Musisz zainstalować flash player pobierz instalator






Laboratorium Reportażu numer 3/2010

Od Redaktora

Kiedy się spieszysz, nic nie widzisz, nic nie przeżywasz, niczego nie doświadczasz, nie myślisz! Szybkie tempo wysusza najgłębsze warstwy twojej duszy, stępia twoją wrażliwość, wyjaławia cię i odczłowiecza Ryszard Kapuściński

Po dłuższej przerwie zapraszam do lektury kolejnego wydania „Workshopu”. Zmiany są nieodłączną częścią życia, zmieni się więc w niedalekiej przyszłości także nieco i nasze pismo (na razie internetowe). Obecne wydanie, dla porządku datowane jako „numer 3/2010” , zawiera rozmaite materiały pojawiające się w ostatnich miesiącach na redakcyjnym biurku. W kolejce czekają następne, mocniej związane z bieżącym biegiem spraw. Chciałbym bowiem, jako dziennikarz zaproszony przez Marka Millera do wzięcia odpowiedzialności redakcyjnej, aby wszyscy twórcy „Workshopu” spróbowali w swych tekstach, w wybieranych tematach do opisania i sfotografowania, nawiązywać silniejszy dialog ze zjawiskami i zdarzeniami kształtującymi rzeczywistość. Nie zamienimy się oczywiście w gazetę walczących publicystów, ale będziemy dążyli do odnajdywania takich zjawisk, postaci, wydarzeń, które zmuszają niejako dziennikarza do zadawania pytań. Naszą szansą – nie tylko zawodową - jest aktywność wobec świata. Poszukiwanie nie tylko tego, co wszyscy znamy, a czytelnicy uwielbiają, ale raczej tego, co zmusza nas do aktywności, do próby zrozumienia Innego (w szerokim znaczeniu) – a o tym pisał kiedyś Ryszard Kapuściński. W najbliższych miesiącach kształt „Workshopu” będzie ewoluował. We wcieleniu sieciowym powinien zawierać materiały dźwiękowe i wideo, więcej zdjęć, także np. w postaci fotokastów – tu możliwości współczesnego internetu są ogromne, zachęcam do otwarcia własnych wyobraźni. Ale zanim wejdziemy w świat dziennikarstwa multimedialnego, zapraszam do lektury bieżącego, nietypowego, wydania. Otwiera je rozmowa, a właściwie osobista relacja Rafała Pikuły z rozmowy z Markiem Nowakowskim, wybitnym pisarzem, jednym z najciekawszych obserwatorów polskiej rzeczywistości ostatniego półwiecza. Rozmowa o Warszawie, której już nie ma, o uciekającym czasie i powinnościach artysty. Zaraz później zabiera głos Max Cegielski – jeden z najciekawszych, niepokornych reportażystów młodszego pokolenia (z autorem „Masali” rozmawiają Joanna Sopyło i Julian Tomala). Polecam także rozmowę Małgorzaty Szlachetki ze znakomitą reportażystką radiową Katarzyną Michalak oraz ciekawe opowiadanie „Matka” pióra (jak się kiedyś mawiało) Katarzyny Gargol. Następny numer „Workshopu – już niedługo. Krzysztof Sielicki Nagroda PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego REDAKCJA



Polska Agencja Prasowa ustanowiła Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego, aby promować wartości bliskie i Agencji, i patronowi wyróżnienia: obiektywizm, rzetelność oraz dociekliwość. Ryszard Kapuściński, który 14 lat przepracował w PAP, wyżej od doktoratów honoris causa i nagród literackich cenił sobie skromny tytuł reportera. Uważał, że dziennikarstwo jest misją i powołaniem, a informacja ma w sobie niekiedy moc zmieniania świata. PAP chce nagradzać autorów tekstów informacyjnych, ale też dziennikarzy radiowych i telewizyjnych. Wśród kryteriów, wedle których oceniane będą zgłoszone do Nagrody relacje, ważne miejsce zajmuje rzetelność rozumiana jako umiejętność oddzielania informacji od opinii i komentarzy. Oceniana będzie także wartość informacyjna a także walory warsztatowe: jakość stylu i języka bądź warsztatu filmowego czy radiowego. "Od korespondenta agencji prasowej wymaga się, aby pisał i pisał, bez przerwy, bez wytchnienia" - wspominał Kapuściński, porównując swoją pracę do zajęcia piekarza, którego wypieki mają smak, dopóki są świeże. "Po dwóch dniach czerstwieją, a po tygodniu pleśnieją i nadają się tylko do wyrzucenia. To samo dzieje się z materiałami agencyjnymi" - dodawał. Nagroda przyznawana będzie co roku. Kandydatury do pierwszej edycji można zgłaszać do 14 stycznia 2011 roku, a pierwszych laureatów poznamy w marcu przyszłego roku. Na każdego z laureatów czeka 20 tys. zł. Talent i trafność sformułowań w depeszach pisanych przez Kapuścińskiego wspominają koledzy po fachu. "Rysiek często przekazywał informacje jako pierwszy na świecie" - wspomina Stefan Bratkowski, jeden z członków jury nagrody. Wojciech Jagielski zapamiętał, że powiedział kiedyś: "w głębi serca wszyscy jesteśmy depeszowcami". PAP ustanawiając Nagrodę chce uhonorować twórców codziennych informacji. (PAP) Redaktor Naczelny: Marek MIller Sekretarz redakcji: Krzysztof Sielicki Współpraca: Anna Zdrojewska oraz studenci i sympatycy Laboratorium Reportażu Zdjęcia: Katarzyna Gargol, Małgorzata Szlachetka, Krzysztof Sielicki Wydawca: Laboratorium Reportażu Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego Adres: Nowy Świat 69 pok.39, IV piętro 00-046 Warszawa tel./fax +22 55 22 904 Od razu wiedziałem, że to pan – powiedział na wstępie pan Marek.  Tak? - zdziwiłem się i zapytałem- czyżby pisarska intuicja?  Nie wiem – uśmiechnął się.
Nie chodzę na cmentarz Z Markiem Nowakowskim o starej Warszawie


Ruszyliśmy przed siebie. Dzień był słoneczny, czuć było zbliżająca się wiosnę, miło się spaceruje więc się nie spieszymy, co chwila przystajemy. Marek Nowakowski wskazuje na stare, przedwojenne kamienice Mokotowa, secesyjne, modernistyczne relikty dawnego życia. W murach jest duch miasta – zdradza mi później – mury są bardzo ważne. W takich kamienicach kwitło kiedyś życie, były małe zakłady, jubiler, fryzjer, sklepik z mydłem i powidłem, ale to zanika – tłumaczy mi  kiedy kluczymy bocznymi uliczkami południowego śródmieścia. Ulica Polna. „Zacznijmy od serca miasta. Dzielnic Śródmiejska. Choćby Polna. To dawne, nie istniejące ogarnęło znienacka. Bazar zajmował rozległy obszar wzdłuż Polnej do Nowowiejskiej, naprzeciw Gmachu Politechniki. To był matecznik. Szczególnie nocą, kiedy zajeżdżały tu wozy ogrodników zapatrujących miasto w owoce, warzywa i inne ziemiopłody'' – tak opisuje to miejsce w swojej prozie Nowakowski, pisarz bardzo warszawski, miłośnik tego miasta i strażnik jego ducha, który zaklęty jest w jego opowiadaniach. Pisarz stojący pomiędzy. Obserwator znajdujący się pomiędzy światem marginesu społecznego i centrum, do którego



należy literatura, pomiędzy autentycznością lumpa i nieautentycznością ról podsuwanych przez kulturę oficjalną, pomiędzy barwnym acz dosadnym językiem półświatka i martwym językiem gazetowym czy literackim, Marek Nowakowski, uważa, że prawdziwy pisarz nie może podążać za stadem, dlatego też nie dziwię się, że zawsze przechodzi na czerwonym świetle. W końcu znajdujemy jakąś knajpę, siadamy. Papieros i rozmowa. Pan Marek pamięta początki projektu, ciągnącego się już prawie dekadę. - Dziś już nie chodzę na bazar, po co chodzić na cmentarz? - odpowiada gdy pytam go o bazar. - Kiedyś to było centrum Pragi, centrum Warszawy, jedyne takie miejsce w tej części Europy Wschodniej, kwitło tam życie, kapitalistyczna wyspa w PRL-u – opowiada – ale teraz to się skurczyło. Nie wiem jaka będzie przyszłość bazaru, może skurczy się do małego miejsca, jednego z wielu miejsc handlowych w mieście, na pewno lata świetności ma już sobą – ciągnie opowieść. - Dziś już się tym nie zajmuję, po co - jak nic nie ma  nie chodzę na ten cmentarz – wyjaśnia. Proces kurczenia się bazaru zaczął się pod koniec lat dziewięćdziesiątych, związane to zjawisko było z transformacją. Można było oglądać początek procesu rozkładu tego azylu Polski Ludowej. - Jak to zaczęło zanikać, jak zaczął się początek końca bazaru, pomyślałem aby tym zainteresować studentów – opowiada o początkach projektu. Zaangażowali się w to studenci, w szczególności Piotr Kulesza, owocem czego jest jego literacka próba opisu tego miejsca zatytułowana ''Niebieski syfon''. - Bazar był światem, spotykało się tam wielu ludzi, różnych zawodów, był tam ferment, dlatego miejsce było ciekawe, znałem tam bardzo wielu ludzi. Na tym relikcie wolnego handlu można było kupić wszystko. Dziś bazary podupadają, stoją wielkie centra handlowe, hipermarkety, ale są jeszcze ludzie, którzy cenią bezpośredni kontakt, zakupy w osiedlowych sklepikach. Są jeszcze ludzie odwiedzający bazar. Takie miejsca się ostaną, ale już nie będą miały takiej funkcji jak kiedyś, to na pewno – wyznaje. Nie można się dziwić częstej obecności bazaru w opowiadaniach i powieściach pisarza. Pan Marek choć urodził w zupełnie innym miejscu Warszawy, we Włochach, bardzo szybko wsiąkł w klimat praski. – Praga była ciekawym światem, a ja ten świat poznałem od podszewki – zdradza. Właśnie bazar był miejscem gdzie spotykali się ludzie z Pragi, z całej Warszawy, a także z podstołecznych miejscowości. - Należałem do paki z Ochoty. - Nowakowski był chłopakiem z paki Janka Piechura z Bud. - Znała się ta nasza paka z paką chłopaków z Pragi i z innych miejsc Warszawy. To na jakiś tańcach się poznało, to znów przez kogoś. „Z chęcią podążałem na Pragę biedną, szemraną, pełną starych kamienic, ruder, zaułków, przechodnich bram, szczęśliwym zrządzeniem boskim zachowaną jako miasto” – pisze w jednym ze swoich opowiadań. - Ja byłem ciekawy świata, poznania tego, przyglądnąć się temu wszystkiemu chciałem. Poczuć życie, a nie tak jak teraz, słoiki na oczach i w komputery i co oni widzą z tego świata? – opowiada pan Marek paląc kolejnego papierosa. - Wojna zniszczyła miasto, ale nie zniszczyła ludzi, ludzie byli. Jeszcze na Pradze ocalały

Marek Nowakowski (1935) – pisarz, należy do tzw. pokolenia "Współczesności" . W swojej twórczości zajmował się oficjalnie przemilczanymi w PRL obszarami życia, ludźmi z tzw. marginesu społecznego i z peryferii wielkomiejskich.W latach 90. wydał kilka książek w satyryczny sposób ukazujących rzeczywistość Polski z okresu transformacji ustrojowej. Był współzałożycielem podziemnego pisma literackiego "Zapis" (1977). Mieszka w Warszawie.

stare kamienie, ale na lewym brzegu wszystko zniszczone, Stare Miasto legło w gruzach. Nowakowski żył wśród zwykłych ludzi, nie ciągnęło go na salony, dla niego świat to miejsce, gdzie tętni życie i są prawdziwi, autentyczni ludzie – tak, autentyzm był najważniejszy w jego twórczości. Jednak literatura to nie reportaż. Bohaterowie jego książek są zlepkiem charakterów, sumą spotkanych postaci. Literatura według Nowakowskiego to barwienie życia. Jedną z bazarowych postaci był przyjaciel Pana Marka Mieczysław Przyjemski, wyjątkowo nieudolny kryminalista. Przesiedział w różnych więzieniach prawie dwadzieścia lat, co wyszedł na wolność, kolejny nieudany skok i z powrotem za kraty – to opowieść autentyczna, prawdziwego człowieka, który mówił prawdziwą gwarą warszawską. Bywał i na bazarze – wspomina pan Marek. Facet autentyczny – powtarza. Z takich charakterów tworzeni byli bohaterowie prozy Nowakowskiego – ludzie twardzi, prości ale żywi – takie kozaki, jak zwano chłopaków z Pragi. „Bywali kiedyś kozacy. Mistrzowie ulicznych bójek dla samej tylko sztuki bicia (…). Kozacy byli bardzo młodzi. (…) Szlak tych kozackich zagonów prowadził od Zacisza, Targówka, bazaru Różyckiego, na Polonię, dworzec Główny, do zieleniaka na Opaczewskiej” – tak o tamtych ludziach pisze Nowakowski w opowiadaniu ''Pamięci kozaków''. Wśród chłopaków na Pradze i z bazaru Różyckiego liczył się charakter -  Nie było taryfy ulgowej dla niepełnosprawnych i autorytet kulasów opierał się na sile i sprycie. Utrata nogi przy wrodzonej energii i innych przymiotach charakteru jeszcze bardziej hartowała takich osobników – opisywał w innym opowiadaniu króla bazaru Leszka Kulasa. Spryt, duma i odwaga – takie to były chłopaki. Królewski tytuł Kulasa wcale nie jest taki przypadkowy. W opowiadaniu ''Bazar Różyckiego'' Nowakowski opisuje bieg życia na barwnym królestwie bazaru - tutaj w wolnym czasie szafowano nader chętnie takimi tytułami jak król, książę, hrabia. Pełno było tych panów



feudalnych: „król pikiety bikiniarskiej w Śródmieściu – Czarek; król paserów – Pchełka; książę alfonsów – Edek Szatan; zawodowy uwodziciel – Hrabia; Oczywiście król też rządził bazarem po lewej stronie Wisły, na Pańskiej''. Postać króla była wyraźna - „Kulas (…) spacerował przy bramach wyjściowych na bazar, od Ząbkowskiej lub Targowej. Postukiwał sztuczną nogą i żartował z kobietami''. Rządzenie takim bogactwem wydawało się dla przeciętnego obserwatora sprawą prostą -  „Sposób jego pracy dla naiwnego oka był trudno uchwytny. Właściwie tylko spacerował. Z tym się przywitał, tamtego zaczepił, a z innym oddalił się na stronę. Wnikając głębiej pod ten zwodniczy naskórek można było dostrzec, że coś czasem odbierał od tych napotkanych niby przypadkiem osobników lub coś im wręczał. Przetrwał jako niekwestionowany monarcha bazaru cały stalinizm i po październikowej odwilży 1956 roku zmarł w szpitalu z powodu marskości wątroby i innych zaawansowanych przypadłości. Na jego miejsce pojawił się następny Król. I następny. Tron nigdy nie stał pusty”. Nowakowski opisał koniec panowania króla Kulasa. Umarł król, niech żyje król – mawia się.  Było i tak, że panowało dwóch królów i społeczność bazaru dzieliła się na dwa obozy. Wybuchały także rokosze, pojawiali się uzurpatorzy, samozwańcy. Ze smutkiem powiedzieć należy, że w miarę upływu czasu kodeks Kulasa, oparty na tradycyjnych, jeszcze przedwojennych wzorcach zaczął się stawać anachroniczny. Nowe czasy wymagały innego postępowania. Klasycznym tego dowodem może być olśniewająca kariera Eleganta w latach 70. Zaczynał od solidnych podstaw. Terminował w złodziejskim fachu. Był małym paserem jakiejś szajki małolatów. Siedział w pudle. Wreszcie osiadł na terytorium bazaru Różyckiego. Wspinał się bardzo szybko po stopniach bazarowej kariery. Interesy prowadził za fasadą skromnej budki z książkami – opisuje Nowakowski monarchiczne dzieje bazaru Różyckiego, miejsca o którym bez przesady można powiedzieć, że było państwem w państwie, enklawą i cudem, rajem dla tych co mieli troszkę grosza.  I co ci z tego przyjdzie – pyta mnie pan Marek – tam nic nie ma. Było życie. Znałem wielu ludzi, teraz tam pustki. Nawet wspomnienia po tym co było nie ma – mówi . - Opisywałem to wszystko bo to był mój świat – wyznaje. ... I żyło się, i pisałem tak, jak chciałem – wyjaśnia dalej – to był sposób na wolność, a wcale nie chciałem być zawodowym pisarzem. Pierwsze opowiadanie dałem do przepisania w biurze przepisywania podań. I przepisali to bez dialogów, jak leciało, bo nie umieli. Potoczyło się lawinowo. Żyłem i pisałem, nie miałem dużych potrzeb – wyznaje. „Pisanie jako obrona. Odpowiedź na atak. Strefa wolności. Tylko moje” – napisał w zbiorze opowiadań ''Grecki bożek''. Uchwyceni na setkach stron ludzie, miejsca Warszawy. Zapisana barwna rzeczywistość bazaru Różyckiego – dziś miejsca pustego.  Nie chcę o tym gadać – odpowiada dziś Marek Nowakowski pytany o bazar. Tego już nie ma. Co było jest opisane. Dziś jest to smutna rzeczywistość - ta rzeczywistość zbyt często jawi się cmentarnie – z takim przesłaniem rozstajemy się. Rafał Pikuła laboratorium Reportaż w stylu polskiej szkoły dokumentu nie odpowiada potrzebom współczesnego świata. O eklektyzmie w pisaniu, bohaterze reportażu, roli tłumacza przy pisaniu i lewicowości Kapuścińskiego mówi Max Cegielski.
Reportaż bezprizorny


W Twoich książkach oprócz elementów reportażowych są odwołania do historii, architektury. W związku z tym, często słyszymy opinie, że są one trudne. Moje książki nie są czysto reporterskie i to jest zarówno ich wada, jak i zaleta. Żeby je napisać nie tylko spotykam się z bohaterem, ale również czytam o architekturze, odwiedzam wystawy. Kiedyś pojechałem do Berlina specjalnie, żeby obejrzeć wystawę „Desert of modernity” w Haus der Kulturen der Welt. Zebrano na niej zdjęcia i plany architektoniczne budowli stawianych przez Francuzów w Maroku czy corbusierowski wizje przebudowy Stambułu. Takie elementy oraz kontekst historyczny czy antropologiczny, a nie tylko spotkanie z bohaterem, poznanie go i opisanie, fascynują mnie w tekście. To różni mnie od typowych reporterów np. z



„Gazety Wyborczej”. Nie studiowałem nigdy dziennikarstwa, a moje reportaże prasowe to najczęściej odpryski od książek, a nie odwrotnie. Nie przebyłem takiej drogi, jak na przykład Wojtek Jagielski – od PAPu, przez podróże, do napisania książki. To, że w ogóle zająłem się reportażem wynika z zainteresowania literaturą. Każdy element rzeczywistości, który mogę w to wprzęgnąć, dzięki któremu mogę zrozumieć opisywany świat, wydaje mi się niezwykle interesujący. Wielość kontekstów czy odniesienia historyczne powodują, że w niektórych momentach Twoje książki czyta się wręcz jak akademickie podręczniki. W przypadku „Pijanych Bogiem” spotkałem się z zarzutem, że to książka uniwersytecka. Jednak z naukowego punktu widzenia, książka jest zbyt łatwa i zbyt osobista - reporterska. Przez to trudno je też zaklasyfikować do konkretnej kategorii. To mi utrudnia życie jako autorowi. Jednak, przede wszystkim, interesuje mnie eksperyment. Chcę kombinować ze wszystkimi gatunkami i szukać ich połączeń. Czysty reportaż, w stylu Hanny Krall, czy w odniesieniu do filmu – w stylu polskiej szkoły dokumentu, nie jest dla mnie. W książce nad którą pracuję, chcę formalnie pójść jeszcze dalej, bo w gruncie rzeczy chodzi mi o eksperymenty literackie, dokonanie syntezy reportażu, elementów esejów, felietonów i „wywodu” naukowego. Nie lepiej byłoby skupić się na bohaterze i jego emocjach niż opisywać to, co jest wokół niego? Bohater jest produktem kultury, swojej rodziny, a w filozofii marksistowskiej - swojej klasy społecznej. „Pijani Bogiem” to książka, w której pokazani są bębniarze pakistańscy – jako element kultury, historii, struktury społecznej, potem jako ojcowie, mężczyźni, ludzie. Rzeczywistość XXI wieku, bez względu na to, czy jest to Pakistan, Nowy Jork, czy Warszawa, jest tak skomplikowana, że stare formy jej opisu są już nieaktualne. Część twórców uznała, że świat się tak bardzo zmienił, że wymaga mniej formalnego pisu. Pozostali chcą pozostać przy starych formach. Według mnie, wykorzystywanie tylko reporterskiej, naukowej czy jakiejkolwiek innej formy opisu rzeczywistości jest niewystarczające. Tak samo jak mnie w książkach interesowało to pogranicze i eklektyzm kulturowy, tak samo mnie interesuje eklektyzm formalny. Tłumacze, z pomocą których pracujesz, też na swój sposób tworzą bohatera. Do jakiego stopnia im ufasz w tym procesie kreacji? „Oko świata” było pisane z pomocą tłumacza, ale „Pijani Bogiem” nie. Zarówno w badaniach antropologicznych, jak i reportażu trzeba zdawać sobie sprawę, z tego, co człowieka ogranicza i, co wpływa na obserwację. Dlatego w książkach



opisuję też poglądy moich tłumaczy, bo to, że dzięki nim trafiam do konkretnych ludzi wiąże się z ich poglądami. Jeżeli ja mam skłonność lewicową, tłumacz także, to i rozmówcy okażą się podobni. Warto docenić to, że choć przy porozumiewaniu się poprzez tłumacza ginie dużo znaczeń słów - pozostają emocje. Paradoksalnie to, że się wyłączam intelektualnie, powoduje, że uruchamiam empatię. Kiedy czekam na przetłumaczenie przyglądam się mówiącemu. Nie rozumiem go, ale czuję. Wiedza często nam przeszkadza, Bo zakładamy, że coś już wiemy i o to nie pytamy? MC.: Tak, a to samo w sobie jest błędem. Bo zazwyczaj myslimy stereotypami, schematami. Mając wiedzę, nie otwieramy się. Dlatego ja, twierdzę, że potrzebna jest zarówno przeczytana książka, jak i coś co można określić jako serce. Reportażysta spotyka się z nim, dowiaduję się czegoś o nim, a potem koniec. Powstaje poczucie wykorzystania tego bohatera. Wykorzystanie go i zostawianie samemu sobie. To jest oczywiście największy problem reportera i każde działanie reporterskie, gdzieś głęboko, jest tym skażone. W środku czuję się nie w porządku z tego powodu. To też kolejny powód dla którego piszę książkę o Polsce. Bohater w kraju przeczyta książkę. Może się z nią zgodzić lub nie albo zaakceptować tylko część. Takie bycie z bohaterem jest ciekawsze, stanowi większe wyzwanie, ale też pozwala



nam poczuć się w dużo bardziej porządku wobec do niego. W przypadku książki, którą teraz piszę, spotykam się z bohaterami od trzech lat, pojawia się więc problem wzajemnego uzależnienia. Do czego bohaterowi jest potrzebny reporter? Piszę o tym w „Pijanych Bogiem”, Mittu i Gonga mają przy sobie dwójkę białych z kamerą i to natychmiast zwiększa to ich prestiż społeczny. Bohater potrzebuje też reportera przeważnie po to, aby podbudować swoje ego. Jeśli ktoś coś robi i reporter to zauważa, docenia, interesuje się, to jest przyjemne, szczególnie w wypadku tzw. zwykłych ludzi, zapomnianych. Moi polscy bohaterowie są kompletnie zapomnianymi artystami wizualnymi. W związku z tym to, że ja o nich piszę i się nimi interesuje ma dla nich duże znaczenie. Jaką formę przybierze następna książka? Mam dwoje bohaterów, z którymi spotykam się od trzech lat, a znam ich z dzieciństwa. Bywają tygodnie, że jestem u nich codziennie. Z jednej strony będzie najbardziej reportażowa ze wszystkich dotychczasowych – są bohaterowie, poznajemy się wzajemnie, budujemy relację. Natomiast z drugiej strony, w tej książce jest najwięcej mnie, więc jest mniej reportażowa. Opisuję świat, w którym się urodziłem, więc ma ona osobisty charakter. Jest bardzo osobista, więc jednocześnie mniej reportażowa. Bardziej osobista niż „Masala”?



„Masala” to pierwsza książka, na którą trzeba spuścić zasłonę miłosierdzia i nie przypominać o niej. Chociaż, z drugiej strony, może jest to też dobre odniesienie. „Masala”, nie jest reportażem, choć istnieją w niej elementy tego gatunku. Druga książka jest powieścią, ale jest bardzo realistyczna. Jak widać granice konwencji są bardzo cienkie. Czy książka o Polsce to ucieczka od egzotyki? Egzotyka wymaga tłumaczenia wielu rzeczy. Spotkania w kraju mogą być bardziej empatyczne na poziomie człowiek człowiek. Chciałem napisać książkę o Polsce, żeby mieć możliwość spędzenia więcej czasu z bohaterami. Gdy i ja, i oni mieszkamy w Warszawie, tworzy się inny rodzaj relacji - poznajemy siebie wzajemnie, swoje emocje, zaczynamy sobie ufać, wzajemnie się uzależniać. Natomiast sytuacja egzotyczna jest sytuacją kolonialną. Bohater jest daleko, więc nie ma możliwości obrony. Stąd wzięła się np. sprawa „Księgarza z Kabulu”. To jest sytuacja, która pokazuje, że trzeci świat może „zwyciężyć”. Bohater z Kabulu okazał się na tyle bogaty i silny psychicznie, że rozpętał się afera na cały świat. Jednak większość bohaterów jest bezbronnych. Czują, że mają misję do spełnienia, chcą być opisani, czują się reprezentantami swojej kultury a nie samych siebie. A polscy bohaterowie niekoniecznie muszą chcieć, są sobą a nie Polakami. Czujesz się pisarzem, reportażystą, a może jeszcze kimś innym? Praca w telewizji, radiu, pisanie, granie kiedyś w Masala Sound System powoduje, że czuję się trochę bezprizorny. Nie jestem ani tylko pracownikiem telewizji, ani tylko reporterem, tym bardziej nie jestem związany ze światem akademickim. Nie przynależę do żadnego z tych środowisk, ale dzięki temu mam swoją własną ścieżkę i sposób na życie. Trudno być innym? Bycie outsiderem zawsze przeszkadza, ale pozwala również zobaczyć więcej. Bycie obok wyzwala z ograniczeń. Różnorodność Twoich zainteresowań przekłada się na charakter opisów. Są bardzo plastyczne, słychać w nich też dużo muzyki. „Pijani Bogiem” pierwotnie mieli być filmem. Do Pakistanu pojechałem z operatorem filmowym, który kręcił, gdy ja się przyglądałem światu, obrzędom. Dzięki temu, mogłem do książki dołączyć też punkt widzenia kamery. Czy masz swoich reporterskich mistrzów? Nie zacząłbym tego wszystkiego, gdyby nie Kapuściński. Kiedy byłem w zamkniętym ośrodku monarowskim, na bardzo ograniczonej przestrzeni, na mało egzotycznej, płaskiej Nizinie Mazowieckiej, czytałem „Heban”. To był jeden z powodów, dla których po ośrodku wyjechałem do Indii. Nikt w Polsce nie czyta Kapuścińskiego. Gdyby ktokolwiek go czytał ze zrozumieniem, to w tym kraju musiałyby być milionowe demonstracje przeciwko wysyłaniu



wojsk do Afganistanu. Natomiast wszyscy mają te demonstracje w dupie. Zgadzam się też z Domosławskim, że Kapuściński zawsze był lewicowy. On nie pisał nigdy „terroryści”, tylko „partyzanci”. Jak ja pisałem po 11 września o tym, że Osamę bin Ladena i jego ludzi trzeba zrozumieć, to wszyscy patrzyli się na mnie i zastanawiali się, o czym ja w ogóle mówię. Jak to zrozumieć? Dla nich zrozumieć znaczyło usprawiedliwiać. Kapuścińskiemu chodziło o to, żeby zrozumieć. Nie możesz pozwolić czytelnikowi zrozumieć świata, jeżeli opisujesz go słowami, które mają wydźwięk pejoratywny, ponieważ od razu budujesz stereotyp. Kapuściński miał nie tylko w takim sensie ludzkim stosunek empatyczny do tych bohaterów, ale także ideologiczny. On był alterglobalistą, anarchistą, antyamerykanistą itd. Nie godził się na istniejący porządek świata. Był też zaangażowany ideologicznie. Każda empatia w skali globalnej staje się ideologiczna, bo mówi, że system, który panuje na świecie jest niesprawiedliwy. Kapuściński o tym zawsze pisał, ale właśnie tego nikt nie chce widzieć, bo jest niewygodne, bo nie można wtedy uwierzyć w neoliberalny porządek świata. Jesteś jednak krytyczny wobec swojego mistrza. Na jednym ze spotkań wspominałeś,że Kapuściński ubarwiał rzeczywistość. Kapuściński był bardzo twórczy w tych swoich reportażach. Na podstawie „Szachinszacha” doskonale widać jego problemy. Jedna część książki to analiza zdjęcia, druga to zapis tego, co widzi w telewizji. O swoim wyjeździe do Indii w „Podróżach z Herodotem” pisał szczerze, że poniósł porażkę - nic nie zrozumiał i niczego się niedowiedział.

Max Cegielski (ur. 1975) – wielodyscyplinarny dziennikarz: prezenter radiowy i telewizyjny, podróżnik, reportażysta, pisarz. Autor trzech książek reporterskich wydanych przez WAB: „Masala”, Pijani bogiem” i „Oko świata”, a także jednej powieści „Apokalipso”. Współzałożyciel Masala Soundsystem

Może przy „Szachinaszachu” był podobny problem, tylko się do tego nie przyznawał. Nie chodzi jednak o to, żeby go atakować. Nie atakujesz jego, tylko jego sposób działania. MC.: Ten mi kompletnie nie przeszkadza, bo dla mnie nawet dodawanie elementów twórczych przez Kapuścińskiego nie zmienia faktu, że na poziomie psychologicznym, empatycznym, potrafił on zbudować relacje z bohaterami. Natomiast sposób, w jaki je przedstawił, czy połączył w książkę, to inna sprawa. Mnie trochę irytują rozmowy o tym, czy bohaterów było dwóch, a reporter zrobił jednego, albo że trzech, a on zrobił pięciu… Trochę nie o to chodzi. Jeżeli umiesz budować relacje z bohaterami, jeżeli jesteś szczery, prawdziwy, w porządku w stosunku do nich i jeżeli czytelnik też to odbierze to w ten sposób, wtedy liczba bohaterów nie ma znaczenia. Najważniejsze, żeby czytelnik odpowiednio przeżył to, co opisuje autor Czytelnik ma coś przeżyć, czy ma się czegoś dowiedzieć? I jedno i drugie. Dlatego, że prawdziwe poznanie nie może być tylko intelektualne. Powinno być zrozumieniem, a żeby zrozumieć, trzeba przeżyć. Nie chodzi o daty pakistańskich wydarzeń, ale o to, że czytelnik będzie czuł, że sufi w Pakistanie też są ludźmi. Żeby tak się stało trzeba wszystko tak opisać, żeby dało się to poczuć. Co z tego, że autor napisze czysty reportaż na podstawie obserwacji, skoro nikt tego nie poczuje. Czytelnik nic nie wie o Turcji i sięga po Twoją książkę jako pierwszą na temat tego kraju… Do jakiego stopnia czujesz się odpowiedzialny za to, jaką wiedzę zdobędzie? MC.: Czuję się odpowiedzialny. Problem polega na tym, że sytuacja, w której czytelnik nic nie wie, nie zdarza się. Zawsze ma skojarzenia – negatywne lub pozytywne, ale jakieś ma. Zazwyczaj są to stereotypy, a nie wiedza. Więc dlatego dla mnie tło naukowe, czy bibliograficzne gra istotną rolę. Do Stambułu jeżdżą turyści, Polakom jest on znany z historii – polskie związki kulturowe z Turcją osmańską były bogate. Kultura szlachecka Rzeczpospolitej opierała się w dużym stopniu na wpływach orientalnych. Przykładem jest historia mówiąca, że Polacy w bitwie pod Wiedniem musieli się oznakować, żeby odróżnić się od Turków, bo mieli bardzo podobne stroje. Jednak ta bliskość budzi też stereotypy. Po napisaniu „Oka świata” czytałem jego recenzje i mi ręce opadały. Wszystkie zaczynały się od wyliczanki: zapach bakalii, orientalne dywany, nargile i kadzidła. To znaczy, że ich autorzy nie przeczytali w ogóle książki i jej nie przeczytają, bo zakładają, że i tak wiedzą, o czym jest. Dziękujemy za rozmowę. Rozmawiali Joanna Sopyło i Julian Tomala.



dało się to poczuć. Co z tego, że autor napisze czysty reportaż na podstawie obserwacji, skoro nikt tego nie poczuje. Czytelnik nic nie wie o Turcji i sięga po Twoją książkę jako pierwszą na temat tego kraju… Do jakiego stopnia czujesz się odpowiedzialny za to, jaką wiedzę zdobędzie? MC.: Czuję się odpowiedzialny. Problem polega na tym, że sytuacja, w której czytelnik nic nie wie, nie zdarza się. Zawsze ma skojarzenia – negatywne lub pozytywne, ale jakieś ma. Zazwyczaj są to stereotypy, a nie wiedza. Więc dlatego dla mnie tło naukowe, czy bibliograficzne gra istotną rolę. Do Stambułu jeżdżą turyści, Polakom jest on znany z historii – polskie związki kulturowe z Turcją osmańską były bogate. Kultura szlachecka Rzeczpospolitej opierała się w dużym stopniu na wpływach orientalnych. Przykładem jest historia mówiąca, że Polacy w bitwie pod Wiedniem musieli się oznakować, żeby odróżnić się od Turków, bo mieli bardzo podobne stroje. Jednak ta bliskość budzi też stereotypy. Po napisaniu „Oka świata” czytałem jego recenzje i mi ręce opadały. Wszystkie zaczynały się od wyliczanki: zapach bakalii, orientalne dywany, nargile i kadzidła. To znaczy, że ich autorzy nie przeczytali w ogóle książki i jej nie przeczytają, bo zakładają, że i tak wiedzą, o czym jest. Rozmawiali Joanna Sopyło i Julian Tomala.
MATKA


Katarzyna Gargol W mieszkaniu unosił się zapach spalonego mleka. Wanda przekroczyła próg, cicho domknęła drzwi i zastygła. Przez moment kontemplowała znajomy zapach, po czym z rezygnacją krzyknęła w stronę kuchni: - Lilka, mleko się pali! Odwiesiła kożuch na wieszak, zdjęła ciężkie kozaki z resztkami modnego futerka wokół łydki i schyliła się po torby z zakupami. - Ciociu, cioteczko! - zaszczebiotała Lilka wbiegając do przedpokoju. Wanda nie zdążyła się jeszcze wyprostować, a już tyczkowata dziewczyna zawisła jej na plecach rękami obejmując szyję. - Złaź, krasnoludzie - sapnęła ciężko ciotka, wcisnęła dziewczynie torby i zniknęła za drzwiami łazienki. Długonoga osiemnastolatka trzema krokami przeszła do kuchni. Postawiła dwie wypchane do granic możliwości torby na stole. Weszła ciotka. - Nie czujesz, że pali się mleko? - ze złością zakręciła kurek gazu. Stanęła przy stole i zaczęła wyjmować zakupy. W kuchni panował półmrok. Słabe światło jarzeniówki schowanej pod ciężkim staromodnym abażurem w kratę docierało do niewielu miejsc w pomieszczeniu. Ale tam, gdzie docierało, działo się teraz najważniejsze. Lilka obserwowała w skupieniu żylaste dłonie ciotki. Kobieta nie podnosiła oczu, zwinnymi ruchami opróżniała torby. Lilka zerwała się do kuchenki i z powrotem zapaliła gaz pod garnuszkiem. - Budyń robię! - zaanonsowała dumnie, jakby budyń miał im uratować życie. - Dzieciom takim, jak ja, należy się budyń - uśmiechnęła się prowokująco. - Nie jesteś już dzieckiem - odparła zimno Wanda sięgając po cytryny. - Powinnaś spytać "jakim dzieciom". "Co się stało". Jakim "takim jak ja" - plątała się dziewczyna.



Ciotka nie odpowiadała. Wokół stołu stały trzy białe drewniane krzesła, ale nie siadały na nich. - Wandzicha! - krzyknęła radośnie Lilka, choć wiedziała, że ciotka nie lubi, gdy mówi do niej po imieniu. A już zwłaszcza w ten sposób... - Wandzicha! Jadę do Paryża! Wanda nadal nie odpowiadała. Lilce zdało się, że koncentracja na czynnościach odebrała ciotce zdolność słyszenia. Chleb do chlebaka, jabłka do niebieskiej salaterki, masło do lodówki, na dolną półkę. Lilka rozejrzała się bezradnie po kuchni. Szukała w pamięci odpowiedniej reakcji. Wzrokiem przepłynęła przez fotografie rozwieszone gęsto na ścianie od okna do lodówki. Wanda i Lilka w fontannie w samym centrum miasta. Lilka zanurzona niemalże po uda próbuje wykonać szpagat. 3 lata temu. Albo to: Buzujący kolorami bazar. Roześmiana Lilka stoi przed niskim sprzedawcą warzyw, który nieświadom sytuacji odwzajemnia w szczerym uśmiechu niepełne uzębienie. To zdjęcie zrobiła Wanda - na pytanie Lilki, czy jest rucola, poczciwiec odpowiedział, że niestety, ale ma tylko colę light. Pachnące to były wakacje. Gdy Wanda zaczęła przesypywać kawę do pojemnika, próżnię ciszy przerwał trzask pod stopami. Wzdrygnęła się i znieruchomiała. Podniosła wzrok na Lilkę. - Powiedziałam... że... jadę... do Paryża - wycedziła powoli Lilka, a powieki jej drżały. Wanda spojrzała niepewnie na skorupy potłuczonej filiżanki. - Nie masz pieniędzy - zaczęła twardo Wanda, choć wypowiedziane słowa brzmiały obco, jakby wychodziły ze środka kogoś obok. - Dostałam stypendium. - Gdzie będziesz mieszkała? - Wiesz. Przecież dobrze wiesz. W drugim pokoju zegar wybił szesnastą. Kobiety stały naprzeciwko siebie jak dwaj rewolwerowcy. Nie były pewne, czy chcą strzelać. Pojedyńcze włoski moherowego swetra Wandy drżały, ale Lilka nie zauważyłaby tego nawet, gdyby stała po tej samej stronie stołu. Próbowała odgadnąć, czy ciotka jest zła. Właściwie było to oczywiste, ale łudziła się, że tak zwana "wyższa idea" uratuje ją przed rozżaleniem ciotki. Nie ratowała. - Twoja matka nie zasługuje na twoją miłość - powiedział ktoś obok ustami Wandy. Lilka spojrzała na nią ze złością. Nie zawahała się. - Ale ja zasługuję na miłość matki. Kuchnia zamieniła się w dżunglę, w której czaiły się drapieżne cienie. - Gdzie ojciec? - spytała obojętnie Wanda. - Śpi. - Pijany? - Tak. Wanda opłukała miskę, wytarła dłonie i wyszła do przedpokoju. Lilka podeszła do garnka, zamieszała śmierdzący budyń. Po chwili usłyszała głośne trzaśnięcie drzwi wejściowych. *** "Uwaga. Pociąg osobowy z Przemyśla do Warszawy wjeżdża na tor drugi przy peronie pierwszym" - smutny



nosowy głos zawisł nad głowami oczekujących na Dworcu Wschodnim. Na co czekali? Jedni na pociąg, który mieli wpisany na biletach, inni na wysiadających z wagonów bliskich. Pierwsi wsiadali nerwowo do wagonów, przepychali aorty korytarzy łączących przedziały, zapychali górne półki ciężkimi brudnymi walizami i rozsiadali się jak paniska na swoich miejscach. Ludzkie automaty wygłaszające do kolorowych słuchaweczek te same kwestie w różnych językach: "Za cztery godziny będę", "Wyjedź po mnie, miśku, bo mróz taki...", "Wrzucaj schaboszczaka na ogień, za godzinę jestem". Niektórzy mówili bardzo mało, przytakiwali dwadzieścia parę razy, by na koniec przypieczętować tę tyradę zwięzłym "ja ciebie też". Ci, którzy czekali na bliskich, udawali, że stoją. Drobnymi podrygiwaniami, odruchami, przytupami wprawiali peron w mikrodrżenia. Wpatrywali się w pożółkłe tablice zegarów zawieszonych wysoko nad głowami, a następnie spoglądali na zegarki ukryte pod rękawami swetrów, jakby upewniając się, czy czas nie bawi się z nimi w chowanego. Dworzec pachniał dworcem. Powietrze falowało zapachem frytek, spalin, moczu i starej gazety. Horyzont torów co jakiś czas wypluwał z siebie rozpędzone pociągi. Ludzie przekrzykiwali się, ale po chwili znikali. Znowu pojawiała się ulga. Tylko jedna osoba nie czuła dzisiaj dworca. Brzegiem peronu, wpatrzona w czubki swoich kozaków, przechadzała się powoli, w tę i z powrotem Wanda. Obojętnie. Bez czucia. Zanurzone głęboko w kieszeniach kożucha dłonie demaskowały ją - zbyt spokojna na podróżną. Od czasu do czasu odrywała wzrok od butów, by pooglądać przechodniów. Zafrasowane matki nadskakiwały swoim dzieciom lub wprost przeciwnie - z pełną irytacją odmawiały gówniarzom skrawka rozmowy. Wszędzie biegały dwu, trzy, czteroletnie Lilki. . W kucykach, ze szczerbą między jedynkami. "Takie rzeczy trzeba naprawiać w dzieciństwie" - myślała Wanda próbując odkleić tęskne spojrzenie od tych scen. Gdy tak spacerowała od kiosku do tablicy z rozkładem jazdy, podbiegła do niej młoda kobieta ciągnąca za sobą ryżego chłopca. Poprosiła Wandę, by popilnowała dziecko, musi tylko wymienić bilet, bo kretynki pomyliły się w kasie. Wanda zgodziła się, oczywiście, należy się spieszyć, pociąg zaraz będzie. Stali tak we dwójkę. Wanda nie spuszczała rudego z oczu, ale bała się chwycić go za rękę. Chłopiec odwzajemniał jej się tym samym, a ponieważ z plecaka wyjął Nintendo, nie musiał się nawet wysilać. Nie patrzyli na siebie, raczej tylko czasem zerkali. Mijały kolejne minuty. Chłopiec szybko zaczął się niecierpliwić, ale wolał nie rozmawiać z obcą kobietą, nawet, jeśli jego matka jej zaufała. Po dwudziestu minutach Wanda uznała, że coś jest nie tak. Chwyciła chłopca delikatnie za rękę i uspokoiła, że poszukają mamy na górze. Gdy wyszli na piętro z kasami ze zdziwieniem zauważyła, że czynna jest tylko jedna kasa. Właśnie odchodziła od niej kobieta,



która nie była matką chłopca. Podeszli szybko do okienka. Wanda spytała o matkę chłopca, opisała ją szczegółowo. Kasjerka ze świeżą ondulacją na głowie nie kojarzyła. Poszła po koleżankę z wcześniejszej zmiany - również ondulowana, również nie kojarzyła. Chłopiec zacisnął dłoń na Nintendo, podniósł głowę i wbił mocne spojrzenie w Wandę. - Na pewno się znajdzie - uśmiechnęła się i pogłaskała go po głowie. Ruszyli przed siebie. Wanda starała się poruszać z wyrozumiałością - jeden jej krok zabierał malcowi dwa i pół. Przyglądała się twarzom, szukała w grupach czerwonego płaszcza matki. Na próżno. Ciepła dłoń chłopca ukryta w skarbonce jej dłoni powoli pociła się. Wiedziała, że mały zaraz się zmęczy, ale nie mogła go przecież zostawić pod czyjąś opieką. A jeśli matka zasłabła? Co, jeżeli zabrali ją do szpitala, a ona nie wie nawet, jak ta kobieta ma na imię. Bez przesady, przecież chłopiec jej powie. Kiedyś będzie się musiał odezwać. Ryzykuje przecież cały swój przyszły los. A jeśli to była wariatka, która postanowiła oddać swoje dziecko "dobremu człowiekowi", by następnie popełnić samobójstwo? - Idziemy na informację - powiedziała Wanda. Pan w informacji był bardzo uprzejmy. Zaprowadził ich na pierwsze piętro, do pokoju, w którym siedziała krępa kobieta popijająca herbatę. Gdy wyjaśnił, o co chodzi, kobieta uśmiechnęła się ciepło, spytała chłopca, jak się nazywa, a następnie przemówiła smutnym nosowym głosem do mikrofonu: - Uwaga. W informacji oczekuje na mamę Alfred Konieczny. Powtarzam: Alfred Konieczny oczekuje na mamę w informacji. Kiedy schodzili po schodach w kierunku informacji, chłopiec spojrzał na Wandę z podziwem i uśmiechnął się: - Ale zajebiście. Nie zdążyli dojść do punktu informacji - z przeciwległego kąta hali dobiegła do nich kobieta w czerwonym płaszczu. Uściskała chłopca, a Wandę cały czas przepraszała. Powtarzała, że nie chciała. *** W kuchennych ciemnościach siedziała zgarbiona Lilka. Mieszała obojętnie herbatę - raz w prawo, raz w lewo. W mieszkaniu było tak cicho, że tuż przy uchu słyszała tykanie zegara z drugiego pokoju. Odłożyła mokrą łyżeczkę na stół. W przedpokoju coś się poruszyło. Do kuchni wszedł Roman. - Jest coś do jedzenia? - przeciągnął się w progu odsłaniając owłosiony pępek. Lilka poczuła zapach przetrawionego alkoholu. - Budyń - bąknęła po długiej chwili i wypiła łyk herbaty, nie odrywając wzroku od jakiegoś punktu na stole. - Chcę coś normalnego - poirytował się mężczyzna. Podszedł do lodówki. Lilka nie odpowiadała. Roman podciągnął dżinsy i wytarł nos krawędzią dłoni. Spojrzał przez ramię na Lilkę. - Gdzie jest Wanda?



Lilka milczała. - Odpowiadaj ojcu! Dziewczyna zerwała się z krzesła i wyszła. Roman postał chwilę przed otwartą lodówką, w końcu urwał kawałek kiełbasy. Gdy wszedł do pokoju, Lilka siedziała na podłodze przed telewizorem. - Co oglądasz? - spytał pojednawczo siadając na kanapie za jej plecami. Wciąż przeżuwał kiełbasę. - Telewizję. Na ekranie pojawiła się prezenterka wiadomości lokalnych. - Co na uczelni? - dopytywał się ojciec. - Nic - Lilka nie odrywała wzroku od ekranu. - Dobrze wszystko? Pochyliła się w stronę ekranu. Nie chciała nawet zgadywać, jakich inwektyw pod adresem matki by wysłuchała, gdyby wspomniała o stypendium. "Na peronie czwartym Dworca Wschodniego po godzinie siedemnastej wstrzymano ruch" - czytała wiadomości prezenterka, a w małym kwadracie za jej plecami wisiało zdjęcie peronu zapełnionego ludźmi z podpisem "kolejne samobójstwo na Wschodnim". "Przypuszcza się, że kobieta nie zamierzała odbyć podróży i przyszła na dworzec w jasno określonym celu. Trwają ustalenia tożsamości". - Blisko nas, co? - stwierdził Roman. - Bardzo blisko - szepnęła Lilka. Milczeli dłuższą chwilę. Na ekranie przewinęły się dziesiątki reklam, jedna działa się nawet w Paryżu. Roman ponownie zgłodniał. - Czy Wanda mówiła, że wróci dzisiaj później? - spytał niby od niechcenia. - A co, niepokoisz się? - Lilka wstała, wyłączyła telewizor i usiadła po drugiej stronie kanapy. Patrzyła na niego zimno. - Oczywiście. - Oczywiście - co. - Oczywiście martwię się - próbował podjąć grę. Lilka spuściła wzrok i spytała smutno: - O nią, czy o siebie... Roman udał, że nie słyszy. Wyszedł do kuchni. Lilce nie dawała spokoju informacja o dworcu. Wandzie zdarzały się samotne spacery po peronach. Lilka uważała, że to nienormalne, ale teraz zaczęła się niepokoić. Gdy zakładała płaszcz, czuła, że drżą jej ręce. Z kieszeni wydobyła telefon. Wybrała numer Wandy i nasłuchiwała długich sygnałów. Nagle z kuchni wyszedł Roman. W dłoni trzymał wibrujący telefon Wandy, a pod nim dowód osobisty, kartę miejską i kilka bibelotów. - Co to ma znaczyć? - spytał pokazując Lilce zawartość dłoni. - Zostawiła wszystko? Lilka oparła się plecami o ścianę. Serce waliło jej boleśnie. - Zapomniała? - zdziwił się Roman. - Nie sądzę - odpowiedziała Lilka dusząc łzy. Lilka nigdy nie widziała tak poważnej twarzy Romana. Podszedł do niej. Nic nie rozumiał, ale chciał chyba pomóc. Nagle w zamku zazgrzytał klucz. W uchylonych drzwiach stanęła uśmiechnięta Wanda. - Jestem - powiedziała. Katarzyna Gargol Piotr Wojciechowski
Czytać "Trzy baśnie" Flauberta i poprawiać swoje pisanki Parę uwag o opowiadaniu Katarzyny Gargol


Polubiłem opowiadanie Katarzyny Gargol zaczynające się zapachem przypalonego mleka. Druga wersja pewnie lepsza. Jest w tym opowiadaniu prawie wszystko – narracja o działaniu osób, które poprzez swoje decyzje stają się nam znajome, potem nawet bliskie. Jest pewna ilość obrazów świata zawartych w słowach, a przez obrazy, zapachy, odgłosy, pobudzających wyobraźnię widza do pracy, do światotwórczej pracy, do kolonizacji innej rzeczywistości niż powszednia. Jest wreszcie esej o młodości i o rodzinie tak zakodowany, że ostatecznie ujawnia się on poprzez pytania, które czytelnik stawia sobie sam – a potem już na zawsze zostaje z odpowiedziami. Nie jest w stanie ich wyrzucić, bo to jego własne odpowiedzi. Narracja, spektakl i esej – obecne. Co więcej – jest tu również ta perspektywa, która określa



opowiadanie jako czyn twórczy uczestniczący w stawaniu się i trwaniu kultury. Narracja, spektakl i esej nie są tu zamknięte. Jest czas przedtem i czas potem, możliwe do opisania dzieje osób, możliwe do rozszerzenia krajobrazy gdzieś miedzy dworcem w Polsce a dalekim Paryżem, jest mitologia młodzieńczej podróży, mit rozłączenia matki i córki, mit „miasta światła” – Paryża. Filmy, sztuki teatralne, obrazy olejne, ballady jazzowe – wiele form mogło by przez inspirację, ekstrapolację, kontynuację, przetworzenie motywów wysnuwać się z tego opowiadania, rosnąć i owocować. A więc co – arcydzieło dała ludzkości ta Kasia? Niestety, nie sądzę aby. Bo brak. Czego brak? Szaleńczego dążenia do doskonałości, wyszlifowanego jak brylant poczucia dobrego smaku, absolutnego słuchu językowego, wyrafinowanego zmysłu humoru. I na dobrą sprawę nikt nie może powiedzieć czy daleko autorce do tych skarbów czy blisko. Czy w ogóle są w jej zasięgu. Czytamy: „Dworzec pachniał dworcem. Powietrze falowało zapachem frytek, spalin, moczu i starej gazety. Horyzont torów co jakiś czas wypluwał z siebie rozpędzone pociągi. Ludzie przekrzykiwali się, ale po chwili znikali. Znowu pojawiała się ulga.” Podczas ostatniej e-mailowej korekty napisałem Katarzynie: Pojawiała się ulga? Nie jestem tym zdaniem zachwycony… Fakt, nie byłem. Ale na dobrą sprawę do każdego wyrazu, do każdego związku frazeologicznego w tym kusym fragmenciku można by się przyczepić. Jak to z tymi składnikami falujących zapachów. Dosyć czy za mało? Kolejność idealna czy do poprawienia? A ten „wypluwający pociągi horyzont”? Napisałby tak Wacław Berent, Kornel Makuszyński, Emil Zola. Ale czy dziś? Czy tak? Czytałem niedawno „Trzy baśnie” Gustawa Flauberta w nowym tłumaczeniu, w rewelacyjnym opracowaniu edytorskim. Ostatnie dzieło pisarza uchodzącego za króla stylu, czytelnik idzie śladami katorżniczej i natchnionej zarazem pracy. Warto zanurzyć się w to pisarstwo, złapać się tego tomu jak deski ratunku. Bo bylejakość zalewa. Myślę, że Katarzyna Gargol może pisać dużo lepiej niż pisze. W tym celu musi pisać, pisać, pisać. Musi też – a to obrzydliwie ciężkie – atakować rynek pisaniem, proponować czasopismom, układać zbiorek, czytać na spotkaniach przyjaciół. Twórczość to przygoda wymuszająca decyzje, pracę, gwarantująca stres, nic więcej. Katarzyna Gargol, autorka zamieszczonego na poprzednich kolumnach opowiadania, jest też autorką kilku zdjęć jakie znajdziemy w bieżącym wydaniu "Workshopa". Bierze udział w projekcie "Bazar Różyckiego". (Red.) Katarzyna Michalak należy do grona najwybitniejszych reportażystek radiowych. Jest laureatką najważniejszej na świecie nagrody radiowców - Prix Italia. Otrzymała ją dwukrotnie: w 2006 roku za reportaż "Niebieski płaszczyk" i w 2009 za "Modlitwę zapomnianej"(wraz z D. Hałasą). Pracuje w Polskim Radiu Lublin.
Cenię proste historie


Sytuacja rozgłośni regionalnych nie jest najlepsza. Czy w kryzysie, jaki teraz mamy w mediach, jest jeszcze miejsce dla reportażu radiowego? Wyprodukowanie reportażu rzeczywiście jest droższe niż newsa. Tylko, że my robimy najwyżej dwa materiały w miesiącu, a newsowcy produkują kilkadziesiąt. I to my w radiu zarabiamy najmniej, więc na pewno nie kosztujemy rozgłośni więcej niż redakcja informacji. Od zawsze istnieje niezrozumienie dla rytmu pracy reportera. Niewsowcy uważają nas często za próżniaków, bo przez dwa tygodnie robimy jedną audycję. A nas stresuje to, czy przez dwa tygodnie uda się zrobić wartościowy, rzetelny i dobrze udokumentowany reportaż. Ale co jest bardziej pożądane w dzisiejszych czasach? Na pewno news. Czy powinno się zaczynać od typowego biegania z mikrofonem za newsami, czy może od razu myśleć,



że będzie się wielkim reporterem? - Ja też biegałam z mikrofonem. To jest dobra szkoła wszechstronności, bo codziennie trzeba zajmować się inną dziedziną. I wtedy możemy sprawdzić, czy nam wystarczają te dwie minuty na antenie i półgodzinna rozmowa z bohaterem, czy też chcemy z nim spędzić kilka dni. Dla mnie było tego za mało, bo w dwóch minutach są tylko fakty, ich analiza już się nie zmieści. Za swój pierwszy ważny reportaż uznała Pani kiedyś „Mijając Ewę”. Jest to opowieść o małej żebraczce spotkanej przed lubelskim kościołem. Czy to przykład na to, że jeśli dziennikarz chce znaleźć temat po prostu musi się uważniej rozejrzeć wokół siebie? - Czasami temat sam do nas przychodzi. Jakaś historia to narzędzie do mówienia o odwiecznych sprawach. Takich jak ludzkie tęsknoty, marzenia, zmagania się z przeciwnościami losu. Zwycięstwo człowieczeństwa nad tym co małe, niskie. Z każdej historii chcę wydobyć uniwersalny wymiar, dlatego cenię proste historie. Co to znaczy? - Taką prostą historią jest opowieść o Ewie, która musi zbierać pieniądze pod kościołem, a tak naprawdę dzięki swojej inteligencji i talentom mogłaby być prymusem w szkole, ale jej los determinuje to, że urodziła się w społeczności cygańskiej. Jednym z moich ukochanych reportaży jest „Dzień taty”. To historia pana koło 60-tki, który samotnie wychowuje kilkuletniego synka. Ojcem został bardzo późno. Jego żona zmarła. To jest opowieść o tym, jak wielką siłą jest miłość w naszym życiu. I że zawsze wiąże się z lękiem o tych, których kochamy. To są takie proste prawdy, które słuchacz ma na nowo odkryć i poczuć, słuchając historii fabularnej. Czy w takim razie reporter jest jednocześnie moralistą? Czy powinien wskazywać drogę słuchaczowi? - Nie dosłownie, ale przez wybór tego o czym chce opowiadać. Ja lubię zostawić historię otwartą, a nie kończyć reportażu puentą. Czy czasami rezygnuje Pani z jakichś wypowiedzi lub wątków reportażu? - Jeśli mam wątpliwości etyczne, to zawsze. Na przykład niedawno znalazłam osierocone rodzeństwo, które mieszka w fatalnych warunkach. Te dzieciaki bardzo boją się rozdzielenia. Tego, że będą musiały iść do domu dziecka. Walczą, aby jedna ze starszych sióstr została opiekunem prawnym rodzeństwa . Muszą też zdobyć pieniądze na wyremontowanie domu. Wiedziałam, że mam w rękach super krwiste kawałki, na przykład o samobójczej śmierci ojca dzieci. Z przerażającymi szczegółami. Słuchalność wzrosłaby o 100 procent, gdybyśmy to wyemitowali, a materiał poprzedzili mocnymi zajawkami. Nie spałam trzy noce rozmyślając o tym, czy mogę wykorzystać te fragmenty nagrań. Jako dziennikarz być może powinnam, bo to jest ciekawe, a sensacja jest na topie. Nie zrobiłam tego, bo tam jest jedenastoletnia dziewczynka i trzynastoletni chłopiec. To są dzieci i ja nie chcę, żeby wytykano je palcami.



A co zrobiła telewizja? Przyjechali bez uprzedzenia. Dzieci zrobiły naradę i powiedziały, że nie chcą być na wizji, ale ponieważ pani reporterka miała zamówienia z Warszawy uparła się i nie wyszła. No i w końcu dzieci uległy. A następnego dnia „Wiadomości” podawały, że tylko dzięki nim sprawą zainteresował się MOPS, podczas, gdy to nie była prawda, bo opieka społeczna interesuje się losami tej rodziny od kilku lat. Ja buntuję się przeciwko takiemu sposobowi pracy. Może jestem niedzisiejsza? Co poradziłaby Pani młodym reportażystom, jak mogą poprawiać swój warsztat? - Warsztatu uczymy się bardzo długo, ale w praktyce a nie na uczelniach. Trzeba jak najwięcej słuchać reportaży. Jeśli ktoś jest otwarty na radio, to wyczuwa na czym polega dramaturgia, szybciutko łapie czym jest rytm. Że tu nie chodzi tylko o przekaz werbalny, ale jeszcze o budowanie nastroju, operowanie ciszą, muzyką. Słuchanie innych reportaży - i dobrych i złych - jest najlepszą szkołą. Bo czasami warto jest przeanalizować, dlaczego w trzeciej minucie się znudziliśmy, chociaż jak u Hitchcocka napięcie powinno wzrastać. Przez lata polski reportaż radiowy miał bardzo wysoką pozycję. Jak jest w tej chwili? - Nadal jesteśmy cenieni. U nas zawsze najważniejszy był temat. Mocna, wyrazista, poruszająca historia, ludzki dramat. Zbliżenie do człowieka i głębia psychologiczna też była mocną stroną polskiego reportażu. Teraz coraz intensywniej podglądamy pracę naszych kolegów z

pokrywają część kosztów. Potem trzeba wysłać swoją prezentację audio - przedstawić siebie w jakiś oryginalny sposób, na przykład wykorzystując fragmenty swoich prac. Pomysły są różne. Specjalna komisja ostatecznie wybiera kilkunastu młodych twórców ze świata. Rozmawiała: Małgorzata Szlachetka

Zachodu i łączymy to z polską szkołą. Te doświadczenia są ważne, uczymy się skupiać na stronie realizacyjnej, na którą kiedyś byli wyczuleni tylko nieliczni autorzy. Może Pani podać przykłady? - Dzięki właściwemu użyciu dźwięku w reportażu radiowym budujemy obrazy podobnie jak w filmie. Obecnie reportaż radiowy jest postrzegany jako audialny film. Też mamy plany dźwiękowe: zbliżenie, plan amerykański i szeroką perspektywę. Szersza perspektywa dźwiękowa, czyli dźwięki otaczającego bohatera świata, a nie tylko interview i muzyczka pobrzmiewająca w tle. Uczymy się różnych modeli dramaturgicznych. Po 2000 roku Europejska Unia Nadawców powołała Master School on Radio Documentary dla młodych radiowców. Gdzie odbywają się zajęcia? - To jest roczny projekt. Każdy uczestnik pod okiem Mistrza ze świata przygotowuje reportaż, albo dokument. Oprócz tego kilka razy w roku są kilkudniowe spotkania. W ostatnich edycjach były dwa - w Berlinie i Brukseli. Tam jest teoria plus słuchanie i analizowanie reportaży. Potem uczestnik ze swoim coachem kontaktuje się online. Reportaż emituje macierzysta antena, ale czasem te prace wędrują na międzynarodowe imprezy. Co trzeba zrobić, żeby wziąć udział w Szkole Mistrzów? - Kandydatów zgłaszają same rozgłośnie, bo pokrywają część kosztów. Potem trzeba wysłać swoją pięciominutową prezentację audio - przedstawić siebie w jakiś oryginalny sposób, na przykład wykorzystując fragmenty swoich dotychczasowych prac. Pomysły są różne. Specjalna komisja ostatecznie wybiera kilkunastu młodych twórców ze świata. Rozmawiała: Małgorzata Szlachetka Nowy projekt Laboratorium Reportażu

Dom Artystów Weteranów Scen Polskich im. Wojciecha Bogusławskiego w Skolimowie należy do ZASP. Został wybudowany w 1928 r. ze składek członków Związku i darowizn miłośników teatru, z myślą o samotnych emerytowanych artystach. Po wojnie utrzymywany dzięki dotacjom MkiS i akcjom charytatywnym organizowanym przez aktorów nadal jest miejscem pobytu i zamieszkania dla wielu artystów .

Pod koniec semestru zimowego w Laboratorium Reportażu odbyło sie spotkanie studentów z Zofią Kucówną, aktorką teatralną i filmową oraz wieloletnią działaczką na rzecz Domu Aktora Weterana w warszawskim Skolimowie. I chociaż przebieg kariery Pani Zofii należy do tych onieśmielających swoją różnorodnością, całe spotkanie dotyczyło właśnie Domu w Skolimowie. Był to pierwszy krok w pracy nad projektem, którego kształt zaproponował Krzysztof Dobrecki, a który studenci Laboratorium Reportażu przyjęli z entuzjazmem. Zbiór reportaży, zdjęć i relacji, zebrany w formie książki, powinien być gotowy do końca roku akademickiego. Przedsięwzięcie dotyczyć ma w całości Domu Aktora Weterana - zarówno historii całego domu, ale też, może nawet w większym stopniu, historii poszczególnych mieszkańców. Na początku są tylko pytania... Na czym polega zwyczajność i niezwykłość Domu w Skolimowie? Jak aktor radzi sobie ze starością, samotnością? Gdzie jest wtedy jego miejsce w gładkim społeczeństwie pięknych i młodych? Jak wygląda wspólne życie tylu indywidualistów? W końcu: jak aktor pamięta i ocenia swoje aktorstwo? Po pierwszej wizycie w Skolimowie istnieje uzasadniona nadzieja na uzyskanie odpowiedzi na te i inne pytania, bo, zgodnie z opinią Pani Kucówny, zdaje się, że aktorzy kochają mówić pięknie i dużo. Marta Marcjanik Odessa transfer
Morze Czarne. Mavri Thalassa. Dla starożytnych Greków Aksenos Pontos, morze nieprzyjazne, dla współczesnych Euksenios Pontos, morze gościnne. Dla jednych morze zmarłych, Greków pontyjskich, Ormian, Turków, Arabów, Rzymian, Scytów, Makronów, Karduchów, Gruzinów, Abchazów; dla innych po prostu morze.


Głównym bohaterem reportaży jest morze. Morze, które długo przerażało i wabiło starożytnych Greków, wreszcie ujarzmił je Jazon. Czy Grecy przepłynęli Pont, który uznawali za nieżeglowny i bezkresny, dlatego, że chcieli, czy dlatego, że nie mogli postąpić inaczej – pyta w swoim eseju Takis Theodoropoulos. „Na pewno to miejsce nie z tego świata. Słyszałem o morzu, podobnie jak słyszałem o jednorożcach”. Mircea Cărtărescu opisuje morze z perspektywy dziecka, które za chwilę ma je zobaczyć po raz pierwszy w życiu, którego rodzice nie widzieli morza nigdy, nie wiedzą nawet, jaki ma kolor i smak. Morze to przestrzeń nieogarniona, spełnienie dziecięcych marzeń, postać z baśni. Jednak w reportażu Katii Petrowskiej o dzieciach z ośrodka wypoczynkowego Orlonok, które przyjeżdżają tu w nagrodę za wzorowe wyniki i postawę obywatelską morze to jedynie tło, na którym rysuje się szansa na lepszą przyszłość. Morze jest mieszaniną przeszłości, mitu, niepewnego jutra. W reportażach tragiczne historie splatają się z nie mniej ponurą rzeczywistością, nie dają tym samym większej nadziei na przyszłość. Na dziesięć lat nad morze został zesłany Owidiusz. Wynalazł wtedy język niedoli, którym „pisane są wszystkie prawdziwe książki”. Językiem niedoli posługiwali się potem wszyscy „niepokorni”, zmuszeni do budowy kanału Dunaj - Morze Czarne. Dla Attili Bartisa, który jedzie tam razem z zagraniczną wycieczką i bezskutecznie zastanawia się nad



zdaniem, w którym zdołałaby zamknąć się cała historia tego przedsięwzięcia, historia politycznych więźniów, cierpienia, przypadkowych i bezsensownych śmierci, zdaniem, które mogłoby cokolwiek wyjaśnić tym, którzy nie widzą nic, poza wielką wodą, to już tylko język historii.przedmioty i zwłoki. Są tam również: najgłębszy dół, największa cisza, najgęstsza ciemność. (...) Pod powierzchnię morza spada większość spadających gwiazd”. Ze zbioru obok wielkich historii wyzierają także historie małe. Choćby tęsknie snuta opowieść Katii LangeMüller - historia smutnej miłości Niemki, Renate do rumuńskiego Niemca, Ernsta; historia KarlaMarkusa Gaussa, której bohaterką jest Odessa, miasto najbardziej ukochane przez tych, którzy się w nim nie urodzili, a które zamieszkiwali kiedyś Rosjanie, Ukraińcy, Żydzi, Bułgarzy, Grecy, Niemcy, Polacy, Brytyjczycy, Turcy, Ormianie, Mołdawianie, Lewantyńczycy a dziś to jedynie miasto literatury, a nawet tylko „literacki mit”. Barbara Eyman "Odessa transfer. Reportaże znad Morza Czarnego"; autorzy różni; Wydawnictwo Czarne

Projekt: Bazar Różyckiego