Musisz zainstalować flash player pobierz instalator
WOW
WOW
miesiecznik młodzieżowy
Od Redakcji
Witajcie drodzy czytelnicy! Oto pierwsze wydanie naszej gazety, mamy nadzieję, że Wam się spodoba. Włożyliśmy w nie dużo pracy i staraliśmy się pisać na różnorodne tematy, aby dopasowac się do Waszych gustów. Pozdrawiamy serdecznie!
Redakcja
Wstęp
Co w numerze:
A fuj! str.3
Co nieco o „Conieco" str.4
Szczegóły str.5
Magiczna Wisła str.6
Potrzeby str.7 Szybkie, smaczne przepisy str.8
Obozowe przyjaźnie str.9
Szybka kasa str.10
Dni teatru str.15
Walentynki. Okazujemy miłość?
str.16
Serduszka i jeszcze czego? str.17
A fuj !!!
Krytyka
Czy nie denerwuje Was, gdy na portalach typu naszaklasa, fotka.pl itd. nastolatki umieszczają komentarze w stylu: „SuuUóÓóUuPppPerRr, FooOciIiI@!, MuuUaH, gÓóÓpKu”?! Rozumiem, „siema" zamiast „cześć", ale żeby od razu tak zniekształcać wyrazy? Żałosne. „Ale jesteś krEjzi” też jest „cudniaaaaaste” Co można zrobić w tej sprawie? Chyba muszę powiedzieć – jedno wielkie nic. Po prostu, nasza gazeta nie będzie popierać tego typu nawyków, bo to już nie jest slang, to obsesja. Nie wiem do końca na czym to polega. Na byciu fajnym? Nie rozumiem, nie zrozumiem, nie chce zrozumieć. Oby ten „postęp" nie powędrował za daleko i żebyśmy za kilka miesięcy nie byli jedną wielką niesmaczną machiną, której słownik kończy się na słowach takich jak LoFFFFFFF lub KoFFam. Kto chce być dziwolągiem, niech będzie, jednak apeluje: nie zarażajcie tym innych!
Arla
Fot. Internet
Co nieco o „Conieco"
Krytyka
Ceny są tam wysokie, a jedzenie naprawdę okropne! Nie oszczędzę słów krytyki dla restauracji „Conieco" w Cieszynie. Sama sprawdziłam! Mięso z tego czegoś, co nazwali cheeseburgerem, smakowało jak wymięty przez psa kawałek czegokolwiek. Jakby to było wymiętolone przez piękny i włochaty psi pyszczek.
Za cheeseburgera zapłaciłam 3,70 zł. I nie opłacało się. Bo kawałki cebuli, które tam znalazłam były gigantyczne. O mięsie już pisałam.
- W „Conieco" jest drogo, sto razy bardziej wolę jeść w McDonaldzie. W ogóle to jest jakaś marna podróba McDonalda. – mówi jedna z mieszkanek Cieszyna.
- Niby mają robić tu Maca, ale jakoś się nie mogę doczekać! – dodaje jej koleżanka, siedemnastoletnia Weronika.
Przeprowadziłam małą sondę i wyszło na to, że mieszkańcy Cieszyna wcale nie bronią swojego miastowego baru. No i dobrze. Po co mają słodzić. Słyszałam opinię o frytkach, że są za słone, że w ogóle jakieś „niedorobione". Sałatki niesmaczne, a ludzie kupują tam „z przymusu", bo przecież każdy z nas lubi przekąsić czasami niezdrowe jedzenie. Kilka usłyszanych przeze mnie opinii było bardzo szokujących, ale najbardziej zaskoczył mnie komentarz jednej z kobiet przechadzających się rynkiem:
- Nie cierpię tam jeść! Wszystko mnie wkurza. Jedzenie? Jest niedobre, a przecież lubię fast foody. Obsługa też jest do bani, serio. A ta atmosfera? Tragiczna. - mówi Sylwia, 26 lat.
Szczerzę życzę miastu Cieszyn, by wybudowali u nich wreszcie McDonald's. Przecież jedzenie w 'Conieco' jest tak obrzydliwe, że chyba bardziej się nie da. Nie wnikam w składniki, nie wnikam, który pies to miętosił, ale powiem wam – ohyda!
Arla
Szczegóły
Prawie wszędzie można spotkać się z niedociągnięciami. Są to wystające z kostiumów metki podczas kręcenia filmu, błędy ortograficzne w gazecie czy nawet brak listka mięty w wykwintnej potrawie w restauracji.
Niby nic. Zwykłe przeoczenie. Mały błąd, na który nikt nie zwraca uwagi. Czy aby na pewno ?
Jakiś czas temu w USA zdarzył się wypadek. Starsza kobieta poparzyła się kawą w McDonaldzie. Niby nic. Pozwała korporacje do sadu, pod zarzutem nieumyślnego spowodowania wypadku. Przecież nikt jej nie powiedział, że kawa jest gorąca. Niby nic, a staruszka ma 100
Ciekawostki
tys. dolarów w kieszeni.
Małe szczegóły nikomu krzywdy nie wyrządzą. Czy to różnica - dwie czekoladki zamiast trzech? Każdy jednak stara się z tego skorzystać, jak tylko potrafi. Wszystko ładnie wygląda. Ludzie robią błędy, a inni je wykorzystują. Straszne? Nie można wykorzystywaczy winić! Czy Wy nie chcielibyście 1000 zł, tylko za to, że ktoś nalał Wam za mało kawy? Tak w ogóle, czym byłby świat bez błędów. Wszyscy idealni. Bezbłędni. Istny horror, a tak przynajmniej świat jest ciekawszy. Możesz w każdej chwili wyjść na ulice, podejść do pierwszego lepszego kiosku i kupić np. „Fakt". A tam na pierwszej stronie przeczytać: „Kobieta pozwała sprzedawce za brak paragonu fiskalnego”.
Oskar
Fot. Internet
Magiczna Wisła
Ciekawostki
Adam Małysz jest świetnym sportowcem znanym na całym świecie. Podejrzewam, że wielu z nas mogłoby bez najmniejszego oporu wyjść na ulice i ogłosić „Kocham Małysza!” lub po prostu „Jestem jego największym fanem!”. Jeżeli się nie mylę i rzeczywiście tak jest, to zadajmy sobie teraz pytanie „Co tak naprawdę wiem o naszym najlepszym skoczku?”
Adam mieszka w Wiśle. Oczywiście nie w rzece, która ciągnie się od Beskidu Śląskiego, po Bałtyk, ale w miasteczku w województwie śląskim między Cieszynem, a Węgierską Górą.
Wśród tutejszych atrakcji są oczywiście te związane ze skokami, jak zawody, figura Adama Małysza z białej czekolady w kinie „Marzenie”, skocznia im. Adama Małysza. Jednak miasteczko oferuje także inne możliwości spędzenia czasu. Basen kryty w hali sportowej „Start”, naleśnikarnie czy pizzerie, a w zimie dodatkowo stoki narciarskie dla zaawansowanych i całkiem zielonych narciarzy.
Mówiąc krótko, warto przyjechać Wisły, nie tylko po to, by się rozerwać, lecz także, by dać odpocząć przemęczonemu ciągłą pracą ciału i ukoić rozbiegane myśli fantazyjnym krajobrazem.
Oskar
Potrzeby
Na luzie
Od najdawniejszych czasów ludzie mieli potrzeby fizjologiczne. Czy pod krzaczkiem, czy drzewkiem, żadne miejsce nie sprawiało im różnicy.
W XX wieku zostały stworzone odpowiedniki łazienek m.in. pisuary i Toi Toi. Wg nonsensopedii - „często toaleta jest miejscem zawierania znajomości męsko – męskich i damsko – damskich, skąd wynika postulat, aby w miejscach publicznych pojawiły się osobne toalety dla gejów i lesbijek".
Mateusz
Fot. Internet
Szybkie, pyszne i pożywne!
Na luzie
Naleśniki
Aby przyrządzić te danie potrzebne jest jedyne 15 minut.
Potrzebne jest:
-150 g mąki
-2 jajka
-250 ml mleka
- łyżeczka cukru pudru
- szczypta soli
- olej roślinny lub masło
Do wysokiego naczynia wlewamy mleko. Następnie dodajemy mąkę, jajka, cukier puder i sól. Miksujemy wszystko ok. 3 minut. Naleśniki smażymy na oleju lub maśle na mocno rozgrzanej patelni. Najlepiej smakują podawane z dżemem, twarogiem lub kremem. Ciepłe są najsmaczniejsze. Koktajl malinowy
Potrzebne jest:
-1 l schłodzonego mleka
-2 szklanki malin lub szklanka naturalnego soku
-2 łyżki cukru pudru
- łyżeczka cukru waniliowego
- sok z cytryny
Do pojemnika wrzucamy maliny, cukier puder, sok z cytryny oraz cukier waniliowy. Po spienieniu i zjednoliceniu się masy nalewamy mleka, cały czas miksując. Najlepiej smakuje schłodzony. Maliny można zastąpić innym miękkim owocem.
Smacznego!
Paulina
Obozowe przyjaźnie cenniejsze od zwykłych
Na luzie
Na luzie
Kiedy przyjechaliśmy do Wisły z różnych stron Polski, nasze myśli bywały różne. Wiele osób nie spodziewało się, że w tak krótkim czasie zawiążą się znajomości, bez których trudno już wyobrazić sobie dalsze opowiadanie sobie dowcipów, jedzenie śniadania czy wieczorne pogawędki. Już po trzech dniach uczestnicy zimowiska bardzo się ze sobą zżyli. Rozmawiając z czteroma osobami z sąsiedniego pokoju dowiedziałam się, że rozstanie na koniec obozu będzie dla nich trudniejsze niż to sobie wyobrażali.
- Nie chcę wracać! Poznałam tu świetnych ludzi - mówi jedna z uczestniczek zimowiska, Paula.
Zazwyczaj na różnego rodzaju obozach osoby zaprzyjaźniają się ze sobą albo pod koniec wycieczki, albo po kilku dniach. Podczas tego wyjazdu odniosłam wrażenie, że lepsze zapoznanie się zajęło nam jedynie parę godzin. Wielu z nas polubiło się już w autokarze wspólnie żartując.
Czasem trudno dogadać się z osobami, z którymi przebywamy codziennie. Różne obozy, kolonie oraz biwaki umożliwiają nam poznanie z nowymi ludźmi, ale rozstania bywają wzruszające. Wydaje mi się, że na koniec naszego zimowiska będzie podobnie. Jak dotąd zaobserwowałam dużą więź między obozowiczami. Jest ona często większa od tej, którą darzą się osoby spotykające się na co dzień. Mam nadzieję, że tak wspaniała atmosfera utrzyma się do końca kolonii, a w sercach pozostaną nam wielobarwne wspomnienia.
Arla
Szybka kasa
Na luzie
Idzie. Zaraz minie granicę. Dziś ma być jego dzień „wielkiego zysku”. Jest spokojny, wyjmuje paszport i pokazuje go celnikowi. Wszystko w porządku. Przechodzi. Idzie uliczkami wiodącymi do czeskiej hurtowni alkoholu. Mija zakręt za zakrętem. Zdaje sobie sprawę, że najgorsze zacznie się po ponownym przejściu granicy. Dochodzi do hurtowni. Rozglądając się, wchodzi do starej, zwilgotniałej kamienicy. Jest umówiony ze stałym dostawcą. Dziś ryzykuje biorąc dwa razy więcej niż zwykle. Odbiera tani towar, płacąc gotówką. Bez słowa wychodzi z torbą pełną spirytusu. Chce jak najszybciej przedostać się przez granicę. Idzie szybkim krokiem w stronę Polski. Widzi granicę. Ale coś się dzieje. Ludzie są szczegółowo sprawdzani przez celników. Musi podjąć szybką decyzję. Wie, że nie ma odwrotu. Ma trzy wyjścia z sytuacji: zawrócić i sprzedać towar w Czechach, popłynąć przez rzekę i narazić się na niebezpieczeństwo ze strony WOPu albo iść górskim szlakiem. Po krótkim namyśle wybiera drugą opcję. Idzie w stronę portu. Chce się zamaskować i wypłynąć zardzewiałą łódką w górę rzeki. Jest ubrany w stare ciuchy rybaków. Płynie. Po chwili widzi, że oddział WOPu zauważył jego łódkę. Bierze towar, wyskakuje i nurkuje. Płynie pod wodą niczym ryba. Nie zdradza swojego położenia. Widzi, że celnicy sprawdzają łódź. Nikt go nie widzi, lecz czuje zagrożenie. Żołnierze rozdzielają się na dwa oddziały. Pierwszy biegnie w górę rzeki, drugi w kierunku granicy. Postanawia wynurzyć się, żeby złapać powietrze. Widzi, że żadego oddziału nie ma w pobliżu. Płynie do brzegu. Jest cały przemoczony. Idzie polskim lasem. Czuje, że mu się udało. Pierwszy raz miał tak napiętą sytuację. Idzie spokojnie nie zważając na leśne zwierzęta. Co chwilę słyszy szmer, lecz myśli, że to tylko wiewiórki skaczą po gałęziach. Czuje coraz większy niepokój. Nagle widzi zielony zarys człowieka. Już wie, że go śledzą. Ucieka. Ale zastawili pułapkę. Jest otoczony. Wie, że jest na straconej pozycji. Nie poddaje się. Próbuje się przebić przez celników, lecz oni strzelają. Upuszcza plecak, i upada na kolana. Kula trafiła go w pierś. Nie żyje.
Milena i Mateusz
Zagadka czarnej dziury
Reportaż
Najwyraźniej mury nie były konserwowane. Piaskowe cegły osunęły się pozostawiając mały portal.
W środku panuje ciemność. W oddali widać tylko pajęczyny i błoto. Strach przed małymi przestrzeniami wstrzymuje mnie na chwile. Przezwyciężam strach i wyjmuję z plecaka małą latarkę. Świecę na próbę. Działa. Z niecierpliwością spoglądam na zegarek. Dokładnie 13:55. Michał już dawno powinien tu być. Dzwoniłem do niego dwadzieścia minut temu. Czas odwagi
14 00 – biegnie Michał. Szybko wdrapuje się na górkę i staje obok mnie.
- Sorka, że tak długo – mówi zdyszany.
- Widzisz tę dziurę? Ciekawe co jest w środku.
- Chcesz tam wleźć?
Zdejmuję plecak, kurtkę i kładę na głazach obok dziury. Chwilę stoję zapatrzony w otwór.
Zagadka czarnej dziury
Reportaż
W telewizji nieraz mówili o takich wypadkach - "Śmierć pod głazami”, "Człowiek zginął w ruinach”. Wchodzę.
Niski strop zmusza mnie do pochylenia. Powoli idę do przodu oświetlając drogę latarką. Czuję, jak pająki chodzą mi po głowie, a błoto klei się pod nogami. Wokół czuję zapach stęchlizny. Dochodzę do zakrętu. Chwytam kamień i rzucam przed siebie, aby sprawdzić, czy nie ma tam szczurów. Cisza. Powoli zaglądam za zakręt. Korytarz, ok. 10 metrów. Nie dużo, dam radę! Idę dalej przed siebie. Pod nogami czuję sterty gruzu i śmieci. Przechodzę połowę drogi. Przejście powoli się kurczy. Po chwili klękam, ale idę dalej. Spodnie pokrywa mi gruba warstwa kurzu i pajęczyn. Sufit i ziemia znów zbliżają się do siebie. Czołgam się. Jeszcze jakieś 2 metry. Spoko. Powoli czołgam się. Światło przygasa. Tylko nie teraz!
- Cholera! - krzyczę
- Co jest? - woła Michał
- Ciemno! Latarka nawala. - odpowiadam.
- To wyłaź!
- Dobra dam rade. Tam coś może być!
- Nie świruj! Wracaj idioto!
Dalej, w głąb dziury
Ciemno. Nie lubię ciemności. Macam latarkę. Wyczuwam pod palcami małe pokrętełko. Chwytam z całych sił i zaczynam kręcić. Dobrze, że przed wyjazdem na obóz dziennikarski wstąpiłem do sklepu sportowego - ,,Nowa latarka z wbudowanym akumulatorem. Zero baterii. Wystarczy nakręcać przez minute i już!”. Kręcę. Mija 30 sekund. Minuta. Jeszcze chwilka dla pewności. Już, włączam. Nareszcie świeci!
- Już dobrze! – wołam zadowolony
- Uf, dawaj szybko!
Zaczynamy! Czołgam się. Mija minuta, dwie, trzy. Zakręt! Przeciskam się z trudem. Korytarz. Na końcu widzę światło. Światło! Posuwam się dalej. Od sufitu dzieli mnie jakieś 20 centymetrów. Jeszcze kilka ruchów ramionami. I... jestem!
Pusto. Na końcu korytarza znajduje się małe okienko i dziura, w którą już raczej nie wejdę. Okno wyglądem przypomina te, które wcześniej widziałem w cieszyńskiej rotundzie. Na początku małe, a potem poszerza się do chwili, gdy osiąga jakieś 80 centymetrów obwodu. Mało. Najbardziej, jak mogę zbliżam się do niego.
- Michał! - krzyczę
- Czego!? - odpowiada
- Dawaj tu!
- Po co?!
- No choć do cholery!
- Dobra, już idę!
Po chwili w oddali widzę głowe i sylwetkę
Zagadka czarnej dziury
Reportaż
Reportaż
kolegi.
- Widzisz mnie?
- Gdzie?
- No tutaj! W okienku!
- A no już widzę... Co ty tam robisz!?
- Nie ważne! Później ci powiem! Rób fotę, szybko!
- Chwila, eee! Jak to się obsługuje!?
- Nie wkurzaj mnie! Przecież umiesz robić zdjęcia!
- No nie bardzo! - w jego głosie słychać załamanie
- No dobra, słuchaj! Przekręć te małą wajchę u góry na ,,ON”!
Mniej, więcej po minucie kończę szybki kurs obsługi aparatu. Kilka zdjęć i gotowe. Mogę wracać. Powoli staram się odwrócić nogami do okna. Korytarz wydaje się zbyt mały, ale po chwili męczarni udaje mi się zmienić pozycje. Z zapałem zaczynam się czołgać w stronę wyjścia. Chwila nieuwagi i ziemia pod nogami zaczyna mi się osuwać. Spadam. Wystraszony chwytam się ścian i z całej siły podciągam. Z trudem udaje mi się nie utknąć w małym oknie. Utknąć w takim miejscu. Okropne. Kto by mi pomógł? Bez chwili namysłu udaję się w stronę wyjścia. Ponownie mijam te same korytarze. Najpierw na leżąco, potem na czworaka, a w końcu tylko lekko pochylony.
Na zewnątrz wita mnie jasne słońce na czystym niebie, a pod nim kolega objuczony moimi rzeczami. Wręcza mi plecak, kurtkę i aparat. Razem zbiegamy z górki i siadamy na niskim murku, tuż pod zamczyskiem. Mina Michała mówi sama za siebie. Jest mocno zszokowany tym, co zrobiłem. Dobrze go rozumiem. Jestem zmęczony, a moje ciuchy szlag trafił. Prawdę mówiąc wyglądam, jak żul który nie mył się od kilku dni. Mimo wszystko było warto.
Poszukiwanie odpowiedzi
Po krótkim sprawozdaniu z mojej wyprawy wraz z Michałem udajemy się do zamku po odpowiedź. Gdzie ja do jasnej cholery wszedłem?
Szczęściem udaje się nam znaleźć wejście, którym trafiamy do głównego holu, gdzie wita nas starsza pani. - Czego chcecie? - Dzień dobry! - zaczynam uprzejmie, po czym wciskam jej dobrze już mi znana gadkę o tym, że przyjechaliśmy z całej Polski na warsztaty dziennikarskie, że tworzymy gazetkę i oczywiście dodałem, iż chcemy napisać reportaż o tym właśnie budynku.
Na twarzy kobiety pojawia się uśmiech. To dobry znak.
Z pytaniami proszę się udać do sekretariatu, tutaj po lewej. Zgodnie z zaleceniami staruszki udajemy się do sekretariatu, gdzie zostajemy mile przywitani przez panią Małgosię.
Zagadka czarnej dziury
Reportaż
Z jej krótkiej wypowiedzi, dowiadujemy się, że w budynku znajduje się jedna z najstarszych polskich szkól muzycznych (75 lat), w której uczył się sam Ignacy Jan Paderewski (patron szkoły) oraz, że w okresie międzywojennym w budynku znajdowała się siedziba Gestapo. Na pożegnanie wręcza nam książeczkę z całą historią szkoły oraz budynku. Przyda się.
Opuszczamy sekretariat i udajemy się na obchód po szkole. Przed wejściem w pierwszy korytarz znana nam już starsza pani wspomina o zakazie robienia zdjęć. Szkoda. Zakaz to zakaz. Trzeba go złamać. W dziennikarstwie jest jak w życiu.
Mija 30 minut chodzenia po budynku i robienia zdjęć, gdy natykamy się na dziwnie uczesaną kobietę. Co to, "seksmisja”? Postanawiamy ją śledzić. Po krótkim spacerku kobieta otwiera jedne z drzwi i wchodzi do środka. Jedyne co zdążam zobaczyć, to małe dziecko ze skrzypcami w ręku i liczne portrety muzyków powieszone na ścianie. Nie brakuje tam, rzecz jasna, Paderewskiego.
Następną osobą, jaką spotykamy jest woźny Jacek.
- Dzień dobry – gadka szmatka o reportażu – czy zatem odpowiedziałby nam pan na kilka pytań? - No jeśli musicie, a co chcecie wiedzieć? Tylko szybko, bo mam mało czasu.
- Dobrze, to zajmie tylko chwilkę.
Woźny jest dość rozmowny. Rozmowa zajmuje nam prawie dziesięć minut. Dowiadujemy się wielu szczegółów dotyczących historii budynku, jego budowy. Najbardziej interesuje mnie temat tzw. Bastionów, ponieważ na podstawie wszystkich wcześniej zebranych informacji wnioskuje, że tam właśnie wlazłem, zaledwie pół godziny temu. „Budynek pomimo wielu remontów ma jeszcze wiele ciekawych zakamarków, jeśli o to wam chodzi. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby ktoś znalazł tu coś wartościowego.” dodaje na koniec. Nie chcemy już męczyć woźnego, dlatego dziękuję mu za udzielone informacje i odchodzę. Mężczyzna bez słowa udaje się w głąb korytarza, pozostawiając nas samych z ciekawymi informacjami.
Koniec części pierwszej...
Oskar
Fot. Michał R.
„Dni teatru...”
Krystyna Janda - sławna aktorka filmowa i teatralna, wraz ze swoim teatrem, przyjedzie w dniach 4-6 marca do Cieszyna.
Nowinki
Na deskach teatru im. Adama Mickiewicza w Cieszynie wraz z Krystyną Jandą zobaczymy wielu aktorów m.in Macieja Stuhra czy Wiktora Zborowskiego. Wystąpią w spektaklach: „Boska”, który odbędzie się 4 marca o godz.16:30 i 20:00, „Wątpliwości” 5 marca o godz. 20 00, „Kobiety w sytuacji krytycznej”, 6 marca o godz. 20 00.
Czy Krystyna Janda jest znana w Cieszynie? - Ona często tu przyjeżdża, byłam już na innych spotkaniach z nią, ale tym razem niestety nie będę mogła pójść, bo mam złamaną rękę - mówiła p. Ewa.
Moim zdaniem bardzo dobrze, że tak sławna aktorka przyjeżdża do małej miejscowości, jaką jest Cieszyn.
Kinga Karol
Fot. Oskar G.
Walentynki... okazujemy miłość?
Dookoła zima, a my okazujemy sobie „gorące” uczucia – kochamy się. Ludzie uważają Walentynki za najlepszy dzień dla zakochanych. Serduszka i miłe gesty, ale czy każdy to lubi? - Myślę, że jest to udane święto i powinno być takich więcej. Każdy dzień jest dobry do okazywania sobie miłości. - mówi nastoletnia Karolina z Cieszyna. No tak, zakochani czekają na ten dzień z niecierpliwością. - Jest ono fajne, już od kilku dni wyszukuje prezentu dla swojego chłopka - mówi Ola robiąca zakupy na stoisku walentynkowym.
Nowinki
Ludzie kupują kartki walentynkowe i małe upominki dla bliskiej osoby. Jest to święto handlowe. - Wszystkie sklepy przystrojone są na czerwono. Jest tak powszechne, jak Boże Narodzenie. - stwierdza kobieta z księgarni w Cieszynie. Myślę, że atmosfera tego święta oczarowała wielu ludzi. Jest to dzień, w którym możemy obdarowywać się prezentami w sposób anonimowy. Widać na ulicach, jak mnóstwo par rozgląda się za prezentami. - Walentynki to dzień, w którym nieśmiałe osoby mają szanse przekazać drugiej osobie to, co czują. Dla niektórych jest to zwykły dzień lub święto, w którym zwyczajnie obdarzamy się pocałunkami i upominkami. - dodaje Milena, uczestniczka obozu w Wiśle. Wystarczy szczery uśmiech, by okazać swojej połówce miłość.
Paulina Marchwant
Fot. Kinga K.
Serduszka... i jeszcze czego?
Nie każdy lubi ten dzień - Jest to święto komercyjne. Ja go nie lubię - mówi Justyna, 20 lat, mieszkanka Cieszyna.
To nie jest polskie święto. Sprzedawcy, którzy wpychają nam czerwone czy różowe serduszka lub kartki z miłosnymi życzeniami mają z tego po prostu niezły interes. To dobry dzień dla sprzedawców.
Po co w ogóle jest to święto?! Ludzie powinni troszczyć się o siebie zawsze i wszędzie, a nie pamiętać tylko w tym dniu. Moim zdaniem mężczyźni zaniedbują kobiety. Należy się im szacunek i kwiaty. Rozumiem, nie codziennie, ale nie zbankrutują, jeśli od czasu do czasu
Nowinki
zafundują drobny upominek kobiecie, którą kochają.
- Kolor różowy, co to w ogóle ma być za kolor?! Słodki, idiotyczny, można od niego dostać nawet oczopląsów - mówi Angela, 15 lat - mieszkanka Cieszyna. W Walentynki właśnie od niego i czerwonego „roi się”. Różowe: świeczki, poduszeczki, serduszka.
Moim zdaniem ten dzień po prostu nie różni się od innych. Może jest mała różnica, niektórzy wręczają sobie serduszka, czekoladki. Niektóre małżeństwa, które są ze sobą już wiele lat np. moi rodzice, którzy są małżeństwem aż 22 lata, nie zwracają już uwagi na ten dzień.
Kinga Karol
Fot .Kinga K.
Nasza Redakcja:
Na koniec
Milena - mam 15 alat, jestem z Marek spod Wawy. Od pół roku trenuję siatkówkę w klubie sportowym UKS Plas. Interesuję się również anatomią człowieka i mitologią grecką.
Oskar - Mam 15 lat, pochodzę ze Swidnicy (dolny Śląsk). Od dwóch lat interesuję się dziennikarstwem. Marzę, aby zostać psychologiem kilinicznym.
Mateusz - Mam 12 lat. Mieszkam w Jelczu Laskowicach, koło Wrocławia. Interesuję się żużlem. Lubię grać w gry zespołowe i karciane. Kinga - Mam 14 lat i mieszkam w Gasawie. Chodzę do 1kl. gimnazjum w wolnym czasie lubię słuchać muzyki.
Arla - Siem! Jestem Arleta i mieszkam w Sianowie pod Koszalinem. Chodzę do 2kl. gimnazjum. Moją pasją jest fotografia.
Paulina - Mam 15 lat. Uczęszczam do 2kl. gimnazjum i mieszkam w Borucinie. Interesuję się muzyką i zoologią.
Michał - Mam 14 lat i pochodzę z Wrocławia. W wolnym czasie lubię słuchać muzyki (Hip - Hop) i denerwować brata.