym mieście natomiast, wszystko ma swój określony styl i smak, istnieje ten niepowtarzalny urok, którego w metropolii dostrzec nie można. Wyjątkiem jest tylko widok nocą. Współgrająca z lokalnym oświetleniem Wisła oddaje swój prawdziwy charakter i urok. Jednakże ten spokój i harmonię płynącej rzeki, zakłóca ruch pędzących samochodów i pociągów.
Dla jednych, niezwykłą sprawą jest zestawienie zabytkowych budowli ze współczesną architekturą, z kolei dla innych jest to jedna wielka porażka, bo w końcu czy wspaniała katedra powinna znajdować się tuż obok ogromnego i szklanego biurowca? To pytanie można pozostawić do odpowiedzi dla każdego z nas. Wszyscy mają różne upodobania i gusty. Jeśli komuś podoba się widok obskórnych ulic i budynków, to niech się tym dalej fascynuje.
Anka Mularczyk
Powstanie Warszawskie
Dziękuję Ci babciu, dziękuję Ci dziadku...
Stawiając każdy kolejny krok, czytając obwieszczenia mobilizacyjne, słuchając słów przewodnika, który mówił: „Warszawa sierpnia 1944 roku nazywana była miastem grobów” coraz intensywniej wyobrażałam sobie dramat powstańców. Myślę o umierających ludziach, którzy marzyli o bezbolesnej śmierci. Gdy przewodnik opowiada o kolejnych dniach powstania War-szawskiego, zakamuflowanej w piwnicach Zamku Królewskiego fabryki broni, Krzysztofie Kamilu Baczyńskim, którego przyjaciele świadomi jego talentu poetyckiego chcieli uchronić od powstańczej walki słyszę przede wszystkim dźwięki latających ponad naszymi głowami Liberatorów i bomb spadających zaraz obok mnie.
Pośród dzwięków niszczonego z hukiem miasta słychać też pieśni śpiewane przez maszerujących meżczyzn, szum wody lejącej się z kranu podczas porannej toalety. W czasnego obeliska wydobywa sie też dzwięk bijącego serca- wciąż żyjącej Polski. Żyjącej dzięki iskierkom powstańczej nadzieji na zwycięstwo pomimo militarnej przewagi okupanta.
Przypominają o tym, zgromadzone w muzeum m.in. portretowe zdjęcia poległych powstańców, przedmioty codziennego użytku czy broń. Jednak największe wrażenie zrobiły na mnie krótkie filmy dokumentalne i śmiertelnie realistyczne rekonstrukcje machin wojennych, ukazujące brutalną powstańczą rzeczywistość.
Vis Maior Wszystko to po to by po 60 latach pamiętać, że historia Powstania Warszawskiego to nie odległą opowieścią lecz właśnie historią naszych dziadków, gdy mieli po kilkanaście lat.
Wychodząc z muzeum przechodziliśmy kanałami- wąskimi i niskimi, ale czystymi i oświetlonymi, a mimo to słyszałam przestraszone głosy moich kolegów: "nie podoba mi się tu", "boję się ciemności". Kanały te są imitacją kanałów ściekowych, którymi w wojennej rzeczywistości warszawiacy przemieszczali się między dzielnicami. Dla części uciekających tą drogą ludzi była to niejednokrotnie ostatnia drogą w życiu. Umierali z wycińczenia, potykali się o leżące w kanałach zwłoki, dusili się...
Paulina Pacyna